Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Literackie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Literackie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 października 2013

Książką po mapie - Rosja

Surowość rosyjskiego prawa łagodzi brak obowiązku jego przestrzegania - przypominam sobie patrząc na policjantów, z okazji szczytu G20 porozstawianych przy prawie każdym przejściu dla pieszych w Petersburgu. Wydają się zupełnie niezainteresowani przechodniami przebiegającymi na czerwonym świetle, czy tymi przechadzającymi się obok nich z piwem. W ogóle wydaje się, że nic ich specjalnie nie interesuje, a jednak przecież muszą mieć jakąś misję, po coś tu stoją.
Kolejny raz nad paradoksem rosyjskiego prawa zadumałam się siedząc na jachcie zacumowanym w porcie Kronsztad (wyspa Kotlin, 30 km od Petersburga), przyglądając się swojej wizie, na której pieczątka wyjazdowa z Rosji została ozdobiona odręcznie napisanym słowem: anulowano.

Do każdego wyjazdu staram się przygotować czytając odpowiednie lektury (patrz: zeszłoroczna podróż na Bałkany). Tym razem ze względu na miejsce w którym rozpoczynałam rejs (Petersburg, Rosja) wybrałam zbiór reportaży Barbary Włodarczyk Nie ma jednej Rosji, a ze względu na środek transportu, którym miałam dostać się z powrotem do Polski, drugą lekturą był Kurs Czukotka Moniki Witkowskiej.

Książka Moniki Witkowskiej opowiada o rozpoczynającej się w kanadyjskim Inuvik trzymiesięcznej arktycznej wyprawie na rosyjską Czukotkę. Po drodze jest trochę niedźwiedzi polarnych, Inuitów, sztormów, wielorybów, ale mi w pamięć najbardziej zapadła jednak historia opisująca bolesne zderzenie z rosyjskim surowym prawem. Żeby pływać po rosyjskiej Arktyce trzeba mieć masę pozwoleń. Monika Witkowska oczywiście o tym wiedziała i z bardzo dużym wyprzedzeniem wszystkie pozwolenia pozałatwiała. Przynajmniej tak jej się wydawało. Niestety, gdy wraz ze swoim współtowarzyszem podróży - szwedem Börje dopłynęli do czukockiego miasta Pewek, zostali natychmiast aresztowani i postawieni przed rosyjskim sądem. Rosjanie stwierdzili, że pozwolenia są nieważne i że obejmowały one przybycie do Pewek drogą powietrzną, a nie morską. Oczywiście tłumaczenia, że przecież od początku wiadomo było, że przypłyną jachtem i że służby z którymi kontaktowała się pani Witkowska dostały wszystkie dokumenty jachtu, na nic się nie zdały. Żeglarzom nakazano natychmiastowe opuszczenie wód rosyjskich, a dodatkowo zasądzono karę pieniężną i pięcioletni zakaz wstępu na teren Federacji Rosyjskiej. W drodze powrotnej jacht był eskortowany przez ogromny (w porównaniu z dziesięciometrową łupinką którą płynęli żeglarze) statek straży przybrzeżnej, załoga została raz jeszcze aresztowana (powody równie niejasne jak za pierwszym razem), a na końcu na pokład jachtu, do pilnowania niezwykle niebezpiecznej załogi, został przydzielony matros z kałasznikowem, a sam jacht został wzięty na hol przez wcześniej wspomniany statek straży przybrzeżnej. 

Historia naszego jachtu nie jest aż tak spektakularna. 
9 września wyruszyliśmy z Petersburga. Cel: Polska. Po drodze parę przystanków. Pierwszym, przymusowym był Kronsztad, gdzie miała odbyć się odprawa celna. Gdy zacumowaliśmy, na brzegu czekali już na nas funkcjonariusze służby granicznej, mili i uśmiechnięci. Odprawa trochę trwała, ale wszystko wyglądało dobrze: jacht został przejrzany przez celnika, w naszych paszportach pojawiły się pieczątki wyjazdowe. Czekamy już tylko na kapitana. W końcu wraca z dokumentami naszego jachtu i oznajmia, że... nigdzie nie płyniemy. Z dokumentów wynika, że jacht od dwóch miesięcy jest nielegalnie na terenie Federacji Rosyjskiej (nasz rejs był ostatnim etapem trwającej od czerwca Ekspedycji Rosyjska Arktyka). Okazuje się, że data wygaśnięcia wizy pierwszego kapitana została uznana również za datę do której nasz jacht powinien był opuścić wody terytorialne Rosji. Tłumaczenia, że przecież jeden jacht może mieć kilku kapitanów rozbijały się o mur rosyjskiej biurokracji. Co ciekawe, tego jawnego naruszenia prawa nikt jakoś nie zauważył w Murmańsku, gdzie podczas jednego z wcześniejszych etapów aresztowano nasz jacht.
Decyzje co do tego co się z nami stanie zmieniały się co chwila: na początku mieliśmy czekać trzy dni, potem zdecydowano, że po zapłaceniu kary będziemy mogli odpłynąć już następnego dnia do godziny osiemnastej. Po tym jak usłyszeliśmy te relatywnie dobre wieści postanowiliśmy uszczuplić trochę jachtowe zapasy alkoholu i w ten sposób umilić sobie pobyt w porcie Kronsztad, którego nie wolno nam było nawet zwiedzić. Następnego dnia rano nasz kapitan został wezwany na dalsze wyjaśnienia. Licząc na szybkie rozwiązanie sprawy poszedł z celnikami tak jak stał, czyli w klapkach i bez komórki. Dobrze, że chociaż śniadanie zdążył zjeść, bo z "wyjaśnień" wypuszczono go głodnego i spragnionego dopiero 8 godzin później, około godziny 19.

Nasz jacht w porcie Kronsztad (fot. Łukasz Ejsmont)
Może i lepiej, że kapitan nie wziął komórki, bo przynajmniej żyliśmy w błogiej nieświadomości podczas gdy zapadały kolejne coraz bardziej absurdalne decyzje dotyczące naszego losu. W najgorszej wersji jacht miał być aresztowany na 30 dni, a my natychmiast przetransportowani na lotnisko i wsadzeni do najbliższego samolotu do Polski (oczywiście na nasz koszt).
Na szczęście z odsieczą przyszedł zaprzyjaźniony rosyjski żeglarz. Po uruchomieniu kilku kontaktów, nagle okazało się, że sprawa jednak nie jest tak poważna. Zostajemy wypuszczeni (razem z jachtem) i nie musimy płacić nawet symbolicznej kary. W naszych paszportach obok anulowanych pieczątek pojawiają się nowe pieczątki wyjazdowe. 

Dwie pieczątki wyjazdowe

Podczas naszej rosyjskiej niewoli, gdy napatrzyłam się już na przepływające obok nas wielkie statki handlowe, wzięłam się za czytanie reportaży Barbary Włodarczyk. Miałam nadzieję, że może tam znajdę odpowiedzi na różne pytania, które zaczęły pojawiać się w mojej głowie odkąd przyjechałam do Rosji; w tym to najważniejsze: dlaczego od ponad doby siedzimy w porcie Kronsztad. Żadnych odpowiedzi oczywiście nie znalazłam, bo wydaje mi się, że nie to było celem tej książki. Barbara Włodarczyk chciała udowodnić, że nie ma jednej Rosji (jedyna Jedna Rosja jaka jest to Единая Россия - największa partia polityczna w kraju) i to jej się udało. Rosja, która wyłania się z jej reportaży, to kraj ogromnych kontrastów i paradoksów. Aby się o tym przekonać wystarczy przejść się po Moskwie: znajdziemy tu z jednej strony getto bogaczy, czyli Rublowkę, której świat poznamy dzięki Julii, kreatorce mody z Moskwy, ale także dworzec Jarosławski, na którym obok innych bezdomnych dzieci wychowuje się mały Wasia - kolejny bohater reportażu. Możemy trafić na manifestację na której skandowane będzie hasło Rosja bez Putina, ale wystarczy odjechać kawałek od Moskwy (bo na warunki rosyjskie 400 km to rzeczywiście tylko kawałek), aby trafić do wioski Bolszaja Jelenia, w której znajduje się siedziba sekty wierzącej w to, że Putin jest zbawcą Rosji oraz kolejnym wcieleniem świętego Pawła. 

Zachęcam do przeczytania książek obu autorek, nawet jeśli nie żeglujecie, ani nie planujecie wyjazdu do Rosji, chociaż jedno i drugie polecam (mimo wszystko).


- Barbara Włodarczyk Nie ma jednej Rosji - moja ocena: 5/5 (książka powstała na podstawie niektórych reportaży ukazujących się w programie Szerokie tory, tym, którzy jeszcze nie zdecydowali czy chcą przeczytać książkę, polecam jeden z odcinków)
- Monika Witkowska Kurs Czukotka - moja ocena 4/5 (dla niezdecydowanych: bardzo ciekawy wywiad z autorką)

piątek, 2 sierpnia 2013

Emmanuel Carrère - Wąsy

Wakacje to okres, kiedy z lubością oddajemy się rozleniwieniu zarówno fizycznemu jak i umysłowemu. Na plażach królują książki niewymagające intelektualnego zaangażowania. Zdarzają się oczywiście tacy, którzy próbują nie dać się tej plażowej degrengoladzie, taszcząc w plecionej torbie opasłe tomy rozważań filozoficznych. Jeśli jednak chwila nieuwagi spowodowała, że wpadliście już w pułapkę sezonu ogórkowego, a wasze mózgi zaczęły delikatnie rozmiękać, jest jeszcze szansa na odwrócenie tej sytuacji, musimy jednak posunąć się do małego podstępu. Do wykonania planu potrzebna będzie nam książka „Wąsy” Emmanuela Carrère.
Układamy się wygodnie na plaży i zaczynamy czytać.

Historia mężczyzny, który pewnego dnia zgolił noszone od lat wąsy i nie dość, że nikt tego nie zauważył, to wszyscy starają się mu wmówić, że wąsów nigdy nie miał. Cóż za absurd! Jeśli w literaturze występowałby sezon ogórkowy to wyglądałby właśnie tak. No, ale trzeba przyznać, że czyta się bardzo przyjemnie, a historia faceta, który zgolił wąsy zaczyna nas wciągać.
Przewracamy się na plecy, opalamy brzuch i czytamy dalej tę zabawną opowiastkę. Ale w pewnym momencie uśmiech schodzi nam z twarzy. To, co przed chwilą wydawało nam się oczywiste już takie nie jest; nie wiemy co jest prawdą i czy w ogóle istnieje coś takiego jak prawda, czujemy, że razem z bohaterem popadamy w paranoję, zanurzamy się w odmętach szaleństwa. A może to nie główny bohater zwariował, może to wszyscy dookoła są obłąkani?
Czujemy się lekko oszukani, bo przecież miało być śmiesznie i przede wszystkim intelektualnie niezobowiązująco, ale nie możemy już przerwać. Nasz mózg powoli wyrywa się z letniego otępienia, czy tego chcemy czy nie. Procesu nie da się zatrzymać.

Efekt pobudzenia intelektualnego utrzymuje się nawet do miesiąca. Może mu towarzyszyć wzmożone łaknienie treści bardziej wymagających. U co wrażliwszych mogą wystąpić: niemożność zaznania spokoju oraz urojenia paranoiczne. W razie gdyby nie ustąpiły po pięciu dniach należy skonsultować się lekarzem lub farmaceutą.
Gratuluję, teraz jesteście już gotowi na opasłe tomy rozważań filozoficznych. Pamiętajcie o kremie z filtrem UV!

Ocena: 5/5
Wydawnictwo Literackie
Tłumacz: Magdalena Kamińska - Maurugeon
Rok wydania: 2013

sobota, 23 marca 2013

Szczepan Twardoch - Morfina

Konstanty Willemann budzi się któregoś dnia z ogromnym kacem i próbuje ustalić kim jest. I nie jest to zwykła próba ustalenia własnej tożsamości, jaką co rano podejmują rzesze pijaków. Konstanty nawet będąc już trzeźwym, nadal nie umie odpowiedzieć sobie na to podstawowe pytanie.
Syn niemieckiego arystrokraty i niemieckojęzycznej Ślązaczki, która wybrała polskość, jako sposób na życie, zdaje się biernie przyjmować narzucane mu przez najbliższe otoczenie gombrowiczowskie gęby. I tak żyje sobie bardzo wygodnie, życiem typowego bon vivanta w międzywojennej Warszawie. Nie stroni od narkotyków i alkoholu, lubi piękne samochody i rozpustne kobiety. Pieniądze płyną nieprzerwanym strumieniem od matki. A matka przecież powinna być dumna, bo w końcu Konstanty jest też mężem prawdziwej modelowej Polki, czystej niczym łza, posągowej Heleny i ojcem prawdziwego małego Polaka, który od najmłodszych lat uczony jest recytowania "Kto ty jesteś? Polak mały".
Może nawet byłby w stanie żyć, biernie przyjmując te wszystkie formy, które się mu narzuca, ale nagle przychodzi wojna, która wymaga bardziej zdecydowanego określenia swojej tożsamości. Tu już nie ma miejsca na bierność. Tu trzeba walczyć. A im bardziej Konstanty próbuje odpowiedzieć sobie na pytanie kim jest, tym bardziej czuje, że potrzebna jest mu fiolka morfiny.

Jestem Konstanty Willemann i mam w dupie to, czy jestem Niemcem, czy Polakiem, bo są ważniejsze sprawy na tym świecie.

Pociąg głównego bohatera do wszelkiego rodzaju używek czuć w niespokojnej transowej narracji. Piękne, bogate opisy przeplatają się z fragmentami, gdzie próżno szukać zdań złożonych; co jakiś czas miejsce Konstantego w roli narratora zajmuje tajemnicza wszechwiedząca narratorka drugoosobowa, która sobie przypisuje kierowanie losem głównego bohatera. Słyszymy ją my, ale nie Konstanty. To sprawia, że staje się on w naszych oczach bohaterem tragicznym, miotającym się, podejmującym dramatyczne próby odwrócenia swojego losu, ale jak w tragedii antycznej, nie znajdujący dobrego wyjścia. Bo takiego nie ma. I może dlatego Konstanty Willemann jest antybohaterem, którego mimo jego wszystkich wad, albo właśnie ze względu na nie, po prostu trzeba lubić. Bo w Konstantym, w tym jego rozdarciu i zagubieniu, jest właśnie istota człowieczeństwa.

W wywiadzie dla Polityki na pytanie jaką literaturę chciałby tworzyć, Twardoch odpowiada:

Chcę pisać powieści, prawdziwe powieści. Tylko to mnie interesuje. Nie chcę pisać powieści pękniętych, złamanych, nie wierzę w śmierć powieści jako formy literackiej, którą miałyby zastąpić jakieś postmodernistyczne, rozmyte twory. Powieść musi „się czytać”, tak mi się wydaje. Nie mam nic przeciwko formalnym eksperymentom, trochę ich w „Morfinie” jest, ale powieść musi się czytać. Tak uważam.
I to chyba jest największą zaletą Morfiny, że obok wszystkich tych wspomnianych zabiegów formalnych, jest to po prostu świetnie napisana powieść, którą się czyta. Język powieści jest melodyjny i rytmiczny, a to w połączeniu z ogromną dbałością o szczegóły, rewelacyjnym odwzorowaniem realiów okupowanej Warszawy i świetną historią, tworzy zachwycające dzieło.

Tym samym posypuję głowę popiołem, biję się w pierś i tym razem bez cienia sarkazmu piszę, że Szczepan Twardoch rzeczywiście ma świętą rękę*. Bracia i siostry, jesteście świadkami nawrócenia! Alleluja!

Ocena: 5/5
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2012

* jeśli nie wiesz o co chodzi, odsyłam do mojej notki o felietonie Szczepana Twardocha. Opinii w niej zawartych oczywiście nie odwołuję, ale nie uważam ich już za istotne, bo o wiele ważniejszy dla mnie niż Twardoch felietonista, jest Twardoch powieściopisarz.