Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Pozwolę sobie zacytować, odc. 3

Kiedyś jeszcze jako dziecko zapytałem ją, jak jest w piekle. Matka odpowiedziała mi wtedy zadziwiająco pewnie, jakby już tam była, jakby to była autopsja, a nie wyobrażenie:
- Synku, w piekle na powitanie pokazują ci wszystkie twoje niewykorzystane szanse, pokazują, jak wyglądałoby twoje życie, gdybyś we właściwym czasie wybrał właściwe wyjście. A potem pokazują ci wszystkie te chwile szczęścia, które straciłeś śpiąc, wiesz, synuś, że my przesypiamy połowę życia? I tym wszystkim śpiochom takim jak ty pokazuje się w piekle, co mogli w życiu osiągnąć, gdyby budzili się w porę.
- A potem? Mamusiu, co się dzieje potem, kiedy już to wszystko pokażą?
- Potem, synku, zostawiają cię samego z twoimi wyrzutami sumienia. Na całą wieczność. Nie ma już nic ani nikogo. Tylko ty i twoje wyrzuty sumienia...

Wojciech Kuczok - Gnój (Wydawnictwo W.A.B., 2003)

Stary człowiek w smutku (źródło)

sobota, 22 marca 2014

Pozwolę sobie zacytować, odc. 2

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej
Opowiadano mi o nieprzyjemnościach, na jakie się przybysze narażają, zanim nabiorą nawyku do stosowania się do praw i porządków miejscowych, zwłaszcza we względzie stosunków pomiędzy mężczyzną a kobietą. W Polsce we wszystkich trzech zaborach, przewaga znajduje się po stronie męskiej - przewaga łagodzona zwyczajem w sferach towarzyskich wyższych, prawie nieograniczona w niższych. Bijanie, vulgo "pranie", bab przez mężów uważa się za rzecz zwyczajną. Mężowie nie przypuszczają, ażeby im nie wolno być miało kobiet ich wygrzmocić od czasu do czasu. Z wyobrażeniem tym przybywają do Ameryki i doświadczenie - niekiedy gorzkie - naucza ich, że wolność w Ameryce jest we względzie tym niewolą. Mąż nie tylko ręki na żonę podnieść nie ma prawa, ale żona do odpowiedzialności pociągnąć go może nie tylko za bicie, ale nawet za stosowanie do niej wyrazów obelżywych.

Zygmunt Miłkowski - Opowiadanie z wędrówki po koloniach polskich w Ameryce Północnej (Antologia polskiego reportażu XX wieku, tom 1)

czwartek, 13 marca 2014

Pozwolę sobie zacytować, odc. 1

Myślałem: kiedy to się dzieje, dlaczego tego nie można przyłapać, dlaczego dopiero z czasem się sobie uświadamia, że się dorosło? Domyśliłem się, że ta granica musi tkwić tam, gdzie nagle przestaje się tęsknie wyczekiwać przyszłości. Tej, w której już się będzie mężczyzną z wąsami, żoną i samochodem. Tej, w której będzie się mogło w uroczystości rodzinnej uczestniczyć z prawem do kieliszka. Tej, w której się w ogóle będzie już takim starszym, imponującym. Takim, co to już nie ma wągrów i łojotoku, i niepewności ruchów. Takim, co to już wytrzymuje wzrok żeński na sobie, nie spuszcza oczu po sobie, się nie pąsowi. Takim do którego już się mówi "proszę pana"; któremu się nie każe wstawać w klasie przed chóralnym "dzieeń-doo-bry"; któremu się w tramwaju nie zwraca uwagi "gówniarzu, może byś ustąpił". Słowem: gdy nagle się przestaje wyczekiwać przyszłości, bo już się dojrzeje do tego, żeby "im wszystkim pokazać". Ni stąd, ni zowąd za przeszłością tęsknić się zaczyna; a im odleglejsza, tym tęskni się bardziej, choćby i najgorsze to były wspomnienia, choćby i udokumentowane w młodzieńczym dzienniku jako czas udręki. Bo się już wie, że przeszłość to jedyne, czego nigdy nie będzie można dostąpić, kupić, przekupić, ubłagać, przeżyć ponownie. Bo się wie, że już się jest w tym wieku, do którego się tęskniło w młodości, ale nikomu niczego się nie pokazało.
[...]
Domyśliłem się, że chodzi o obecność. Że tak się człowiek przyzwyczaja od przedszkolnych lat, przez szkolne, licealne i studenckie, że codziennie ktoś sprawdza jego obecność. Wywołuje z listy i domaga się potwierdzenia: "Jestem". Przez te wszystkie lata ktoś jest zawsze zainteresowany tym, byśmy byli. Najpierw być musimy, potem powinniśmy - niezmiennie figurujemy jednak na listach obecności. Aż wreszcie z ostatnim dniem studiów ten przywilej się kończy: odtąd nikt już naszej obecności sprawdzać nigdy nie będzie, odtąd jesteśmy światu obojętni, możemy sobie być lub nie być. Pracodawcy nie interesuje nasza obecność, tylko efektywność - idealnym dla niego układem byłoby przecież zatrudnienie efektywnych duchów.
Wojciech Kuczok - Gnój
Wydawnictwo W.A.B., 2003


poniedziałek, 21 października 2013

Wiesław Myśliwski - Ostatnie rozdanie

Jakiś czas temu, pisałam o dziesięciu najważniejszych książkach mojego życia (klik), wśród których znalazł się Traktat o łuskaniu fasoli Wiesława Myśliwskiego. W uzasadnieniu napisałam, że lubię książki, w których akcja toczy się powoli, jest dużo gadania, wspominania, ładnych metafor itd., Myśliwski lubi natomiast takie książki pisać.
Z Myśliwskim jest trochę jak z takimi ludźmi w tramwaju czy w sklepie, którzy mają ogromną potrzebę opowiadania. Nawiąż z nimi kontakt wzrokowy i już po tobie. Zaczną ci opowiadać o tym co właśnie kupili i dlaczego to nie jest takie dobre jak kiedyś. Na początku będziesz się zastanawiać dlaczego ci o tym mówią, a potem będziesz się już tylko zastanawiać dlaczego mimo, że miałeś już parę okazji, aby uciec, cały czas tego nie zrobiłeś, tylko stoisz i słuchasz o tych produktach mlecznych co to nie są takie jak kiedyś. Jeśli trafisz na wyjątkowo wprawnego ulicznego gawędziarza, to jeszcze po powrocie do domu sobie niektóre z tych opowieści zapiszesz.
A teraz wyobraźcie sobie, że jedziecie z takim kimś w windzie i ta winda nagle staje między piętrami i stoi tak przez następne 10 godzin. Wasz współtowarzysz prawdopodobnie nawet się nie przedstawi, w jego opowieści trudno będzie dopatrzyć się jakiejkolwiek chronologii i przez większość czasu będzie mówił o zupełnie przypadkowych, błahych rzeczach. A mimo to, gdy wrócicie do domu, ochłoniecie już po przygodzie z windą i spróbujecie sobie przypomnieć historie, którymi karmił was rzeczony gawędziarz, nagle okaże się, że zamiast wielu niezbornych opowieści o produktach spożywczych, odzieży i ludziach, których nie znacie, w głowie macie jedną kompletną historię ludzkiego życia. I tak mniej więcej wygląda proza Myśliwskiego.
A teraz kolejne ćwiczenie:
Wyobraźcie sobie tę samą sytuację. Wy i gawędziarz, winda zatrzymana między pietrami, 10 godzin. Tylko, żeby było trudniej niech tym razem gawędziarz ma poważną depresję.
Macie to już?
To tak właśnie wygląda Ostatnie rozdanie - najnowsze dzieło Myśliwskiego. Cała powieść jest monologiem głównego bohatera, który z porozsypywanych zdarzeń, stara się złożyć historię swojego życia. Punktem wyjścia jest opasły notes z adresami, które kolekcjonował od lat młodzieńczych i który teraz stara się uporządkować. Nazwiska stają się pretekstem do kolejnych opowieści, z których powoli wyłania się obraz życia pewnego człowieka. Niestety, ja tego obrazu nie kupuję.

To, że narrator Ostatniego rozdania, jest jednym z najbardziej antypatycznych tworów literackich z jakimi dotąd obcowałam, oczywiście nie jest głównym problemem, bo w literaturze nie chodzi o to, żeby bohaterów książek lubić. A może nawet bardziej wartościowymi lekturami są te, które wpuszczają nas do świata ludzi, których nigdy byśmy nie polubili.
Problem jest jednak taki, że świat do którego zostajemy wpuszczeni, to jedynie świat zdarzeń, natomiast świat emocji głównego bohatera pozostaje dla nas zagadką. Sam autor o swoim bohaterze powiedział: 
[...] nie mogę wziąć pełnej odpowiedzialności za narratora mojej książki, w ogóle trudno go polubić, w przeciwieństwie do innych, zdaje się, moich bohaterów. Nawet trudno zrozumieć jego relacje z Marią*.
Trudno zrozumieć o co właściwie chodzi głównemu bohaterowi, więc nie ma co liczyć na to, że zrozumie się całą resztę postaci pojawiającą się w jego wspomnieniach. A wszyscy są równie smutni i zawiedzeni życiem. Co chwila z różnych ust padają takie zdania jak:

Młodość to zmarnowany czas. Zmarnowany na złudzenia. Jakby życie ofiarowując nam młodość, zadrwiło z nas, aby tym dotkliwiej nas potem doświadczyć.

[...] raczej nie miał poczucia humoru. Ale może tak mi się wydawało, bo ja nie miałem. Wszyscy się z czegoś śmiali, a we mnie zalegała ponurość.

[...] wydawało mi się, że zaczyna się z nich [adresów] wyłaniać jakiś ogólny obraz mojego życia. Bezkształtny to prawda. Kto wie zresztą czy bezkształtność nie jest naszym znamieniem, jako, że zatopieni w coraz bardziej  przygniatającym nas świecie, pozbywamy się dobrowolnie własnego ja. Lub odwrotnie, uciekamy od własnego ja, z którym, przyznaję, nie tak łatwo żyć.

Nie ma pracy bez pomyłek, jak nie ma życia. Z życiem nawet gorzej, bo najczęściej nie da się naprawić. Albo od początku do końca jest pomyłką.

Dzięki temu stajemy się bogatsi o tę najdotkliwszą chyba mądrość, że musi się zapłacić całym życiem, aby zrozumieć prostą prawdę, że nie warto byłoby zaczynać życia od początku. **

Mój największy sprzeciw budzi nawet nie fakt, że wszyscy w tej powieści są przeraźliwie i dogłębnie smutni, ale to, że ich smutek sprzedawany jest nam w formie uniwersalnych prawd życiowych: życie jest smutkiem, życie jest pomyłką, a jeśli ci się wydaje, że tak nie jest to tylko dlatego, że jesteś młody (i pewnie w domyśle głupi, albo chociaż naiwny).

Z Myśliwskim jest taki problem, że po tym jak, jako jedyny pisarz w historii, dostał dwukrotnie Nike mało kto ma śmiałość go krytykować lub chociażby tytułować inaczej niż Mistrz (sic!).  
Nie dziwi mnie zupełnie, że ktoś odpowiedzialny w Znaku za marketing postanowił w pełni wykorzystać nastroje panujące w społeczeństwie i napisać na czwartej stronie okładki, że Ostatnie rozdanie to kolejne prozatorskie arcydzieło, oraz dzieło "totalne", które chce objąć całość ludzkiego doświadczenia, dotknąć tajemnicy bytu. Dziwi mnie natomiast, że większość ludzi w recenzjach te brednie o dziele totalnym i tajemnicy bytu jak mantrę powtarza.

Lekko zaniepokojona donoszę więc, że dla mnie Ostatnie rozdanie to żadne arcydzieło i mimo, że czytałam dosyć uważnie, nie udało mi się odnaleźć absolutu. 
Myśliwskiego nadal jednak lubię, bo przecież nie ma pracy bez pomyłek, jak nie ma życia.

Moja ocena: 2,5/5
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2013

* Żyło się pod niebem bardziej - wywiad z Wiesławem Myśliwskim przeprowadzony przez Donatę Subbotko (Gazeta Wyborcza, 5-6 października 2013)
** Wszystkie pozostałe cytaty pochodzą z Ostatniego rozdania Wiesława Myśliwskiego

czwartek, 10 października 2013

Książką po mapie - Rosja

Surowość rosyjskiego prawa łagodzi brak obowiązku jego przestrzegania - przypominam sobie patrząc na policjantów, z okazji szczytu G20 porozstawianych przy prawie każdym przejściu dla pieszych w Petersburgu. Wydają się zupełnie niezainteresowani przechodniami przebiegającymi na czerwonym świetle, czy tymi przechadzającymi się obok nich z piwem. W ogóle wydaje się, że nic ich specjalnie nie interesuje, a jednak przecież muszą mieć jakąś misję, po coś tu stoją.
Kolejny raz nad paradoksem rosyjskiego prawa zadumałam się siedząc na jachcie zacumowanym w porcie Kronsztad (wyspa Kotlin, 30 km od Petersburga), przyglądając się swojej wizie, na której pieczątka wyjazdowa z Rosji została ozdobiona odręcznie napisanym słowem: anulowano.

Do każdego wyjazdu staram się przygotować czytając odpowiednie lektury (patrz: zeszłoroczna podróż na Bałkany). Tym razem ze względu na miejsce w którym rozpoczynałam rejs (Petersburg, Rosja) wybrałam zbiór reportaży Barbary Włodarczyk Nie ma jednej Rosji, a ze względu na środek transportu, którym miałam dostać się z powrotem do Polski, drugą lekturą był Kurs Czukotka Moniki Witkowskiej.

Książka Moniki Witkowskiej opowiada o rozpoczynającej się w kanadyjskim Inuvik trzymiesięcznej arktycznej wyprawie na rosyjską Czukotkę. Po drodze jest trochę niedźwiedzi polarnych, Inuitów, sztormów, wielorybów, ale mi w pamięć najbardziej zapadła jednak historia opisująca bolesne zderzenie z rosyjskim surowym prawem. Żeby pływać po rosyjskiej Arktyce trzeba mieć masę pozwoleń. Monika Witkowska oczywiście o tym wiedziała i z bardzo dużym wyprzedzeniem wszystkie pozwolenia pozałatwiała. Przynajmniej tak jej się wydawało. Niestety, gdy wraz ze swoim współtowarzyszem podróży - szwedem Börje dopłynęli do czukockiego miasta Pewek, zostali natychmiast aresztowani i postawieni przed rosyjskim sądem. Rosjanie stwierdzili, że pozwolenia są nieważne i że obejmowały one przybycie do Pewek drogą powietrzną, a nie morską. Oczywiście tłumaczenia, że przecież od początku wiadomo było, że przypłyną jachtem i że służby z którymi kontaktowała się pani Witkowska dostały wszystkie dokumenty jachtu, na nic się nie zdały. Żeglarzom nakazano natychmiastowe opuszczenie wód rosyjskich, a dodatkowo zasądzono karę pieniężną i pięcioletni zakaz wstępu na teren Federacji Rosyjskiej. W drodze powrotnej jacht był eskortowany przez ogromny (w porównaniu z dziesięciometrową łupinką którą płynęli żeglarze) statek straży przybrzeżnej, załoga została raz jeszcze aresztowana (powody równie niejasne jak za pierwszym razem), a na końcu na pokład jachtu, do pilnowania niezwykle niebezpiecznej załogi, został przydzielony matros z kałasznikowem, a sam jacht został wzięty na hol przez wcześniej wspomniany statek straży przybrzeżnej. 

Historia naszego jachtu nie jest aż tak spektakularna. 
9 września wyruszyliśmy z Petersburga. Cel: Polska. Po drodze parę przystanków. Pierwszym, przymusowym był Kronsztad, gdzie miała odbyć się odprawa celna. Gdy zacumowaliśmy, na brzegu czekali już na nas funkcjonariusze służby granicznej, mili i uśmiechnięci. Odprawa trochę trwała, ale wszystko wyglądało dobrze: jacht został przejrzany przez celnika, w naszych paszportach pojawiły się pieczątki wyjazdowe. Czekamy już tylko na kapitana. W końcu wraca z dokumentami naszego jachtu i oznajmia, że... nigdzie nie płyniemy. Z dokumentów wynika, że jacht od dwóch miesięcy jest nielegalnie na terenie Federacji Rosyjskiej (nasz rejs był ostatnim etapem trwającej od czerwca Ekspedycji Rosyjska Arktyka). Okazuje się, że data wygaśnięcia wizy pierwszego kapitana została uznana również za datę do której nasz jacht powinien był opuścić wody terytorialne Rosji. Tłumaczenia, że przecież jeden jacht może mieć kilku kapitanów rozbijały się o mur rosyjskiej biurokracji. Co ciekawe, tego jawnego naruszenia prawa nikt jakoś nie zauważył w Murmańsku, gdzie podczas jednego z wcześniejszych etapów aresztowano nasz jacht.
Decyzje co do tego co się z nami stanie zmieniały się co chwila: na początku mieliśmy czekać trzy dni, potem zdecydowano, że po zapłaceniu kary będziemy mogli odpłynąć już następnego dnia do godziny osiemnastej. Po tym jak usłyszeliśmy te relatywnie dobre wieści postanowiliśmy uszczuplić trochę jachtowe zapasy alkoholu i w ten sposób umilić sobie pobyt w porcie Kronsztad, którego nie wolno nam było nawet zwiedzić. Następnego dnia rano nasz kapitan został wezwany na dalsze wyjaśnienia. Licząc na szybkie rozwiązanie sprawy poszedł z celnikami tak jak stał, czyli w klapkach i bez komórki. Dobrze, że chociaż śniadanie zdążył zjeść, bo z "wyjaśnień" wypuszczono go głodnego i spragnionego dopiero 8 godzin później, około godziny 19.

Nasz jacht w porcie Kronsztad (fot. Łukasz Ejsmont)
Może i lepiej, że kapitan nie wziął komórki, bo przynajmniej żyliśmy w błogiej nieświadomości podczas gdy zapadały kolejne coraz bardziej absurdalne decyzje dotyczące naszego losu. W najgorszej wersji jacht miał być aresztowany na 30 dni, a my natychmiast przetransportowani na lotnisko i wsadzeni do najbliższego samolotu do Polski (oczywiście na nasz koszt).
Na szczęście z odsieczą przyszedł zaprzyjaźniony rosyjski żeglarz. Po uruchomieniu kilku kontaktów, nagle okazało się, że sprawa jednak nie jest tak poważna. Zostajemy wypuszczeni (razem z jachtem) i nie musimy płacić nawet symbolicznej kary. W naszych paszportach obok anulowanych pieczątek pojawiają się nowe pieczątki wyjazdowe. 

Dwie pieczątki wyjazdowe

Podczas naszej rosyjskiej niewoli, gdy napatrzyłam się już na przepływające obok nas wielkie statki handlowe, wzięłam się za czytanie reportaży Barbary Włodarczyk. Miałam nadzieję, że może tam znajdę odpowiedzi na różne pytania, które zaczęły pojawiać się w mojej głowie odkąd przyjechałam do Rosji; w tym to najważniejsze: dlaczego od ponad doby siedzimy w porcie Kronsztad. Żadnych odpowiedzi oczywiście nie znalazłam, bo wydaje mi się, że nie to było celem tej książki. Barbara Włodarczyk chciała udowodnić, że nie ma jednej Rosji (jedyna Jedna Rosja jaka jest to Единая Россия - największa partia polityczna w kraju) i to jej się udało. Rosja, która wyłania się z jej reportaży, to kraj ogromnych kontrastów i paradoksów. Aby się o tym przekonać wystarczy przejść się po Moskwie: znajdziemy tu z jednej strony getto bogaczy, czyli Rublowkę, której świat poznamy dzięki Julii, kreatorce mody z Moskwy, ale także dworzec Jarosławski, na którym obok innych bezdomnych dzieci wychowuje się mały Wasia - kolejny bohater reportażu. Możemy trafić na manifestację na której skandowane będzie hasło Rosja bez Putina, ale wystarczy odjechać kawałek od Moskwy (bo na warunki rosyjskie 400 km to rzeczywiście tylko kawałek), aby trafić do wioski Bolszaja Jelenia, w której znajduje się siedziba sekty wierzącej w to, że Putin jest zbawcą Rosji oraz kolejnym wcieleniem świętego Pawła. 

Zachęcam do przeczytania książek obu autorek, nawet jeśli nie żeglujecie, ani nie planujecie wyjazdu do Rosji, chociaż jedno i drugie polecam (mimo wszystko).


- Barbara Włodarczyk Nie ma jednej Rosji - moja ocena: 5/5 (książka powstała na podstawie niektórych reportaży ukazujących się w programie Szerokie tory, tym, którzy jeszcze nie zdecydowali czy chcą przeczytać książkę, polecam jeden z odcinków)
- Monika Witkowska Kurs Czukotka - moja ocena 4/5 (dla niezdecydowanych: bardzo ciekawy wywiad z autorką)

środa, 29 maja 2013

Wojciech Kłosowski - Nauczyciel Sztuki

Fantastyka i fikcja historyczna to gatunki zdominowane w naszym kraju przez prawicowych pisarzy. A co z lewackimi sercami, które też potrzebują pokrzepienia? Wydawnictwo Krytyki Politycznej zauważyło niszę i postanowiło ją wypełnić i tak oto ku zaskoczeniu wielu Krytyka Polityczna wydała krwistą i przewrotną powieść płaszcza i szpady.


Akcja Nauczyciela Sztuki rozgrywa się w XVI-wiecznej Hiszpanii. Na dworze księcia Ferdynanda w miasteczku Nájera organizowany jest turniej szermierki, mający wyłonić dworskiego fechmistrza, który zajmie się edukacją książęcego syna. Jednym ze starających się o tę posadę jest główny bohater powieści Gaspar De Los Reyes, który w końcu, w wyniku pewnych zawirowań, zamiast nauczać książęcego syna, sam zostanie uczniem nadwornego filozofa, będącego jednocześnie mistrzem Sztuki.
Sztuka nie jest oczywiście jedynie umiejętnością sprawnego posługiwania się bronią, ale całą filozofią, mówiącą o tym np. jak mądrze bronić słabszych:
- [...] Jak można pomóc za bardzo?
- Oto może najważniejsze pytanie tej lekcji. - Filozof wyprostował się, popatrzył na Gaspara badawczo. - Każdy ma obowiązek bronić się też sam. I bronić innych podług sił swoich. Bronić słabszych "za bardzo", to bronić ich tak, że poczują się zwolnieni z obowiązku własnej odwagi. Że będą jak dzieci chowające się za płaszcz ojca.
Na spotkaniu autorskim Wojciech Kłosowski, zapytany o to jak długo przygotowywał się merytorycznie do napisania książki, odpowiedział, że przygotowania nie zajęły mu dużo czasu, bo nie chciał pisać jednej z tych książek gdzie bohater wyjmuje pistolet 357. Magnum z nieruchomą 6-calową lufą... itd.; życie przeżywamy jako laicy i powieść też można pisać jako laik.

I tu z autorem się nie zgadzam. Powieści nie można pisać jako laik. Jeśli nasz bohater będzie używał pistoletu 357. Magnum to musimy znać jego parametry, wiedzieć kto takich pistoletów używa, tak aby nie napisać jakiejś oczywistej bzdury, co nie oznacza, że całą posiadaną wiedzą musimy się z czytelnikami dzielić.
A jeśli powieść ma rozgrywać się w XVI-wiecznej Hiszpanii to, aby odwzorować realia epoki nie wystarczy zamienić tu i ówdzie słowa według na podług.
Może dziś dziewczyna zapraszająca nowo poznanego chłopaka do domu powiedziałaby: Cholera. Mam nadzieję, że to nie zabrzmi jakoś głupio... Dobrze. Słuchaj, chodźmy do mnie, ale jakoś nie potrafię wyobrazić sobie, że powiedziałaby coś takiego XVI-wieczna dwórka (nawet jeśli jest to historia alternatywna i na więcej można sobie pozwolić).
W przypadku odwzorowania realiów historycznych autor rzeczywiście pisze jak laik. Ale w przypadku fechtunku na którym najwyraźniej się zna, nie trzyma się już swojej zasady i tak z ponad 500 stron powieści, pierwsze 200 jest zdominowane przez szczegółowe opisy turniejowych walk (poza tym dzieje się dosyć mało):
Zastawi cięcie kwintą czy sekstą? Spróbuje wślizgnąć się pod cięcie septymą i ripostować błyskawiczną sekundą? Odpłynie w tył, wychodząc z dystansu? Zejdzie z linii ciosu na jeden z tak wielu sposobów? Zobaczymy. Gaspar cofnął się o dwa kroczki, a potem nagle zaatakował prymą z bardzo wyciągniętego wypadu. [...]
Filozof zrobił coś kompletnie niezrozumiałego, jakby się zgubił. Zastawiając się kwintą wykonał cień ruchu rozpoczynając ucieczkę z dystansu, ale zanim cios dotknął zastawy, w przeciwtempie zrobił krótki krok do przodu, zostawiając jednak uniesioną zastawę za sobą i przyjmując cięcie ponad własnym karkiem. Gaspar już w połowie cięcia zrozumiał, co się dzieje i przechylał się na lewo, gotów uciekać w lewy skos przed zabójczą kwintą, gdy tylko stopa dotknie posadzki.
Kiedy wreszcie turniej dobiega końca cała historia zaczyna nabierać rozpędu, pojawiają się dworskie intrygi, nagłe zwroty akcji, na scenę wchodzi fanatyczny inkwizytor. Autor bardzo wprawnie prowadzi wielowątkową narrację, ale jednocześnie nie potrafi nakreślić zdecydowanych, wiarygodnych bohaterów. Ci, którzy mają być źli są ewidentnie źli, fanatyczni, nietolerancyjni i niezbyt inteligentni, natomiast cała reszta jest szlachetna i zaskakująco bystra. Kobiety są samodzielne, inteligentne i zaradne. Mężczyźni szanują emancypację kobiet, są tolerancyjni i brzydzą się występkiem.

Oczywiście jest to piękna wizja, tak samo jak piękne wizje przed czytelnikami roztaczał Tadeusz Konwicki w produkcyjniaku Przy budowie wydanym 1950 roku. U Konwickiego odpowiednikiem nauczyciela Sztuki, jest przodownik pracy, któremu z załogi bumelantów udaje się zrobić ludzi świadomych swojej misji, ciężko pracujących dla dobra ojczyzny:
Narada wytwórcza ciągnęła się długo. Sypały się projekty uproszczeń pracy. Każdy uważał za punkt honoru zaproponować jakieś ulepszenie. Kitowiczowi mdlała ręka od pisania.
Tak samo Nauczycielowi Sztuki i Gasparowi udaje się przemienić bratanka biskupa - bon vivanta, którego ulubioną zabawą jest cwałowanie przez miasto i rozpędzanie przerażonej tłuszczy, w świadomego młodego człowieka, który po tym jak spuszczono mu bęcki, jeszcze tego samego dnia dziękuje za naukę i przeprasza za to, że przyniósł wstyd swemu rodowi i herbowi, obiecując przed Bogiem, że to się nie powtórzy.

Oczywiście możliwe, że problem jest we mnie, że to ja jestem już na takie rzeczy za stara i zbyt zgorzkniała i pozostaje mi już tylko zamknięcie się w samotni i czytanie w kółko Wilka stepowego.
Dlatego o tym, czy chcecie czytać Nauczyciela Sztuki zdecydujcie sami, w internecie za darmo można przeczytać cztery pierwsze rozdziały.

Zanim się jednak oddalicie chciałabym jeszcze wspomnieć o Hannie Gill-Piątek, która odpowiada za piękną oprawę graficzną książki. Świetna robota!


Ocena: 2/5
Wydawnictwo: Krytyka Polityczna
Rok wydania: 2013

wtorek, 7 maja 2013

Maciej Wasielewski - Jutro przypłynie królowa

Pan de… prosił biskupa de… o dworek na wsi, gdzie biskup nigdy nie bywał; ów odpowiedział: „Nie wie pan, że człowiek musi mieć jakieś miejsce, gdzie nigdy nie bywa, a gdzie wierzy, że byłby szczęśliwy, gdyby tam był”. Pan de…, po chwili milczenia, odpowiedział: „Słusznie: to właśnie stworzyło reputację Niebu”.*
Czyli wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, albo ładniej ujęte the grass is always greener on the other side, chociaż mi najbardziej się chyba podoba lakoniczne Rimbaudowskie życie jest gdzie indziej.
Dla kolejnych pokoleń hippisów, marzących o życiu w komunie, nie posiadaniu niczego, nie pożądaniu niczego, jedzeniu owoców prosto z drzewa, byciu panem własnego losu i innych rzeczach, o których marzą pokolenia hippisów, miejscem, gdzie trawa jest bardziej zielona była wyspa Pitcairn. Skrawek lądu na Oceanie Spokojnym, znajdujący się mniej więcej po środku niczego, na którym obecnie mieszka 60 osób, prawie do końca XVIII wieku był bezludną wyspą. W 1790 roku postanowili osiedlić się na niej buntownicy z brytyjskiego statku Bounty, wraz z porwanymi po drodze Tahitańczykami. Statek spalili, aby ukryć się przed ewentualnym pościgiem, ale może także, aby zaznaczyć odcięcie się od korony brytyjskiej.

Większość marzących o Pitcairn hippisów oczywiście nigdy tam nie dociera (bo i nie łatwo się tam dostać) i w tym tkwi piękno tej wyspy. Maciejowi Wasielewskiemu jednak udało się tam dotrzeć, a swoją książką Jutro przypłynie królowa niczym Pan de... ze wspomnianej anegdoty, odebrał wielu hippisom i niespełnionym anarchistom to miejsce, w którym nigdy nie bywali, a w którym na pewno byliby szczęśliwi.
Odebrał, bo jak to z takimi miejscami bywa, okazało się, że nigdy nie istniało.

Pitcairn to raj utracony, mocno już gnijąca Arkadia. 
Biblijny Adam zdradził się ze swoim grzechem, starając ukryć się przed Bogiem w rajskim ogrodzie; Pitcairneńczyków zdradza to samo. Im bardziej próbują się ukryć, nie wpuszczając na wyspę dziennikarzy, tym bardziej jasne staje się, że zerwali owoc z drzewa poznania dobra i zła.
Gęstniejąca, duszna i bardzo niepokojąca atmosfera, którą tak dobrze oddaje autor, pozwala nam odczuć, że coś, nie wiemy jeszcze dokładnie co, jest z tym rajem nie tak.
Wiesz, że kiedyś drzewa mandarynkowe były wspólne? - Lu marszczy czoło, jakby zobaczył coś nieprzyjemnego. - Wystarczyło pójść i nazrywać. Kiedyś wszystko było wspólne...
[...]
- ...w soboty organizowaliśmy przyjęcia. Laura piekła chleb, Pennie dusiła kurczaki na mleku kokosowym. Zbieraliśmy się wszyscy, każdy targał krzesło z domu, bo nie było gdzie usiąść. Kiedyś naprawdę byliśmy wspólnotą. W sierpniu obchodziliśmy Święto Melasy. Ścinaliśmy trzcinę cukrową, kruszyliśmy w młynie, a sok przelewaliśmy do donic. Potem gotowaliśmy wywar na otwartym ogniu, w sześciu wannach.
[...] szliśmy na ryby, wracaliśmy z pełną siatką, czterdzieści kilo, starczało dla wszystkich. Smażyliśmy te ryby na wspólnym ogniu, po południu była uczta. Każdy coś przynosił: arbuzy, ciasto chlebowe, mandarynki.
[...] 
- Dziś każdy ma swoje drzewa mandarynkowe. Wiele drzew zostało zatrutych.**
Reportaż Wasielewskiego jest o tym, co wydarzyło się na wyspie Pitcairn, ale jest też o czymś więcej. To kolejny głos w dyskusji nad tym, czy Hobbes miał rację i bez instytucji państwa pogrążylibyśmy się w chaosie? Czy stan natury to wojna każdego z każdym? Czy altruizm leży w naturze ludzkiej? A na koniec, czy wyspa Pitcairn kiedykolwiek rzeczywiście była rajem i czy możliwy jest raj tam, gdzie jest człowiek?
Nie liczcie jednak na jakąkolwiek odpowiedź, Jutro przypłynie królowa to w zasadzie same znaki zapytania, których po przeczytaniu nie da się tak łatwo z siebie strzepnąć, będą was uwierać, obcierać, nie dadzą spokoju. Czytajcie, ale nie mówcie, że nie ostrzegałam.
Każdego dnia słyszę coś nowego, coś, co przeczy wszystkiemu, co do tej pory powiedzieli. Komu wierzyć? Duszno. Pitcairneńczycy są jak wielopokoleniowa rodzina zmuszona żyć w przyciasnym mieszkaniu - knują i zwalczają się po cichu.***
Ocena: 4/5
Wydawnictwo Czarne
Rok wydania: 2013

*Sébastien-Roch Nicolas de Chamfort - "Charaktery i anegdoty"
** Maciej Wasielewski - "Jutro przypłynie królowa"
*** Ibidem

piątek, 26 kwietnia 2013

Tomasz Stawiszyński - Potyczki z Freudem. Mity, pułapki i pokusy psychoterapii

Zanim przejdę do właściwej recenzji chciałabym, abyśmy wszyscy tu zebrani (a wiem, że nie jestem tu sama, bo podglądam co jakiś czas statystyki) przyjrzeli się wydawnictwu, którego nakładem została wydana książka, o której za chwilę. Wydawnictwem jest carta blanca, a uważam, że przyjrzeć się warto, bo jak się coś dobrego w tym kraju dzieje to trzeba o tym mówić. 
Myślę, że wspomniane wydawnictwo cały czas kojarzy się wielu ludziom głównie z mapami i przewodnikami, a szkoda, bo dużo się zmieniło i carta blanca skupia się teraz na wydawaniu szeroko pojętej literatury faktu, książek podróżniczych i literatury popularnonaukowej. Z tego ostatniego szczególnie się cieszę, bo wydaje mi się, że nie jest to gatunek, który w świecie wydawniczym uważany jest za gwarant sukcesu, prędzej za strzał w kolano. Żeby jeszcze pogorszyć swoją sytuację carta blanca wydaje sporo polskich autorów, często, o zgrozo, debiutujących! Wydawałoby się, że z przestrzelonymi kolanami za daleko zajść nie można, ale jak widać wydawnictwa, o którym piszę, to nie rusza; co więcej taka polityka przynosi efekty. Wystarczy spojrzeć na zeszłoroczne nominacje do nagrody Nike, wśród których znalazła się książka Pauliny Wilk Lalki w ogniu.

Kolejna rzecz, która mnie cieszy to, że po latach smutnych okładek książek popularnonaukowych, do których przyzwyczaił nas Prószyński czy Państwowy Instytut Wydawniczy, pojawiła się kolorowa seria Pytajniki. Wszystkie okładki w serii mają inne kolory, ale każdy jest bardzo jaskrawy, przez co wygląd serii jest spójny, a książki należące do niej łatwo rozpoznać. A przy okazji wydaje mi się, że poza typowym czytelnikiem książek popularnonaukowych może przyciągnąć kogoś jeszcze, kogo dotąd takie tytuły nie interesowały, lub kto się ich bał. 


Książka o której będę dziś pisać ukazała się właśnie we wspomnianej serii Pytajniki. Autor - Tomasz Stawiszyński jest filozofem i publicystą. Jego teksty można czytać w Newseeku, a ostatnio natykam się na nie też coraz częściej w Dzienniku Opinii.
Potyczki z Freudem to zbiór esejów, które wywołały spore kontrowersje. Jedni dziękują panu Stawiszyńskiemu, za otwarcie oczu, inni się obruszają, bo może i książka nie najgorsza, ale co do tego ma Freud, a jest jeszcze grupa czytelników, której psychoterapia bardzo pomogła więc nie zgadzają się z tezami stawianymi przez autora.
Ja należę do tej pierwszej grupy, której książka otworzyła oczy (nie były zupełnie zamknięte, ale trochę przymrużone), chociaż też nie ze wszystkimi tezami stawianymi przez autora się zgadzam. Mam jednak wrażenie, że ambicją autora nie było to, aby wszyscy mu zgodnie od pierwszej strony przyklasnęli i tak klaskali, aż do strony ostatniej, niczym na koncercie Rubika, ale raczej, aby otworzyła się jakaś furtka do dyskusji.

Książka jest podzielona na pięć części, z których każda mówi o wolności; i tak mamy: wolność od dzieciństwa, od doskonałości, od zdrowia, od szczęścia i od... wolności. 
Najwięcej kontrowersji budzi chyba ten pierwszy rozdział. Tu Stawiszyński rozprawia się z mitem mówiącym o tym, że na kształtowanie naszej osobowości największy wpływ mają nasze relacje z rodzicami.
Coraz więcej badań wskazuje, że doświadczenia z dzieciństwa, a zwłaszcza relacje pomiędzy dzieckiem a rodzicami, nie odgrywają istotnej roli w kształtowaniu się osobowości. Nie odgrywają, bo za wszystko - zdaniem takich tuzów, jak Judith Harris albo Steven Pinker - odpowiada mikstura złożona z genów oraz tego, czego uczymy się nie od mamy i taty, ale od rówieśników.*

Tu na pewno zabrakło mi przypisów. Chciałabym dokładnie wiedzieć, które to badania, prześledzić ich metodologię i przeczytać jakie dokładnie wysunięto wnioski. W powyższym cytacie autor stwierdza, że zarówno genetyka jak i środowisko mają znaczenie, ale jeśli chodzi o środowisko, to tylko to rówieśnicze, bo to rodzinne nie ma znaczenia żadnego. A we mnie się coś buntuje, bo z jednej strony zgadzam się, że rola wychowania jest stanowczo przeceniana, ale nie uważam, aby nie miała żadnego znaczenia. Wydaje mi się to bardzo trudne do zbadania, bo ciężko tu o kontrolowane warunki laboratoryjne, w których można by prześledzić takie zmiany. Oczywiście badając rozdzielone tuż po urodzeniu bliźnięta jednojajowe, w jakiś sposób do kontrolowanych warunków się zbliżamy, ale nadal jesteśmy bardzo daleko.
Liczą się geny - to pokazują wspomniane wyżej eksperymenty badające cechy rozdzielonych niedługo po urodzeniu bliźniąt jednojajowych. Oraz kontakty z rówieśnikami. To właśnie do rówieśników - twierdziła Harris - dzieci starają się upodobnić znacznie bardziej niż do rodziców.
No dobrze, mówimy o upodobnieniu. Rzeczywiście nie wiem czy znam kogokolwiek kto by próbował się upodobnić do swoich rodziców. Znam za to dużo ludzi, którzy za wszelką cenę próbują się przed tym uchronić. I moim zdaniem w ten sposób wychowanie paradoksalnie wpływa na naszą osobowość, co prawda zupełnie inaczej niż chcą tego nasi rodzice (dowody anegdotyczne, wiem).

Cieszę się, że autor zwraca uwagę na to, że może zbyt dużą rolę przypisujemy w naszym życiu doświadczeniom z dzieciństwa, ale nie zgadzam się na aż tak radykalne postawienie tezy. O ile w kolejnych rozdziałach miałam, o czym już napisałam, wrażenie, że autor otwiera furtkę dyskusji, o tyle w tej części wydawało mi się, że furtka owszem się otwiera, ale kiedy już jesteśmy po drugiej stronie, z łoskotem za nami zamyka.

Pozostałe rozdziały są bardzo ciekawą polemiką z utrwalonymi w naszej kulturze psychologicznymi przesądami. Myślę, że autor bardziej niż z psychologią akademicką polemizuje z tą domorosłą psychologią spod znaku Paulo Coelho i kolorowych pism dla przebojowych pań, gdzie nasze myśli mają moc sprawczą, pozytywne myślenie może wszystko zmienić, a jeśli umawiamy się ze starszym od nas mężczyzną, to pewnie dlatego, że nie zaznałyśmy wystarczająco miłości od swojego ojca.
Dajemy się etykietować gazetowym testom osobowości albo arbitralnie skonstruowanym ankietom, które - nie na podstawie wiedzy, ale ideologii - stygmatyzują nas lekką ręką jako ofiary "rozbitych rodzin" albo "toksycznych rodziców". W najgorszym zaś razie zaczynamy wierzyć, że jeśli kupimy puszkę jednego z najpopularniejszych napojów świata, będzie to dowodziło naszego radykalnego nonkonformizmu.
Rzadko tak piszę, ale uważam że KAŻDY, absolutnie każdy, powinien przeczytać Potyczki z Freudem. Bo z psychologią jest tak jak z medycyną, dotyczy każdego z nas, więc każdy z nas w jakiś sposób się z nią w codziennym życiu spotyka, czy to chodząc na psychoterapię, czy rozwiązując w Cosmo psychotest Jakim typem flirciary jesteś?. I tak naprawdę książka Stawiszyńskiego niczego nam nie zabrania, pokazuje jedynie, że jest też inna droga i ostrzega przez pułapkami pop-psychologii, którą atakują nas media.
Cały czas wybór jednak należy do nas. Dla mnie ta książka była jak uchylenie okna w dusznym przedziale w pociągu. Niby nadal jadę, nic się nie zmieniło, ale czuć powiew wolności. Okno zawsze można zamknąć, ale dobrze wiedzieć, że klamka działa.

Dla tych którzy jeszcze nie są pewni, kawałek na spróbowanie: KLIK

Ocena: 4/5
Wydawnictwo: carta blanca
Rok wydania: 2013

* Wszystkie cytaty pochodzą z książki Potyczki z Freudem

wtorek, 2 kwietnia 2013

Sylwia Chutnik - Cwaniary

Ochota, Żoliborz, Bródno
Tak tu nudno, nudno.
Sadyba, Szmulki, Śródmieście
Kiedy to się skończy wreszcie?
Jelonki, Powiśle, Żerań
Chyba umieram, umieram.
Wola, Czerniaków, Okęcie
Jestem na zakręcie.

Warszawa i jej mieszkańcy są w niebezpieczeństwie i ktoś musi stanąć w ich obronie; mirowi społecznemu zagrażają obywatele o faszystowskich poglądach, panowie nie szanujący kobiet oraz chuligani zaśmiecający ulicę; z takimi walczyć najłatwiej, wystarczy dopaść w bramie, przyłożyć nóż do gardła, albo papierek, przed chwilą na ziemię rzucony, we wspomniane gardło wcisnąć.
Warszawie zagrażają jednak także nieuczciwi deweloperzy (ci uczciwi zresztą też). Rozrywają miejską tkankę oszklonymi biurowcami, zmiatają z powierzchni ziemi stare kamienice, a jeśli ich mieszkańcy protestują, to też mogą zostać zmieceni. Walka z takimi typami to już trudniejsza sprawa.
Na szczęście w mieście pojawiają się superbohaterki. Każdej z nich życie dało w kość, ale żadna nie zgodziła się na rolę biernej ofiary. Biorą sprawy w swoje ręce i postanawiają walczyć.

Sylwia Chutnik po raz kolejny udziela głosu ludziom wyrzuconym na margines, ale tym razem udziela im głosu w lekko tarantinowskim stylu. Podobnie jak w Bękartach wojny, role oprawców i ofiar zostają tu odwrócone. Do rąk bitych kobiet trafiają kastety; panowie niegrzecznie odzywający się do pań muszą uważać, bo w mieście pojawiła się feministyczna jednostka do zadań specjalnych. Następuje swoista zamiana ról, ofiary bezwzględnie rozprawiają się ze swoimi katami.

Cwaniary to powieść łotrzykowska pisana na opak. Ogromne wyczucie językowe autorki sprawia, że narracja z wulgarnej dosłowności gładko przechodzi w stylistykę miejskej poezji. Sylwia Chutnik bawiąc się konwencją, tworzy współczesną balladę o Warszawie, gdzie klasycznego warszawskiego cwaniaka zastępuje warszawska cwaniara, dla której jedynym prawem jest prawo ulicy. Pod płaszczykiem błahej opowiastki autorka mówi o tym co nas wkurza i co nas boli, oferując jednocześnie formę odreagowania: daje nam nadzieję, którą od lat w kulturze masowej są superbohaterowie. Przy tym wszystkim jednak, tak jak i w innych opowieściach o losach superbohaterów walczących ze złem i niesprawiedliwością, przebija się smutna myśl, że zła nie da się zwyciężyć. Bo zło zawsze będzie egzystować gdzieś obok dobra. Zło zawsze się odrodzi. A jednak, mimo wszystko Cwaniary przynoszą ulgę, bo skoro powstały, to znaczy, że dobra też nie da się wyeliminować i dobro też zawsze się odrodzi.

Praga, Targówek, Mokotów
Dość mam tych kłopotów!
Włochy, Ursus, Młociny
Pomszczą mnie dziewczyny*

Moja ocena: 4/5
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2012

* Wszystkie cytaty pochodzą z książki Cwaniary autorstwa Sylwii Chutnik

niedziela, 31 marca 2013

Marek Bieńczyk - Tworki

Powoli odchodzą świadkowie Holokaustu. Ci, którzy pamiętają to co wydarzyło się ponad sześćdziesiąt lat temu, już niedługo nie będą mogli do zbiorowej pamięci dodać swojej cegiełki. Zresztą można sobie zadawać pytanie czy pozostało jeszcze coś do dodania.
Na arenę wkracza kolejne pokolenie - Ci którzy pamiętają tych, którzy pamiętali. Styl naturalistyczny, sprawozdawczy, wydaje się być zarezerwowany dla świadków zagłady. A jednak Holokaust jest także traumą kolejnych pokoleń. Myślę więc, że coraz częściej będą podejmowane próby nieszablonowego podejścia do tego tematu, eksperymentujące ze stylem, językiem i samą treścią.

Jednym z eksperymentujących z Holokaustem jest Marek Bieńczyk, zeszłoroczny laureat Nike.
Bohaterami jego powieści są młodzi ludzie zatrudnieni w księgowości w szpitalu psychiatrycznym w Tworkach. Na zewnątrz wojenna zawierucha, a w Tworkach cicho i spokojnie, wręcz idyllicznie. Szpital psychiatryczny, który jest jedynym miejscem, gdzie można jeszcze żyć normalnie, kochać się i śmiać. Pomysł wydaje się świetny, niestety, u Bieńczyka fabuła zeszła na dalszy plan, a na pierwszy wyszły eksperymenty formalne; Bieńczyk bawi się słowem, jego bohaterom zdarza się mówić wierszem, czasami wiersz przechodzi w wierszyk, w dziecięcą wyliczankę. Cały czas miałam nadzieję, że jednak akcja się rozwinie, że autor bardziej zarysuje postaci, no i że skorzysta z ogromnego potencjału jaki moim zdaniem drzemie w tej historii. Tak się jednak nie stało. Gdyby nie to, że od strony formalnej powieść wygląda na skończoną, to napisałabym, że Tworki wydają się być zaledwie szkicem właściwej powieści, ogólnym zarysowaniem akcji.

Tworki to Holocaust w stylu postmodernistycznym. Fabułę można by opowiedzieć w paru zdaniach, bo treść jest tu bardzo zredukowana. Wszystko jest symboliczne: rzeka Utrata, przepływająca przez Tworki czy stereotypowi pensjonariusze szpitala, z których każdemu wydaje się, że jest jakąś wielką postacią. I tak po dziedzińcu przechadzają się w pasiastych piżamach: Goethe, Bismarck, Dürer, Kleopatra. Pasiasty wzór piżam jest raczej nieprzypadkowy, tak samo jak nadreprezentacja Niemców wśród tworkowskich wielkich postaci. Szwajcarski zegarek, który dostaje od narzeczonego Żydówka Sonia, to też pewnie symbol, bo Szwajcaria w powieści jest tą ziemią obiecaną, azylem, którym kuszą Żydów hitlerowcy.

Nie mam nic przeciwko symbolice, grom słownym i stylistycznym, ale w moim odczuciu nie powinny one przesłaniać treści. Tak jak powiedział Twardoch powieść powinna się czytać. A Tworki się nie czytają; jest to jeden wielki kalambur. Jeśli ktoś ma ochotę na znaczeniowe i słowne szarady to proszę czytać. W innych wypadkach nie polecam.

Ocena: 2/5
Wydawnictwo: Wielka Litera
Rok wydania: 2012 (wydanie pierwsze: 1999 r.)

sobota, 23 marca 2013

Szczepan Twardoch - Morfina

Konstanty Willemann budzi się któregoś dnia z ogromnym kacem i próbuje ustalić kim jest. I nie jest to zwykła próba ustalenia własnej tożsamości, jaką co rano podejmują rzesze pijaków. Konstanty nawet będąc już trzeźwym, nadal nie umie odpowiedzieć sobie na to podstawowe pytanie.
Syn niemieckiego arystrokraty i niemieckojęzycznej Ślązaczki, która wybrała polskość, jako sposób na życie, zdaje się biernie przyjmować narzucane mu przez najbliższe otoczenie gombrowiczowskie gęby. I tak żyje sobie bardzo wygodnie, życiem typowego bon vivanta w międzywojennej Warszawie. Nie stroni od narkotyków i alkoholu, lubi piękne samochody i rozpustne kobiety. Pieniądze płyną nieprzerwanym strumieniem od matki. A matka przecież powinna być dumna, bo w końcu Konstanty jest też mężem prawdziwej modelowej Polki, czystej niczym łza, posągowej Heleny i ojcem prawdziwego małego Polaka, który od najmłodszych lat uczony jest recytowania "Kto ty jesteś? Polak mały".
Może nawet byłby w stanie żyć, biernie przyjmując te wszystkie formy, które się mu narzuca, ale nagle przychodzi wojna, która wymaga bardziej zdecydowanego określenia swojej tożsamości. Tu już nie ma miejsca na bierność. Tu trzeba walczyć. A im bardziej Konstanty próbuje odpowiedzieć sobie na pytanie kim jest, tym bardziej czuje, że potrzebna jest mu fiolka morfiny.

Jestem Konstanty Willemann i mam w dupie to, czy jestem Niemcem, czy Polakiem, bo są ważniejsze sprawy na tym świecie.

Pociąg głównego bohatera do wszelkiego rodzaju używek czuć w niespokojnej transowej narracji. Piękne, bogate opisy przeplatają się z fragmentami, gdzie próżno szukać zdań złożonych; co jakiś czas miejsce Konstantego w roli narratora zajmuje tajemnicza wszechwiedząca narratorka drugoosobowa, która sobie przypisuje kierowanie losem głównego bohatera. Słyszymy ją my, ale nie Konstanty. To sprawia, że staje się on w naszych oczach bohaterem tragicznym, miotającym się, podejmującym dramatyczne próby odwrócenia swojego losu, ale jak w tragedii antycznej, nie znajdujący dobrego wyjścia. Bo takiego nie ma. I może dlatego Konstanty Willemann jest antybohaterem, którego mimo jego wszystkich wad, albo właśnie ze względu na nie, po prostu trzeba lubić. Bo w Konstantym, w tym jego rozdarciu i zagubieniu, jest właśnie istota człowieczeństwa.

W wywiadzie dla Polityki na pytanie jaką literaturę chciałby tworzyć, Twardoch odpowiada:

Chcę pisać powieści, prawdziwe powieści. Tylko to mnie interesuje. Nie chcę pisać powieści pękniętych, złamanych, nie wierzę w śmierć powieści jako formy literackiej, którą miałyby zastąpić jakieś postmodernistyczne, rozmyte twory. Powieść musi „się czytać”, tak mi się wydaje. Nie mam nic przeciwko formalnym eksperymentom, trochę ich w „Morfinie” jest, ale powieść musi się czytać. Tak uważam.
I to chyba jest największą zaletą Morfiny, że obok wszystkich tych wspomnianych zabiegów formalnych, jest to po prostu świetnie napisana powieść, którą się czyta. Język powieści jest melodyjny i rytmiczny, a to w połączeniu z ogromną dbałością o szczegóły, rewelacyjnym odwzorowaniem realiów okupowanej Warszawy i świetną historią, tworzy zachwycające dzieło.

Tym samym posypuję głowę popiołem, biję się w pierś i tym razem bez cienia sarkazmu piszę, że Szczepan Twardoch rzeczywiście ma świętą rękę*. Bracia i siostry, jesteście świadkami nawrócenia! Alleluja!

Ocena: 5/5
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2012

* jeśli nie wiesz o co chodzi, odsyłam do mojej notki o felietonie Szczepana Twardocha. Opinii w niej zawartych oczywiście nie odwołuję, ale nie uważam ich już za istotne, bo o wiele ważniejszy dla mnie niż Twardoch felietonista, jest Twardoch powieściopisarz.

środa, 13 marca 2013

Marek Orzechowski - Belgijska melancholia. Belgia dla nieprzekonanych

Gdybym miała zwyczaj niekupowania książek o brzydkich okładkach, to oszczędzone byłoby mi czytanie Belgijskiej melancholii. Niestety, mam tak, że nie oceniam książki po okładce i mimo rozpikselowanych czekoladek i uciętego zdjęcia Fontanny Silviusa, kupiłam wspomnianą książkę. Co prawda kupiłam i podarowałam w prezencie koleżance, która tak jak ja była w Belgii na Erasmusie, ale potem miałam atak belgijskiej melancholii i książkę od niej pożyczyłam.

Już pierwsze zdanie jest dosyć niepokojące: Każdy był, jest lub będzie w Belgii. A przynajmniej każdy prawdziwy Europejczyk. Na początku myślałam, że może to jakaś metafora, ale chyba jednak nie. Potem autor pisze o stereotypach i o tym, że o Belgii albo nic nie wiemy, albo myślimy kliszami. A potem w 14 kolejnych rozdziałach udowadnia, że on należy do tej drugiej grupy.

Orzechowski który przez lata był korespondentem TVP w Brukseli jest pewien, że odkrył o co w tej Belgii chodzi, wniknął w serca i umysły Belgów i ta niezachwiana pewność wylewa się z każdej strony Belgijskiej melancholii:
To wielkie przywiązanie do domu sprawa, że prawie żaden Belg właściwie nigdy się nie przenosi w nowe, obce miejsce.

Belg jest pragmatykiem i hedonistą jednocześnie, i doskonale wie, co i jak zrobić, aby jego życie pozbawione było udręk i trosk, aby upłynęło mu w możliwie największej harmonii i sprawiło przyjemność.
Poza tym w książce, aż roi się od przedziwnych przemyśleń autora:
Na walońskich wiejskich drogach, w przydrożnych oberżach spotkać można nikomu nieznanych chłopów światowców. Ich wiedza o pobliskiej okolicy jest wiedzą o Belgii i o świecie. Każdy z nich ma wielki świat w swoim małym sercu.
Wystarczy zobaczyć współczesną gigantyczną śluzę w Strépy-Thieu albo w Ronquières, by ulec wrażeniu, że ich budowniczym nie chodziło wyłącznie o technikę, że tak samo chcieli wyrazić w nich stan swojego ducha.
 Ale co jest największym problemem tej książki to to, że Marek Orzechowski po prostu nie umie pisać. Książka jest upstrzona okropnymi makaronizmami: ludzie zapraszają się na dinnery, a do Londynu jadą via Francja. Jak już się zdarzy zdanie całe po polsku, to bardzo często nie ma za bardzo sensu:
Już Pieter Bruegel malował swoich rodaków z pełnymi policzkami, co potwierdzają i dzisiaj wypełnione po brzegi restauracje. (potwierdzają, że Bruegel malował?)
W tym wszystkim za najbardziej urzekający uznaję przedostatni rozdział, w którym autor najpierw pisze o flamandzkiej partii N-VA, potem przechodzi do głośnej sprawy belgijskiego pedofila Marca Dutrouxa, który jak podejrzewano nie działał w pojedynkę, tylko we współpracy z rozbudowaną siatką pedofilską i nagle temat Marca Dutroux zostaje urwany i następny akapit poświęcony już jest elitarnym belgijskim klubom, takim jak Cercle Gaulois, w którym intelektualiści dyskutują o sztuce. Może w ten sposób autor chciał pokazać cały szeroki wachlarz klubów do jakich można należeć w Belgii, poczynając od siatki pedofilskiej, a na Cercle Gaulois kończąc?

Oczywiście dowiedziałam się wielu interesujących rzeczy z tej książki, ale myślę, że dowiedziałabym się ich także z przewodnika i nie straciłabym czasu na czytanie takich rzeczy:
Kiedy król przejeżdżał obok nas, odeszliśmy od kamery i z szacunkiem należnym Albertowi wyciągnęliśmy  do niego ręce w geście pozdrowienia. Nasz przyjazny gest król natychmiast z sympatią odwzajemnił. Wówczas mój kamerzysta wykrzyknął: "Vive le Roi!" - Niech żyje król! Na twarzy Alberta pojawił się szeroki uśmiech. Wychylił się z pojazdu, aby uścisnąć nam dłonie, podziękował i zapytał, skąd jesteśmy. Kiedy dowiedział się, że to ekipa Telewizji Polskiej, odkrzyknął "Vive la Pologne!" Skoro tak, to z naszej strony popłynęły w reakcji zwołania na całą ulicę: "Vie la Roi et vive la Belgique!" I król, odwracając się do nas raz jeszcze z pojazdu i machając nam przyjaźnie ręką, powieziony został do swoich monarszych obowiązków.

Moja ocena: 2/5
Wydawnictwo: MUZA SA
Rok wydania: 2011

niedziela, 10 marca 2013

Jacek Dehnel - Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu

Myślę sobie, że bycie jednocześnie dobrym felietonistą i dobrym powieściopisarzem, to wcale nie jest taka łatwa sprawa. Myślę tak, bo wielu już było takich co próbowali i im się nie udawało. Taka np. Kinga Dunin, bardzo ją lubię i szanuję, to ona była tą co za młodu (za mojego młodu, a nie jej młodu) mnie przekonała do felietonów jako takich. Nic dziwnego więc, że gdy znalazłam w bibliotece jej powieści to bez wahania wypożyczyłam. Przeczytałam obie, może licząc na to, że w drugiej, która była kontynuacją tej pierwszej okaże się, że poprzednia to tylko taki żart. Nie okazało się. Obie części były ze wszechmiar kiepskie, tendencyjne, a bohaterowie płascy jak naleśniki i wszystko to niestety na poważnie. Z drugiej strony mamy Szczepana Twardocha, o którego felietonie kiedyś już pisałam (http://pozapsem.blogspot.com/2012/03/swieta-reka-twardocha.html) i którego byłam już zdecydowana nie lubić, ale pomna doświadczenia duninowego, postanowiłam przeczytać jego najnowszą powieść, aby wyrobić sobie o nim zdanie także jako o pisarzu (bo w sumie tym przede wszystkim jest). No i bach! Szok i niedowierzanie jak napisaliby dziennikarze faktu, gdyby tylko zajmowały ich sprawy literatury. "Morfina" Szczepana Twardocha okazuje się rewelacyjną powieścią. Myślę nawet, że pisząc o niej notkę użyję paru wielkich słów jak monumentalna czy genialna, ale nie uprzedzajmy faktów.

Te dwa przykłady pokazują nam wyraźnie jak bardzo nie możemy być niczego w tym życiu pewni. Dlatego gdy pewnego razu trafiłam na felieton Dehnela na Wirtualnej Polsce, trochę się bałam, że okaże się, że felieton kiepski i że znów będę miała z jakimś pisarzem taką toksyczną relację, że z jednej strony nie lubię, ale z drugiej kocham. Felieton był jednak bardzo dobry. Z chęcią sięgnęłam więc po najnowszą książkę Dehnela, która jest właśnie zbiorem jego felietonów i teraz mogę już oficjalnie powiedzieć, że lubię Dehnela zarówno jako pisarza jak i felietonistę i gdyby nie to, że póki co nie interesuje mnie kariera wariatki to zostałabym jego psychofanką. Chociaż pierwszy w kolejce jest Mariusz Szczygieł i nie wiem czy by mi starczyło sił witalnych na bycie podwójną psychofanką.

Ale wróćmy do Dehnela. "Młodszy księgowy" to zbiór felietonów na tematy różne, wszystkie jakoś z literaturą związane, chociaż często powiązania te nie są oczywiste. Sam o sobie pisze:
[...] nie jestem krytykiem literackim i nigdy nim, jak sądzę, nie będę; uważam jednak, że jedną z czytelniczych frajd jest dzielenie się z innymi tym, co nas zachwyciło.
Jeszcze większą frajdą jest jednak pisanie o tym, co nas nie zachwyciło. Nie ma co udawać, tak właśnie jest. Żadnej notki nie pisałam z takim zapałem jak tej o "Blondynce na Kubie" (a z blogowych statystyk wnioskuję, że i czytelnicy takie właśnie notki najchętniej czytają). Możliwe, że jest to jakaś bardziej kreatywna i subtelna forma naszego narodowego sportu, jakim jest narzekanie. I Dehnel ten sport uprawia, po świetnej formie widać zresztą, że nie od dziś. Wśród tego co mu się nie podoba są politycy występujący w roli ekspertów od wszystkiego, przykładem czego jest posłanka Pawłowska mówiąca o Szymborskiej, nowe nurty literackie, takie jak literatura posmoleńska, czy stare jak literatura obozowa, z której kolejne pokolenia na siłę próbują jeszcze coś wycisnąć i robią to coraz gorzej:

John Ruskin pisal o rozwiązaniach fabularnych Dickensa: "Nie wiesz, co zrobić? Zabij dziecko!";  z punktu widzenia fabuły Holokaust to literacki samograj, który poruszy nawet najbardziej zakamieniałe serce.
[...]
Wtórność tekstów o Holokauście wycina z pola zainteresowania pisarzy nie tylko, to co nie pasuje do utrwalonego schematu, ale też to, co nie pasuje do wersji wyidealizowanej. Ofiary Zagłady są ustawione poza obrębem ludzkości, która ma swoje wady. Straszliwy, nieuchronny los, który czeka wszystkich czy niemal wszystkich bohaterów, sprawia, że wspomnienie o ich wadach wydaje się nietaktem, jak wypominanie dawnych przewin komuś, kto leży na łożu śmierci.
Pojawiają się też literackie ciekawostki jak np. nowy nurt w ltieraturze, który furorę robi w JuKej, czyli misery books*, oraz literackie kurioza jak samowydająca się rodzina Grzeszczyków. Do worka "literatura" trafia tu też amerykański katalog sprzedaży wysyłkowej z roku 1897 czy wydana w 1866 roku książeczka o drobiu (historii i naczelnych cechach wraz z kompletnymi wskazówkami dotyczącymi hodowli i tuczenia).
Ciężko w zasadzie powiedzieć o czym są felietony Dehnela, bo są o wszystkim, co w jakikolwiek sposób wiąże się z literaturą. Dehnel w błyskotliwy i lekki sposób pokazuje nam, że literatura jest wszędzie i że nieprawdą jest to, że ci co czytają książki uciekają przed życiem. Literatura jest życiem. Życie jest literaturą.
I jakoś w tym momencie przypomniał mi się fragment z dzienników Kafki, który porusza najczulszą strunę mojej duszy, więc nim właśnie zakończę tę notkę:
Da ich nichts anderes bin als Literatur und nichts anderes sein kann und will**
Ocena: 3/5
Wydawnictwo: W.A.B
Rok wydania: 2013

* Uważajcie moi drodzy. Ja się nacięłam na jedną z tych książek, w Polsce jeszcze jakoś tyle tego nie mamy, to nie wiedziałam co to (http://www.goodreads.com/book/show/1047113.Ugly). Nie udało mi się skończyć.
** Nie jestem niczym innym jak tylko literaturą, niczym innym być nie mogę i nie chcę.

niedziela, 17 lutego 2013

Marek Miller - Reporterów sposób na życie

"Na początku był chaos trzeciego roku socjologii na Uniwersytecie Łódzkim. Jak wszyscy moi koledzy musiałem napisać pracę magisterską. Terminy nagliły, a ja ciągle zanurzony byłem w świecie całkiem nierealnych pomysłów i koncepcji. Cały czas kombinowałem przy tym, co by tu zrobić, aby obronić dyplom i nie zanudzić się przy tym na śmierć. Na którymś z kolejnych seminariów zaproponowałem temat: Styl życia reporterów. Ku mojemu zdumieniu i dzięki tolerancji promotora doc. Zbigniewa Bokszańskiego propozycja została zaakceptowana."*

W 1975 roku dwudziestoczteroletni student socjologii stworzył listę dziesięciu ulubionych reporterów, z którymi chciałby przeprowadzić wywiad do swojej pracy magisterskiej. Listę, trzeba powiedzieć bardzo odważną, znalazły się na niej takie nazwiska jak m.in.: Kapuściński, Krall, Szejnert. Miller nie znał osobiście żadnego reportera ze swojej listy, nie wiedział też w jaki sposób się z nimi skontaktować, ani czy zgodzą się z nim rozmawiać. Nie był wtedy jeszcze dziennikarzem, a pierwsze zadanie reporterskie jakie sobie wyznaczył było bardzo ambitne i wymagające. Po pierwsze, będąc zwykłym studentem musiał nawiązać kontakt z już wtedy sławnymi i uznanymi reporterami, a następnie skłonić ich do rozmowy. Po drugie wyobrażam sobie, że pisanie pierwszego w życiu reportażu, pod czujnym i krytycznym okiem mistrzów tego gatunku, mogło być bardzo stresującym doświadczeniem.
Niektórych stres paraliżuje, a innych mobilizuje. Domyślam się, że Marek Miller należy do tych drugich. Obecnie sam już jest uznanym reporterem, a jego praca magisterska przerodziła się w wydaną w 1983 roku książkę Reporterów sposób na życie.

Reportaż jest wyjątkową odmianą dziennikarstwa, jest także wyjątkowym gatunkiem literackim. Mówi się, że reportaż to bękart literatury pięknej i brukowej popołudniówki. Czasami przeważa ten pierwszy czynnik, innym razem drugi. Bywa, że obecność reportera czuje się w jego dziele, często jednak usuwa się on na bok, oddając scenę na wyłączność swoim bohaterom. Jednak nawet jeśli nie wyczuwamy w reportażu obecności jego autora, to on tam zawsze będzie. To on wybiera osoby z którymi przeprowadza wywiad, to jego subiektywny osąd decyduje o tym, które szczegóły są istotne dla całej historii, a które można pominąć. Hemingway pisał, że:
"Żadna historia (w sensie nauki) nie jest pisana uczciwie. Trzeba mieć z nią styczność w danej chwili i można opierać się tylko na tym, co się samemu widziało i śledziło [...] Później wszystko należy już do was, i dobro, i zło, ekstaza, wyrzuty sumienia i smutek, ludzie i miejsca, i jaka była pogoda"
Mimo wszystko reporter często pozostaje w cieniu swoich bohaterów. A książka Marka Millera jest swoistą zabawą w zamianę ról: teraz ja będę pytać, a wy będziecie odpowiadać i to ja wyciągnę wnioski, z którymi możecie się nie zgadzać. Ale to mój reportaż, a wy jesteście jego bohaterami. I mimo wszystko, cała wielka dziesiątka zgodziła się na udział w zabawie.
Myślę, że za wyjaśnienie mogą posłużyć znów słowa Hemingwaya:
"Wasz korespondent jest starym dziennikarzem. To czyni nas wszystkich jedną wielką rodziną. Ale pech klientów polega na tym, że wasz korespondent był czynnym reporterem i jako taki zazdrościł felietonistom, że wolno im było pisać o sobie. Kiedy przychodziły gazety, wasz korespondent czytał ple-ple pióra swojego naówczas ulubionego felietonisty na temat jego samego, jego dziecka, tego, co myślał i jak to myślał..."
Chociaż może lepiej pasuje tu wypowiedź Ryszarda Wójcika:
"[...] u nas istnieje taka zawodowa kategoria samotności, tzn. pozorność bycia razem z innymi, samotność w tłumie. Oto żyję życiem innych ludzi. [...] to ja jestem im potrzebny. Nigdy odwrotnie. Oni mnie w pewnym momencie przestają być potrzebni. Po prostu nagle widzę, że dla nich nie istnieję. Usiłuję się do nich przebić ze swoimi problemami, ale to trafia w próżnię."
I tak Marek Miller jest jak pacjent, który przychodzi do lekarza, aby spytać go jak się czuje. A rozmówcy Millera może z wdzięczności, a może z ciekawości, co z tego wyjdzie, opowiadają o tym co ich gryzie, co im przeszkadza, co ich cieszy, jakie cechy charakteru ich zdaniem tworzą dobrego reportera i czy da się rozpoznać reportera po ubraniu. Tak tworzy się całościowy obraz ludzi wykonujących ten zawód, nie jest to jednak obraz spójny. Jedni uważają, że reporter powinien notować, ale nie powinien nagrywać, inni nie mają nic przeciwko magnetofonom (przypominam, że były to lata 80.), Ryszard Kapuściński z kolei reprezentuje najbardziej radykalną szkołę - nienotujących i nienagrywających:
"Ryszard Kapuściński nie notuje programowo twierdząc, że to, czego nie zapamiętał, najwidoczniej nie zasługuje na wzmiankę w reportażu"
Reporter kojarzy się często z osobą odważną i przebojową, ale okazuje się, że równie dobrze może sprawdzać się w tym zawodzie ktoś cichy i nieśmiały:
"Mnie pomaga chyba to, że jestem z natury nieśmiały i wyglądam na - jak to określają koledzy - poczciwego imbecyla, że z zasady nigdy nie przeczę swoim rozmówcom, daje mi to duże fory, głównie przy kontaktach z osobami oficjalnymi. Rzecz w tym, że mój rozmówca dochodzi do wniosku po pewnym czasie, że ma do czynienia z absolutnym kretynem, przestaje uważać na to, co mówi , przestaje być taktykiem, zwierza się ze swoich prawdziwych planów i myśli - a my tymczasem, jak w dowcipie garnizonowym z kresów, już tam na niego czekamy [...]"**
We wszystkich jednak wypowiedziach można znaleźć wspólny mianownik, coś co łączy wszystkich reporterów - ciekawość świata i ludzi. Dopóki człowiek ma w sobie tę ciekawość i niemalże dziecięcą umiejętność dziwienia się, ma szansę być dobrym reporterem. A jak ciekawość reportera jest do tego jeszcze spójna z ciekawością czytelnika, wtedy mówimy już o sukcesie.

Ocena: 5/5
Wydawnictwo: Czytelnik
Rok wydania: 1983

* Wszystkie cytaty pochodzą z książki Marka Millera "Reporterów sposób na życie".
** Wypowiedź Stefana Kozickiego

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Wojciech Śmieja - Gorsze światy. Migawki z Europy Środkowo - Wschodniej

Nie jestem pewna kiedy się zakochałam. Wiem jedynie, że nie planowałam tego. To miała być tylko wakacyjna przygoda. Żadnych zobowiązań, tylko dobra zabawa.
Może to było tej nocy, kiedy przypadkowa rumuńska rodzina pozwoliła nam rozbić namiot w swoim ogrodzie.
Mała reprezentacja gościnnej rodziny z Târgu Jiu w Rumunii (kot - prawdziwy szatan, obudził nas o 5 rano urządzając sobie z naszego namiotu zjeżdżalnię)

Chociaż może była to tylko zapowiedź późniejszego wielkiego uczucia. Może prawdziwa miłość narodziła się dopiero wtedy kiedy po raz kolejny zupełnie obca osoba zapewniła nam bezpieczny nocleg. I to nie byle jaki. Gdy w Macedonii udało nam się złapać ostatni autostop tego dnia, chciałyśmy jedynie dojechać jak najbliżej granicy z Bułgarią. Wysiadając z samochodu, wiedziałyśmy tylko, że jest już ciemno, a my jesteśmy w środku jakiegoś małego miasteczka. Nie wiedziałyśmy, że to miasteczko to Kriva Palanka i że zaledwie trzy kilometry dzielą nas od jednego z najbardziej znanych macedońskich monastyrów - klasztoru św. Joakima Osogovskiego. Dwie zbłąkane podróżniczki z ogromnymi plecakami wzbudziły dosyć duże zainteresowanie wśród mieszkańców miasteczka i już za chwilę siedziałyśmy w samochodzie należącym do jednego z nich, który wiózł nas stromą górską drogą do wspomnianego klasztoru. Dzięki uprzejmości przypadkowo spotkanego człowieka spędziłyśmy noc w tym zapierającym dech w piersiach miejscu.







Mogłabym znaleźć jeszcze parę momentów, które podejrzewam o bycie właśnie tymi, które sprawiły, że wakacyjna przygoda przerodziła się w coś więcej. Ale poszukiwanie tej jednej magicznej chwili chyba nie ma sensu. Każdy dzień podróży, którą odbyłam parę lat temu, był ważny i każdy miał swój udział w tym, że pokochałam Bałkany*. Wiem, że wszystko to brzmi bardzo patetycznie, ale patrząc na to jak często w moich pozostałych notkach trywializuję, ironizuję, drwię i szydzę, myślę, że dla równowagi mogę czasami napisać coś bardziej uroczystego, nie wystawiając się tym samym na śmieszność.
Oczywiście nie jestem jedyną, która żywi takie uczucia do tej części świata. W naszym kraju wydaje się wręcz, że nie ma nic bardziej mainstreamowego niż jeżdżenie na Bałkany. Na Polaków natykaliśmy się wszędzie: na stacji benzynowej w Maceodnii, która znajdowała się dokładnie pośrodku niczego, a także w serbskiej miejscowości Požega, gdzie czekając w nocy na pociąg, spotkałam ludzi z którymi pracowałam na jednym piętrze w PANie. Taki stan rzeczy zupełnie mi jednak nie przeszkadza, bo jak śpiewał Wiesław Michnikowski w Kabarecie Starszych Panów:

Jeżeli kochać, to nie indywidualnie,
Jak się zakochać, to tylko we dwóch.
[...]
Więc ty drugiego sobie dobierz amatora,
I wespół w zespół, by żądz moc móc wzmóc. 

I tak dzięki tej kolektywnej miłości Polaków do Półwyspu Bałkańskiego, nie mam problemu ze znalezieniem chętnych do wspólnych podróży, a gdy akurat sama nie podróżuję, mogę czytać o podróżach innych.
Jednym z tych innych, który żądz moc wzmaga jest Wojciech Śmieja. Jego książka Gorsze światy. Migawki z Europy Środkowo-Wschodniej to w dużej mierze opowieści o Bałkanach, ale nie tylko. Znajdziemy tu też historie z Rosji, Ukrainy oraz Polski. Tak naprawdę nie liczy się kraj, liczy się stopień pipidówkowatości miejsca - szanse na to, że dane miejsce zostanie opisane przez Śmieję są odwrotnie proporcjonalne do liczby mieszkańców. Brak asfaltowanej drogi będzie działać tylko na korzyść.
Zadupie w czystej formie, to to czego szuka autor.
Kiedy budząc się w mołdawskiej Styrczy, wciąż w półśnie słyszałem muczenie krowy i gdakanie kury, poczułem się jak dziecko. Uświadomiłem sobie, że dziś ze snu wybijają mnie nawoływania brygad budowlanych lub warkot maszyn.
Zaczynam podejrzewać na czym polega to dziwne przyciąganie, które każe tak wielu młodym Polakom pakować plecaki i snuć się po bałkańskich wioskach. Czy tego chcemy czy nie, za najlepsze czasy nie będziemy wcale uważać tych najlepszych z ekonomicznego czy politycznego punktu widzenia, ale te, kiedy byliśmy młodzi. Stąd też pewnie coraz większa popularność gadżetów rodem z PRLu, których widok moich rodziców napawa obrzydzeniem, a mnie i moich rówieśników nostalgią. I chyba tego właśnie szukamy, tej utraconej krainy dzieciństwa, której ślady można jeszcze znaleźć w bułgarskim barze, na serbskiej stacji kolejowej, czy na czarnogórskim bazarze. Ale i one w końcu ustąpią nowoczesności. Zanim to jednak nastąpi, Wojciech Śmieja chce uratować je od zapomnienia.
Nie kochałbym tych miejsc na mieliźnie dziejów, gdyby nie podmywała ich coraz natarczywiej współczesność, nie chciałbym ich odwiedzić, wiedząc, że nie grozi im unicestwienie.
Autor zabiera nas w podróż po tytułowych Gorszych światach, zaczynając, myślę, że nieprzypadkowo, od reportaży z Polski. Opowiada m.in. o czekającej od 40 latach na zatopienie wsi Myscowa oraz o polskiej myśli technicznej, czyli o tym jak wytwór amatorskiej motoryzacji - łunochód zmotoryzował polskie góry. Po tym powiewie rodzimej egzotyki, przenosimy się dalej do Mołdawii, Rumunii, Serbii, Macedonii, Kosowa, Ukrainy i Rosji.
Śmieja z prawdziwą reporterską intuicją odnajduje rzadko uczęszczane miejsca, pełne niezwykłych ludzi i historii. Jego reportaże to prawdziwe muzeum osobliwości. Zabrakło mi jednak tego, o czym pisze Marek Miller w Reporterów sposobie na życie:
Reporterów interesuje człowiek, rozmawia z człowiekiem, pisze o człowieku. Zawsze gotowy zmienić kąt patrzenia, czuły na każde odchylenie od schematu, na każdą dewiację - często podąża jej śladem. Elastyczny, nie dostosowujący faktów do wcześniejszych hipotez, daje się unosić podstawowemu prądowi swojego tematu.
W Gorszych światach wydaje się czasami jakby autor jechał na miejsce z gotową już historią, a rozmowy z ludźmi miały dodać jej jedynie trochę koloru, ale nie wpływać znacząco na całość. Dlatego co jakiś czas można natknąć się na jakieś dziennikarskie uproszczenie czy nadinterpretację faktów, które nie wpływają znacząco na pozytywny odbiór dzieła, ale trochę chrzęszczą jak ziarenka piasku, które dostały się do jedzonego na plaży loda. 

Ocena: 4/5
Wydawnictwo: Carta Blanca
Rok wydania: 2012

* Tu mogą pojawić się głosy, że Rumunia to już nie Bałkany. To zależy czy patrzymy tylko na położenie geograficzne, czy też na cechy historyczno-kulturowe. Ja mówiąc Bałkany mam na myśli także Rumunię i Mołdawię.

środa, 21 listopada 2012

Anna Wojtacha - Kruchy lód. Dziennikarze na wojnie

Wracamy z krótkich listopadowych wakacji. Straszna mgła więc trzeba jechać powoli. Przerzucam stacje radiowe. Na którejś częstotliwości podają właśnie informacje. Izraelskie naloty na Strefę Gazy, Hamas odpowiada wystrzeliwując rakiety w stronę Izraela. A może to Hamas atakuje Izrael, a Izrael odpowiada nalotem na Strefę Gazy. Nie wiadomo. Spikerka przechodzi do kolejnych informacji, a ja znów przerzucam stację, z głośników wydobywa się już wesoły głos Georgea Michaela, proszący aby go obudzić zanim się pójdzie i zabrać na tańce dziś wieczór.

Przypomina mi się cytat, który gdzieś kiedyś przeczytałam:
Ciężko stwierdzić, czy to na świecie dzieje się coraz gorzej, czy po prostu dziennikarze coraz ciężej pracują*
Konflikt izraelsko palestyński, wojna w Iraku, wojna w Afganistanie, wojna w Gruzji, jesteśmy informowani na bieżąco, wiemy o każdym posunięciu wojsk, każdej wystrzelonej rakiecie. Wszystko to śledzę, chcę wiedzieć co się dzieje na świecie, czytam reportaże z krajów ogarniętych konfliktem, ale podświadomie wypieram myśl, że ktoś po te informacje jeździ, że ktoś na pierwsze doniesienia o konflikcie gdzieś na drugim końcu świata, reaguje natychmiastowym spakowaniem kamizelki kuloodpornej i zamawianiem taksówki na lotnisko.
Pierwszy szok poznawczy przeżyłam oglądając film Oczy wojny (Los ojos de la guerra). Nie dość, że okazało się, że tych ludzi, turystów masakry, jak kiedyś nazwał ich Arturo Pérez-Reverte, których w stan najwyższej gotowości stawia każde doniesienie o wojnie, jest więcej. Okazało się, że sama Hiszpania ma ich wystarczająco dużo, aby można było nakręcić z ich udziałem pełnometrażowy film. W filmie pojawia się też Arturo Pérez-Reverte, który, tu kolejny szok, poza pisaniem książek o szachistach, przez lata pracował jako korespondent wojenny.
Odkrycie instytucji korespondenta wojennego wywołało u mnie szok porównywalny z tym jaki wywołało odkrycie zawodu koronera. Niby wiem, że taki zawód istnieje, stykam się nawet z efektami pracy tych osób, ale podświadomie wypieram pytania: dlaczego, jak i kto?
Oczy wojny otworzyły moje oczy i zafascynowana zapragnęłam wiedzieć więcej.
W momencie, gdy miałam już świadomość istnienia tej odrębnej, tajemniczej kasty dziennikarzy wojennych, nagle zaczęłam zwracać uwagę na ślady jej bytności, jednym z nich była książka "Kruchy lód. Dziennikarze na wojnie", która leżała sobie jak gdyby nigdy nic w księgarni w dziale nowości.

Autorką książki jest Anna Wojtacha, korespondentka wojenna, wcześniej związana z TVN24 i Polsat News, obecnie dziennikarka TVP Info. To ona będzie naszym przewodnikiem po wojnie. Usiądźmy wygodnie, ale lepiej zapnijmy też pasy, bo będzie trzęsło i może być nieprzyjemnie. Warto też wcześniej skorzystać z toalety, bo potem może nie być na to czasu, następny przystanek dopiero za 230 stron. Przed nami Gruzja, Indie, Tajlandia, Izrael oraz Afganistan.
Na okładce widzimy dopisek "relacja na żywo". To świetnie oddaje klimat książki. Wszystko opisane jest w sposób bardzo dynamiczny, po raz pierwszy mam ochotę użyć nawet wyświechtanego sformułowania wartka akcja. Z każdej strony wyczuwa się pośpiech towarzyszący pakowaniu, zmienianiu środków transportu, śledzeniu szybko zmieniającej się sytuacji na wojnie. Momentami, co wrażliwszy czytelnik może dostać zadyszki. Czyta się to jak powieść sensacyjną. Kruchy lód powieścią sensacyjną jednak nie jest.
Przede wszystkim, co nie zawsze można powiedzieć o powieściach sensacyjnych, książka jest napisana bardzo ładnym językiem. Trochę obawiałam się tego debiutu literackiego dziennikarki telewizyjnej, okazało się jednak, że nie było czego. Anna Wojtacha bardzo dobrze radzi sobie z językiem polskim, nie popadając jednocześnie w grafomanię, dzięki czemu żadne zgrzyty stylistyczne nie przeszkadzają w odbiorze treści. Autorka bez zbędnego ubarwiania pokazuje nam realia pracy dziennikarza wojennego: zmęczenie, strach, zespół stresu pourazowego, ale także wracanie po dniu spędzonym na linii frontu do luksusowego hotelu, próby pogodzenia wpisanego w tę pracę pościgu za najlepszą historią z zasadami etyki dziennikarskiej, adrenalina, uzależnienie od wojny.
Wiemy, że po każdym wyjeździe jesteśmy trochę inni, niekoniecznie lepsi, a jednak mimo to pchamy się tam, nie patrząc na konsekwencje.**
Powrót do normalnego życia w Polsce, jest za każdym razem coraz trudniejszy, coraz ciężej rozmawia się ze znajomymi spoza wojennego świata. Trudno narzekać wspólnie na pogodę i rząd, gdy jeszcze parę dni temu siedziało się w szpitalu z Afganką podpaloną przez swojego męża. Łatwiej jest rozmawiać z wąskim gronem ludzi, którzy zrozumieją bo też tam byli, a najlepiej jest pojechać znów na wojnę. Wojtacha nazywa siebie i swoich kolegów po fachu wojennymi ćpunami, pokazuje wojnę jako uzależnienie. A każde uzależnienie jest jak stąpanie po tytułowym kruchym lodzie. W końcu lód może nie wytrzymać.

Wydawnictwo: Carta Blanca
Rok wydania: 2012

Moja ocena: 5/5

Jeśli ktoś nie nadal waha czy warto przeczytać polecam wywiady z Anną Wojtachą:

do obejrzenia
do posłuchania

* tłumaczenie moje, w oryginale brzmi tak: We can't quite decide if the world is growing worse, or if the reporters are just working harder
** Anna Wojtacha, Kruchy lód