Pokazywanie postów oznaczonych etykietą non-fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą non-fiction. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 kwietnia 2014

Scott Carney - Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci

Cierpienie zwierząt jest o wiele bardziej medialne niż cierpienie ludzi. Wystarczy spojrzeć na to, jakim zainteresowaniem cieszą się działania organizacji broniących praw zwierząt, a jakim działania organizacji broniących praw człowieka.
Wiadomo, zwierzęta nie mogą same bronić swoich praw, natomiast ludzie już tak. Rodząc się człowiekiem masz takie same szanse jak każdy inny człowiek, twoje życie należy tylko do ciebie, jesteś kowalem własnego losu i możesz być kim chcesz! Jeśli dzieje ci się krzywda, możesz zaprotestować i zostaniesz usłyszany. Jeśli więc mając tę całą gamę możliwości, mimo to wybierasz karierę surogatki w ośrodku matek zastępczych w Indiach albo łamiąc prawo (bo sprzedaż organów jest nielegalna) postanawiasz dorobić się na sprzedaży własnej nerki albo zajmujesz się sprzedażą swoich własnych komórek jajowych to co najwyżej możemy opowiedzieć o twoim przypadku w trakcie wykładu pt. "Strategie zawodowe które doprowadzą cię donikąd".
Właśnie o tych przegrańcach, którzy nie mają żadnego innego pomysłu na wspięcie się na kolejny szczebel drabiny społecznej, jak tylko wysyłanie tam siebie po kawałeczku (a to nerka przeszczepiana bogatemu Amerykaninowi, a to komórka jajowa dla jego żony) jest książka Scotta Carneya.

Historie opisujące kradzieże kości z grobów, handel nerkami czy porywanie ludzi dla krwi, w świadomości większości z nas funkcjonują gdzieś w odległym świecie miejskich legend i historii z dreszczykiem, które opowiadaliśmy sobie wieczorem na koloniach. Dlatego nawet mimo tego, że Scott Carney posługuje się bardzo rzeczowym językiem, nie próbuje grać na naszych emocjach ani nęcić nas tanią sensacją, zajmuje chwilę, aby zrozumieć, że kiedy skończymy czytać nie będziemy mogli zamknąć Czerwonego rynku i z westchnieniem ulgi powiedzieć: dobrze, że takie rzeczy nie dzieją się naprawdę. Nie możemy nawet pocieszać się tym, że historie opisane przez Carneya to jakieś pojedyncze przypadki. To co opisuje autor to ogromny świetnie prosperujący rynek, a popyt na produkty oferowane przez ten rynek będzie cały czas wzrastał. Części ciała to kolejne bogactwo naturalne globalnego Południa, które bez zahamowań eksploatujemy.

Zażarty przeciwnik transplantologii - filozof Bogusław Wolniewicz - nazywa przeszczepianie organów medycznym kanibalizmem. Nie podzielam podejścia prof. Wolniewicza do transplantologii jako takiej (w ogóle między mną a prof. Wolniewiczem jest światopoglądowa przepaść nie do pokonania), ale jeśli w jednym krótkim zdaniu miałabym powiedzieć o czym jest ta książka, to użyłabym właśnie terminu medyczny kanibalizm. Jeśli budzi to nieprzyjemne skojarzenia z wyzyskiem, czerpaniem życiodajnych sił kosztem innych ludzi i barbarzyństwem, to dobrze. Tak właśnie miało być.

Ocena: 5/5
Wydawnictwo: Czarne
Przekład: Janusz Ochab
Rok wydania: 2014

sobota, 22 marca 2014

Pozwolę sobie zacytować, odc. 2

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej
Opowiadano mi o nieprzyjemnościach, na jakie się przybysze narażają, zanim nabiorą nawyku do stosowania się do praw i porządków miejscowych, zwłaszcza we względzie stosunków pomiędzy mężczyzną a kobietą. W Polsce we wszystkich trzech zaborach, przewaga znajduje się po stronie męskiej - przewaga łagodzona zwyczajem w sferach towarzyskich wyższych, prawie nieograniczona w niższych. Bijanie, vulgo "pranie", bab przez mężów uważa się za rzecz zwyczajną. Mężowie nie przypuszczają, ażeby im nie wolno być miało kobiet ich wygrzmocić od czasu do czasu. Z wyobrażeniem tym przybywają do Ameryki i doświadczenie - niekiedy gorzkie - naucza ich, że wolność w Ameryce jest we względzie tym niewolą. Mąż nie tylko ręki na żonę podnieść nie ma prawa, ale żona do odpowiedzialności pociągnąć go może nie tylko za bicie, ale nawet za stosowanie do niej wyrazów obelżywych.

Zygmunt Miłkowski - Opowiadanie z wędrówki po koloniach polskich w Ameryce Północnej (Antologia polskiego reportażu XX wieku, tom 1)

środa, 15 stycznia 2014

John Waller - A time to dance, a time to die. The extraordinary story of the dancing plague of 1518

plaga tańca

14 lipca 1518 roku pewna mieszkanka Strasburga - pani Torffea, wyszła ze swojego domu i zaczęła tańczyć. Jeśli właśnie zaczęliście sobie wyobrażać jakąś scenę musicalową, w której pani Troffea, w radosnych podskokach przemierza miasto pozdrawiając przechodniów, sklepikarzy i okoliczną zwierzynę, to musimy się tu zatrzymać i wrócić do początku, a wy musicie obiecać, że postaracie się okiełznać swoją fantazję.
14 lipca 1518 roku pewna mieszkanka Strasburga - pani Torffea, wyszła ze swojego domu i zaczęła tańczyć. Nie był to jednak radosny taniec, nigdzie nie było słychać muzyki, pani Troffea tańczyła przymuszana jakby jakąś wewnętrzną siłą. Taniec trwał cały dzień, do momentu gdy padła ze zmęczenia. Po kilkugodzinnej drzemce wstała, a wszystko zaczęło się od początku. Dzień zakończył się tak samo jako dzień poprzedni. Trzeciego dnia, z krwawiącymi już stopami dalej tańczyła. Po kilku dniach około 30 osób także poczuło nieodpartą potrzebę tańca, po miesiącu tańczyło już 400 mieszkańców Strasburga. Dla niektórych z nich szalony taniec w upalnym słońcu skończył się śmiercią. Plaga tańca zaczęła ustępować dopiero pod koniec sierpnia.

Nie była to pierwsza tego rodzaju "epidemia" w historii. Podobne wydarzenia miały już miejsce wcześniej, ale ze względu na rozpowszechnienie druku oraz początki biurokracji w miastach, ta plaga została najlepiej opisana, dlatego jako jedyną można było dosyć szczegółowo ją odtworzyć.

Gdy do tańca zaczęło przyłączać się coraz więcej ludzi, władze miasta zwróciły się o pomoc do lekarzy. Ci wykluczyli nadnaturalne przyczyny plagi, powodem choroby miała być "gorąca krew", a jedynym lekarstwem... jeszcze więcej tańca! Tak oto chorym przydzielono specjalne miejsca w których mogli przez taniec wypacać chorobę. Aby wspomóc proces leczenia, zatrudniono nawet muzyków.
Jak się pewnie domyślacie, ta terapia wcale nie przyniosła pożądanego skutku, a gdy ludzie zaczęli umierać z wyczerpania, postanowiono ją zakończyć i dla odmiany zakazać wszelkiej muzyki w mieście.
Wśród ludzi zwyciężyło przekonanie, że plaga tańca jest wiadomością od Boga, a dokładniej od jego pośrednika - św. Wita, który właśnie w ten oryginalny sposób postanowił ukarać ludność Strasburga, za prowadzenie grzesznego życia.
Za podobną wersją wydarzeń obstawał także Paracelsus, który w Strasburgu pojawił się prawie dziesięć lat po pladze tańca. Paracelsus jak się okazuje był, nawet jak na tamte czasy, niebywałym okazem mizogina, więc od siebie dodał także, że cała epidemia rozpoczęła się przez zepsutą panią Troffeę, która zaczęła tańczyć, aby upokorzyć swojego biednego męża, aż w końcu straciła kontrolę nad swoim ciałem i umysłem i pociągnęła za sobą całą resztę sprośnych lubieżników.

Jedną ze współczesnych teorii wyjaśniających plagę tańca jest zatrucie sporyszem (przetrwalnik grzyba atakującego zboża). Wielu (w tym autor książki A time to dance, a time to die - John Waller) odrzuca jednak tę możliwość: zatrucie prowadzi do spazmów, ale te raczej nie przypominają tańca, w dokumentach natomiast wyraźnie mowa jest o regularnym, skoordynowanym tańcu; poza tym alkaloidy sporyszu powodują niedokrwienie kończyn, co mogłoby utrudniać chorym pląsanie całymi dniami po mieście.
Wyjaśnienie, które proponuje nam John Waller, to... zbiorowa histeria. Jak wiadomo przedłużający się stres może doprowadzić do objawów fizjologicznych. Znane są przypadki drgawek, zaburzeń mowy a nawet paraliżu, wywołanych czynnikami psychicznymi. Waller uważa, że taniec, któremu poddało się tylu ludzi, był przykładem transu, który z kolei był manifestacją przedłużającego się stresu.

A time to dance, a timie to die - John WallerW Strasburgu nie działo się najlepiej: od lat z powodu słabych plonów duża część ludności była niedożywiona, co z kolei sprawiało, że stawali się łatwym łupem dla różnego rodzaju chorób. W tym wszystkim upatrywano oczywiście (dzięki dyskretnym podpowiedziom duchowieństwa) kary za grzechy, a że był to także czas coraz mniejszego zaufania do nadużywających swoich przywilejów przedstawicieli kleru, ludzie mogli czuć, że ich sytuacja jest beznadziejna, a Bóg ma prawo się gniewać. Dlatego tak łatwo było im uwierzyć w to, że święty Wit postanowił ich ukarać.
Waller zwraca uwagę na to, że objawy chorób psychosomatycznych często są uwarunkowane kulturowo. Po 1518 roku Strasburg nie było już nawiedzany epidemią tańca, co może mieć związek z pojawieniem się protestantyzmu i odrzuceniem kultu świętych.

Czy jednak był to ostatni przypadek zbiorowego szaleństwa? Oczywiście nie. Autor podaje kilka przykładów, które pokazują, że chwilowe szaleństwo rozprzestrzeniające się dzięki sile sugestii, nie dotyczyło tylko plagi tańca. Na Dalekim Wschodzie znane jest zaburzenie psychiczne - koro, w którym chorzy przekonani są o tym, że ich penisy wciągane są wgłąb brzucha, a całkowite ich zniknięcie doprowadzi do zgonu. W Tanganice (dziś Tanzania) odnotowano przypadek epidemii śmiechu, która dotknęła 1000 osób.

Wnioski są takie, że nie można nie doceniać siły sugestii i tego jak łatwo rozprzestrzenia się panika.
Warto też pamiętać, że stres i depresja są poważnymi problemami i jeśli ktoś wam powie, że to wymysł znudzonych ludzi bogatego zachodu i że ludzie kiedyś (albo ludzie w biednych krajach) nie mają czasu na takie głupoty, to przypomnijcie im, że 500 lat temu, całkiem spora grupa mieszkańców Strasburga znalazła wystarczająco dużo czasu, aby tygodniami tańczyć z rozpaczy.

PS. Ci, którzy chcieliby poczuć klimat średniowiecza, koniecznie powinni udać się do odnowionej Galerii Sztuki Średniowiecznej w Muzeum Narodowym w Warszawie (wtorki za darmo). Pracownia architektoniczna WWAA stanęła na wysokości zadania.

Ocena: 3/5
Wydawnictwo: Icon Books
Rok wydania: 2008

czwartek, 10 października 2013

Książką po mapie - Rosja

Surowość rosyjskiego prawa łagodzi brak obowiązku jego przestrzegania - przypominam sobie patrząc na policjantów, z okazji szczytu G20 porozstawianych przy prawie każdym przejściu dla pieszych w Petersburgu. Wydają się zupełnie niezainteresowani przechodniami przebiegającymi na czerwonym świetle, czy tymi przechadzającymi się obok nich z piwem. W ogóle wydaje się, że nic ich specjalnie nie interesuje, a jednak przecież muszą mieć jakąś misję, po coś tu stoją.
Kolejny raz nad paradoksem rosyjskiego prawa zadumałam się siedząc na jachcie zacumowanym w porcie Kronsztad (wyspa Kotlin, 30 km od Petersburga), przyglądając się swojej wizie, na której pieczątka wyjazdowa z Rosji została ozdobiona odręcznie napisanym słowem: anulowano.

Do każdego wyjazdu staram się przygotować czytając odpowiednie lektury (patrz: zeszłoroczna podróż na Bałkany). Tym razem ze względu na miejsce w którym rozpoczynałam rejs (Petersburg, Rosja) wybrałam zbiór reportaży Barbary Włodarczyk Nie ma jednej Rosji, a ze względu na środek transportu, którym miałam dostać się z powrotem do Polski, drugą lekturą był Kurs Czukotka Moniki Witkowskiej.

Książka Moniki Witkowskiej opowiada o rozpoczynającej się w kanadyjskim Inuvik trzymiesięcznej arktycznej wyprawie na rosyjską Czukotkę. Po drodze jest trochę niedźwiedzi polarnych, Inuitów, sztormów, wielorybów, ale mi w pamięć najbardziej zapadła jednak historia opisująca bolesne zderzenie z rosyjskim surowym prawem. Żeby pływać po rosyjskiej Arktyce trzeba mieć masę pozwoleń. Monika Witkowska oczywiście o tym wiedziała i z bardzo dużym wyprzedzeniem wszystkie pozwolenia pozałatwiała. Przynajmniej tak jej się wydawało. Niestety, gdy wraz ze swoim współtowarzyszem podróży - szwedem Börje dopłynęli do czukockiego miasta Pewek, zostali natychmiast aresztowani i postawieni przed rosyjskim sądem. Rosjanie stwierdzili, że pozwolenia są nieważne i że obejmowały one przybycie do Pewek drogą powietrzną, a nie morską. Oczywiście tłumaczenia, że przecież od początku wiadomo było, że przypłyną jachtem i że służby z którymi kontaktowała się pani Witkowska dostały wszystkie dokumenty jachtu, na nic się nie zdały. Żeglarzom nakazano natychmiastowe opuszczenie wód rosyjskich, a dodatkowo zasądzono karę pieniężną i pięcioletni zakaz wstępu na teren Federacji Rosyjskiej. W drodze powrotnej jacht był eskortowany przez ogromny (w porównaniu z dziesięciometrową łupinką którą płynęli żeglarze) statek straży przybrzeżnej, załoga została raz jeszcze aresztowana (powody równie niejasne jak za pierwszym razem), a na końcu na pokład jachtu, do pilnowania niezwykle niebezpiecznej załogi, został przydzielony matros z kałasznikowem, a sam jacht został wzięty na hol przez wcześniej wspomniany statek straży przybrzeżnej. 

Historia naszego jachtu nie jest aż tak spektakularna. 
9 września wyruszyliśmy z Petersburga. Cel: Polska. Po drodze parę przystanków. Pierwszym, przymusowym był Kronsztad, gdzie miała odbyć się odprawa celna. Gdy zacumowaliśmy, na brzegu czekali już na nas funkcjonariusze służby granicznej, mili i uśmiechnięci. Odprawa trochę trwała, ale wszystko wyglądało dobrze: jacht został przejrzany przez celnika, w naszych paszportach pojawiły się pieczątki wyjazdowe. Czekamy już tylko na kapitana. W końcu wraca z dokumentami naszego jachtu i oznajmia, że... nigdzie nie płyniemy. Z dokumentów wynika, że jacht od dwóch miesięcy jest nielegalnie na terenie Federacji Rosyjskiej (nasz rejs był ostatnim etapem trwającej od czerwca Ekspedycji Rosyjska Arktyka). Okazuje się, że data wygaśnięcia wizy pierwszego kapitana została uznana również za datę do której nasz jacht powinien był opuścić wody terytorialne Rosji. Tłumaczenia, że przecież jeden jacht może mieć kilku kapitanów rozbijały się o mur rosyjskiej biurokracji. Co ciekawe, tego jawnego naruszenia prawa nikt jakoś nie zauważył w Murmańsku, gdzie podczas jednego z wcześniejszych etapów aresztowano nasz jacht.
Decyzje co do tego co się z nami stanie zmieniały się co chwila: na początku mieliśmy czekać trzy dni, potem zdecydowano, że po zapłaceniu kary będziemy mogli odpłynąć już następnego dnia do godziny osiemnastej. Po tym jak usłyszeliśmy te relatywnie dobre wieści postanowiliśmy uszczuplić trochę jachtowe zapasy alkoholu i w ten sposób umilić sobie pobyt w porcie Kronsztad, którego nie wolno nam było nawet zwiedzić. Następnego dnia rano nasz kapitan został wezwany na dalsze wyjaśnienia. Licząc na szybkie rozwiązanie sprawy poszedł z celnikami tak jak stał, czyli w klapkach i bez komórki. Dobrze, że chociaż śniadanie zdążył zjeść, bo z "wyjaśnień" wypuszczono go głodnego i spragnionego dopiero 8 godzin później, około godziny 19.

Nasz jacht w porcie Kronsztad (fot. Łukasz Ejsmont)
Może i lepiej, że kapitan nie wziął komórki, bo przynajmniej żyliśmy w błogiej nieświadomości podczas gdy zapadały kolejne coraz bardziej absurdalne decyzje dotyczące naszego losu. W najgorszej wersji jacht miał być aresztowany na 30 dni, a my natychmiast przetransportowani na lotnisko i wsadzeni do najbliższego samolotu do Polski (oczywiście na nasz koszt).
Na szczęście z odsieczą przyszedł zaprzyjaźniony rosyjski żeglarz. Po uruchomieniu kilku kontaktów, nagle okazało się, że sprawa jednak nie jest tak poważna. Zostajemy wypuszczeni (razem z jachtem) i nie musimy płacić nawet symbolicznej kary. W naszych paszportach obok anulowanych pieczątek pojawiają się nowe pieczątki wyjazdowe. 

Dwie pieczątki wyjazdowe

Podczas naszej rosyjskiej niewoli, gdy napatrzyłam się już na przepływające obok nas wielkie statki handlowe, wzięłam się za czytanie reportaży Barbary Włodarczyk. Miałam nadzieję, że może tam znajdę odpowiedzi na różne pytania, które zaczęły pojawiać się w mojej głowie odkąd przyjechałam do Rosji; w tym to najważniejsze: dlaczego od ponad doby siedzimy w porcie Kronsztad. Żadnych odpowiedzi oczywiście nie znalazłam, bo wydaje mi się, że nie to było celem tej książki. Barbara Włodarczyk chciała udowodnić, że nie ma jednej Rosji (jedyna Jedna Rosja jaka jest to Единая Россия - największa partia polityczna w kraju) i to jej się udało. Rosja, która wyłania się z jej reportaży, to kraj ogromnych kontrastów i paradoksów. Aby się o tym przekonać wystarczy przejść się po Moskwie: znajdziemy tu z jednej strony getto bogaczy, czyli Rublowkę, której świat poznamy dzięki Julii, kreatorce mody z Moskwy, ale także dworzec Jarosławski, na którym obok innych bezdomnych dzieci wychowuje się mały Wasia - kolejny bohater reportażu. Możemy trafić na manifestację na której skandowane będzie hasło Rosja bez Putina, ale wystarczy odjechać kawałek od Moskwy (bo na warunki rosyjskie 400 km to rzeczywiście tylko kawałek), aby trafić do wioski Bolszaja Jelenia, w której znajduje się siedziba sekty wierzącej w to, że Putin jest zbawcą Rosji oraz kolejnym wcieleniem świętego Pawła. 

Zachęcam do przeczytania książek obu autorek, nawet jeśli nie żeglujecie, ani nie planujecie wyjazdu do Rosji, chociaż jedno i drugie polecam (mimo wszystko).


- Barbara Włodarczyk Nie ma jednej Rosji - moja ocena: 5/5 (książka powstała na podstawie niektórych reportaży ukazujących się w programie Szerokie tory, tym, którzy jeszcze nie zdecydowali czy chcą przeczytać książkę, polecam jeden z odcinków)
- Monika Witkowska Kurs Czukotka - moja ocena 4/5 (dla niezdecydowanych: bardzo ciekawy wywiad z autorką)

czwartek, 22 sierpnia 2013

Maciej Zaremba Bielawski - Higieniści. Z dziejów eugeniki & Grégoire Chamayou - Podłe ciała. Eksperymenty na ludziach w XVIII i XIX wieku

Jakiś czas temu przeczytałam artykuł o grupie aktywistów, która uwolniła z hodowli psy przeznaczone do badań laboratoryjnych. Następnie postanowiłam na chwilę zatopić się w odmętach absurdu czytając co na ten temat mają do powiedzenia czytelnicy portalu Wirtualna Polska. Większość komentujących zżymała się na bezdusznych "makaroniarzy". Bo niby kraj katolicki, a takie rzeczy wyprawiają (jak wiadomo eksperymentowanie na zwierzętach jest autorskim pomysłem bezdusznych Włochów i poza granicami kraju w kształcie buta, coś takiego nie ma miejsca). Wśród komentujących pojawili się jednak też pragmatycy, którzy zamiast narzekać na nikczemnych Włochów zaproponowali gotowe rozwiązanie problemu. Rozwiązanie ekonomiczne, a nawet ekologiczne, bo noszące pewne znamiona recyclingu, wykorzystującego to co inni wyrzuciliby na śmietnik.

Pierwsza z pomysłem naprawy świata wychodzi użytkowniczka o nicku Ataxia:
Dlaczego nikt nie wpadnie na pomysł żeby testować leki na pedofilach i seryjnych mordercach? Byłyby z tego same korzyści: 1. byłoby wiadomo na 100% czy lek zaszkodzi czy pomoże człowiekowi, bo zwierzęta czasami mogą inaczej reagować na lek niż człowiek 2. nie musielibyśmy męczyć zwierząt 3. te dupki zamiast gnić w więzieniach za nasze podatki przydaliby się w końcu na coś. 4. Mniejsze koszty. 
Kolejnym pomysłowym Dobromirem był użytkownik GrzesiX, który rozszerzył nieco grupę bandziorów, na której należałoby przeprowadzać eksperymenty:
wszelkie kanalie osadzone na 10 i więcej lat. od razu zwolniło by sie ile miejsca w wiezieniach. a i jakby sie zwyrolskie bydleta przysłużyły ludzkości ? (zachowana oryginalna pisownia)
W czym wtórują mu użytkownicy wojt@n i Ania przypominając, że ludzie tacy nie przedstawiają żadnej wartości, są zakałą ludzkości, w przeciwieństwie do tych psów, które mają o niebo większą wartość od nich; niech odpokutuja a nie zarcie za darmo nocleg gratis itp maja lepiej niz bezdomni a sa nic nie warci.
Najbardziej zawiedziony kondycją ludzkości był jednak użytkownik Nikt, który także zasugerował testowanie leków na ludziach, ale rozszerzył grupę, która miałaby być objęta takim programem na połowę ludzkości, ponieważ jest nas za dużo na świecie, a po drugie połowa ludzkości itaknie zasluguje na zycie...

Pomysły rzeczywiście świetne, ale czy innowacyjne...?
Z pomocą jak zwykle przychodzi lektura. Jako pierwszą polecam książkę Higieniści. Z dziejów eugeniki Macieja Zaremby Bielawskiego, która powinna przypaść do gustu szczególnie użytkownikowi o nicku Nikt. Będzie o początkach eugeniki (występującej także pod nazwą higiena rasy), o ludziach, którzy też uważali, że połowa ludzkości nie zasługuje na życie i o tym jak sobie z tym radzono w różnych krajach. Okaże się, że projekt sterylizowania ludzi niewartościowych, wcale nie był autorskim pomysłem smutnych panów z NSDAP. Ci jedynie zainspirowali się ideą, która powstała trochę wcześniej w głowach innych panów, równie smutnych, bo zatroskanych losami naszego gatunku, ale także (jeśli nie przede wszystkim) sytuacją materialną swoich krajów. Oni też zauważyli, że coraz więcej jest ludzi niewartościowych na których pracować musi ta ciągle zmniejszająca się garstka wartościowych.
Higieniści. Z dziejów eugeniki - Maciej Zaremba BielawskiKoniec XIX wieku był czasem ogromnego zainteresowania  teorią Darwina (poza Francuzami, którym cały czas bardziej podobała się teoria ich krajana Lamarcka, mówiąca o dziedziczeniu cech nabytych), w głowach zatroskanych losem swojej ojczyzny, szybko zrodziła się więc myśl, że aby uzdrowić naród trzeba myśleć bardziej przyszłościowo. Resocjalizacja to myślenie krótkowzroczne. Owszem można przywrócić społeczeństwu bandytę albo kobietę lekkich obyczajów (chociaż myślę, że mało kto w to wierzył), ale co z tego jeśli zgnilizna moralna jest cechą dziedziczną (a o tym wielu było przekonanych) i potomstwo takich ludzi nadal będzie ją w sobie nosić? Stąd właśnie pojawił się pomysł eugeniki pozytywnej, obejmującej nakłanianie wartościowych jednostek do kojarzenia się ze sobą i reprodukcji, oraz eugenika negatywna, mająca na celu wybijanie z głów tego samego jednostkom niewartościowym.

No dobrze, powie Ataxia, ale to nadal nie rozwiązuje problemu tych, którzy zdążyli się już urodzić i są społeczeństwu zupełnie nieprzydatni, co z moim pomysłem?
Droga Ataxio, oczywiście nie zapomniałam o tobie i dla ciebie także mam stosowną lekturę. Zastanawiasz się dlaczego nikt jeszcze nie wpadł na pomysł, aby eksperymenty medyczne przeprowadzać na więźniach. Pozwolę sobie zachować się teraz jak Szwejk i zacząć od anegdoty. Moja mama jeżdżąc samochodem zauważyła, że prowadzenie w butach na nawet niewielkim obcasie negatywnie wpływa na tenże obcas. Z początkowej frustracji zrodziło się w końcu (tak jak i u ciebie Ataxio) rozwiązanie problemu. Ochraniacz na obcas! Dlaczego nikt wcześniej na to nie wpadł - wykrzyknęła mama. Przyznam, że przez chwilę wyobrażałyśmy sobie jak zostajemy potentatami na rynku samochodowych ochraniaczy na obcasy. Dlatego też tym większy był nasz zawód, gdy odkryłyśmy, że ktoś już jednak na nasz pomysł wpadł i że ochraniacze na obcasy można spokojnie kupić przez internet.
Nie chcę oczywiście, droga Ataxio, podcinać ci skrzydeł, ale sugeruję jednak, abyś pomna mojego i mamy przypadku, zawsze zanim wykrzykniesz "dlaczego nikt na to jeszcze nie wpadł?" sprawdziła czy rzeczywiście tak jest.
I tak szukając odpowiedzi na swoje pytanie dotyczące eksperymentowania na więźniach łatwo powinnaś trafić na wiele tropów, które zaprowadzą cię w różne strony świata: do USA (więzienie federalne w Terre Haute), do Gwatemali, ale także bliżej nas do Oświęcimia, gdzie poznasz doktora Mengele. A w końcu jeśli będziesz dobrze szukać dotrzesz także do książki, którą chciałabym ci polecić, czyli do Podłych ciał Grégoire'a Chamayou.
Podłe ciała. Eksperymenty na ludziach w XVIII i XIX wieku opowiada o ludziach, którzy przysłużyli się postępowi medycznemu, a o których nadal mówi się zdumiewająco mało, czyli o ludziach na których w XVIII i XIX wieku przeprowadzano eksperymenty medyczne. Ci ludzie to właśnie tytułowe Podłe ciała, margines społeczny, ludzie mniej wartościowi, tacy, którzy w oczach społeczeństwa mogli mieć do spłacenia jakiś dług, a więc: więźniowie, skazani na śmierć, niewolnicy, ale także umysłowo chorzy, pacjenci szpitali, prostytutki czy sieroty. Chamayou z ogromnym poświęceniem przekopuje się przez ogrom książek i dokumentów (sama bibliografia zajmuje w Podłych ciałach 30 stron, kolejne 60 to przypisy), dzięki czemu otrzymujemy bardzo wyczerpujący obraz epoki ogromnego wyzysku w imię badań biomedycznych.
Podłe ciała - Gregoire Chamayou
Autor skupia się na XVIII i XIX wieku tłumacząc we wstępie, że o wieku XX pisano już bardzo dużo w związku z procesami norymberskimi. Sam swoją historię kończy na początku XX wieku, kiedy to w 1905 roku Bongrand wezwał we Francji do oparcia eksperymentów na umowie między eksperymentującym a podmiotem eksperymentu, uznając porozumienie pomiędzy nimi za istotę ich relacji.*
Oczywiście zawsze trzeba się w którymś momencie zatrzymać, ale takie postawienie sprawy przez autora sugeruje (szczególnie czytelnikowi niezaznajomionemu z tą tematyką), że w XX wieku poza sprawą eksperymentów w obozach koncentracyjnych, przypadki podobne do tych opisywanych w książce nie miały już miejsca. To oczywiście nie jest prawda i uważam, że XX wiekowi też należałaby się podobna książka, w której co smutne, doktor Mengele byłby tylko jednym z wielu bohaterów.
Książka Grégoire'a Chamayou jest bardzo dobrą i bardzo ważną pozycją, ale mimo wszystkich swoich zalet wydaje mi się, że przez brak końcowych wniosków, może pozostawić czytelnika lekko zdezorientowanego. Nie wiadomo którędy iść dalej i czy jest coś dalej, czy to może koniec historii podłych ciał. Takie wyrwanie z kontekstu, sprawia, że historia opowiadana przez Chamayou wydaje się jedynie ciekawostką historyczną, czymś co już dawno jest za nami. Dopiero spojrzenie na nią przez pryzmat wydarzeń z XX i XXI wieku nadaje jej odpowiednią wagę.
Dlatego pełna podziwu dla pracy pana Chamayou, postanowiłam dopisać dalszą część tej historii. Oczywiście to co napiszę w żaden sposób nie mogłoby konkurować z tym co napisał Chamayou, bo i nie mam wcale takich ambicji, moim celem jest raczej rozbudzenie waszej ciekawości i wskazanie pewnego tropu przy dalszych poszukiwaniach. Dlatego skupię się głównie na jednej chorobie i jednym kraju. Ale to już w następnej notce.

Higieniści. Z dziejów eugeniki Maciej Zaremba Bielawski
Ocena: 5/5
Wydawnictwo: Czarne
Tłumaczenie: Wojciech Chudoba
Rok wydania: 2011

Podłe ciała. Eksperymenty na ludziach w XVIII i XIX wieku Grégoire Chamayou
Ocena: 4/5
Wydawnictwo: słowo/obraz terytoria
Tłumaczenie: Jadwiga Bodzińska i Katarzyna Thiel-Jańczuk
Rok wydania: 2012

* Grégoire Chamayou, Podłe ciała. Eksperymenty na ludziach w XVIII i XIX wieku, tłum. Jadwiga Bodzińska, Katarzyna Thiel-Jańczuk

poniedziałek, 15 lipca 2013

Francis Scott Fitzgerald - Listy do córki

Są takie książki, które się czyta i są takie książki, które się podczytuje. Słownik języka polskiego podczytywanie definiuje jako czytanie czegoś powoli, z przerwami, ale często. Oczywiście definicja ta w żaden sposób nie wyczerpuje tematu, bo pozostaje jeszcze kwestia tego jakie książki się podczytuje, a jakich nie i dlaczego. Powód dla którego to zagadnienie nie weszło do definicji podczytywania, jest zapewne taki, że jest to sprawa wysoce indywidualna.
Wnioskując po tym jakie książki znajduję u moich znajomych w toaletach, są tacy dla których sprawą zupełnie normalną jest podczytywanie wszystkiego, nawet powieści (w toaletach moich znajomych króluje fantasy), a są z kolei tacy, którzy czytają konsekwentnie, ściśle trzymając się z góry założonego czytelniczego planu i potrafią jak Rain Man przeczytać książkę telefoniczną podczas jednego posiedzenia, takim przypadkiem jest np. moja siostra, której obca jest idea podczytywania, bez względu na to czy czyta tomik wierszy czy leksykon leków.
Ja jestem gdzieś po środku: powieści czytam, a nie podczytuję, reportaże raczej też, natomiast za lektury stworzone do podczytywania uważam wszelkie zbiory esejów czy felietonów, tomiki wierszy, chaotyczne wspomnienia i dzienniki. Czyli wszystko to co już samo w sobie nosi pewne znamiona niezborności, a więc równie niezborny może być w tym przypadku proces czytelniczy.
Do podczytywanych dochodzą jeszcze książki, które wpadły mi w ręce przypadkowo i sama jeszcze nie jestem pewna czy chcę je czytać tak na poważnie. Podczytywanie jest tu okresem próbnym.

Tak było z Listami do córki Francisa Scotta Fitzgeralda, które znalazłam w bibliotece, gdy szukałam starego tłumaczenia Wielkiego Gatsby'ego. Książkę wypożyczyłam z czystej ciekawości, żeby zobaczyć, czy w listach do córki Fitzgerald używał tego samego języka co w Wielkim Gatsbym.
Szczerze mówiąc z góry założyłam, że nie przeczytam tej książki w całości. Miałam przeczytać kilka listów, zaspokajając tym samym ciekawość. I rzeczywiście na początku Listy... sobie podczytywałam, tak raczej bez zobowiązań, czytając w tym samym czasie na pełen etat jakąś inną książkę. Ale coraz częściej przyłapywałam się na tym, że gdy gdzieś wychodziłam zabierałam ze sobą Listy do córki. Dużo znajomych widziało nas razem na mieście i w końcu nie było już sensu udawać, że to nic poważnego. W bibliotece poprosiłam o przedłużenie książki i przeczytałam całość.
Nie wiem co dokładnie się stało. Wydaje mi się, że chodzi tu o moją słabość do wszelkiej maści neurotyków i samotników. Wreszcie poczułam znów to coś, co towarzyszyło mi przy czytaniu Wilka stepowego. Nie jestem w stanie powiedzieć czym dokładnie to coś jest, ale plasuje się to gdzieś na granicy bólu i radości, tak, że ciężko stwierdzić czy jest to przyjemne uczucie czy nie.

Franics Scott Fitzgerald był bardzo smutnym panem, z drugiej jednak strony był dosyć mocno przekonany o swojej wyjątkowości i ogromnym talencie. To co go zasmucało to przede wszystkim kondycja ludzkości i jego własne zmarnowane życie (wynik niewłaściwych wyborów). Dla niego, tkwiącego nieustannie w dolinie smutku (oraz w chorobie alkoholowej), wydawało się już nie być ratunku, ale młodziutka nieukształtowana jeszcze Scottie, mogła przy jego pomocy ustrzec się wszystkich jego błędów, stając się lepszą wersją swoich rodziców (nie bez znaczenia wydaje mi się to, że córka Francisa Scotta Fitzgeralda nazywała się Frances Scott Fitzgerald). W jednym z listów do żony Zeldy, pisał: Twoje życie jest nieudane tak jak i moje. Ale niechże nasz trud i męka nie idą na marne. Scottie trzeba uratować, jest to najważniejszy rok w jej życiu.

Zelda, Scottie i F. Scott Fitzgerald. Zdjęcie pochodzi z archiwum The Times (http://www.thetimes.co.uk/tto/multimedia/archive/00407/126611400__407872c.jpg)
Najczęściej powtarzającym się w listach do córki wątkiem jest sprawa edukacji młodej Scottie i nieustająca chęć skierowania tej edukacji na właściwe tory. Fitzgerald stale więc doradza swojej córce w tej kwestii. Chociaż nie wiem czy doradzanie to w tym przypadku odpowiednie słowo:
Co się tyczy programu Twojej nauki, to mowy nie ma, żebyś zrezygnowała z matematyki i wybrała najłatwiejszą drogę do Vassar, i została jedną z tych dziewczyn, które nie nadają się do niczego i tak są pozbawione osobowości, że mogą w najlepszym razie służyć innym za lustro.
[...]
Mojej pracy tutaj zawdzięczasz część pieniędzy na opłacenie Vassar, a praca ta jest tak ciężka, że trudno mi się pogodzić z wyrzuceniem pieniędzy na kurs w rodzaju "Angielska proza od roku 1800". Kto nie potrafi samodzielnie czytać, aby poznać angielską literaturę, jest niedorozwinięty - wiesz o tym dobrze.
Zresztą żaden kurs literatury nie był Scottie potrzebny, bo otrzymywała go regularnie w formie korespondencyjnej od swojego ojca, który w równie nieznoszący sprzeciwu sposób, co w przypadku
wyboru zajęć na uczelni, doradzał jej przy dobrze lektur:
Jeśli szukasz antidotum, to przeczytaj "Samotnię" (najlepsza rzecz Dickensa) albo - jeśli chcesz poznać świat uczuć - nie teraz lecz za parę lat - czytaj Dostojewskiego "Braci Karamazow". Zobaczysz, czym może być powieść.
[...]
Żebyś miała pojęcie, jak mnie już nic w życiu nie bawi, przeczytaj sobie opowiadanie Tarkingtona pod tytułem Sinful Dadda Little.
[...]
Zacząłem czytać poleconą mi przez Ciebie powieść Thomasa Wolfe'a. [...] z każdej szpary wyziera jego przerażająca tajemnica, to, co za wszelką cenę chciałby ukryć, a mianowicie, że ten człowiek nie ma nic szczególnego do powiedzenia!
[...]
"Dorian Gray" to niewiele więcej, jak dość przeładowana bajka, która podnieca siedemnastolatków do intelektualnych spekulacji [...] Gdy przeczytasz to kiedyś po raz drugi, to się przekonasz, jakie to w gruncie rzeczy naiwne.
[...]
Czy na przykład czytałaś "Ojca Goriot" albo "Zbrodnię i karę", albo "Dom lalki", albo "Św. Mateusza", albo "Synowie i kochankowie"? Nie wyrobisz sobie dobrego stylu, jeśli co roku nie poznasz kilku pisarzy najwyższej klasy. Albo owszem, wyrobisz sobie jakiś styl, ale nie będzie to amalgamat stopiony podświadomie ze wszystkiego, co obudziło Twój zachwyt, tylko popłuczyny po ostatniej lekturze, rozwodniona żurnalistyczna zupka.
Córce doradzał też w kwestii samego pisania:
Tylu pisarzom - na przykład Conradowi - ogromnie pomogło to, że w młodości uprawiali zawód, który nie miał nic wspólnego z literaturą. Daje to człowiekowi mnóstwo materiału i co najważniejsze - jakiś określony sposób patrzenia na świat. Tyle utworów cierpi dziś na brak materiału poza doświadczeniami z czysto towarzyskiego życia. A świat z reguły to wcale nie to, co zapełnia plaże i kluby sportowe.
[...]
Zwróciło moją uwagę Twoje wyznanie: "...czułam się, jakbym straciła ukochane dziecko". Mój Boże, ile razy w życiu czułem się podobnie. Często myślę, że w pisaniu człowiek tyle daje z siebie, że staje się jakby chudszy, biedniejszy i coraz bardziej rozebrany.
[...]
Nikt nie został pisarzem tylko dlatego, że chciał nim być. Jeśli masz coś do powiedzenia, coś, czego Twoim zdaniem nikt jeszcze nie powiedział, musi w Tobie być tak nieprzeparta chęć wypowiedzi, że w końcu znajdziesz sposób, i to zupełnie nowy, przez nikogo dotąd nie zastosowany, a wtedy rzecz i jej wyraz tak będą mocno ze sobą spojone, jakby myśl i forma rodziły się jednocześnie. [...] Gdy mowa o jakimś nowym stylu, ludzie wydają się zawsze zdumieni czy zaskoczeni jego nowością, ponieważ sądzą, że chodzi tylko o styl, a tymczasem mówią o czymś, co jest próbą wyrażenia nowej idei z taką siłą, że forma zyskuje tę samą oryginalność co myśl.
Wszystkiemu temu towarzyszy jednak swoisty fatalizm i smutek:
Zabawa w amatorski teatr to duża frajda, ale płaci się za nią cenę wprost przerażającą. Tyle z tego będziesz miała, że Ci na końcu powiedzą "dziękuję". Dasz trzy przedstawienia, o których wszyscy natychmiast zapomną, za to ktoś jeden przeżyje kompletne załamanie - a będzie nim taka jak ty entuzjastka.
[...] musimy się sprawdzać tydzień po tygodniu przez całe życie i czasem chciałoby się chwilę odpocząć. Czytałaś kiedy wiersze Christiny Rossetti?
Czy droga ta przez cały czas wije się do góry?
Tak - aż do samego końca

[...]
Wielu ludzi uważa życie za dobrą zabawę. Ja - nie. Ale kiedy miałem lat dwadzieścia i trzydzieści, życie było dla mnie fantastyczną zabawą i uważam, że jest naszym obowiązkiem zgodzić się z pewną dozą esprit na smutek, na tragedię tego świata, w którym żyjemy.
[...]
Cieszę się, że jesteś szczęśliwa - chociaż nie wierzę w szczęście. Nie wierzę również w nieszczęście. Istnieje to tylko na scenie albo na ekranie, albo w książkach, w życiu się nie zdarza.
Całą tę listę rad i przestróg zamyka ta z ostatniego listu, z grudnia 1940 roku, w którym Fitzgerald pisze: Twoi rodzice stanowią dla Ciebie dwa przepiękne złe przykłady. Wystarczy, żebyś nie robiła tego co myśmy robili, a będziesz całkowicie bezpieczna. Kolejnego listu już nie ma - w tym samym miesiącu F. Scott Fitzgerald umiera nagle, w wieku 44 lat. Bezpośrednią przyczyną śmierci jest atak serca, ale podejrzewać można, że jego zły stan zdrowia spowodowała trwająca lata choroba alkoholowa.
[...] wydaje mi się, że w głębi serca jestem przede wszystkim moralistą i naprawdę wolę w jakiejś możliwej do przyjęcia formie pouczać ludzi, zamiast ich bawić.
Ten rok spokojnie można nazwać rokiem Fitzgeralda: do kin weszła nowa adaptacja Wielkiego Gatsby'ego, Znak wydał tę powieść w nowym świetnym tłumaczeniu Jacka Dehnela, w wydawnictwie Amber ukazała się książka Z. Powieść o Zeldzie Fitzgerald, a do księgarni właśnie wchodzi kolejna książka o Zeldzie, tym razem nakładem wydawnictwa Marginesy. I przy tej okazji chciałabym was namówić do tego, aby nie ograniczać się do wydawniczych nowości, ale sięgnąć też po lekko zakurzone Listy do córki. Nie trzeba ich od razu wszystkich czytać, na początek można podczytywać.

Ocena: 4/5
Wydawnictwo: Czytelnik
Tłumaczenie: Ariadna Demkowska-Bohdziewicz
Rok wydania: 1982

wtorek, 7 maja 2013

Maciej Wasielewski - Jutro przypłynie królowa

Pan de… prosił biskupa de… o dworek na wsi, gdzie biskup nigdy nie bywał; ów odpowiedział: „Nie wie pan, że człowiek musi mieć jakieś miejsce, gdzie nigdy nie bywa, a gdzie wierzy, że byłby szczęśliwy, gdyby tam był”. Pan de…, po chwili milczenia, odpowiedział: „Słusznie: to właśnie stworzyło reputację Niebu”.*
Czyli wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, albo ładniej ujęte the grass is always greener on the other side, chociaż mi najbardziej się chyba podoba lakoniczne Rimbaudowskie życie jest gdzie indziej.
Dla kolejnych pokoleń hippisów, marzących o życiu w komunie, nie posiadaniu niczego, nie pożądaniu niczego, jedzeniu owoców prosto z drzewa, byciu panem własnego losu i innych rzeczach, o których marzą pokolenia hippisów, miejscem, gdzie trawa jest bardziej zielona była wyspa Pitcairn. Skrawek lądu na Oceanie Spokojnym, znajdujący się mniej więcej po środku niczego, na którym obecnie mieszka 60 osób, prawie do końca XVIII wieku był bezludną wyspą. W 1790 roku postanowili osiedlić się na niej buntownicy z brytyjskiego statku Bounty, wraz z porwanymi po drodze Tahitańczykami. Statek spalili, aby ukryć się przed ewentualnym pościgiem, ale może także, aby zaznaczyć odcięcie się od korony brytyjskiej.

Większość marzących o Pitcairn hippisów oczywiście nigdy tam nie dociera (bo i nie łatwo się tam dostać) i w tym tkwi piękno tej wyspy. Maciejowi Wasielewskiemu jednak udało się tam dotrzeć, a swoją książką Jutro przypłynie królowa niczym Pan de... ze wspomnianej anegdoty, odebrał wielu hippisom i niespełnionym anarchistom to miejsce, w którym nigdy nie bywali, a w którym na pewno byliby szczęśliwi.
Odebrał, bo jak to z takimi miejscami bywa, okazało się, że nigdy nie istniało.

Pitcairn to raj utracony, mocno już gnijąca Arkadia. 
Biblijny Adam zdradził się ze swoim grzechem, starając ukryć się przed Bogiem w rajskim ogrodzie; Pitcairneńczyków zdradza to samo. Im bardziej próbują się ukryć, nie wpuszczając na wyspę dziennikarzy, tym bardziej jasne staje się, że zerwali owoc z drzewa poznania dobra i zła.
Gęstniejąca, duszna i bardzo niepokojąca atmosfera, którą tak dobrze oddaje autor, pozwala nam odczuć, że coś, nie wiemy jeszcze dokładnie co, jest z tym rajem nie tak.
Wiesz, że kiedyś drzewa mandarynkowe były wspólne? - Lu marszczy czoło, jakby zobaczył coś nieprzyjemnego. - Wystarczyło pójść i nazrywać. Kiedyś wszystko było wspólne...
[...]
- ...w soboty organizowaliśmy przyjęcia. Laura piekła chleb, Pennie dusiła kurczaki na mleku kokosowym. Zbieraliśmy się wszyscy, każdy targał krzesło z domu, bo nie było gdzie usiąść. Kiedyś naprawdę byliśmy wspólnotą. W sierpniu obchodziliśmy Święto Melasy. Ścinaliśmy trzcinę cukrową, kruszyliśmy w młynie, a sok przelewaliśmy do donic. Potem gotowaliśmy wywar na otwartym ogniu, w sześciu wannach.
[...] szliśmy na ryby, wracaliśmy z pełną siatką, czterdzieści kilo, starczało dla wszystkich. Smażyliśmy te ryby na wspólnym ogniu, po południu była uczta. Każdy coś przynosił: arbuzy, ciasto chlebowe, mandarynki.
[...] 
- Dziś każdy ma swoje drzewa mandarynkowe. Wiele drzew zostało zatrutych.**
Reportaż Wasielewskiego jest o tym, co wydarzyło się na wyspie Pitcairn, ale jest też o czymś więcej. To kolejny głos w dyskusji nad tym, czy Hobbes miał rację i bez instytucji państwa pogrążylibyśmy się w chaosie? Czy stan natury to wojna każdego z każdym? Czy altruizm leży w naturze ludzkiej? A na koniec, czy wyspa Pitcairn kiedykolwiek rzeczywiście była rajem i czy możliwy jest raj tam, gdzie jest człowiek?
Nie liczcie jednak na jakąkolwiek odpowiedź, Jutro przypłynie królowa to w zasadzie same znaki zapytania, których po przeczytaniu nie da się tak łatwo z siebie strzepnąć, będą was uwierać, obcierać, nie dadzą spokoju. Czytajcie, ale nie mówcie, że nie ostrzegałam.
Każdego dnia słyszę coś nowego, coś, co przeczy wszystkiemu, co do tej pory powiedzieli. Komu wierzyć? Duszno. Pitcairneńczycy są jak wielopokoleniowa rodzina zmuszona żyć w przyciasnym mieszkaniu - knują i zwalczają się po cichu.***
Ocena: 4/5
Wydawnictwo Czarne
Rok wydania: 2013

*Sébastien-Roch Nicolas de Chamfort - "Charaktery i anegdoty"
** Maciej Wasielewski - "Jutro przypłynie królowa"
*** Ibidem

wtorek, 23 kwietnia 2013

Janion. Transe - traumy - transgresje. 1: Niedobre dziecię - rozmawia Kazimiera Szczuka

Na 80-lecie pani profesor jej dawni uczniowie przygotowują specjalną księgę. Na początku księgi będzie drzewo genealogiczne Marii Janion: z grubego pnia wyrośnie czterdzieści gałęzi nazwanych nazwiskami doktorantów pani profesor. Z gałęzi rozwiną się listki, oznaczające jej czterystu magistrantów, i kolejne odgałęzienia zbierające doktorantów, których dochowali się jej dawni studenci. Koronę wielkiego drzewa tworzyć będzie tysiąc osób.*
Nakładem Krytyki Politycznej wydana została pierwsza część wywiadu rzeki z Marią Janion. Przepytującą jest jeden z tych listków Janionowego drzewa, czyli jej była uczennica Kazimiera Szczuka.
Maria Janion jest bardzo ważną postacią dla polskiej nauki, jedną z najwybitniejszych badaczek romantyzmu, wspaniałym pedagogiem, a jednocześnie naukowcem, który nie zamyka się w akademickim getcie, przez co jest postacią znaną nie tylko literaturoznawcom.

Taką właśnie wielowymiarową Janion możemy znaleźć w książce Janion. Transe - traumy - transgresje. 1: Niedobre dziecię. Kazimiera Szczuka bardzo dba o porządek i chronologię, dlatego pierwszy tom rozpoczyna się wspomnieniami dzieciństwa w Wilnie, które później przechodzą w opowieści o dorastaniu naznaczonym traumą wojny, o trudnych latach powojennych i początkach kariery naukowej. W każdym momencie Janion towarzyszyły książki, od dzieciństwa pochłaniane w ogromnych ilościach.
To moje czytanie miało wyraźnie charakter transu narkotycznego, co może pomagało mi przetrwać okupację, prowadzić jakieś fantazmatyczne, równoległe życie. **
Wydaje się, że to równoległe życie dominowało nad tym codziennym. Już jako nastolatka zaczyna prowadzić dzienniki lektur, w których opisuje refleksje dotyczące przeczytanych książek. W końcu swoje życie zawodowe wiąże z literaturą, która już od dłuższego czasu przestawała być jedynie sposobem na odreagowanie (o ile w ogóle kiedykolwiek była jedynie tym), a stawała się sposobem na życie.
Stąd moje przywiązanie do literatury, do humanistyki. To jedyne dostępne nam laboratorium, w którym egzystencja może wyjść ze stanu niewyrażalności, zostać opisana, również w swoim traumatycznym wymiarze.
 Wywiad skupia się na przeszłości Marii Janion, ale pojawiają się w nim także komentarze i obserwacje dotyczące współczesności:
Jedną z rzeczy, które mnie wyjątkowo już denerwują, jest figura małego powstańca. To jest coś przerażającego. Dziecko przebrane za żołnierza z karabinem. Życie ludzkie, nie w postaci parę razy podzielonej komórki, ale w postaci prawdziwego dziecka, niespełna dziesięcioletniego, przestaje być najwyższą wartością, kiedy indoktrynujemy takie dziecko, nie ma na świecie nic wspanialszego niż udanie się na śmierć w powstaniu czy w ogóle gdziekolwiek na wojnie. Muzeum Powstania Warszawskiego takie rzeczy wyrabia z dziećmi, że śmierć całkowicie się dla nich odrealnia, staje się rodzajem wielkiej przygody. Tu konserwatyści mogą sobie podać ręce z producentami kultury masowej. Dotarcie do młodzieży i dzieci odbywa się właśnie za sprawą zamazania granicy między zabawą a traumatycznym doświadczeniem historycznym.
Trochę obawiałam się tej książki, bo nie lubię Kazimiery Szczuki, a agresywna retoryka jaką się posługuje zupełnie na pasowała mi do spokojnej i wyważonej Janion. Z drugiej strony była we mnie też taka niezdrowa ciekawość, jak to wyjdzie. Nie wyszło źle, ale nadal wolałabym, żeby to kto inny przeprowadzał ten wywiad. Szczuka bardzo sprawnie kieruje rozmową, tak, że układa się ona w spójną historię, ale niektóre jej pytania są mocno tendencyjne, tak jakby to kierowanie rozmową, nie dotyczyło jedynie porządku chronologicznego, ale także ideologicznego. A już mój zupełny sprzeciw budziła próba tabloidyzacji tej rozmowy i powtarzane pytanie o to kto był kochanką pani profesor.

Zamiast zakończenia będzie cytat, a odpowiedź na pytanie, czy warto Niedobre dziecię przeczytać, pozostawiam wam.
- Ta wiedza była przydatna? Tak szczerze, Pani Profesor?

- Jako znajomość historii literatury. Czy to jest przydatne. Niech pani sama sobie na to odpowie. Wiedza to wiedza. Dla mnie przydatna.

Ocena: 4/5
Wydawnictwo: Krytyka Polityczna
Rok wydania: 2012

* Misia Napoleon - Katarzyna Janowska; artykuł ukazał się w Polityce 4 listopada 2009
** Wszystkie pozostałe cytaty pochodzą z "Janion. Transe - traumy - transgresje. 1: Niedobre dziecię"

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Richard Dawkins - Najwspanialsze widowisko świata. Świadectwa ewolucji

Po przeczytaniu Najwspanialszego widowiska świata uznałam, że jest to książka trochę przegadana, a Dawkins niepotrzebnie się powtarza. Może coś takiego potrzebne jest w USA, gdzie co rusz ktoś wpada na pomysł, żeby w szkołach obok (albo lepiej, zamiast) teorii ewolucji, uczyć teorii inteligentnego projektu, ale oświeconego europejskiego czytelnika na pewno to znudzi. Autor trochę jak zrzędliwa babcia, powtarzająca ciągle, żeby myć rączki przed obiadem, powtarza co kilka stron, że ewolucjoniści nie twierdzą, iż przodkiem człowieka jest szympans, nie ma więc co czekać, na szympansicę, która urodzi ludzkie niemowlę. I tak samo jak w przypadku rozmowy z babcią, nie ma co liczyć na to, że jak się powie "wiem, wiem" to nie usłyszy się tego znowu. Babcia następnego dnia znów przypomni nam o zaletach mycia rąk, a Dawkins, za kilka stron znów przypomni, że szympans nie jest naszym przodkiem, jest raczej naszym bliskim kuzynem (jeśli już chcemy używać takich familijnych metafor).

Niestety, dziś trafiłam na krótki felieton, który uświadomił mi, że nie wszyscy myjemy rączki. Felieton, a w zasadzie to chyba bardziej komentarz prasowy, znalazłam w dziale Nauka Gazety Polskiej, w części poświęconej Odkryciom. Już sam tytuł jest bardzo obiecujący: To ja wolę pochodzić od labradora (link do artykułu). Napisany został przez panią Krystynę Grzybowską, która wychodząc od doniesienia o wynikach eksperymentu naukowego na pawianach, starała się napisać coś błyskotliwego i zgryźliwego na temat życia publicznego chyba, ale tego nie jestem pewna, bo moją uwagę przykuły fragmenty naukowe (co nie powinno dziwić, był to przecież dział noszący dumną nazwę Nauka).
Pani Krystyna donosi czytelnikom Gazety Polskiej:

Przeciętny badacz świata za pośrednictwem telewizji i internetu jest bombardowany odkryciami powalającymi z nóg. Ostatnio dowiedzieliśmy się, że małpy o nazwie pawiany są niezwykle inteligentne, bo odróżniają 6 (słownie: sześć) słów, które coś znaczą, od tych, które nic nie znaczą.

Po czym niezwykle błyskotliwie ów eksperyment komentuje, pisząc, że jej pies też rozpoznaje słowa, np. noga czy dostaniesz smakołyczka, a do tego wszystkiego jest śliczny, dużo piękniejszy od pawiana.

Pani Krystyna zapomina dodać, że w eksperymencie chodziło o język pisany, a nie mówiony. No, ale to małe niedopatrzenie, które jest niczym w porównaniu z tym co możemy przeczytać dalej:
Nie wiem, czy w związku z tak wysoką oceną inteligencji pawianów przestaliśmy już pochodzić od szympansów, które różnią się od ludzi tylko jednym genem. Widocznie jest to różnica zbyt wielka jak na małpy.

Kiedy zorientowałam się, że nie wszyscy po wyjściu z toalety myją ręce, miałam pewnie podobną minę jak po przeczytaniu tego zdania. Babcia miała rację i Richard Dawkins też miał rację.

Moi drodzy, myjcie rączki i czytajcie Najwspanialsze widowisko świata. Dla zdrowia!

Moja ocena: 4/5
Wydawnictwo: CiS
Tłumaczenie: Piotr J. Szwajcer
Rok wydania: 2010

środa, 13 marca 2013

Marek Orzechowski - Belgijska melancholia. Belgia dla nieprzekonanych

Gdybym miała zwyczaj niekupowania książek o brzydkich okładkach, to oszczędzone byłoby mi czytanie Belgijskiej melancholii. Niestety, mam tak, że nie oceniam książki po okładce i mimo rozpikselowanych czekoladek i uciętego zdjęcia Fontanny Silviusa, kupiłam wspomnianą książkę. Co prawda kupiłam i podarowałam w prezencie koleżance, która tak jak ja była w Belgii na Erasmusie, ale potem miałam atak belgijskiej melancholii i książkę od niej pożyczyłam.

Już pierwsze zdanie jest dosyć niepokojące: Każdy był, jest lub będzie w Belgii. A przynajmniej każdy prawdziwy Europejczyk. Na początku myślałam, że może to jakaś metafora, ale chyba jednak nie. Potem autor pisze o stereotypach i o tym, że o Belgii albo nic nie wiemy, albo myślimy kliszami. A potem w 14 kolejnych rozdziałach udowadnia, że on należy do tej drugiej grupy.

Orzechowski który przez lata był korespondentem TVP w Brukseli jest pewien, że odkrył o co w tej Belgii chodzi, wniknął w serca i umysły Belgów i ta niezachwiana pewność wylewa się z każdej strony Belgijskiej melancholii:
To wielkie przywiązanie do domu sprawa, że prawie żaden Belg właściwie nigdy się nie przenosi w nowe, obce miejsce.

Belg jest pragmatykiem i hedonistą jednocześnie, i doskonale wie, co i jak zrobić, aby jego życie pozbawione było udręk i trosk, aby upłynęło mu w możliwie największej harmonii i sprawiło przyjemność.
Poza tym w książce, aż roi się od przedziwnych przemyśleń autora:
Na walońskich wiejskich drogach, w przydrożnych oberżach spotkać można nikomu nieznanych chłopów światowców. Ich wiedza o pobliskiej okolicy jest wiedzą o Belgii i o świecie. Każdy z nich ma wielki świat w swoim małym sercu.
Wystarczy zobaczyć współczesną gigantyczną śluzę w Strépy-Thieu albo w Ronquières, by ulec wrażeniu, że ich budowniczym nie chodziło wyłącznie o technikę, że tak samo chcieli wyrazić w nich stan swojego ducha.
 Ale co jest największym problemem tej książki to to, że Marek Orzechowski po prostu nie umie pisać. Książka jest upstrzona okropnymi makaronizmami: ludzie zapraszają się na dinnery, a do Londynu jadą via Francja. Jak już się zdarzy zdanie całe po polsku, to bardzo często nie ma za bardzo sensu:
Już Pieter Bruegel malował swoich rodaków z pełnymi policzkami, co potwierdzają i dzisiaj wypełnione po brzegi restauracje. (potwierdzają, że Bruegel malował?)
W tym wszystkim za najbardziej urzekający uznaję przedostatni rozdział, w którym autor najpierw pisze o flamandzkiej partii N-VA, potem przechodzi do głośnej sprawy belgijskiego pedofila Marca Dutrouxa, który jak podejrzewano nie działał w pojedynkę, tylko we współpracy z rozbudowaną siatką pedofilską i nagle temat Marca Dutroux zostaje urwany i następny akapit poświęcony już jest elitarnym belgijskim klubom, takim jak Cercle Gaulois, w którym intelektualiści dyskutują o sztuce. Może w ten sposób autor chciał pokazać cały szeroki wachlarz klubów do jakich można należeć w Belgii, poczynając od siatki pedofilskiej, a na Cercle Gaulois kończąc?

Oczywiście dowiedziałam się wielu interesujących rzeczy z tej książki, ale myślę, że dowiedziałabym się ich także z przewodnika i nie straciłabym czasu na czytanie takich rzeczy:
Kiedy król przejeżdżał obok nas, odeszliśmy od kamery i z szacunkiem należnym Albertowi wyciągnęliśmy  do niego ręce w geście pozdrowienia. Nasz przyjazny gest król natychmiast z sympatią odwzajemnił. Wówczas mój kamerzysta wykrzyknął: "Vive le Roi!" - Niech żyje król! Na twarzy Alberta pojawił się szeroki uśmiech. Wychylił się z pojazdu, aby uścisnąć nam dłonie, podziękował i zapytał, skąd jesteśmy. Kiedy dowiedział się, że to ekipa Telewizji Polskiej, odkrzyknął "Vive la Pologne!" Skoro tak, to z naszej strony popłynęły w reakcji zwołania na całą ulicę: "Vie la Roi et vive la Belgique!" I król, odwracając się do nas raz jeszcze z pojazdu i machając nam przyjaźnie ręką, powieziony został do swoich monarszych obowiązków.

Moja ocena: 2/5
Wydawnictwo: MUZA SA
Rok wydania: 2011

środa, 27 lutego 2013

Wolf Kielich - Podróżniczki. W gorsecie i krynolinie przez dzikie ostępy


Wczoraj obejrzeliśmy z Partnerem Życiowym film Histeria. Romantyczna historia wibratora. O czym jest film, można wywnioskować z tytułu. Po pierwsze jest o histerii, czyli tajemniczej jednostce chorobowej, której symptomy rozciągały się od migren, przez płaczliwość, po chęć edukacji czy posiadanie własnego zdania. Choroba znana już od dawna, w XIX wieku stała się prawdziwą plagą. Oczywiście chorowały tylko kobiety. Nic zresztą dziwnego, bo była to choroba spowodowana najprawdopodobniej przez wędrującą macicę, która uciskała inne organy. Z histerii leczono na różne sposoby, w zależności od nasilenia objawów zalecano między innymi jazdę konną czy huśtanie się na huśtawce, ale świetne wyniki osiągano także dzięki masażowi genitaliów. Pamiętajmy jednak, że był to wiek XIX, w którym od homoseksualistów bardziej bano się już tylko onanistów, więc oczywiście w żadnym wypadku nie zalecano paniom przeprowadzania tej ostatniej terapii na własną rękę. Ten czysto medyczny zabieg nie miał żadnego związku z seksem i wykonywali go lekarze.

Wiek XIX to jednak nie tylko czas wielkiej histerii, ale i wielkich wynalazków. I tak podczas gdy wędrująca macica uniemożliwiała kobietom jakiekolwiek sensowne działania, mężczyźni pozbawieni tego problemu mogli spokojnie się kształcić i wymyślać różne urządzenia ułatwiające życie. Faraday, któremu pewnie żaden zbuntowany organ nie uciskał wątroby, korzystając z tego niedostępnego kobietom fizjologicznego spokoju, odkrył zjawisko indukcji elektromagnetycznej. Potem stworzył pierwszą prądnicę, co zapoczątkowało powolną elektryfikację.
Masaż genitaliów to sprawa dosyć wyczerpująca*, zarówno dla masowanej jak i masującego, dlatego lekarze szybko zaadaptowali nowe odkrycie do swoich potrzeb. I tak, w wielkim skrócie, powstał pierwszy wibrator. I o tym też jest ten film.
Film utrzymany jest w konwencji komedii romantycznej, a takich filmów z zasady nie powinno traktować się zbyt serio. Partner Życiowy był więc raczej sceptyczny wobec tego co wyświetlało się na ekranie naszego telewizora. I trudno mu się dziwić, bo cała historia jest mocno absurdalna. Jest jednak przy tym niestety prawdziwa (przynajmniej ta część o histerii i wibratorze, co do wątku romantycznego, to nie wiem). Podczas gdy Partner Życiowy nie dowierzał, ja od razu uznałam opowieść o powstaniu pierwszego wibratora za bardzo prawdopodobną. Taki stan rzeczy jest spowodowany nie moją wrodzoną naiwnością, a uprzednią lekturą książki Podróżniczki. W gorsecie i krynolinie przez dzikie ostępy. Książki, która równie dobrze mogłaby nosić tytuł Histeryczki. W gorsecie i krynolinie przez dzikie ostępy.

Wolf Kielich opisuje historie XIX-wiecznych podróżniczek. Kobiet, które nie zgadzały się na oferowaną im przez epokę wiktoriańską rolę anioła domowego ogniska i chciały od życia czegoś więcej. Jak widzicie typowy objaw histerii. Może w obawie przed skierowaniem na zabieg wycinania macicy, tym czymś więcej był dla nich wyjazd z kraju. Był to czas kiedy coraz więcej podróżowano, złota era kolonializmu, fascynacja orientem, ale podróżowanie było raczej domeną mężczyzn. O ile mężczyźni mogli oczekiwać, że ktoś zapłaci za ich podróż, o tyle kobiety nie były traktowane jako poważne podróżniczki. Jeśli pragnęły udać się w podróż, musiały przeważnie posiadać fundusze na ten cel. Dlatego podróżowały głównie panie, którym udało się odziedziczyć jakiś majątek. Jednak nie było to regułą. W książce opisane są także historie kobiet, którym udało się wybrać w podróż, mimo braku środków finansowych. Taką kobietą była angielska pielęgniarka Kate Marsden, która swoje życie poświęciła pomocy chorym na trąd mieszkającym na Syberii, a także, moja ulubiona Mary Slessor, wywodząca się z nizin społecznych misjonarka, która bardziej niż na chrystianizacji ludności afrykańskiej, skupiała się no doraźnej pomocy: uczyła kobiety mieszkające w dżungli jak wyzwolić się spod terroru mężczyzn, rozwiązywała spory, leczyła.
W Old Town Mary zaczęła się "afrykanizować", czego wszyscy biali w koloniach unikali za wszelką cenę. Oczywiście opowiadała miejscowym o Bogu białego człowieka, ale sama też chciała wiedzieć wszystko o ich bogach i duchach. Uczyła się o ifot - uprawianiu czarów, i o ziołach mbiadiong, które stosowali czarownicy, aby wypędzać złe duchy i uzdrawiać ludzi.**
Nie każda opisana w książce kobieta budzi sympatię. Bo chyba nie taki był cel tej książki. Myślę, że autor z premedytacją wybrał historie kobiet pochodzących z różnych środowisk i prezentujących różne style podróżowania: od tych podróżujących w warunkach ekstremalnych, bez żadnych wygód, do typowych XIX-wiecznych panienek, takich jak Nina Mazuchelli, znudzona żona duszpasterza wojskowego, pełniącego posługę w Indiach, która zapragnęła wybrać się w Himalaje, nie rezygnując przy tym z bycia damą:
Nawiasem mówiąc, nie miała zamiaru zbytnio się przemęczać. Będąc damą z towarzystwa, zamierzała ubierać się stylowo także w górach. A więc pod szeroką spódnicę wkładała co najmniej dwie halki i gorset zapewniający talię osy, nosiła też kapelusz i buciki na obcasie. Oczywiście wykluczone, żeby w takim stroju godzinami maszerować po skalistym podłożu, postanowiła zatem odbyć drogę w lektyce.
Z bycia gentlemanem nie zamierzał rezygnować także jej mąż:
Zażądał, aby dla Europejczyków zabrano żelazne łóżka, nalegał też, żeby codziennie serwowano obiad elegancko, na porcelanowej zastawie, ze "wszystkimi nieodzownymi atrybutami dobrze wychowanego Europejczyka, gdziekolwiek by przebywał".

Autorowi udało się poprzez historie zupełnie różnych od siebie kobiet, przedstawić obraz epoki wiktoriańskiej z całym jej przepychem, ogromnymi nierównościami społecznymi i przytłaczającą hipokryzją. Nie każdą z opisywanych kobiet nazwałabym podróżniczką, były wśród nich prawdziwe XIX-wieczne gorszycielki, ale także kobiety delikatnie tylko naginające panujące normy obyczajowe. Każda jednak poluzowała choć trochę mocno ściskający je gorset konwenansów, aby wreszcie móc wziąć głębszy oddech.
Nigdy nie rozumiałam, co to za szczęście dożyć późnej starości. Zawsze - nawet w najszczęśliwszych okolicznościach - uważałam, że to smutne i nie widzę nic strasznego w myśli, że pogodnie i odważnie przyjmę swój koniec od kulki lub pchnięcia nożem, zamiast wieść nudną egzystencję, którą tak często widzę wokół siebie. [...] Nie spieszno mi umierać, ale jeśli tak się zdarzy, trudno. Lepiej żyć krótko, ale wesoło!

Ocena: 4/5
Wydawnictwo: W.A.B.
Tłumaczenie: Małgorzata Diederen-Woźniak
Rok wydania: 2013
 
* Już się cieszę na myśl, że teraz po wpisaniu w wyszukiwarce masaż genitaliów, można będzie trafić na mojego bloga
** Wszystkie cytaty pochodzą z książki Podróżniczki. W gorsecie i krynolinie przez dzikie ostępy. Wolfa Kielicha

niedziela, 17 lutego 2013

Marek Miller - Reporterów sposób na życie

"Na początku był chaos trzeciego roku socjologii na Uniwersytecie Łódzkim. Jak wszyscy moi koledzy musiałem napisać pracę magisterską. Terminy nagliły, a ja ciągle zanurzony byłem w świecie całkiem nierealnych pomysłów i koncepcji. Cały czas kombinowałem przy tym, co by tu zrobić, aby obronić dyplom i nie zanudzić się przy tym na śmierć. Na którymś z kolejnych seminariów zaproponowałem temat: Styl życia reporterów. Ku mojemu zdumieniu i dzięki tolerancji promotora doc. Zbigniewa Bokszańskiego propozycja została zaakceptowana."*

W 1975 roku dwudziestoczteroletni student socjologii stworzył listę dziesięciu ulubionych reporterów, z którymi chciałby przeprowadzić wywiad do swojej pracy magisterskiej. Listę, trzeba powiedzieć bardzo odważną, znalazły się na niej takie nazwiska jak m.in.: Kapuściński, Krall, Szejnert. Miller nie znał osobiście żadnego reportera ze swojej listy, nie wiedział też w jaki sposób się z nimi skontaktować, ani czy zgodzą się z nim rozmawiać. Nie był wtedy jeszcze dziennikarzem, a pierwsze zadanie reporterskie jakie sobie wyznaczył było bardzo ambitne i wymagające. Po pierwsze, będąc zwykłym studentem musiał nawiązać kontakt z już wtedy sławnymi i uznanymi reporterami, a następnie skłonić ich do rozmowy. Po drugie wyobrażam sobie, że pisanie pierwszego w życiu reportażu, pod czujnym i krytycznym okiem mistrzów tego gatunku, mogło być bardzo stresującym doświadczeniem.
Niektórych stres paraliżuje, a innych mobilizuje. Domyślam się, że Marek Miller należy do tych drugich. Obecnie sam już jest uznanym reporterem, a jego praca magisterska przerodziła się w wydaną w 1983 roku książkę Reporterów sposób na życie.

Reportaż jest wyjątkową odmianą dziennikarstwa, jest także wyjątkowym gatunkiem literackim. Mówi się, że reportaż to bękart literatury pięknej i brukowej popołudniówki. Czasami przeważa ten pierwszy czynnik, innym razem drugi. Bywa, że obecność reportera czuje się w jego dziele, często jednak usuwa się on na bok, oddając scenę na wyłączność swoim bohaterom. Jednak nawet jeśli nie wyczuwamy w reportażu obecności jego autora, to on tam zawsze będzie. To on wybiera osoby z którymi przeprowadza wywiad, to jego subiektywny osąd decyduje o tym, które szczegóły są istotne dla całej historii, a które można pominąć. Hemingway pisał, że:
"Żadna historia (w sensie nauki) nie jest pisana uczciwie. Trzeba mieć z nią styczność w danej chwili i można opierać się tylko na tym, co się samemu widziało i śledziło [...] Później wszystko należy już do was, i dobro, i zło, ekstaza, wyrzuty sumienia i smutek, ludzie i miejsca, i jaka była pogoda"
Mimo wszystko reporter często pozostaje w cieniu swoich bohaterów. A książka Marka Millera jest swoistą zabawą w zamianę ról: teraz ja będę pytać, a wy będziecie odpowiadać i to ja wyciągnę wnioski, z którymi możecie się nie zgadzać. Ale to mój reportaż, a wy jesteście jego bohaterami. I mimo wszystko, cała wielka dziesiątka zgodziła się na udział w zabawie.
Myślę, że za wyjaśnienie mogą posłużyć znów słowa Hemingwaya:
"Wasz korespondent jest starym dziennikarzem. To czyni nas wszystkich jedną wielką rodziną. Ale pech klientów polega na tym, że wasz korespondent był czynnym reporterem i jako taki zazdrościł felietonistom, że wolno im było pisać o sobie. Kiedy przychodziły gazety, wasz korespondent czytał ple-ple pióra swojego naówczas ulubionego felietonisty na temat jego samego, jego dziecka, tego, co myślał i jak to myślał..."
Chociaż może lepiej pasuje tu wypowiedź Ryszarda Wójcika:
"[...] u nas istnieje taka zawodowa kategoria samotności, tzn. pozorność bycia razem z innymi, samotność w tłumie. Oto żyję życiem innych ludzi. [...] to ja jestem im potrzebny. Nigdy odwrotnie. Oni mnie w pewnym momencie przestają być potrzebni. Po prostu nagle widzę, że dla nich nie istnieję. Usiłuję się do nich przebić ze swoimi problemami, ale to trafia w próżnię."
I tak Marek Miller jest jak pacjent, który przychodzi do lekarza, aby spytać go jak się czuje. A rozmówcy Millera może z wdzięczności, a może z ciekawości, co z tego wyjdzie, opowiadają o tym co ich gryzie, co im przeszkadza, co ich cieszy, jakie cechy charakteru ich zdaniem tworzą dobrego reportera i czy da się rozpoznać reportera po ubraniu. Tak tworzy się całościowy obraz ludzi wykonujących ten zawód, nie jest to jednak obraz spójny. Jedni uważają, że reporter powinien notować, ale nie powinien nagrywać, inni nie mają nic przeciwko magnetofonom (przypominam, że były to lata 80.), Ryszard Kapuściński z kolei reprezentuje najbardziej radykalną szkołę - nienotujących i nienagrywających:
"Ryszard Kapuściński nie notuje programowo twierdząc, że to, czego nie zapamiętał, najwidoczniej nie zasługuje na wzmiankę w reportażu"
Reporter kojarzy się często z osobą odważną i przebojową, ale okazuje się, że równie dobrze może sprawdzać się w tym zawodzie ktoś cichy i nieśmiały:
"Mnie pomaga chyba to, że jestem z natury nieśmiały i wyglądam na - jak to określają koledzy - poczciwego imbecyla, że z zasady nigdy nie przeczę swoim rozmówcom, daje mi to duże fory, głównie przy kontaktach z osobami oficjalnymi. Rzecz w tym, że mój rozmówca dochodzi do wniosku po pewnym czasie, że ma do czynienia z absolutnym kretynem, przestaje uważać na to, co mówi , przestaje być taktykiem, zwierza się ze swoich prawdziwych planów i myśli - a my tymczasem, jak w dowcipie garnizonowym z kresów, już tam na niego czekamy [...]"**
We wszystkich jednak wypowiedziach można znaleźć wspólny mianownik, coś co łączy wszystkich reporterów - ciekawość świata i ludzi. Dopóki człowiek ma w sobie tę ciekawość i niemalże dziecięcą umiejętność dziwienia się, ma szansę być dobrym reporterem. A jak ciekawość reportera jest do tego jeszcze spójna z ciekawością czytelnika, wtedy mówimy już o sukcesie.

Ocena: 5/5
Wydawnictwo: Czytelnik
Rok wydania: 1983

* Wszystkie cytaty pochodzą z książki Marka Millera "Reporterów sposób na życie".
** Wypowiedź Stefana Kozickiego

wtorek, 18 grudnia 2012

Boel Westin - Tove Jansson. Mama Muminków

Muminków trudno nie kochać. Miłe białe grubaski żyjące wspólnie z grupą swoich przyjaciół w wesołej hipisowskiej komunie. Dom Muminków to istna galeria osobliwości, zasilana co jakiś czas kolejnymi przedziwnymi mieszkańcami, serdecznie i bez zbędnych pytań przyjmowanymi przez gospodarzy. Bo u Muminków jak w piosence: wszystko jest dobre i jasne jak błysk, one kochają, kochasz je Ty. Pozornie nieskomplikowany świat, rządzący się prostymi zasadami kusi zarówno dzieci jak i dorosłych.
Były jednak i takie osoby, które za Muminkami nie przepadały. Jedna z nich cynicznie określiła je mianem szczęśliwych idiotów, którzy przebaczają sobie nawzajem, nigdy nie rozumiejąc, że zostali oszukani.
No cóż, jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził i nawet Muminki nie są tu wyjątkiem. Jedyne co dziwi w tej wypowiedzi to to, że wyszła ona spod pióra Tove Jansson - osoby, która swego czasu powołała do życia tych szczęśliwych idiotów.

Świat Muminków w którym wszystko jest przyjazne i niegroźne, powstał z potrzeby odreagowania wojny. Był dla autorki swoistym schronem w którym mogła złożyć swoją zupełnie nieprzystającą do wczesnych lat powojennych fatalną naiwność i ukryć ją pod bezpiecznym płaszczykiem książki dla dzieci. Jednak to co początkowo miało służyć odreagowaniu i ucieczce od problemów, w końcu stało się więzieniem z którego Jansson nie uwolniła się do końca życia.
Historia Tove Jansson bardzo przypomina mi historię artysty żyjącego czterysta lat wcześniej. Michał Anioł, bo o nim mowa, wyrok na swoją wolność artystyczną podpisał zdobiąc sklepienie Kaplicy Sykstyńskiej. Człowiek, który dotąd zajmował się rzeźbą i to rzeźbie chciał się poświęcić, nagle staje się rozchwytywanym malarzem.
Wszak mówiłem Waszej Świątobliwości, że to nie moja sztuka. Być może jestem rzeźbiarzem, może i poetą, ale nie malarzem*
Tak jak Buonarroti przez zamówienia kolejnych papieży zostaje uwięziony z pędzlem na rusztowaniach, tak Tove Jansson, z wykształcenia malarka, staje się więźniem rozrastającego się Muminkowego biznesu. A jej skargi brzmią podobnie do tych renesansowego mistrza:
To te "przecholerne" czasy wojny zmusiły mnie, malarkę, do pisania baśni
Wojna co prawda się już skończyła, ale malarkę z pisaniem i ilustrowaniem przygód Muminków wiązały kontrakty, a często także lojalność wobec wydawców, którzy pomogli jej na początku kariery. Na malowanie zostawało coraz mniej czasu.

Po śmierci artystki, całe domowe archiwum (w tym listy i dzienniki) zostały przekazane Boel Westin - przyjaciółce domu, a jednocześnie literaturoznawczyni, której doktorat dotyczył twórczości Jansson. Efektem jej pracy z powierzonymi dokumentami jest biografia Tove Jansson, która w Polsce ukazała się pod tytułem Tove Jansson. Mama Muminków.
Tu pojawia się pierwszy zgrzyt. Z książki wyłania się postać wszechstronnej artystki, tytuł oryginału to Tove Jansson. Ord, bild, liv, czyli jak mówi google translator Tove Jansson. Słowo, obraz, życie, natomiast polskie wydanie znów wtłacza biedną Tove w szufladkę pisarki dla dzieci, mamy Muminków, z której przez całe życie próbowała się wydostać.
Tove Jansson była bardzo pracowita, a to, połączone z faktem, że żyła prawie dziewięćdziesiąt lat i do końca życia była czynna zawodowo oznacza, że Boel Westin postawiła przed sobą bardzo trudne zadanie skompresowania tego niecałego stulecia twórczego życia w jednej książce.
Biografia Mamy Muminków jest bardzo dogłębną analizą twórczości artystki, począwszy od jej obrazów oraz satyrycznych obrazków politycznych, które rysowała w czasie wojny, przez historie Muminków, a na jej dorosłych książkach kończąc. Autorka zredukowała jednak do minimum wątki związane z życiem osobistym Tove, skupiając się głównie na jej życiu zawodowym. Często brakowało mi także tła historycznego, co w połączeniu z konsekwentnym unikaniem przez Westin jakiejkolwiek chronologii sprawiło, że książka przypominała bardziej zbiór różnych artykułów o Tove Jansson, niż jedną spójną opowieść.
Ciężko jest oceniać tę książkę jako całość, bo rozdział rozdziałowi nierówny. Było bardzo dużo ciekawych rozdziałów/artykułów skupiających się na analizie twórczości Jansson. Tu styl jest lżejszy, pani profesor literaturoznawstwa jest na swoim boisku, które bardzo dobrze zna i wie jak na nim grać. Części, w których pojawia się życie osobiste Tove, są o wiele słabsze. Zagrania Boel Westin z jej własnego boiska nie działają już tak dobrze na "meczu wyjazdowym". Pojawia się bardzo dużo powtarzanych do znudzenia truizmów, z kolei istotne fakty są często wspominane gdzieś mimochodem, styl jest dosyć ciężki, a zdania często bardzo pokraczne.


Tove Jansson. Mama Muminków to książka, którą z czystym sumieniem mogę polecić, tym, którzy chcą się dowiedzieć czegoś więcej o twórczości tej wszechstronnej artystki, a także twórczość tę zrozumieć. Bogata w liczne ilustracje książka, będąca jedną z najładniej wydanych pozycji jakie posiadam w swojej biblioteczce, na pewno spełnia to zadanie. Ci jednak, którzy bardziej niż na analizę twórczości liczą na dobrą biografię inspirującej osoby, mogą po przeczytaniu czuć spory niedosyt.

Ocena: 3/5
Wydawnictwo: Marginesy
Tłumaczenie: Bogumiła Ratajczak
Rok wydania: 2012

* Bożena Fabiani "Moje gawędy o sztuce. Dzieła, twórcy, mecenasi wiek XV - XVI"


środa, 21 listopada 2012

Anna Wojtacha - Kruchy lód. Dziennikarze na wojnie

Wracamy z krótkich listopadowych wakacji. Straszna mgła więc trzeba jechać powoli. Przerzucam stacje radiowe. Na którejś częstotliwości podają właśnie informacje. Izraelskie naloty na Strefę Gazy, Hamas odpowiada wystrzeliwując rakiety w stronę Izraela. A może to Hamas atakuje Izrael, a Izrael odpowiada nalotem na Strefę Gazy. Nie wiadomo. Spikerka przechodzi do kolejnych informacji, a ja znów przerzucam stację, z głośników wydobywa się już wesoły głos Georgea Michaela, proszący aby go obudzić zanim się pójdzie i zabrać na tańce dziś wieczór.

Przypomina mi się cytat, który gdzieś kiedyś przeczytałam:
Ciężko stwierdzić, czy to na świecie dzieje się coraz gorzej, czy po prostu dziennikarze coraz ciężej pracują*
Konflikt izraelsko palestyński, wojna w Iraku, wojna w Afganistanie, wojna w Gruzji, jesteśmy informowani na bieżąco, wiemy o każdym posunięciu wojsk, każdej wystrzelonej rakiecie. Wszystko to śledzę, chcę wiedzieć co się dzieje na świecie, czytam reportaże z krajów ogarniętych konfliktem, ale podświadomie wypieram myśl, że ktoś po te informacje jeździ, że ktoś na pierwsze doniesienia o konflikcie gdzieś na drugim końcu świata, reaguje natychmiastowym spakowaniem kamizelki kuloodpornej i zamawianiem taksówki na lotnisko.
Pierwszy szok poznawczy przeżyłam oglądając film Oczy wojny (Los ojos de la guerra). Nie dość, że okazało się, że tych ludzi, turystów masakry, jak kiedyś nazwał ich Arturo Pérez-Reverte, których w stan najwyższej gotowości stawia każde doniesienie o wojnie, jest więcej. Okazało się, że sama Hiszpania ma ich wystarczająco dużo, aby można było nakręcić z ich udziałem pełnometrażowy film. W filmie pojawia się też Arturo Pérez-Reverte, który, tu kolejny szok, poza pisaniem książek o szachistach, przez lata pracował jako korespondent wojenny.
Odkrycie instytucji korespondenta wojennego wywołało u mnie szok porównywalny z tym jaki wywołało odkrycie zawodu koronera. Niby wiem, że taki zawód istnieje, stykam się nawet z efektami pracy tych osób, ale podświadomie wypieram pytania: dlaczego, jak i kto?
Oczy wojny otworzyły moje oczy i zafascynowana zapragnęłam wiedzieć więcej.
W momencie, gdy miałam już świadomość istnienia tej odrębnej, tajemniczej kasty dziennikarzy wojennych, nagle zaczęłam zwracać uwagę na ślady jej bytności, jednym z nich była książka "Kruchy lód. Dziennikarze na wojnie", która leżała sobie jak gdyby nigdy nic w księgarni w dziale nowości.

Autorką książki jest Anna Wojtacha, korespondentka wojenna, wcześniej związana z TVN24 i Polsat News, obecnie dziennikarka TVP Info. To ona będzie naszym przewodnikiem po wojnie. Usiądźmy wygodnie, ale lepiej zapnijmy też pasy, bo będzie trzęsło i może być nieprzyjemnie. Warto też wcześniej skorzystać z toalety, bo potem może nie być na to czasu, następny przystanek dopiero za 230 stron. Przed nami Gruzja, Indie, Tajlandia, Izrael oraz Afganistan.
Na okładce widzimy dopisek "relacja na żywo". To świetnie oddaje klimat książki. Wszystko opisane jest w sposób bardzo dynamiczny, po raz pierwszy mam ochotę użyć nawet wyświechtanego sformułowania wartka akcja. Z każdej strony wyczuwa się pośpiech towarzyszący pakowaniu, zmienianiu środków transportu, śledzeniu szybko zmieniającej się sytuacji na wojnie. Momentami, co wrażliwszy czytelnik może dostać zadyszki. Czyta się to jak powieść sensacyjną. Kruchy lód powieścią sensacyjną jednak nie jest.
Przede wszystkim, co nie zawsze można powiedzieć o powieściach sensacyjnych, książka jest napisana bardzo ładnym językiem. Trochę obawiałam się tego debiutu literackiego dziennikarki telewizyjnej, okazało się jednak, że nie było czego. Anna Wojtacha bardzo dobrze radzi sobie z językiem polskim, nie popadając jednocześnie w grafomanię, dzięki czemu żadne zgrzyty stylistyczne nie przeszkadzają w odbiorze treści. Autorka bez zbędnego ubarwiania pokazuje nam realia pracy dziennikarza wojennego: zmęczenie, strach, zespół stresu pourazowego, ale także wracanie po dniu spędzonym na linii frontu do luksusowego hotelu, próby pogodzenia wpisanego w tę pracę pościgu za najlepszą historią z zasadami etyki dziennikarskiej, adrenalina, uzależnienie od wojny.
Wiemy, że po każdym wyjeździe jesteśmy trochę inni, niekoniecznie lepsi, a jednak mimo to pchamy się tam, nie patrząc na konsekwencje.**
Powrót do normalnego życia w Polsce, jest za każdym razem coraz trudniejszy, coraz ciężej rozmawia się ze znajomymi spoza wojennego świata. Trudno narzekać wspólnie na pogodę i rząd, gdy jeszcze parę dni temu siedziało się w szpitalu z Afganką podpaloną przez swojego męża. Łatwiej jest rozmawiać z wąskim gronem ludzi, którzy zrozumieją bo też tam byli, a najlepiej jest pojechać znów na wojnę. Wojtacha nazywa siebie i swoich kolegów po fachu wojennymi ćpunami, pokazuje wojnę jako uzależnienie. A każde uzależnienie jest jak stąpanie po tytułowym kruchym lodzie. W końcu lód może nie wytrzymać.

Wydawnictwo: Carta Blanca
Rok wydania: 2012

Moja ocena: 5/5

Jeśli ktoś nie nadal waha czy warto przeczytać polecam wywiady z Anną Wojtachą:

do obejrzenia
do posłuchania

* tłumaczenie moje, w oryginale brzmi tak: We can't quite decide if the world is growing worse, or if the reporters are just working harder. 
** Anna Wojtacha, Kruchy lód