Pokazywanie postów oznaczonych etykietą popularnonaukowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą popularnonaukowe. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 stycznia 2014

John Waller - A time to dance, a time to die. The extraordinary story of the dancing plague of 1518

plaga tańca

14 lipca 1518 roku pewna mieszkanka Strasburga - pani Torffea, wyszła ze swojego domu i zaczęła tańczyć. Jeśli właśnie zaczęliście sobie wyobrażać jakąś scenę musicalową, w której pani Troffea, w radosnych podskokach przemierza miasto pozdrawiając przechodniów, sklepikarzy i okoliczną zwierzynę, to musimy się tu zatrzymać i wrócić do początku, a wy musicie obiecać, że postaracie się okiełznać swoją fantazję.
14 lipca 1518 roku pewna mieszkanka Strasburga - pani Torffea, wyszła ze swojego domu i zaczęła tańczyć. Nie był to jednak radosny taniec, nigdzie nie było słychać muzyki, pani Troffea tańczyła przymuszana jakby jakąś wewnętrzną siłą. Taniec trwał cały dzień, do momentu gdy padła ze zmęczenia. Po kilkugodzinnej drzemce wstała, a wszystko zaczęło się od początku. Dzień zakończył się tak samo jako dzień poprzedni. Trzeciego dnia, z krwawiącymi już stopami dalej tańczyła. Po kilku dniach około 30 osób także poczuło nieodpartą potrzebę tańca, po miesiącu tańczyło już 400 mieszkańców Strasburga. Dla niektórych z nich szalony taniec w upalnym słońcu skończył się śmiercią. Plaga tańca zaczęła ustępować dopiero pod koniec sierpnia.

Nie była to pierwsza tego rodzaju "epidemia" w historii. Podobne wydarzenia miały już miejsce wcześniej, ale ze względu na rozpowszechnienie druku oraz początki biurokracji w miastach, ta plaga została najlepiej opisana, dlatego jako jedyną można było dosyć szczegółowo ją odtworzyć.

Gdy do tańca zaczęło przyłączać się coraz więcej ludzi, władze miasta zwróciły się o pomoc do lekarzy. Ci wykluczyli nadnaturalne przyczyny plagi, powodem choroby miała być "gorąca krew", a jedynym lekarstwem... jeszcze więcej tańca! Tak oto chorym przydzielono specjalne miejsca w których mogli przez taniec wypacać chorobę. Aby wspomóc proces leczenia, zatrudniono nawet muzyków.
Jak się pewnie domyślacie, ta terapia wcale nie przyniosła pożądanego skutku, a gdy ludzie zaczęli umierać z wyczerpania, postanowiono ją zakończyć i dla odmiany zakazać wszelkiej muzyki w mieście.
Wśród ludzi zwyciężyło przekonanie, że plaga tańca jest wiadomością od Boga, a dokładniej od jego pośrednika - św. Wita, który właśnie w ten oryginalny sposób postanowił ukarać ludność Strasburga, za prowadzenie grzesznego życia.
Za podobną wersją wydarzeń obstawał także Paracelsus, który w Strasburgu pojawił się prawie dziesięć lat po pladze tańca. Paracelsus jak się okazuje był, nawet jak na tamte czasy, niebywałym okazem mizogina, więc od siebie dodał także, że cała epidemia rozpoczęła się przez zepsutą panią Troffeę, która zaczęła tańczyć, aby upokorzyć swojego biednego męża, aż w końcu straciła kontrolę nad swoim ciałem i umysłem i pociągnęła za sobą całą resztę sprośnych lubieżników.

Jedną ze współczesnych teorii wyjaśniających plagę tańca jest zatrucie sporyszem (przetrwalnik grzyba atakującego zboża). Wielu (w tym autor książki A time to dance, a time to die - John Waller) odrzuca jednak tę możliwość: zatrucie prowadzi do spazmów, ale te raczej nie przypominają tańca, w dokumentach natomiast wyraźnie mowa jest o regularnym, skoordynowanym tańcu; poza tym alkaloidy sporyszu powodują niedokrwienie kończyn, co mogłoby utrudniać chorym pląsanie całymi dniami po mieście.
Wyjaśnienie, które proponuje nam John Waller, to... zbiorowa histeria. Jak wiadomo przedłużający się stres może doprowadzić do objawów fizjologicznych. Znane są przypadki drgawek, zaburzeń mowy a nawet paraliżu, wywołanych czynnikami psychicznymi. Waller uważa, że taniec, któremu poddało się tylu ludzi, był przykładem transu, który z kolei był manifestacją przedłużającego się stresu.

A time to dance, a timie to die - John WallerW Strasburgu nie działo się najlepiej: od lat z powodu słabych plonów duża część ludności była niedożywiona, co z kolei sprawiało, że stawali się łatwym łupem dla różnego rodzaju chorób. W tym wszystkim upatrywano oczywiście (dzięki dyskretnym podpowiedziom duchowieństwa) kary za grzechy, a że był to także czas coraz mniejszego zaufania do nadużywających swoich przywilejów przedstawicieli kleru, ludzie mogli czuć, że ich sytuacja jest beznadziejna, a Bóg ma prawo się gniewać. Dlatego tak łatwo było im uwierzyć w to, że święty Wit postanowił ich ukarać.
Waller zwraca uwagę na to, że objawy chorób psychosomatycznych często są uwarunkowane kulturowo. Po 1518 roku Strasburg nie było już nawiedzany epidemią tańca, co może mieć związek z pojawieniem się protestantyzmu i odrzuceniem kultu świętych.

Czy jednak był to ostatni przypadek zbiorowego szaleństwa? Oczywiście nie. Autor podaje kilka przykładów, które pokazują, że chwilowe szaleństwo rozprzestrzeniające się dzięki sile sugestii, nie dotyczyło tylko plagi tańca. Na Dalekim Wschodzie znane jest zaburzenie psychiczne - koro, w którym chorzy przekonani są o tym, że ich penisy wciągane są wgłąb brzucha, a całkowite ich zniknięcie doprowadzi do zgonu. W Tanganice (dziś Tanzania) odnotowano przypadek epidemii śmiechu, która dotknęła 1000 osób.

Wnioski są takie, że nie można nie doceniać siły sugestii i tego jak łatwo rozprzestrzenia się panika.
Warto też pamiętać, że stres i depresja są poważnymi problemami i jeśli ktoś wam powie, że to wymysł znudzonych ludzi bogatego zachodu i że ludzie kiedyś (albo ludzie w biednych krajach) nie mają czasu na takie głupoty, to przypomnijcie im, że 500 lat temu, całkiem spora grupa mieszkańców Strasburga znalazła wystarczająco dużo czasu, aby tygodniami tańczyć z rozpaczy.

PS. Ci, którzy chcieliby poczuć klimat średniowiecza, koniecznie powinni udać się do odnowionej Galerii Sztuki Średniowiecznej w Muzeum Narodowym w Warszawie (wtorki za darmo). Pracownia architektoniczna WWAA stanęła na wysokości zadania.

Ocena: 3/5
Wydawnictwo: Icon Books
Rok wydania: 2008

wtorek, 18 czerwca 2013

Oliver Sacks - Wyspa daltonistów i wyspa sagowców

To co często wynosimy z domu to silne przekonanie o tym jak powinny smakować różne potrawy. Ja tak mam z rosołem. Rosół powinien smakować tak jak smakował ten, który robiła moja babcia. Wszystkie inne rosoły, które jadałam w różnych domach i restauracjach, były dla mnie zawsze czymś odbiegającym od normy, którą lata temu wyznaczyła babcia Basia.
Zanim sama zaczęłam gotować, nie wiedziałam w czym jest problem, wiedziałam tylko, że coś jest nie tak. Później byłam już w stanie stwierdzić, że rosół który jem odbiega od normy bo dodano za dużo czerwonego mięsa, albo za mało marchewki, ale nie wiem czy byłabym w stanie stwierdzić czy do rosołu dodano liście laurowe, albo ziele angielskie. Tak więc mając dwadzieścia siedem lat, cały czas jestem dosyć daleko od odkrycia czym tak naprawdę jest rosołowa norma (babci nie ma co pytać, wiecie jakie są babcie: włoszczyzny dodajesz tak na oko, mięsa tyle, żeby było dobrze).
A teraz wyobraźcie sobie, że wasza babcia pochodzi z Indii, a wy macie tylko jedno życie i dziesiątki składników do sprawdzenia, aby odkryć dlaczego wasz Dal Makhani, nie smakuje jak babciny (myślę, że stąd wziął się pomysł z reinkarnacją).

Dlaczego o tym piszę? Bo myślę, że nasze zdrowie, czyli to co uważamy za normę, to właśnie taka bardzo skomplikowana potrawa. Żyjemy mając świadomość jej najprostszych, najłatwiej wyczuwalnych składników. Tak jak jesteśmy w stanie wyobrazić sobie smak rosołu bez soli, tak jesteśmy w stanie (oczywiście w ograniczonym stopniu) wyobrazić sobie jak smakowałoby życie gdyby pozbawiono nas zmysłu wzroku. A co z całą resztą smaków? Odbieramy ją po prostu jako ciężką do zanalizowania mieszankę, hinduską masalę.
Brytyjski neurolog Oliver Sacks zajmuje się właśnie analizowaniem tej mieszanki i pisaniem o tym, co się stanie jeśli coś z niej zabierzemy.
Moja przygoda z tym pisarzem zaczęła się od książki Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem; w jednym z rozdziałów, zatytułowanym Bezcielesena kobieta opisany był przypadek u którego podstawy leży właśnie usunięcie z tej fizjologicznej zupy jednego składnika, którego istnienia większość z nas nie jest nawet świadoma. Kobieta, której historię opisuje Sacks, w wyniku zapalenia wielonerwowego traci czucie proprioreceptywne*. Nagle nie jest w stanie normalnie stać ani siedzieć, jej ciało wiotczeje, nie kontroluje mimiki, chodzenie wychodzi jedynie wtedy kiedy patrzy na swoje nogi; ale przede wszystkim nie czuje swojego ciała, nie jest w stanie powiedzieć gdzie jest jej ręka dopóki nie spojrzy na nią. Przydarza jej się coś co można nazwać ślepotą ciała. Pacjentka mówi, że największą przyjemność odczuwa teraz jeżdżąc na siedzeniu pasażera (kierowanie samochodem oczywiście odpada) w kabriolecie, bo dopiero podmuch wiatru, odbierany przez nieuszkodzone receptory czuciowe na jej skórze, sprawia, że znów czuje, że ma ciało.

W książce Wyspa daltonistów i wyspa sagowców Sacks znów konfrontuje czytelników z brakiem jednej z przypraw, tym razem jego bohaterowie to ludzie niewidzący barw. Nie chodzi tu jednak o częściowy daltonizm, który jest stosunkowo powszechny w naszej populacji i objawia się głównie niezdolnością do odróżnienia koloru czerwonego i zielonego, ale o znacznie rzadziej występujący całkowity wrodzony daltonizm, czyli achromatopsję.
Tym co wyróżnia tę książkę na tle innych dzieł Sacksa jest to, że tym razem zamiast czekać na pacjentów w zaciszu własnego gabinetu autor wybiera się w daleką podróż (bo aż do Mikronezji) w poszukiwaniu przypadków chorób, które go interesują (w pierwszej części będzie to wspomniana achromatopsja dotykająca dużą część populacji wysp Pingelap i Pohnpei, a w drugiej tajemnicza choroba neurologiczna lytico-bodig występująca na wyspach Guam i Rota).
W obu częściach Sacks pokazuje nam świat ludzi, którzy odbiegają od normy. W przypadku lytico-bodig mamy definitywnie do czynienia z poważnym upośledzeniem, jednak już sprawa achromatopsji jest bardziej skomplikowana, o czym można przekonać się oglądając chociażby zestaw kart Sloana, służących do diagnozowania tej choroby. O ile większość chorób diagnozuje się stwierdzając czego pacjent nie jest w stanie zrobić, o tyle w przypadku achromatopsji jest dokładnie na odwrót:
[...] wyjaśnił mi na czym polega test. "Na każdej z kart jest kilka szarych kwadratów różniących się tylko tonem barwy, od bardzo jasnej szarości do bardzo ciemnej, prawie czarnej. Każdy kwadrat ma wyciętą pośrodku dziurkę; jeśli podłożę z tyłu kartkę kolorowego papieru, jak ten, jeden z kwadratów będzie pasował do koloru; barwy będą miały to samo nasycenie. - Pokazał pomarańczową plamkę na szarym tle. - Dla mnie plamka pośrodku i otoczenie mają ten sam kolor".
Takie dopasowywanie nie miałoby żadnego znaczenia dla człowieka normalnie widzącego kolory, bo dla niego żaden kolor nie "pasuje" do szarego, tak więc większość ludzi miałaby ogromne trudności z wykonaniem zadania, ale dla ślepego na kolory jest to proste, ponieważ dla niego wszystkie kolory są szare i różnią się tylko stopniem jasności.
a co za tym idzie, chorzy na achromatopsję, posiadają pewne zdolności, których nie posiadamy my:
Knut robi piękne czarno-białe zdjęcia. Powiedział, że jego widzenie jest podobne do widzenia ortochromatycznego filmu biało-czarnego, tylko on wydobywa znacznie więcej tonów.
"Wy nazwalibyście je odcieniami szarości, ale słowo szare jest dla mnie pozbawione znaczenia tak samo jak niebieskie czy czerwone. Ale - dodał - nie postrzegam swego świata jako bezbarwnego czy w jakimkolwiek innym sensie niekompletnego".
Największą zaletą książek Sacksa jest ich głęboki wymiar filozoficzny. Ciekawe przypadki medyczne, które opisuje nie służą jedynie zwróceniu uwagi na to jak skomplikowaną maszyną jest ludzkie ciało, ale przede wszystkim rozwinięciu naszej empatii i pokazaniu, że wszystko jest względne i umowne, a obiektywny obraz świata nie istnieje i nie ma prawa istnieć. Wyspa daltonistów i wyspa sagowców na pewno w ten nurt się wpisuje, ale przy tym wszystkim nie jest to też najlepsza książka tego autora. Wydaje się, że Sacks miał stanowczo za dużo wrażeń, którymi chciał się podzielić z czytelnikami. Podróż do Mikronezji była dla niego ogromnym przeżyciem zawodowym, ale jednocześnie rozbudziła dawną pasję botaniczną, a także pobudziła do refleksji natury społeczno-politycznej, o czym uczciwie informuje już we wstępie:
[książka]  z upływem dni rozrosła się jak niesforny sagowiec, wypuszczając we wszystkich kierunkach liczne pędy i bulwy. Ponieważ te pędy pod względem objętości zaczęły rywalizować z głównym tekstem, a dla mnie ważne było, żeby narracja pozostała zwarta, wiele z tych dodatkowych przemyśleń zebrałem razem na końcu, jako uwagi.
W ten sposób co chwila w tekście znajdujemy odsyłacz do przypisów, które łącznie zajmują 50 stron.
Efekt jest oczywiście odwrotny od zamierzonego przez autora; czytelnik przerywa czytanie, wędruje na koniec książki, czyta zajmujący stronę przypis będący często bardzo oddaloną od głównego wątku dygresją, po czym wraca do miejsca w którym przerwał czytanie nie pamiętając już o czym traktował ten główny tekst.
W żadnym wypadku nie odradzam czytania tej pozycji, ale jeśli miałoby to być wasze pierwsze spotkanie z Sacksem to wybierzcie inną jego książkę i dopiero gdy będziecie go już kochać miłością bezgraniczną, sięgnijcie po Wyspę...

I w żadnym wypadku nie dajcie się skusić na sprzedawane w bardzo promocyjnych cenach wydanie I z 2000 roku (zielona okładka), no chyba, że chcecie czytać takie rzeczy:
- obecnie ma również adres w sieci Internetu
- beta-N-mAthyloamino-lewoalanina (nie dość, że methylo, nie zostało przetłumaczone na metylo, to jeszcze zostało błędnie przepisane)
Nowe wydanie przekartkowałam tylko w księgarni, ale nazwy związków chemicznych zostały poprawione, więc mam nadzieję, że reszta też.

Ocena: 3/5
Wydawnictwo: Zyska i S-ka
Tłumaczenie: Jolanta Bartosik
Rok wydania: 2000

* Proprioreceptory znajdują się w stawach, ścięgnach, mięśniach szkieletowych, odpowiadają za tzw. czucie głębokie, które czasami nazywane jest szóstym zmysłem. Dzięki proprioreceptorom zdajemy sobie sprawę z tego w jakiej pozycji znajduje się nasze ciało, jesteśmy w stanie kontrolować naszą mimikę. Proprioreceptory odgrywają także rolę w utrzymywaniu równowagi.

piątek, 26 kwietnia 2013

Tomasz Stawiszyński - Potyczki z Freudem. Mity, pułapki i pokusy psychoterapii

Zanim przejdę do właściwej recenzji chciałabym, abyśmy wszyscy tu zebrani (a wiem, że nie jestem tu sama, bo podglądam co jakiś czas statystyki) przyjrzeli się wydawnictwu, którego nakładem została wydana książka, o której za chwilę. Wydawnictwem jest carta blanca, a uważam, że przyjrzeć się warto, bo jak się coś dobrego w tym kraju dzieje to trzeba o tym mówić. 
Myślę, że wspomniane wydawnictwo cały czas kojarzy się wielu ludziom głównie z mapami i przewodnikami, a szkoda, bo dużo się zmieniło i carta blanca skupia się teraz na wydawaniu szeroko pojętej literatury faktu, książek podróżniczych i literatury popularnonaukowej. Z tego ostatniego szczególnie się cieszę, bo wydaje mi się, że nie jest to gatunek, który w świecie wydawniczym uważany jest za gwarant sukcesu, prędzej za strzał w kolano. Żeby jeszcze pogorszyć swoją sytuację carta blanca wydaje sporo polskich autorów, często, o zgrozo, debiutujących! Wydawałoby się, że z przestrzelonymi kolanami za daleko zajść nie można, ale jak widać wydawnictwa, o którym piszę, to nie rusza; co więcej taka polityka przynosi efekty. Wystarczy spojrzeć na zeszłoroczne nominacje do nagrody Nike, wśród których znalazła się książka Pauliny Wilk Lalki w ogniu.

Kolejna rzecz, która mnie cieszy to, że po latach smutnych okładek książek popularnonaukowych, do których przyzwyczaił nas Prószyński czy Państwowy Instytut Wydawniczy, pojawiła się kolorowa seria Pytajniki. Wszystkie okładki w serii mają inne kolory, ale każdy jest bardzo jaskrawy, przez co wygląd serii jest spójny, a książki należące do niej łatwo rozpoznać. A przy okazji wydaje mi się, że poza typowym czytelnikiem książek popularnonaukowych może przyciągnąć kogoś jeszcze, kogo dotąd takie tytuły nie interesowały, lub kto się ich bał. 


Książka o której będę dziś pisać ukazała się właśnie we wspomnianej serii Pytajniki. Autor - Tomasz Stawiszyński jest filozofem i publicystą. Jego teksty można czytać w Newseeku, a ostatnio natykam się na nie też coraz częściej w Dzienniku Opinii.
Potyczki z Freudem to zbiór esejów, które wywołały spore kontrowersje. Jedni dziękują panu Stawiszyńskiemu, za otwarcie oczu, inni się obruszają, bo może i książka nie najgorsza, ale co do tego ma Freud, a jest jeszcze grupa czytelników, której psychoterapia bardzo pomogła więc nie zgadzają się z tezami stawianymi przez autora.
Ja należę do tej pierwszej grupy, której książka otworzyła oczy (nie były zupełnie zamknięte, ale trochę przymrużone), chociaż też nie ze wszystkimi tezami stawianymi przez autora się zgadzam. Mam jednak wrażenie, że ambicją autora nie było to, aby wszyscy mu zgodnie od pierwszej strony przyklasnęli i tak klaskali, aż do strony ostatniej, niczym na koncercie Rubika, ale raczej, aby otworzyła się jakaś furtka do dyskusji.

Książka jest podzielona na pięć części, z których każda mówi o wolności; i tak mamy: wolność od dzieciństwa, od doskonałości, od zdrowia, od szczęścia i od... wolności. 
Najwięcej kontrowersji budzi chyba ten pierwszy rozdział. Tu Stawiszyński rozprawia się z mitem mówiącym o tym, że na kształtowanie naszej osobowości największy wpływ mają nasze relacje z rodzicami.
Coraz więcej badań wskazuje, że doświadczenia z dzieciństwa, a zwłaszcza relacje pomiędzy dzieckiem a rodzicami, nie odgrywają istotnej roli w kształtowaniu się osobowości. Nie odgrywają, bo za wszystko - zdaniem takich tuzów, jak Judith Harris albo Steven Pinker - odpowiada mikstura złożona z genów oraz tego, czego uczymy się nie od mamy i taty, ale od rówieśników.*

Tu na pewno zabrakło mi przypisów. Chciałabym dokładnie wiedzieć, które to badania, prześledzić ich metodologię i przeczytać jakie dokładnie wysunięto wnioski. W powyższym cytacie autor stwierdza, że zarówno genetyka jak i środowisko mają znaczenie, ale jeśli chodzi o środowisko, to tylko to rówieśnicze, bo to rodzinne nie ma znaczenia żadnego. A we mnie się coś buntuje, bo z jednej strony zgadzam się, że rola wychowania jest stanowczo przeceniana, ale nie uważam, aby nie miała żadnego znaczenia. Wydaje mi się to bardzo trudne do zbadania, bo ciężko tu o kontrolowane warunki laboratoryjne, w których można by prześledzić takie zmiany. Oczywiście badając rozdzielone tuż po urodzeniu bliźnięta jednojajowe, w jakiś sposób do kontrolowanych warunków się zbliżamy, ale nadal jesteśmy bardzo daleko.
Liczą się geny - to pokazują wspomniane wyżej eksperymenty badające cechy rozdzielonych niedługo po urodzeniu bliźniąt jednojajowych. Oraz kontakty z rówieśnikami. To właśnie do rówieśników - twierdziła Harris - dzieci starają się upodobnić znacznie bardziej niż do rodziców.
No dobrze, mówimy o upodobnieniu. Rzeczywiście nie wiem czy znam kogokolwiek kto by próbował się upodobnić do swoich rodziców. Znam za to dużo ludzi, którzy za wszelką cenę próbują się przed tym uchronić. I moim zdaniem w ten sposób wychowanie paradoksalnie wpływa na naszą osobowość, co prawda zupełnie inaczej niż chcą tego nasi rodzice (dowody anegdotyczne, wiem).

Cieszę się, że autor zwraca uwagę na to, że może zbyt dużą rolę przypisujemy w naszym życiu doświadczeniom z dzieciństwa, ale nie zgadzam się na aż tak radykalne postawienie tezy. O ile w kolejnych rozdziałach miałam, o czym już napisałam, wrażenie, że autor otwiera furtkę dyskusji, o tyle w tej części wydawało mi się, że furtka owszem się otwiera, ale kiedy już jesteśmy po drugiej stronie, z łoskotem za nami zamyka.

Pozostałe rozdziały są bardzo ciekawą polemiką z utrwalonymi w naszej kulturze psychologicznymi przesądami. Myślę, że autor bardziej niż z psychologią akademicką polemizuje z tą domorosłą psychologią spod znaku Paulo Coelho i kolorowych pism dla przebojowych pań, gdzie nasze myśli mają moc sprawczą, pozytywne myślenie może wszystko zmienić, a jeśli umawiamy się ze starszym od nas mężczyzną, to pewnie dlatego, że nie zaznałyśmy wystarczająco miłości od swojego ojca.
Dajemy się etykietować gazetowym testom osobowości albo arbitralnie skonstruowanym ankietom, które - nie na podstawie wiedzy, ale ideologii - stygmatyzują nas lekką ręką jako ofiary "rozbitych rodzin" albo "toksycznych rodziców". W najgorszym zaś razie zaczynamy wierzyć, że jeśli kupimy puszkę jednego z najpopularniejszych napojów świata, będzie to dowodziło naszego radykalnego nonkonformizmu.
Rzadko tak piszę, ale uważam że KAŻDY, absolutnie każdy, powinien przeczytać Potyczki z Freudem. Bo z psychologią jest tak jak z medycyną, dotyczy każdego z nas, więc każdy z nas w jakiś sposób się z nią w codziennym życiu spotyka, czy to chodząc na psychoterapię, czy rozwiązując w Cosmo psychotest Jakim typem flirciary jesteś?. I tak naprawdę książka Stawiszyńskiego niczego nam nie zabrania, pokazuje jedynie, że jest też inna droga i ostrzega przez pułapkami pop-psychologii, którą atakują nas media.
Cały czas wybór jednak należy do nas. Dla mnie ta książka była jak uchylenie okna w dusznym przedziale w pociągu. Niby nadal jadę, nic się nie zmieniło, ale czuć powiew wolności. Okno zawsze można zamknąć, ale dobrze wiedzieć, że klamka działa.

Dla tych którzy jeszcze nie są pewni, kawałek na spróbowanie: KLIK

Ocena: 4/5
Wydawnictwo: carta blanca
Rok wydania: 2013

* Wszystkie cytaty pochodzą z książki Potyczki z Freudem

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Richard Dawkins - Najwspanialsze widowisko świata. Świadectwa ewolucji

Po przeczytaniu Najwspanialszego widowiska świata uznałam, że jest to książka trochę przegadana, a Dawkins niepotrzebnie się powtarza. Może coś takiego potrzebne jest w USA, gdzie co rusz ktoś wpada na pomysł, żeby w szkołach obok (albo lepiej, zamiast) teorii ewolucji, uczyć teorii inteligentnego projektu, ale oświeconego europejskiego czytelnika na pewno to znudzi. Autor trochę jak zrzędliwa babcia, powtarzająca ciągle, żeby myć rączki przed obiadem, powtarza co kilka stron, że ewolucjoniści nie twierdzą, iż przodkiem człowieka jest szympans, nie ma więc co czekać, na szympansicę, która urodzi ludzkie niemowlę. I tak samo jak w przypadku rozmowy z babcią, nie ma co liczyć na to, że jak się powie "wiem, wiem" to nie usłyszy się tego znowu. Babcia następnego dnia znów przypomni nam o zaletach mycia rąk, a Dawkins, za kilka stron znów przypomni, że szympans nie jest naszym przodkiem, jest raczej naszym bliskim kuzynem (jeśli już chcemy używać takich familijnych metafor).

Niestety, dziś trafiłam na krótki felieton, który uświadomił mi, że nie wszyscy myjemy rączki. Felieton, a w zasadzie to chyba bardziej komentarz prasowy, znalazłam w dziale Nauka Gazety Polskiej, w części poświęconej Odkryciom. Już sam tytuł jest bardzo obiecujący: To ja wolę pochodzić od labradora (link do artykułu). Napisany został przez panią Krystynę Grzybowską, która wychodząc od doniesienia o wynikach eksperymentu naukowego na pawianach, starała się napisać coś błyskotliwego i zgryźliwego na temat życia publicznego chyba, ale tego nie jestem pewna, bo moją uwagę przykuły fragmenty naukowe (co nie powinno dziwić, był to przecież dział noszący dumną nazwę Nauka).
Pani Krystyna donosi czytelnikom Gazety Polskiej:

Przeciętny badacz świata za pośrednictwem telewizji i internetu jest bombardowany odkryciami powalającymi z nóg. Ostatnio dowiedzieliśmy się, że małpy o nazwie pawiany są niezwykle inteligentne, bo odróżniają 6 (słownie: sześć) słów, które coś znaczą, od tych, które nic nie znaczą.

Po czym niezwykle błyskotliwie ów eksperyment komentuje, pisząc, że jej pies też rozpoznaje słowa, np. noga czy dostaniesz smakołyczka, a do tego wszystkiego jest śliczny, dużo piękniejszy od pawiana.

Pani Krystyna zapomina dodać, że w eksperymencie chodziło o język pisany, a nie mówiony. No, ale to małe niedopatrzenie, które jest niczym w porównaniu z tym co możemy przeczytać dalej:
Nie wiem, czy w związku z tak wysoką oceną inteligencji pawianów przestaliśmy już pochodzić od szympansów, które różnią się od ludzi tylko jednym genem. Widocznie jest to różnica zbyt wielka jak na małpy.

Kiedy zorientowałam się, że nie wszyscy po wyjściu z toalety myją ręce, miałam pewnie podobną minę jak po przeczytaniu tego zdania. Babcia miała rację i Richard Dawkins też miał rację.

Moi drodzy, myjcie rączki i czytajcie Najwspanialsze widowisko świata. Dla zdrowia!

Moja ocena: 4/5
Wydawnictwo: CiS
Tłumaczenie: Piotr J. Szwajcer
Rok wydania: 2010

środa, 31 października 2012

David Eagleman - Mózg incognito. Wojna domowa w Twojej głowie

Charles Whitman
Pierwszego sierpnia 1966 roku Charles Whitman rozpoczął dzień od zabicia swojej matki oraz żony. Przed południem był już na terenie Uniwersytetu Teksańskiego w Austin, gdzie w ciągu następnych godzin strzelając z wieży uniwersyteckiej, zamordował czternaście osób i ranił kolejne trzydzieści osiem. Charles strzelał aż do momentu, w którym sam padł ofiarą kuli z broni policjanta Houstona McCoy'a.

Co skłoniło studenta Uniwersytetu Teksańskiego do zabicia dwóch najbliższych mu osób, a następnie odebrania życia grupie tym razem zupełnie przypadkowych ludzi?
Charles Whitman też się nad tym zastanawiał. Wiemy to z listu, który funkcjonariusze policji znaleźli w jego domu. Napisał w nim, że "zupełnie siebie nie rozumie" oraz (to już po zamordowaniu swojej żony) "nie potrafi racjonalnie podać żadnego konkretnego powodu swojego postępowania". W liście prosi także, aby pieniądze z jego ubezpieczenia zostały przeznaczone na fundację zajmującą się zdrowiem psychicznym oraz aby po jego śmierci przeprowadzono autopsję, mającą na celu sprawdzenie czy coś w jego mózgu nie uległo zmianie.
Pewnie już się domyślacie, że nie pisałabym tego wszystkiego, gdyby nic w głowie Charlesa Whitmana nie uległo zmianie.

W mózgu Whitmana odkryto guz naciskający na ciało migdałowate - strukturę odpowiedzialną za kontrolę uczuć, zwłaszcza strachu i agresji. O tym, że uszkodzenia tego obszaru powodują zaburzenia emocji i zachowań społecznych wiadomo już od końca XIX wieku. 
Przypuszczenia Whitmana były więc słuszne. Coś w jego głowie sprawiało, że nie był sobą.

W tym momencie David Eagleman, autor książki "Mózg Incognito. Wojna domowa w Twojej głowie", zapytałby pewnie: co to znaczy "być sobą"?  
Przypadek Charlesa Whitmana może być wielu z was znany. Jest on bardzo często przytaczany w literaturze, od książek akademickich po pozycje popularnonaukowe. Świetny przykład na to, jak pozornie mała zmiana anatomiczna w mózgu, może diametralnie wpłynąć na zachowanie człowieka.
W swojej książce Eagleman przytacza więcej takich przykładów: pacjenci chorzy na otępienie czołowo-skroniowe, pogwałcający wszelkie normy społeczne czy czterdziestolatek u którego guz w korze okołooczodołowej wywołał nagłe zainteresowanie dziecięcą pornografią, które zupełnie ustąpiło po usunięciu guza.
O tym, że aby obudzić w nas to inne ja, wcale nie trzeba trwałych zmian anatomicznych, wie każda kobieta cierpiąca na zespół napięcia przedmiesiączkowego, a także każdy kto choć raz w życiu musiał wysłuchiwać, z rosnącym zażenowaniem, opowieści znajomych, dotyczących swojego zachowania na ostatniej imprezie.
Na pewno wiedzieli też o tym członkowie Pink Floyd, czego przykładem jest ich piosenka "Brain Damage":


The lunatic is in my head.
The lunatic is in my head
You raise the blade, you make the change
You rearrange me 'til I'm sane
You lock the door
And throw away the key
There's someone in my head but it's not me.
W mojej głowie mieszka wariat
W mojej głowie mieszka wariat
Podnosisz ostrze, wprowadzasz zmianę
Poprawiasz mnie, dopóki nie stanę się normalny
Zamykasz drzwi
Wyrzucasz klucz
W mojej głowie ktoś jest, ale to nie jestem ja*

Wszyscy o tym wiemy, wystarczy mała zmiana w neurochemii mózgu i przestajemy być sobą. A może dopiero wtedy zaczynamy być sobą?
Czy wiemy, które ja jest tym właściwym ja?

Po zastanowieniu, odpowiedź wydaje się prosta: właściwe ja to, to którego jesteśmy świadomi przez większość naszego życia, nad którym mamy pełną kontrolę, a nie to ja, które pojawia się tylko czasem w szczególnych sytuacjach.
Niestety. David Eagleman i tu ma dla nas przykrą wiadomość. Obce ja przejmuje nad nami kontrolę nie tylko w stanach patologicznych lub w stanie upojenia alkoholowego.
Nasz mózg bardzo często nie zadaje sobie trudu informowania naszej "świadomości" o podejmowanej właśnie decyzji.
Nie przeraża nas to gdy myślimy o decyzjach, takich jak naprzemienne pedałowanie podczas jazdy na rowerze, odczuwamy jednak pewien dyskomfort, gdy pomyślimy, że może świadomy wybór kierunku studiów wcale nie był taki świadomy.

Eagleman przytacza badania dotyczące "ukrytego egotyzmu", z których wynika, że za wiele naszych życiowych wyborów odpowiedzialne mogą być litery, od których zaczynają się nasze imiona i nazwiska. Więcej, niż gdyby decydował o tym rachunek prawdopodobieństwa, jest par których imiona zaczynają się na tę samą literę. Poproszeni o wybranie jednej z dwóch herbat uczestnicy eksperymentu wybierać będą herbatę, której nazwa zaczyna się od trzech liter, od których zaczyna się też imię badanej osoby. A na koniec: nasze imiona mogą także wpływać na wybór ścieżki zawodowej. Denise chętniej zostanie dentystką, a Lawrence prawnikiem (ang. lawyer).
Wreszcie pojawiła się pierwsza sensowna odpowiedź na to dlaczego studiowałam biologię (moje inicjały to B.B.).

Przytaczając te i wiele innych przykładów, David Eagleman stara się nam powiedzieć coś co pewnie większości z was się nie spodoba - człowiek jest pozbawiony wolnej woli.
Mi też się to nie podoba i nadal w to nie wierzę, mimo że argumentacja autora do mnie przemawia (to chyba najlepszy przykład tytułowych "wojen domowych" w mojej głowie).

Kimkolwiek by była osoba która pisała tę recenzję, bardzo wam poleca książkę Davida Eaglemana. Nawet jeśli jego imię nie zaczyna się na literę B.

* Nie najpiękniejsze tłumaczenie mojego autorstwa

Ocena: 5/5
Wydawnictwo: Carta Blanca
Tłumaczenie: Julita Mastalerz
Rok wydania: 2012

wtorek, 1 maja 2012

Rebecca Skloot - Nieśmiertelne życie Henrietty Lacks

Studiując biologię w Polsce (a przynajmniej studiując ją tam gdzie ja ją studiowałam), co jakiś czas pomiędzy różne matematyki, chemie, fizjologie wszystkiego i przedmioty z przymiotnikiem "molekularny" w nazwie, dostaje się jakiś przedmiot humanistyczny, żeby można było łyknąć trochę kultury i nabrać ogłady, zanim na długie lata zamknie się w laboratorium czy zaszyje w lesie, śledząc poczynania mysikrólika (Regulus regulus, tak naprawdę ani mysz ani królik).

Niestety w ciągu tych pięciu lat, nie trafiłam na ani jedne zajęcia z tego humanistycznego pakietu, które by swoje zadanie spełniały. Zazwyczaj były to wykłady w stylu tych z filozofii przyrody, na których wykładowca, wpatrzony w sufit, mówił: "Istnieje dziesięć składowych piękna przyrody. Pierwsza składowa to: wschód słońca. Przykład: byłem na Babiej Górze, wschód słońca był piękny", tu następowało opuszczenie wzroku, celem sprawdzenia czy wszyscy notują, a następnie: "druga składowa piękna przyrody...", której już nie poznałam, bo opuściłam salę.
Stąd pewnie wziął się mój humanistyczny niedosyt, który popycha mnie do grafomańskich popisów tutaj.

Okazuje się, że podobny system przymusowych spotkań studentów kierunków ścisłych, z kulturą, istnieje także w USA. Wydaje się jednak, że tam działa to nieco lepiej, co wnioskuję na podstawie felietonu napisanego przez Rebeccę Skloot, autorkę "Nieśmiertelnego życia Henrietty Lacks". W felietonie "The Science of Storytelling" autorka opowiada o tym, jak od najmłodszych lat chciała zostać weterynarzem, pragnienie to nie opuściło jej także w późniejszych latach, konsekwentnie więc kierowała swoją edukacją tak, aby weterynarzem zostać. Wszystko chyba szło po jej myśli, aż do momentu, gdy w college'u do którego uczęszczała, stanęła przed wymogiem zaliczenia zajęć z języka obcego, które można też było zaliczyć, chodząc na zajęcia z kreatywnego pisania (ach ci Amerykanie). Pani Rebecca uznając, że kreatywne pisanie będzie łatwiejsze, wybrała właśnie ten przedmiot. No i wpadła. Zamiast zostać naukowcem postanowiła pisać o nauce.

We wspomnianym felietonie pojawia się zdanie: "Science happens to people, and is done by people". To chyba najlepiej oddaje styl pisania pani Skloot. Poza wyjaśnieniem naukowych faktów, bardzo ważny jest dla niej też pierwiastek ludzki, ci ludzie którzy naukę tworzą, ale także ci, którym nauka się "przydarzyła". Świetnie widać to w jej pierwszej książce "Nieśmiertelne życie Henrietty Lacks", w której opisuje historie niezwykłych odkryć w dziedzinie medycyny, naukowców stojących za tymi odkryciami, ale także ludzi, którzy w naukę zostali przypadkowo wplątani.
Tytułowa Henrietta Lacks, Afroamerykanka, urodzona w Wirginii w 1920 roku, jako dziewiąte dziecko swoich rodziców, w wieku trzydziestu lat sama ma już piątkę dzieci. Rok później umiera z powodu raka szyjki macicy. Po swojej śmierci przyczynia się do niezliczonej ilości odkryć naukowych, od szczepionki na Polio, przez określenie liczby chromosomów znajdujących się w ludzkich komórkach, po mechanizm infekcji HIV i wiele innych.

Wszystko to dzięki komórkom wywodzącym się z jej raka szyjki macicy (tym samym, które doprowadziły do jej śmierci). Zostały one pobrane, podczas jednej z wizyt w szpitalu w którym się leczyła. Z przyczyn, których jeszcze wtedy nie rozumiano, były to pierwsze komórki, z których udało się założyć nieśmiertelną linię komórkową (hodowlę komórek, które mogą przechodzić nieskończenie wiele podziałów). Szybko komórki te, występujące pod nazwą HeLa (od pierwszych liter imienia i nazwiska kobiety, od której je pobrano) stały się, w świecie naukowym, prawdziwym hitem - niewyczerpanym materiałem do badań wszystkiego: wirusów, związków toksycznych czy mechanizmów regulacji komórkowej.
Komórki HeLa uratowały miliony istnień ludzkich, uratowały pewnie też sporo zwierząt, bo w wielu przypadkach to, co dotąd było badane in vivo na zwierzętach, mogło być teraz zbadane in vitro na komórkach Henrietty.
Rebecca Skloot w bardzo przystępny i ciekawy sposób prowadzi czytelnika przez lata odkryć oraz przedstawia nam niezwykłe postaci naukowców stojących za tymi odkryciami.
Henrietta Lacks z mężem
Równolegle snuta jest druga historia, a w zasadzie to historie. Historie tych, którym "nauka się przydarzyła". Zaczyna się od Henrietty Lacks, której komórki zostały pobrane od niej bez wiedzy jej czy jej rodziny.
W dalszych częściach odkrywane są inne niechlubne karty historii odkryć medycznych. Dowiadujemy się m. in. o badaniu Tuskegee, przeprowadzonym w latach 1932 - 1972, na czterystu czarnoskórych mieszkańcach Alabamy, polegającym na obserwacji przebiegu kiły w przypadku braku jej leczenia (nawet gdy terapia była już dostępna).

Wszystko te historie mają na celu zwrócenie uwagi czytelnika, na rzadko poruszany temat rasizmu oraz braku odpowiednich regulacji dotyczących badań przeprowadzanych na ludziach, co często było tłem ważnych historycznych odkryć naukowych.

Rebecca Skloot stara się być bardzo obiektywna, prezentując punkt widzenia obu ze stron: badających i badanych. Świat badań naukowych to nie tylko wielkie odkrycia ratujące życie i następujące po nich Nagrody Nobla. Jest to często mało wdzięczny świat niełatwych wyborów. Można znaleźć w nim wspaniałych ludzi, poświęcających całe swoje życie dla nauki, można znaleźć też ludzi bezwzględnych poświęcających życie innych ludzi dla nauki. Autorka w swojej książce, stawia bardzo ważne pytania natury moralnej, ale odpowiedź na nie pozostawia nam.

Książkę tę polecam tym, którzy lubią krytycznie wypowiadać się na temat bezdusznych naukowców,  przeprowadzających makabryczne doświadczenia na zwierzętach. Polecam ją jednak także tym (do których, przyznaję, czasami zaliczam się ja), którzy z wyższością patrzą na prostych ludzi, ze strachem broniących się przed naukowymi innowacjami. Wszystkim nam przyda się trochę pokory. No chyba, że ktoś jest bez winy, to wtedy niech pierwszy rzuci kamieniem.

Ocena: 5/5

Wydawnictwo Sonia Draga
Rok wydania: 2011