Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo W.A.B.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo W.A.B.. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Pozwolę sobie zacytować, odc. 3

Kiedyś jeszcze jako dziecko zapytałem ją, jak jest w piekle. Matka odpowiedziała mi wtedy zadziwiająco pewnie, jakby już tam była, jakby to była autopsja, a nie wyobrażenie:
- Synku, w piekle na powitanie pokazują ci wszystkie twoje niewykorzystane szanse, pokazują, jak wyglądałoby twoje życie, gdybyś we właściwym czasie wybrał właściwe wyjście. A potem pokazują ci wszystkie te chwile szczęścia, które straciłeś śpiąc, wiesz, synuś, że my przesypiamy połowę życia? I tym wszystkim śpiochom takim jak ty pokazuje się w piekle, co mogli w życiu osiągnąć, gdyby budzili się w porę.
- A potem? Mamusiu, co się dzieje potem, kiedy już to wszystko pokażą?
- Potem, synku, zostawiają cię samego z twoimi wyrzutami sumienia. Na całą wieczność. Nie ma już nic ani nikogo. Tylko ty i twoje wyrzuty sumienia...

Wojciech Kuczok - Gnój (Wydawnictwo W.A.B., 2003)

Stary człowiek w smutku (źródło)

czwartek, 13 marca 2014

Pozwolę sobie zacytować, odc. 1

Myślałem: kiedy to się dzieje, dlaczego tego nie można przyłapać, dlaczego dopiero z czasem się sobie uświadamia, że się dorosło? Domyśliłem się, że ta granica musi tkwić tam, gdzie nagle przestaje się tęsknie wyczekiwać przyszłości. Tej, w której już się będzie mężczyzną z wąsami, żoną i samochodem. Tej, w której będzie się mogło w uroczystości rodzinnej uczestniczyć z prawem do kieliszka. Tej, w której się w ogóle będzie już takim starszym, imponującym. Takim, co to już nie ma wągrów i łojotoku, i niepewności ruchów. Takim, co to już wytrzymuje wzrok żeński na sobie, nie spuszcza oczu po sobie, się nie pąsowi. Takim do którego już się mówi "proszę pana"; któremu się nie każe wstawać w klasie przed chóralnym "dzieeń-doo-bry"; któremu się w tramwaju nie zwraca uwagi "gówniarzu, może byś ustąpił". Słowem: gdy nagle się przestaje wyczekiwać przyszłości, bo już się dojrzeje do tego, żeby "im wszystkim pokazać". Ni stąd, ni zowąd za przeszłością tęsknić się zaczyna; a im odleglejsza, tym tęskni się bardziej, choćby i najgorsze to były wspomnienia, choćby i udokumentowane w młodzieńczym dzienniku jako czas udręki. Bo się już wie, że przeszłość to jedyne, czego nigdy nie będzie można dostąpić, kupić, przekupić, ubłagać, przeżyć ponownie. Bo się wie, że już się jest w tym wieku, do którego się tęskniło w młodości, ale nikomu niczego się nie pokazało.
[...]
Domyśliłem się, że chodzi o obecność. Że tak się człowiek przyzwyczaja od przedszkolnych lat, przez szkolne, licealne i studenckie, że codziennie ktoś sprawdza jego obecność. Wywołuje z listy i domaga się potwierdzenia: "Jestem". Przez te wszystkie lata ktoś jest zawsze zainteresowany tym, byśmy byli. Najpierw być musimy, potem powinniśmy - niezmiennie figurujemy jednak na listach obecności. Aż wreszcie z ostatnim dniem studiów ten przywilej się kończy: odtąd nikt już naszej obecności sprawdzać nigdy nie będzie, odtąd jesteśmy światu obojętni, możemy sobie być lub nie być. Pracodawcy nie interesuje nasza obecność, tylko efektywność - idealnym dla niego układem byłoby przecież zatrudnienie efektywnych duchów.
Wojciech Kuczok - Gnój
Wydawnictwo W.A.B., 2003


niedziela, 10 marca 2013

Jacek Dehnel - Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu

Myślę sobie, że bycie jednocześnie dobrym felietonistą i dobrym powieściopisarzem, to wcale nie jest taka łatwa sprawa. Myślę tak, bo wielu już było takich co próbowali i im się nie udawało. Taka np. Kinga Dunin, bardzo ją lubię i szanuję, to ona była tą co za młodu (za mojego młodu, a nie jej młodu) mnie przekonała do felietonów jako takich. Nic dziwnego więc, że gdy znalazłam w bibliotece jej powieści to bez wahania wypożyczyłam. Przeczytałam obie, może licząc na to, że w drugiej, która była kontynuacją tej pierwszej okaże się, że poprzednia to tylko taki żart. Nie okazało się. Obie części były ze wszechmiar kiepskie, tendencyjne, a bohaterowie płascy jak naleśniki i wszystko to niestety na poważnie. Z drugiej strony mamy Szczepana Twardocha, o którego felietonie kiedyś już pisałam (http://pozapsem.blogspot.com/2012/03/swieta-reka-twardocha.html) i którego byłam już zdecydowana nie lubić, ale pomna doświadczenia duninowego, postanowiłam przeczytać jego najnowszą powieść, aby wyrobić sobie o nim zdanie także jako o pisarzu (bo w sumie tym przede wszystkim jest). No i bach! Szok i niedowierzanie jak napisaliby dziennikarze faktu, gdyby tylko zajmowały ich sprawy literatury. "Morfina" Szczepana Twardocha okazuje się rewelacyjną powieścią. Myślę nawet, że pisząc o niej notkę użyję paru wielkich słów jak monumentalna czy genialna, ale nie uprzedzajmy faktów.

Te dwa przykłady pokazują nam wyraźnie jak bardzo nie możemy być niczego w tym życiu pewni. Dlatego gdy pewnego razu trafiłam na felieton Dehnela na Wirtualnej Polsce, trochę się bałam, że okaże się, że felieton kiepski i że znów będę miała z jakimś pisarzem taką toksyczną relację, że z jednej strony nie lubię, ale z drugiej kocham. Felieton był jednak bardzo dobry. Z chęcią sięgnęłam więc po najnowszą książkę Dehnela, która jest właśnie zbiorem jego felietonów i teraz mogę już oficjalnie powiedzieć, że lubię Dehnela zarówno jako pisarza jak i felietonistę i gdyby nie to, że póki co nie interesuje mnie kariera wariatki to zostałabym jego psychofanką. Chociaż pierwszy w kolejce jest Mariusz Szczygieł i nie wiem czy by mi starczyło sił witalnych na bycie podwójną psychofanką.

Ale wróćmy do Dehnela. "Młodszy księgowy" to zbiór felietonów na tematy różne, wszystkie jakoś z literaturą związane, chociaż często powiązania te nie są oczywiste. Sam o sobie pisze:
[...] nie jestem krytykiem literackim i nigdy nim, jak sądzę, nie będę; uważam jednak, że jedną z czytelniczych frajd jest dzielenie się z innymi tym, co nas zachwyciło.
Jeszcze większą frajdą jest jednak pisanie o tym, co nas nie zachwyciło. Nie ma co udawać, tak właśnie jest. Żadnej notki nie pisałam z takim zapałem jak tej o "Blondynce na Kubie" (a z blogowych statystyk wnioskuję, że i czytelnicy takie właśnie notki najchętniej czytają). Możliwe, że jest to jakaś bardziej kreatywna i subtelna forma naszego narodowego sportu, jakim jest narzekanie. I Dehnel ten sport uprawia, po świetnej formie widać zresztą, że nie od dziś. Wśród tego co mu się nie podoba są politycy występujący w roli ekspertów od wszystkiego, przykładem czego jest posłanka Pawłowska mówiąca o Szymborskiej, nowe nurty literackie, takie jak literatura posmoleńska, czy stare jak literatura obozowa, z której kolejne pokolenia na siłę próbują jeszcze coś wycisnąć i robią to coraz gorzej:

John Ruskin pisal o rozwiązaniach fabularnych Dickensa: "Nie wiesz, co zrobić? Zabij dziecko!";  z punktu widzenia fabuły Holokaust to literacki samograj, który poruszy nawet najbardziej zakamieniałe serce.
[...]
Wtórność tekstów o Holokauście wycina z pola zainteresowania pisarzy nie tylko, to co nie pasuje do utrwalonego schematu, ale też to, co nie pasuje do wersji wyidealizowanej. Ofiary Zagłady są ustawione poza obrębem ludzkości, która ma swoje wady. Straszliwy, nieuchronny los, który czeka wszystkich czy niemal wszystkich bohaterów, sprawia, że wspomnienie o ich wadach wydaje się nietaktem, jak wypominanie dawnych przewin komuś, kto leży na łożu śmierci.
Pojawiają się też literackie ciekawostki jak np. nowy nurt w ltieraturze, który furorę robi w JuKej, czyli misery books*, oraz literackie kurioza jak samowydająca się rodzina Grzeszczyków. Do worka "literatura" trafia tu też amerykański katalog sprzedaży wysyłkowej z roku 1897 czy wydana w 1866 roku książeczka o drobiu (historii i naczelnych cechach wraz z kompletnymi wskazówkami dotyczącymi hodowli i tuczenia).
Ciężko w zasadzie powiedzieć o czym są felietony Dehnela, bo są o wszystkim, co w jakikolwiek sposób wiąże się z literaturą. Dehnel w błyskotliwy i lekki sposób pokazuje nam, że literatura jest wszędzie i że nieprawdą jest to, że ci co czytają książki uciekają przed życiem. Literatura jest życiem. Życie jest literaturą.
I jakoś w tym momencie przypomniał mi się fragment z dzienników Kafki, który porusza najczulszą strunę mojej duszy, więc nim właśnie zakończę tę notkę:
Da ich nichts anderes bin als Literatur und nichts anderes sein kann und will**
Ocena: 3/5
Wydawnictwo: W.A.B
Rok wydania: 2013

* Uważajcie moi drodzy. Ja się nacięłam na jedną z tych książek, w Polsce jeszcze jakoś tyle tego nie mamy, to nie wiedziałam co to (http://www.goodreads.com/book/show/1047113.Ugly). Nie udało mi się skończyć.
** Nie jestem niczym innym jak tylko literaturą, niczym innym być nie mogę i nie chcę.

środa, 27 lutego 2013

Wolf Kielich - Podróżniczki. W gorsecie i krynolinie przez dzikie ostępy


Wczoraj obejrzeliśmy z Partnerem Życiowym film Histeria. Romantyczna historia wibratora. O czym jest film, można wywnioskować z tytułu. Po pierwsze jest o histerii, czyli tajemniczej jednostce chorobowej, której symptomy rozciągały się od migren, przez płaczliwość, po chęć edukacji czy posiadanie własnego zdania. Choroba znana już od dawna, w XIX wieku stała się prawdziwą plagą. Oczywiście chorowały tylko kobiety. Nic zresztą dziwnego, bo była to choroba spowodowana najprawdopodobniej przez wędrującą macicę, która uciskała inne organy. Z histerii leczono na różne sposoby, w zależności od nasilenia objawów zalecano między innymi jazdę konną czy huśtanie się na huśtawce, ale świetne wyniki osiągano także dzięki masażowi genitaliów. Pamiętajmy jednak, że był to wiek XIX, w którym od homoseksualistów bardziej bano się już tylko onanistów, więc oczywiście w żadnym wypadku nie zalecano paniom przeprowadzania tej ostatniej terapii na własną rękę. Ten czysto medyczny zabieg nie miał żadnego związku z seksem i wykonywali go lekarze.

Wiek XIX to jednak nie tylko czas wielkiej histerii, ale i wielkich wynalazków. I tak podczas gdy wędrująca macica uniemożliwiała kobietom jakiekolwiek sensowne działania, mężczyźni pozbawieni tego problemu mogli spokojnie się kształcić i wymyślać różne urządzenia ułatwiające życie. Faraday, któremu pewnie żaden zbuntowany organ nie uciskał wątroby, korzystając z tego niedostępnego kobietom fizjologicznego spokoju, odkrył zjawisko indukcji elektromagnetycznej. Potem stworzył pierwszą prądnicę, co zapoczątkowało powolną elektryfikację.
Masaż genitaliów to sprawa dosyć wyczerpująca*, zarówno dla masowanej jak i masującego, dlatego lekarze szybko zaadaptowali nowe odkrycie do swoich potrzeb. I tak, w wielkim skrócie, powstał pierwszy wibrator. I o tym też jest ten film.
Film utrzymany jest w konwencji komedii romantycznej, a takich filmów z zasady nie powinno traktować się zbyt serio. Partner Życiowy był więc raczej sceptyczny wobec tego co wyświetlało się na ekranie naszego telewizora. I trudno mu się dziwić, bo cała historia jest mocno absurdalna. Jest jednak przy tym niestety prawdziwa (przynajmniej ta część o histerii i wibratorze, co do wątku romantycznego, to nie wiem). Podczas gdy Partner Życiowy nie dowierzał, ja od razu uznałam opowieść o powstaniu pierwszego wibratora za bardzo prawdopodobną. Taki stan rzeczy jest spowodowany nie moją wrodzoną naiwnością, a uprzednią lekturą książki Podróżniczki. W gorsecie i krynolinie przez dzikie ostępy. Książki, która równie dobrze mogłaby nosić tytuł Histeryczki. W gorsecie i krynolinie przez dzikie ostępy.

Wolf Kielich opisuje historie XIX-wiecznych podróżniczek. Kobiet, które nie zgadzały się na oferowaną im przez epokę wiktoriańską rolę anioła domowego ogniska i chciały od życia czegoś więcej. Jak widzicie typowy objaw histerii. Może w obawie przed skierowaniem na zabieg wycinania macicy, tym czymś więcej był dla nich wyjazd z kraju. Był to czas kiedy coraz więcej podróżowano, złota era kolonializmu, fascynacja orientem, ale podróżowanie było raczej domeną mężczyzn. O ile mężczyźni mogli oczekiwać, że ktoś zapłaci za ich podróż, o tyle kobiety nie były traktowane jako poważne podróżniczki. Jeśli pragnęły udać się w podróż, musiały przeważnie posiadać fundusze na ten cel. Dlatego podróżowały głównie panie, którym udało się odziedziczyć jakiś majątek. Jednak nie było to regułą. W książce opisane są także historie kobiet, którym udało się wybrać w podróż, mimo braku środków finansowych. Taką kobietą była angielska pielęgniarka Kate Marsden, która swoje życie poświęciła pomocy chorym na trąd mieszkającym na Syberii, a także, moja ulubiona Mary Slessor, wywodząca się z nizin społecznych misjonarka, która bardziej niż na chrystianizacji ludności afrykańskiej, skupiała się no doraźnej pomocy: uczyła kobiety mieszkające w dżungli jak wyzwolić się spod terroru mężczyzn, rozwiązywała spory, leczyła.
W Old Town Mary zaczęła się "afrykanizować", czego wszyscy biali w koloniach unikali za wszelką cenę. Oczywiście opowiadała miejscowym o Bogu białego człowieka, ale sama też chciała wiedzieć wszystko o ich bogach i duchach. Uczyła się o ifot - uprawianiu czarów, i o ziołach mbiadiong, które stosowali czarownicy, aby wypędzać złe duchy i uzdrawiać ludzi.**
Nie każda opisana w książce kobieta budzi sympatię. Bo chyba nie taki był cel tej książki. Myślę, że autor z premedytacją wybrał historie kobiet pochodzących z różnych środowisk i prezentujących różne style podróżowania: od tych podróżujących w warunkach ekstremalnych, bez żadnych wygód, do typowych XIX-wiecznych panienek, takich jak Nina Mazuchelli, znudzona żona duszpasterza wojskowego, pełniącego posługę w Indiach, która zapragnęła wybrać się w Himalaje, nie rezygnując przy tym z bycia damą:
Nawiasem mówiąc, nie miała zamiaru zbytnio się przemęczać. Będąc damą z towarzystwa, zamierzała ubierać się stylowo także w górach. A więc pod szeroką spódnicę wkładała co najmniej dwie halki i gorset zapewniający talię osy, nosiła też kapelusz i buciki na obcasie. Oczywiście wykluczone, żeby w takim stroju godzinami maszerować po skalistym podłożu, postanowiła zatem odbyć drogę w lektyce.
Z bycia gentlemanem nie zamierzał rezygnować także jej mąż:
Zażądał, aby dla Europejczyków zabrano żelazne łóżka, nalegał też, żeby codziennie serwowano obiad elegancko, na porcelanowej zastawie, ze "wszystkimi nieodzownymi atrybutami dobrze wychowanego Europejczyka, gdziekolwiek by przebywał".

Autorowi udało się poprzez historie zupełnie różnych od siebie kobiet, przedstawić obraz epoki wiktoriańskiej z całym jej przepychem, ogromnymi nierównościami społecznymi i przytłaczającą hipokryzją. Nie każdą z opisywanych kobiet nazwałabym podróżniczką, były wśród nich prawdziwe XIX-wieczne gorszycielki, ale także kobiety delikatnie tylko naginające panujące normy obyczajowe. Każda jednak poluzowała choć trochę mocno ściskający je gorset konwenansów, aby wreszcie móc wziąć głębszy oddech.
Nigdy nie rozumiałam, co to za szczęście dożyć późnej starości. Zawsze - nawet w najszczęśliwszych okolicznościach - uważałam, że to smutne i nie widzę nic strasznego w myśli, że pogodnie i odważnie przyjmę swój koniec od kulki lub pchnięcia nożem, zamiast wieść nudną egzystencję, którą tak często widzę wokół siebie. [...] Nie spieszno mi umierać, ale jeśli tak się zdarzy, trudno. Lepiej żyć krótko, ale wesoło!

Ocena: 4/5
Wydawnictwo: W.A.B.
Tłumaczenie: Małgorzata Diederen-Woźniak
Rok wydania: 2013
 
* Już się cieszę na myśl, że teraz po wpisaniu w wyszukiwarce masaż genitaliów, można będzie trafić na mojego bloga
** Wszystkie cytaty pochodzą z książki Podróżniczki. W gorsecie i krynolinie przez dzikie ostępy. Wolfa Kielicha

sobota, 29 grudnia 2012

Shahriar Mandanipour - Irańska historia miłosna. Ocenzurowano

W najnowszych "Książkach" Mariusz Szczygieł stara się wytłumaczyć fenomen polskiego reportażu: dlaczego literacki, dlaczego taki dobry, dlaczego nie ma odpowiednika w świecie. Odpowiedzią, według Szczygła, jest komunizm.

Wyciągam z zanadrza reportaż Barbary Łopieńskiej "Łapa w łapę" z roku 1976, tłumaczę, że jest o tresowaniu tygrysów w cyrku, powstał na podstawie rozmowy z treserką, panią Haliną, i czytam im na głos niektóre fragmenty.
Pierwszy: "Jej rada jest taka: karmić przed numerem. Nie za dużo, żeby nie były leniwe, ale i nie za mało. Bo jeden tygrys - cichy i spokojny - będzie się z głodu podlizywał, znów drugi - nerwowy - może skoczyć".
[...]
Trzeci: "Wszystkie naraz jeszcze nigdy się nie zbuntowały. Zresztą zdaniem pani Haliny to one nawet by miały gorzej na wolności. Czy one w ogóle wiedzą, że siedzą w klatce?".
[...]
Piąty: "Treserem może zostać każdy człowiek z cyrku. Taki, co przeszedł choćby żonglerkę, czy, powiedzmy, człowiek guma". *
Paradoksalnie, to właśnie trwająca długie lata zabawa w kotka i myszkę z cenzorami była najlepszą szkołą reportażu. Chcąc przekazać czytelnikowi treści , które nie były po myśli władzy, reporter musiał cały czas szkolić swój warsztat literacki, umiejętność stosowania coraz bardziej wyszukanych metafor, istną słowną ekwilibrystykę. Zakładając, że cenzorzy też nie próżnowali i byli w swojej pracy coraz lepsi mamy tu do czynienia z tym co w biologii nazywamy koewolucją. Ewolucja drapieżnika i jego ofiary jest ze sobą sprzężona, tak, że oba gatunki wzajemnie się napędzają. Zebry będą biegać coraz szybciej, żeby uciec przed lwami, ale także wśród lwów największy sukces reprodukcyjny osiągną te, które będą biegać szybciej niż inne i tym samym będą w stanie dogonić zebrę. Oba gatunki ewoluują, ale sytuacja między nimi pozostaje bez zmian. Czasami nazywamy to ewolucyjnym wyścigiem zbrojeń, ale ja wolę oczywiście porównanie literackie, które mamy na to zjawisko - Efekt Czerwonej Królowej (od Czerwonej Królowej z Alicji w Krainie Czarów).


Alice looked round her in great surprise. "Why, I do believe we've been under this tree all the time! Everything's just as it was!"

[...]

   "in our country," said Alice, still panting a little, "you'd generally get to somewhere else -- if you ran very fast for a long time, as we've been doing."
  
"A slow sort of country!" said the Queen. "Now, here, you see, it takes all the running you can do, to keep in the same place. If you want to get somewhere else, you must run at least twice as fast as that!"**

Alicja rozejrzała się w koło bardzo zdziwiona.
"Dlaczego wydaje mi się, że cały czas byłyśmy pod tym drzewem! Nic się nie zmieniło!"

[...]

"w naszym kraju", powiedziała Alicja wciąż lekko zadyszana, "powinieneś znaleźć się w innym miejscu, jeśli biegłeś przez dłuższy czas tak szybko jak my."

"Co za powolny kraj!" powiedziała Królowa.
"Tutaj, aby pozostać w tym samym miejscu, musisz biec co sił w nogach. I co najmniej dwa razy szybciej, jeśli chcesz przedostać się w inne miejsce"



Kolejny, poza Polską, przykład Efektu Czerwonej Królowej, jako koewolucji twórcy i cenzora znajdziemy w kraju zadziwiająco do Polski podobnym - w Iranie. Tak, na końcu poprzedniego zdania jest Iran. Możecie przeczytać je jeszcze raz, ale on tam nadal będzie.
W Iranie tak jak kiedyś w Polsce obowiązuje cenzura. Jest ona jednak o wiele bardziej restrykcyjna niż w Rzeczpospolitej Ludowej oraz skierowana nie tylko na krytykę władzy, ale także na obrazę moralności. Obrazą moralności będzie oczywiście scena seksu czy opis nagiej kobiety, ale nie tylko. Będzie nią także scena w której bohater pije alkohol (zakazany w Islamskiej Republice Iranu) lub bohaterowie - kobieta i mężczyzna nie będący swoją najbliższą rodziną, przebywają w jednym pomieszczeniu. Ba, moralnie podejrzana może cenzorowi wydać się nawet scena, w której mężczyzna wyjmuje łyżeczkę ze swojej herbaty i wkłada ją do herbaty kobiety (odnalezienie tu dwuznaczności pozostawiam wam; tak, ma to związek z seksem). Jak widzicie irańscy cenzorzy mają ręce pełne roboty, a prawdziwym kunsztem muszą wykazać się irańscy pisarze chcąc cokolwiek w takich warunkach opublikować.

Wyobraźmy sobie teraz irańskiego literata, któremu marzy się napisanie pięknej historii miłosnej. Powiecie, że to nie takie trudne, że przecież taka historia może obyć się bez nawiązań do miłości fizycznej. Można skupić się na porozumieniu duchowym, rozmowie. Przypomnijmy jednak sobie, że w Iranie kobieta nie może przebywać sam na sam w towarzystwie mężczyzny nie należącego do jej najbliższej rodziny. Jak więc rozpocząć taką historię miłosną, aby nie wzbudziła czujności cenzury?
Shahriar Mandanipour, autor książki Irańska historia miłosna. Ocenzurowano wymyśla sposób, który powinien oczarować każdego bibliofila.

Sara, studiująca literaturę perską, jest częstym gościem biblioteki do której uczęszcza także Dara - były student szkoły filmowej. Sara i Dara nie mają prawa się spotkać, część biblioteki przeznaczona dla mężczyzn oddzielona jest regałami od części przeznaczonej dla kobiet. Dara może jedynie obserwować przez szparę w regałach buty Sary i słuchać jej głosu. Pewnego dnia Sara chce wypożyczyć zakazaną książkę, której oczywiście nie ma w bibliotece. Następnego dnia Dara rozstawia pod domem Sary uliczny stragan z książkami (w imię miłości jest w stanie wyprzedać swoją domową kolekcję). Wśród nich jest naturalnie książka, którą bez powodzenia próbowała wypożyczyć Sara. Po paru dniach dziewczyna w końcu zatrzymuje się przy straganie i dostrzega poszukiwaną przez siebie pozycję. Poprzedni właściciel książki miał irytujący zwyczaj rysowania czerwonych kropek na niektórych stronach książki. Sarze zajmuje trochę czasu dojście do tego, że kropki nie są stawiane w przypadkowych miejscach, a nad konkretnymi literami, które uporządkowane tworzą list miłosny.
Tak to się wszystko zaczyna, w każdym liście znajdują się wskazówki dotyczące następnej książki z biblioteki, w której będzie znajdował się kolejny list.


Nawet gdy dochodzi wreszcie do spotkania zakochanych, czytelnik ani na chwilę nie zapomina w jakim kraju rozgrywa się opisywana historia. Para zamiast usiąść na ławce w parku wybiera się na randkę do szpitala. Izba przyjęć wydaje się najbezpieczniejszym miejscem, w którym mało kto spodziewa się kontroli strażników moralności.
Historia miłosna jest jednak dla autora jedynie pretekstem do napisania książki o życiu artystów w Iranie, o ich wiecznej grze, którą prowadzą z cenzorami, a w efekcie o fenomenie, nacechowanej symboliką, irańskiej literatury: dlaczego taka dobra, dlaczego nie ma odpowiednika w świecie. 

Aby nie być gołosłownym, dla potwierdzenia tej wyjątkowości irańskiej literatury, Shahriar Mandanipour tworzy małe arcydzieło. Irańska historia miłosna to opowieść snuta przez dwóch narratorów. Trzecioosobowa narracja opowiada o losach zakochanej pary, które przeplatają się z przemyśleniami pisarza - narratora pierwszoosobowego - na bieżąco opowiadającego czytelnikowi o tworzeniu tejże miłosnej historii, o próbach wyprzedzenia o krok cenzora, a także o momentach, w których stworzeni bohaterowie zaczynają wymykać się spod kontroli i żyć własnym życiem.
Można dowiedzieć się bardzo dużo o procesie twórczym, o symbolice w literaturze i filmie, o życiu codziennym w Iranie, ale przede wszystkim o tym, że wbrew temu co twierdzą postmoderniści, nie wszystko już było. Cały czas da się napisać coś nowego i oryginalnego. Miejmy nadzieję, że nie tylko pod stymulującym okiem reżimu totalitarnego.

Ocena: 5/5
Wydawnictwo: W. A. B.
Tłumaczenie: Maciej Świerkocki
Rok wydania: 2010

 * Mariusz Szczygieł Już nie trafiam z drugim dnem. Książki. Magazyn do czytania (nr 4 (7) grudzień 2012)
** Lewis Carroll Through the Looking-Glass and What Alice Found There (rodział 2.)
*** tłumaczenie mojego autorstwa

wtorek, 16 października 2012

Jacek Dehnel - Lala

"Już teraz dom w Oliwie wygląda inaczej. A kiedy babcia umrze, a umrze niebawem, i mogę to napisać zupełnie spokojnie, bo po pierwsze, dawno wszyscy pogodziliśmy się z tą myślą, a po drugie, ona i tak tego nigdy nie przeczyta, bo w ogóle już nie czyta, wszystko się zmieni nie do poznania."
Tymi słowami Jacek Dehnel zaczyna powieść "Lala", której główną bohaterką jest jego babcia - Helena Bieniecka.
Babcię poznajemy, gdy dni spędza "siedząc jak stara chińska cesarzowa, niepomna władzy ani powinności", a istnienie u niej wyższych uczuć pozostaje w sferze domysłów autora, tak jak istnienie uczuć u ukwiału czy rafy koralowej.

Tracącą powoli kontakt z rzeczywistością babcię Helenę widzimy tylko przelotnie i szybko o niej zapominamy, bo już za chwilę cofamy się do XIX wieku, gdzie poznajemy dziadka Brokla oraz jego żonę Wandę. Dziadek Brokl co jakiś czas trochę przypadkowo staje się rekinem finansjery, tylko po to, aby nieco później równie przypadkowo wszystko stracić.
Dziadek Brokl jest oczywiście dziadkiem babci Heleny, a nie Jacka Dehnela. Ale nie spodziewajcie się tego rodzaju wyjaśnień w samej książce. Nie spodziewajcie się także jakiejkolwiek chronologii. Tu historia nie jest liniowa, wszystko jest chaotyczne, bez wyraźnego początku czy końca.

Przez pierwszych parę stron, trochę irytowała mnie ta obrana przez autora konwencja. Chciałam wziąć notatnik i wszystko sobie uporządkować, rozrysować drzewa genealogiczne, podopisywać daty. Zanim jednak to zrobiłam, dałam się uwieść opowieści snutej przez Dehnela, a właściwie, to chyba powinnam powiedzieć - przez jego babcię.
Co jakiś czas gubiłam się w gąszczu imion i powiązań rodzinnych, czasami miałam wrażenie, że jakąś opowieść czytam już drugi raz, a w innej z kolei brakuje sporej części.

"Lala" to opowieść zlepiona z historii, które przez lata opowiadała autorowi jego babcia. Ten ogrom wiedzy można było oczywiście uporządkować, dodać przypisy i rys historyczny, ale otrzymalibyśmy kolejną suchą biografię.
Jacek Dehnel na taką formę się nie zdecydował. Postanawił zebrać wszystkie opowieści babci, a także skrawki opowieści i zszyć je w jedną całość, bardziej niż reporterską dociekliwością, kierując się sercem. W efekcie otrzymujemy patchworkową kompozycję, która urzeka i hipnotyzuje. Jest dokładnie tak, jakbyśmy to my siedzieli z babcią Heleną i słuchali jej opowieści, popijając herbatę w domu w Oliwie.

Dlatego niczym uderzenie obuchem spada na nas druga część książki, gdzie w opowieści coraz więcej pojawia się teraźniejszości. Wracamy do babci spędzającej całe dnie w fotelu, o której zdążyliśmy już zapomnieć. Bo dzielna i przebojowa "Lala", na której przyjęcie u szacha Persji nie robi żadnego wrażenia, a pod której urokiem był swego czasu sam Gombrowicz, to ta sama osoba co babcia Helena, zmuszona do korzystania z pampersów i wymyślania najbardziej absurdalnych historii, aby ukryć coraz większe dziury w pamięci.

Pojawiały się głosy krytyki związane z obnażaniem przez Jacka Dehnela tak intymnych szczegółów dotyczących starzenia się jego babci.
Ja cieszę się, że pan Jacek to zrobił. Myślę, że tylko tak, był w stanie wytłumaczyć dlaczego pisze tę książkę, która jest swego rodzaju pożegnaniem, zarówno z babcią jak i z pewnym etapem w życiu autora, który powoli staje się przeszłością. Jest to także próba odczarowania śmierci, pozbawienia jej patosu, przedstawienia jako czysto fizjologicznego procesu, dotyczącego jedynie ciała i nie mającego żadnego związku z duszą.
Ta część książki skojarzyła mi się z filmem "33 sceny z życia", w którym Małgorzata Szumowska w podobny sposób próbuje poradzić sobie ze śmiercią swoich rodziców.

Ujawnianie rodzinnych "sekretów" to nie jedyna rzecz, która spotkała się z krytyką czytelników.
Jacek Dehnel jest postacią dosyć kontrowersyjną. Tego faktu trudno było nie zauważyć na spotkaniu Bukklubu w Kordegardzie, na którym omawiana była "Lala", ale omawiane było także życie prywatne autora. Wydawałoby się, że pisarz trzykrotnie nominowany do Nagrody Literackiej Nike, będzie miał spore grono entuzjastów, albo chociaż, że liczba głosów za i przeciw będzie wyrównana. Było jednak inaczej. Dehnelowi dostało się za styl (że pretensjonalny), za to w jaki sposób się ubiera (że konformista, bo tak ubierali się jego przodkowie), za to, że powiela stereotyp polskiej inteligencji, która to zawsze stała po stronie dobra i żyła dobrze zarówno z chłopami jak i z Żydami, aż wreszcie, że wiele historii opisanych w książce wydaje się rozmijać z prawdą.

Jacek Dehnel
Oczywiście nie bronię nikomu własnego zdania i dyskusję w Kordegardzie uważam za bardzo ciekawą. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że niektóre słowa krytyki były trochę wymuszone, jakby na Jacka Dehnela po prostu trzeba było coś znaleźć.

Ja szukać nie będę. Mi się bardzo podobało. Biorę poprawkę na to, że wiele historii, które pojawiły się w "Lali" nie jest do końca prawdziwych, ale o to właśnie chyba chodzi. W tym jest piękno rodzinnych opowieści, które z czasem zaczynają żyć własnym życiem. I Dehnel to piękno uchwycił, oddając tym samym hołd kobiecie, która go wychowała i ukształtowała.
A to, czy fakt, że lubi spacerować po Parku Łazienkowskim, w meloniku i surducie, trzymając za rękę swojego chłopaka, wynika z jego konformizmu czy też właśnie nonkonformizmu, pozostawiam do rozstrzygnięcia dyskusyjnym klubom książkowym.

Ocena: 5/5


Wydawnictwo: W. A. B
Rok wydania: 2006

sobota, 30 czerwca 2012

Barbara Kosmowska - Niebieski autobus

Co by się stało, gdybyśmy Mikołajka (tego od "Przygód Mikołajka") wyciągnęli z jego francuskiego domu, zmienili mu płeć i pod postacią dziewczynki, ulokowali w lekko patologicznej małomiasteczkowej polskiej rodzinie, w latach sześćdziesiątych?
Pomijając, nieważny w tych czysto hipotetycznych rozważaniach, fakt, że pewnie groziłby nam kryminał za uprowadzenie dziecka oraz przeprowadzanie na nim eksperymentów medycznych, to w efekcie uzyskalibyśmy Miśkę Pietkiewicz, narratorkę powieści "Niebieski autobus".
Miśka w naiwny dziecięcy sposób, który to właśnie tak bardzo przypominał mi "Przygody Mikołajka", przeprowadza nas przez przesiąknięty zapachem samogonu oraz wypełniony kradzionymi sprzętami, świat swojego dzieciństwa. Zapach samogonu unosi się za sprawą pędzącego go tatusia, a kradzione sprzęty trafiają do mieszkania, dzięki wujowi Romanowi. Obaj panowie są tylko kroplą w morzu osobliwości, jakim są ludzie przewijający się przez życie Miśki.

 "Niebieski autobus" nie jest jednak tylko humorystyczną opowiastką o dzieciństwie spędzonym wśród absurdów Polski Ludowej. Miśka dorasta, a Mikołajkowa narracja niepostrzeżenie ustępuje miejsca bardziej dojrzałemu stylowi. Nadal jest jednak lekko i z dużą dawką humoru.
Jak to często bywa, lekki styl wcale nie oznacza, że poruszane są tylko błahe tematy. Kosmowska w bardzo subtelny sposób, unikając patosu, porusza także trudne problemy.

Jest to powieść o ucieczce. Nie tylko od rodziny, która najlepiej zna się na destylacji alkoholu oraz przynoszeniu wstydu, ale także od dusznej atmosfery małego miasteczka, które z każdym rokiem "maleje i kurczy się niczym źle prany sweter. Mechaci od starości tych samych melanżowych splotów zdarzeń, które składają się na bure barwy życia".
Przede wszystkim jednak, jest to powieść o dojrzewaniu i poznawaniu samego siebie. No i o powrotach.

"Niebieski autobus" jest dla mnie zaskoczeniem roku. Książka została bardzo skrzywdzona przez wydawnictwo Zysk i S-ka, okładką, która sugeruje literaturę kobiecą, spod znaku przaśnych romansów z mazurską wsią w tle.


Nic bardziej mylnego, proszę nie dać się zwieść!
Barbara Kosmowska jest świetną pisarką i na szczęście wydawnictwo W.A.B., doceniło ten fakt, decydując się na wznowienie "Niebieskiego autobusu" z, tym razem, zdecydowanie lepszą okładką.


Twórca poprzedniej okładki podobno dostał podwójne dożywocie, na jego dzieła niestety można natknąć się jeszcze w bibliotekach. Jeśli wam się to przydarzy, proszę wypożyczać, okładać w gazetę i czytać, bo warto!

Ocena: 4/5

Wydawnictwo W.A.B
Rok wydania: 2011

A skoro już jesteśmy przy ucieczkach, powrotach i małych miasteczkach to warto posłuchać jednej z moich ulubionych piosenek Pearl Jamu.