Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przekład. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przekład. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Rozmowa z tłumaczką Olgą Siarą

Olga Siara (fot. Anna Nowakowska)

Miny i byki, czyli jakie zagrożenia czyhają na tłumacza


Basia: Na tegorocznych targach książki w Warszawie odbyło się spotkanie z tłumaczami zatytułowane „Jak iść śladami autora by nie wpaść na minę?”. Na jakie miny ty wpadłaś podążając za autorem?

Olga: Mi się wydaje, że na miny się wpada w momencie, gdy się odchodzi od autora. Więc nie mogę powiedzieć, że wpadłam na minę idąc za autorem. Te miny, na które wpadam to miny, które sama sobie podkładam.

B: I jakie to są miny?

O: Nigdy nie zapomnę mojego pierwszego przekładu. To chyba najtrudniejsza książka ze wszystkich, jakie tłumaczyłam. Wtedy oczywiście nie zdawałam sobie sprawy, jaka jest trudna, bo nie miałam jeszcze żadnego doświadczenia i porównania.

B: Jaka to była książka?

O: „Lekarz diabła” Philipa Balla, o bardzo barwnej postaci Paracelsusa - alchemika, magika, naukowca, fizyka, lekarza. Bardzo dużo odniesień historycznych, poszukiwanie kamienia filozoficznego, pierwsze wzory chemiczne... dużo czasu spędziłam wtedy w Bibliotece Narodowej. Właściwie na trochę tam zamieszkałam.
A jeśli chodzi o minę, na którą wpadłam przy okazji tego tłumaczenia, to na okładce, ale chyba też wewnątrz książki była rycina przedstawiająca bohatera, a pod nią podpis, który ja przetłumaczyłam „Paracelsus na Alasce”. Tyle że tak naprawdę chodziło o Alzację. Wydawnictwo zwróciło mi uwagę, bez wyrzutów, raczej w formie żartu, ale przeżywałam to bardzo długo. Teraz mogę się już z tego śmiać.
Dlatego właśnie kocham redaktorów i uważam, że są niezbędni.

B: No właśnie, jak się pracuje z redaktorami? Czy jest to zawsze miła współpraca?

O: Mam szczęście, bo nigdy nie trafiłam na nikogo, kto by mi złośliwie wytykał błędy. Raczej jest to miła współpraca, ale zawsze widok tekstu, odesłanego przez redaktora, w trybie „śledź zmiany” budzi we mnie najpierw lekką irytację. To jest trudne, to lekcja pokory. Czasami upieram się przy mojej wersji, jeśli na czymś mi zależy lub widzę, że w tym przypadku chodziło jednak o coś innego. Ale generalnie redakcja jest bardzo potrzebna, bo chroni przed wieloma bykami, których trzeba by się było potem wstydzić.

B: To jakie jeszcze były te byki?

O: Jeszcze mój ulubiony: angielskie słowo „indian”, które z uporem maniaka w jednej książce tłumaczyłam jako „indiański”, a nie jako „hinduski”... to też było dosyć upokarzające. Szczególnie, że nie wiem skąd mieliby się tam wziąć Indianie.
No i „kid gloves”. Dałam się zwieść pozorom i dopiero redaktorka zwróciła mi uwagę, że nie są to dziecięce rękawiczki, a rękawiczki z koźlęcej skórki...

Rozszczepienie osobowości


B: Czy tłumacz to odpowiedzialny zawód?

O: Wydaje mi się, że tak. Nie występuję w swoim imieniu, tylko jestem czyimś przedstawicielem i odpowiadam za to, żeby przekazać to, co on ma do powiedzenia, w rzetelny sposób. Być tak jakby po stronie autora. Jestem w jego drużynie.

B: A co jeśli ci się nie podoba ta książka i nie chcesz trzymać strony autora?

O: Jeszcze mi się tak nie zdarzyło. Jak się siedzi z książką kilka miesięcy, to stosunek do niej ewoluuje. Na początku jest ekscytacja z powodu nowego zlecenia, potem następuje znużenie, bo książka się nie chce skończyć, a na koniec zazwyczaj kocham tę książkę, jestem z niej bardzo zadowolona. Tak naprawdę, nawet jeśli książka mnie bardzo nie interesowała, to na koniec i tak mam do niej sentyment. Poza tym jak się wchodzi w czyjąś (autora, bohaterów) głowę i w czyjeś myśli na tak długi czas, to się z nimi człowiek trochę zżywa.
Elżbieta Tabakowska pisała o tym, że podstawową umiejętnością tłumacza powinna być empatia i to wielostronna, bo empatia wobec autora, wobec bohaterów, ale też wobec czytelnika, on musi wiedzieć co czyta. Trzeba wziąć tyle punktów widzenia pod uwagę...

B: To trochę schizofreniczne... musisz być każdym po trochu.

O: No tak i to są najtrudniejsze wybory, czy np. zostać z autorem i pozostawić jakąś rzecz trochę niezrozumiałą, czy pójść bardziej w stronę czytelnika i coś mu wyjaśnić. Jest taka pokusa, której się muszę czasem opierać, żeby nie wyjaśniać wszystkiego do końca. Myślisz sobie „niech czytelnikom będzie łatwiej, oni nie zrozumieją”. Nie, niech się pomęczą trochę.

Olga Siara - tłumaczka
Olga Siara (fot. Anna Nowakowska)

 

Książka jest tajemnicą


B: Dodajesz często przypisy?

O: Nie lubię przypisów. Uważam, że lepiej podjąć jakąś decyzję, trzymać się jej i wziąć za nią odpowiedzialność. Chyba że się inaczej nie da. Ale przypisy, zwłaszcza w literaturze pięknej, wybijają z rytmu czytania, no i jeżeli to jest jakiś żart, to i tak nie będzie zabawny, jeżeli go wyjaśnisz w przypisie.

B: Ja akurat lubię, gdy jest napisane, co było w oryginale i dlaczego to było śmieszne.

O: Ja to postrzegam po prostu jako słabość.  Usprawiedliwianie się, dlaczego nie umiałam tego zrobić: bo to trudny zwrot, bo nie tak się nie mówi po polsku... no taki zawód... to jest trudne i trzeba coś wybrać.

B: To dosyć radykalne.

O: Nie no, ja po prostu jestem surowa. Też wobec siebie.

B: A przypisy w przypadku, gdy nie chodzi o jakąś grę słów, tylko o coś, co jest oczywiste dla Amerykanów czy Anglików, ale nie jest oczywiste dla Polaków?

O: W takim momencie często zostawiam decyzję redakcji.
Wiesz w jakiej sytuacji dodaję „przyp. tłum.” w tekście? Jak jest np. jakiś tytuł i nie ma go po polsku, a autor dalej pisze „jak sama nazwa wskazuje...”. Wtedy zostawienie angielskiego tytułu byłoby niejasne, więc tłumaczę tytuł w kwadratowym nawiasie, żeby było wiadomo, do czego on się odnosi i to wydaje mi się mało szkodliwe. To według mnie nie wybija z rytmu. A jakieś zjawiska kulturowe? Hmm... zawsze można sobie wpisać w google.

B: Czyli przypisom mówimy NIE.

O: Dla mnie... (konspiracyjny szept) książka jest tajemnicą (śmiech).
To nie jest mój tekst, ja go nie traktuję jako mojego. Przy takich wstawkach ode mnie, może i nawiązuję kontakt z czytelnikiem, ale uważam, że to nie jest moja rola w tym momencie. Moją rolą jest reprezentować autora.

B: Czyli usuwasz się na bok. A to nie jest ciężkie? Spędzasz nad przekładem mnóstwo czasu, to jest też trochę twoja książka, a ludzie mogą cię nawet w niej nie zauważyć.

O: Taka jest moja rola, żeby czytelnik mnie nie zauważył... albo zauważył, że to się fajnie czyta, a nie że ja mu coś wyjaśniłam i on mnie lubi dlatego, że coś zrozumiał dzięki mnie.

B: I w ogóle nie masz czegoś takiego, że chcesz choć przez chwilę być gwiazdą?

O: Jakbym nie miała to bym tu teraz z tobą nie siedziała. Ale jakoś nie kiedy tłumaczę. Tłumacze często piszą o tłumaczeniu, bardzo lubię takie książki, czy felietony. Jerzy Jarniewicz bardzo ciekawie pisze o przekładzie, Elżbieta Tabakowska, Jacek Dehnel. To jest dla mnie to pole, na którym można o tym mówić, a nie książka, którą się tłumaczy. To tak jakbyś oglądała film i nagle by się pojawiał reżyser i mówił „ej zobaczcie, tam w rogu jest taki koleś, zwróćcie na niego uwagę, bo to będzie potem ważne”.
Dla mnie to jest z jednej strony zaufanie do czytelnika, a z drugiej też stawianie mu pewnych wymagań.

Standardy się zmieniają, a Niemcy nie rozumieją Lennona


B: A co mówią wam o tym na studiach?

O: Są różne teorie, nie ma jednej reguły. Standardy się zmieniają, tak jak kiedyś np. tłumaczono imiona, albo nawet i nazwiska, w ogóle wszystkie nazwy, a teraz raczej się zachowuje w oryginale. Na pewno uczą na studiach, żeby czegoś się trzymać, żeby coś wybrać. Myślę, że po pewnym czasie już wiesz, co ci pasuje. Czy wolisz być bliżej autora czy bliżej czytelnika, czy w ogóle... bliżej siebie i samemu podejmować różne decyzje. Mi najbardziej trafiło do przekonania trzymanie się autora, uważam, że to jest moja rola. Ja nie mam się popisywać, tylko wejść w skórę tej osoby, zobaczyć, co ona chciała osiągnąć i zrobić to najlepiej jak mogę.

B: Mówiłaś o imionach, że raczej się już ich nie tłumaczy. A coś jeszcze się zmieniło od PRL-u? Jakaś transformacja zaszła w podejściu do tłumaczenia?

O: Przede wszystkim zmieniło się to, że teraz jest internet. To na pewno bardzo ułatwia pracę. Kiedy zaczynałam tłumaczyć, to właśnie „zaczynał się” internet. Można bardzo dużo rzeczy znaleźć, łatwo skontaktować się z kimś i o coś spytać. Na pewno jest łatwiej. Ale przez to też trzeba być dokładniejszym, bo tak łatwo jest wszystko sprawdzić, że wstyd tego nie zrobić.

B: Wracając do studiów. O czym pisałaś pracę magisterską na lingwistyce?

O: O tłumaczeniach opowiadań Johna Lennona na niemiecki i polski. Zestawiałam metody przekładu jego gier słownych. Hipoteza była taka, że język wpływa na kształt tłumaczenia, ale obaliłam ją, bo przekonałam się, że najważniejszy w tym wypadku był styl tłumacza. Tłumaczenie polskie Roberta Stillera było pełne polotu i inwencji i po prostu zabawne, tak jak oryginał. Tłumaczenie niemieckie z kolei było płaskie, wiele rzeczy nie zostało uwzględnionych, mimo, że można to było zrobić. Ja ze swoją znajomością niemieckiego mogłabym wymyślić jak coś przełożyć, żeby oddać ten efekt, a jednak tłumacze nie podjęli takiej decyzji.
Zrobiłam klasyfikację gier słownych występujących w opowiadaniach Lennona. Znalazłam 12 różnych rodzajów, a następnie sprawdzałam, jakimi środkami zostały przełożone na jeden i drugi język. Jeżeli był np. taki efekt, że w wyrazie jest zamieniona kolejność liter, to można to zrobić w każdym języku, może to mieć mniejszy sens albo większy, ale można to zrobić. A w niemieckim tłumaczeniu często takich rzeczy, które można było zrobić, nie robiono, tylko zostawiano zwykłe słowo. Ten tekst po angielsku był szalony. W polskim tłumaczeniu np. jeśli tłumacz w jakimś miejscu zostawił takie płaskie słowo, to kompensował to w innym miejscu, żeby efekt całości był tak samo wariacki, niezwykły. A w niemieckim było tego po prostu dużo mniej, chociaż można to było zrobić.   

John Lennon - Na własne kopyto
Zbiór opowiadań Johna Lennona "Na własne kopyto" (źródło ilustracji)

Jak się zostaje tłumaczem


B: Studiowałaś lingwistykę, ale studiowałaś też na studiach podyplomowych w Katedrze UNESCO w Krakowie. Lingwistyka nie przygotowuje do tłumaczenia?

O: Nie będę kalać własnego gniazda (śmiech). Lingwistyka na początku duży nacisk kładła na doszlifowanie obu języków, które się wybrało. Na pierwszych latach to był przede wszystkim bardzo intensywny kurs historii, kultury i samego języka. Uważam, że to jest bardzo potrzebne, chociaż zostawia pewien niedosyt, bo chciałoby się to wykorzystać. Były też zajęcia ze stylistyki języka polskiego, co jest nieocenioną pomocą, ale samego tłumaczenia nie było tak dużo. Mieliśmy zajęcia z tłumaczami, na przykład z moją idolką Jolantą Kozak czy Krzysztofem Hejwowskim, ale ja chciałam więcej.

B: Czyli to był ten niedosyt, który cię popchnął na studia podyplomowe do Krakowa?

O: Tak. W Krakowie podobało mi się też dlatego, że mieliśmy zajęcia prawie wyłącznie ze znanymi, aktywnymi tłumaczami, np. z Elżbietą Tabakowską czy z Jerzym Jarniewiczem. Tam uwierzyłam, że to jest możliwe, że naprawdę mogę zostać tłumaczem, bo to było takie namacalne. W Krakowie nacisk był położony przede wszystkim na praktykę, bo zakładano, że już wiemy o co chodzi, wiemy, że chcemy to robić, a teraz mamy ćwiczyć. Mi dodało to pewności siebie. Na zakończenie studium składaliśmy próbki tłumaczeń  do prawdziwych wydawnictw, w których były recenzowane. Kiedy dostałam bardzo przychylną recenzję próbki, nad którą dużo pracowałam i bardzo się starałam, to też dało mi takiego kopa, że mogę to robić. To było potwierdzenie moich umiejętności.

B: Trochę już tłumaczysz. Jakbyś określiła swój staż? Ile lat? Kilogramów książek? Nieprzespanych nocy?

O: Około siedmiu lat.

B: I czujesz się już pewnie?

O: Już nie uważam, że jestem początkująca, uważam, że jestem na średniozaawansowanym poziomie...  książek na koncie mam już ze dwadzieścia. Więc trochę dorobku jest, czuję się pewniej niż kiedyś i uważam, że tłumaczę lepiej niż wcześniej. Praktyka jest bardzo ważna.

A i tak wszyscy jesteśmy tacy sami


B: Ludwig Wittgenstein napisał: „Granice mojego języka oznaczają granice mojego świata”. Czujesz, że twój świat jest trochę większy, wiesz trochę więcej niż inni ludzie i że coś ludziom dajesz?

O: Wiesz co, nie mam takiego poczucia. Ja pozwalam ludziom czytać coś ciekawego i to mi wystarcza.

B: Chodzi mi bardziej o coś takiego jak w hipotezie Sapira-Whorfa, że to jakim językiem mówisz, w jakimś stopniu wpływa na to jak myślisz. Czy czujesz, że przekazujesz to inne myślenie ludziom?

O: Ja nie czuję tych różnic. Kiedy tłumaczę to nie rzucają mi się w oczy różnice. Widzę raczej podobieństwa. Mam do czynienia z różnymi sytuacjami, opisanymi przez ludzi z zupełnie różnych środowisk, ale w głębi duszy wszyscy jesteśmy podobni do siebie i dlatego możemy się porozumieć. I to bardziej czuję. I czuję, że mogę to pokazać tłumacząc książkę.


Olga Siara – absolwentka wydziału lingwistyki stosowanej oraz stosowanych nauk społecznych na Uniwersytecie Warszawskim. Ukończyła także podyplomowe studium przekładu literackiego  na Uniwersytecie Jagiellońskim.
Tłumaczy z języka angielskiego, zarówno literaturę piękną jak i książki naukowe oraz popularnonaukowe z obszaru socjologii, antropologii, biznesu i ekonomii.
Na język polski przełożyła między innymi: „Prawdę” Michaela Palina, „Gwiazdozbiór psa” Petera Hellera, „Dziedzictwo” Katherine Webb, "Bóg nigdy nie mruga" Reginy Brett, „Relacje w przestrzeni publicznej” Ervinga Goffmana, „Antykruchość” Nassima Taleba, „Kwestionariusz Prousta” pod redakcją Graydona Cartera oraz "Jak myślą instytucje" Mary Douglas.





środa, 27 listopada 2013

Hallgrimur Helgason - Kobieta w 1000°C

- Dano, obiecaj mi coś jeszcze!
- Co? 
- Nigdy nie stań się kobietą!
Teraz już całkiem mnie zatkało.
- Nie być kobietą?
- Właśnie. Kobiety mają ciężko. Zostań człowiekiem. Ale nie kobietą.*

Chcę was tylko uprzedzić, że otwierając tę książkę wkraczacie do "Genderimperium"**. Herbjörg Björnsson, zwana Herrą (tu warto zaznaczyć, że herra to po islandzku pan), jest uosobieniem niebezpiecznej "ideologii gender", przed którą ostrzegają nas ostatnio księża oraz prawicowi publicyści.
Herra ma osiemdziesiąt lat, mieszka w garażu, a pod kołdrą ściska granat ręczny; ten jednak na nic jej się już nie zda, bo walczy z wyjątkowo podstępnym wrogiem - wyposażonym w miotacz metastaz nowotworem płuc, który od osiemnastu lat sukcesywnie podbija kolejne fragmenty jej ciała.
Inspiracją do stworzenia postaci Herry, była biografia wnuczki pierwszego prezydenta Islandii, do której pewnego dnia autor dodzwonił się zupełnie przypadkowo, ale jako że okazała się bardzo ciekawą rozmówczynią, przegadał z nią cały wieczór. O tym, że rozmawiał z wnuczką byłego prezydenta, dowiedział się już po jej śmierci.

W najnowszym wydaniu Książek [nr 4(11)] zamieszczone jest kilka rad dla początkujących pisarzy, udzielonych przez Jonathana Franzena. Jedna z nich brzmi: staraj się zawsze pisać w trzeciej osobie, chyba, że naprawdę czujesz, że nie da się inaczej. Oczywiście ja nie jestem pisarką, ale jako czytelniczka, a więc konsumentka tego dobra, jakim jest literatura, ośmielę się powiedzieć, że jest to kompletna bzdura. Gdyby Romain Gary posłuchał tej rady, nigdy nie powstałyby te zdania, wypowiadane przez małego chłopca:
Znam facetów w mojej sytuacji, którzy się szarpią siedząc w gównie po uszy, ale ja nie będę życiu dupy lizał, żeby być szczęśliwy. Nie będę go sobie upiększał, mam je gdzieś. Nie jesteśmy sobie nic winni.***
Gdyby z kolei do tej rady zastosował się Helgason nie powstałaby Kobieta w 1000°C, gdzie główna bohaterka jest jednocześnie narratorką. A jeśli by powstała, to mogłaby to być książka znacznie gorsza. Oczywiście wcielanie się w rolę wychowującego się na ulicy muzułmańskiego chłopca, czy sprośnej, ekscentrycznej staruszki bywa trudne i ryzykowne, ale jeśli się uda może być spektakularne, tak jak to było w przypadku Gary'ego.
Helgasonowi nie udało się niestety tym razem nawet otrzeć o przymiotnik spektakularny, ale było wiarygodnie i miejscami naprawdę bardzo przyzwoicie, a to jest już dużo.
W całej książce zabrakło mi jednak tego Helgasona, którego poznałam przy okazji Poradnika domowego kilera (pisałam o nim tu). Czasami książka wydaje się przeładowana treścią i zaczyna przypominać dosyć nużący reportaż, by za jakiś czas wrócić do błyskotliwej, lekko ironicznej narracji Helgasona. Brakuje w tym trochę spójności i konsekwencji.

Zanim zabrałam się za czytanie, sprawdziłam swoim zwyczajem, kto książkę tłumaczył, chociaż nie spodziewałam się spotkać tam znajomego nazwiska, bo nie znam chyba żadnego tłumacza z języka islandzkiego. Ku mojemu zdziwieniu znajome nazwisko jednak spotkałam, bo książka została przetłumaczona nie z islandzkiego, a z niemieckiego, przez Alicję Rosenau, z której tłumaczeniami się już spotkałam.
Tłumaczenie z tłumaczenia jest bardzo kiepskim pomysłem, wielu tłumaczy uważa nawet, że jest to niezgodne z ich etyką zawodową i taka praktyka powinna mieć miejsce tylko w wyjątkowych przypadkach****
Dotąd miałam bardzo dobre zdanie o podejściu wydawnictwa Znak do kwestii tłumaczenia, bo przecież sami nawet wydali kilka książek o przekładzie. Podejrzewałam więc, że Kobieta w 1000°C, musiała być właśnie takim wyjątkowym przypadkiem i musi istnieć jakieś dobre uzasadnienie tego, że postanowiono zabawić się w tłumaczeniowy głuchy telefon.

Rozpoczęłam więc moje małe śledztwo.
Najpierw szukałam na polskich stronach, bo może ktoś już znalazł odpowiedź na nurtujące mnie pytanie. Nie. Na żadnym blogu, ani w żadnym artykule o tej książce, nie znalazłam nawet małej wzmianki o tym, że książka nie była tłumaczona z oryginału.
Następnym moim ruchem było więc sprawdzenie z jakiego języka tłumaczona była wersja angielskojęzyczna. Jeśli też z niemieckiego, to ta kwestia może być poruszona w prasie anglojęzycznej. Idąc tym tropem trafiłam na blog tłumacza Davida McDuffa, który przełożył tę książkę na język angielski. Okazało się, że McDuff przekładał książkę po bożemu, z języka islandzkiego. To nie była dobra informacja. Po żmudnych i wyczerpujących pięciu minutach śledztwa byłam znów w punkcie wyjścia.
Gdyby to był film kryminalny w tym momencie wychodziłabym ze zwieszoną głową z pustej szopy, w której spodziewałam się znaleźć zwłoki... ale w ostatnim momencie kątem oka dostrzegłabym małą plamkę krwi na zakurzonej desce. I tak właśnie, w głęboko metaforycznym sensie, było. Już miałam opuszczać blog pana McDuffa, gdy zauważyłam takie oto zdanie: "There are some chapters from the new novel in my translation, here". Pomyślałam, że skoro przebyłam już tę długą drogę, to chociaż porównam sobie oba tłumaczenia. Ku mojemu zdziwieniu już na pierwszej stronie zauważyłam kawałek zdania, którego nie było w polskim przekładzie, na kolejnej stronie było to całe zdanie, a dalej brakowało już całego małego rozdziału.

W głowie dzielnego detektywa, po zobaczeniu kropelki krwi, następuje oczywiście natychmiastowy przeskok myślowy; wykrzykuje coś w stylu "skrzynia", albo "podwieszany sufit" i jest już pozamiatane. U mnie tak nie było. Porzuciłam poprzednie śledztwo na rzecz nowego: skąd się wzięły takie różnice między tymi dwoma przekładami. I tak trafiłam na artykuł zatytułowany: Germany: Icelandic author’s book ‘censored’ by publisher [Niemcy: Książka islandzkiego autora ocenzurowana przez wydawcę], z którego dowiedziałam się, że według duńskiego literaturoznawcy Erika Skyum-Nielsena, który porównał, rozdział po rozdziale, oryginał i niemiecki przekład, w tym drugim brakuje, bądź zostało zmienione, łącznie 30 rozdziałów (rozdziały w tej książce są dosyć krótkie - czasami liczą sobie stronę lub dwie). Ponieważ wśród zmienionych i usuniętych rozdziałów dużo traktowało o Hitlerze, obozach koncentracyjnych i masowych grobach, Erik Skyum-Nielsen stwierdził, że książka została po prostu ocenzurowana.

Zarówno niemiecki wydawca jak i sam autor odpowiedzieli na te zarzuty, twierdząc, że różnice w obu wersjach językowych nie wynikają z cenzury, a z... braku czasu. Niemiecki przekład ukazał się jeszcze przed islandzkim oryginałem, ponieważ wydawca chciał zdążyć z książką na targi książki we Frankfurcie. Dlatego też poproszono autora o udostępnienie do tłumaczenia niegotowej jeszcze książki, na co autor się zgodził.
Tak naprawdę nieważne która wersja jest prawdziwa. Obie są straszne.

Dalszą częścią tej smutnej historii jest to, że polski czytelnik nie dość, że dostał książkę tłumaczoną z tłumaczenia, to jeszcze niekompletną (i to nie dlatego, że islandzkiej wersji jeszcze nie było; obie ukazały się w 2011 roku).

Po zastanowieniu, przeliczeniu wszystkich za i przeciw, myślę że bardziej chcę żebyście tę książkę przeczytali, niż żebyście jej nie czytali, ale uznałam, że powinniście wiedzieć, że towar jest trochę wybrakowany.

Ocena: 3/5
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2013
Tłumaczenie: Alicja Rosenau

* Hallgrimur Helgason - Kobieta w 1000°C, tłum. Alicja Rosenau
** Pozwoliłam sobie pocytować trochę księdza Oko: http://www.niedziela.pl/artykul/106423/nd/
*** Emila Ajar (Romain Gary) - Życie przed sobą, tłum. Krystyna i Krzysztof Pruscy
****  Takim wyjątkowym przypadkiem była książka Prowadzący umarłych, która w 2012 została uhonorowana Nagrodą im. Kapuścińskiego (http://culture.pl/pl/wydarzenie/nagroda-im-ryszarda-kapuscinskiego-dla-liao-yiwu). Jej angielskie tłumaczenie było jednocześnie, kosultowanym z autorem, wyborem reportaży z kilku książek, a więc w efekcie nową książką. Mimo to nie obyło się bez afery, ponieważ jeden z jurorów konkursu - Anders Bodegård, wyraził się dosyć krytycznie o przyjmowaniu przez tłumaczy takich zleceń, co z kolei bardzo uraziło tłumaczkę "Prowadzącego...".

poniedziałek, 1 lipca 2013

Jonathan Safran Foer - Zjadanie zwierząt

Nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej ukazała się właśnie książka Zjadanie zwierząt, opowiadająca o tym jak okrutnym biznesem są przemysłowe hodowle zwierząt. Temat przykry, więc podejrzewałam, że może to być lektura emocjonalnie obciążająca. Ale to co mnie spotkało przerosło moje oczekiwania. Jestem zupełnie zdruzgotana! Od paru dni mam problemy ze snem i jedzeniem; gdy już zasnę, budzę się zlana potem.

W książce Foera znaleźć możemy wiele opisów tego jak zwierzęta są traktowane podczas uboju, jak personel ubojni się nad nimi znęca, jak jeszcze żywym odcina różne części ciała, a nawet oddaje na nie mocz (tak przynajmniej twierdzą pracownicy PETA), aż w końcu, po całych tych cierpieniach otrzymujemy produkt w najmniejszym stopniu nie przypominający tego czym kiedyś był.
Mniej więcej coś takiego z książką Zjadanie zwierząt zrobiła jej tłumaczka Dominika Dymińska (tak, ta od Mięsa) i to właśnie jest przyczyną mojego obecnego stanu ducha.
Trudno powiedzieć coś o inteligencji świni przyglądając się pudełku z mieloną wieprzowiną, tak samo trudno powiedzieć coś o książce Foera, na podstawie jej polskiego "przekładu". Dlatego w tej recenzji nie będzie nic o tym czy warto czytać Foera czy nie. Będzie tylko o tym, że nie warto czytać tej książki po polsku, bo w zasadzie to uważam, że nie istnieje polskie tłumaczenie książki Eating Animals. Istnieje pełna błędów książka Zjadanie zwierząt, której autorką jest Dominika Dymińska.

Na początku wszystko przebiegało normalnie, aż do 54 strony, gdy trafiłam na dwa zdania, które wprawiły mnie w niejaką konsternację:
W ciągu 70 lat inżynieria genetyczna sprawiła, że osiągają [brojlery] dwa razy większe rozmiary w dwa razy krótszym czasie. Kiedyś kurczaki żyły około 20 lat, a dzisiejsze brojlery zabija się po sześciu tygodniach.
Aby zrozumieć co jest nie tak w pierwszym zdaniu trzeba wiedzieć czym jest inżynieria genetyczna; a jest to, w wielkim skrócie*, dziedzina zajmująca się bezpośrednią ingerencją w materiał genetyczny. To właśnie dzięki inżynierii genetycznej powstają GMO, czyli Organizmy Genetycznie Modyfikowane. No i teraz dochodzimy do sedna sprawy. W tym roku mija 60 lat od odkrycia struktury DNA, czy możliwe jest w takim razie, aby inżynieria genetyczna już od 70 lat była wykorzystywana w hodowli zwierząt? Oczywiście nie. Początki inżynierii genetycznej to lata 70. XX wieku. Skąd więc informacja o 70 latach inżynierii genetycznej? Na początku pomyślałam, że winny jest autor, który inżynierią genetyczną nazywa sztuczną selekcję. Zaczęłam więc poszukiwania. I tak w którymś momencie poszukiwań trafiłam na pdf dostępny on-line z całą książką Eating Animals w oryginale . I wiecie co się okazało? Że autor wcale nie pisał w tym zdaniu o inżynierii genetycznej. Z polskiego przekładu wynika natomiast, że inżynieria genetyczna jest podstawowym narzędziem pracy hodowcy zwierząt. Jest to już nie tylko kiepskie tłumaczenie, co bardzo poważne przekłamanie.
Wydawaniem pozwoleń na sprzedawanie zwierząt genetycznie modyfikowanych (GE animals - genetically engineered animals) jako produktu spożywczego zajmuje się w Stanach FDA (Food and Drug Administration). Jak można dowiedzieć się z ich strony na razie nie wydano, ani jednego takiego pozwolenia (firma AquaBounty, próbuje bezskutecznie od 1995 roku uzyskać zezwolenie dla swojego genetycznie modyfikowanego łososia).
Dobrze, pewnie chcecie już wiedzieć skąd w polskim przekładzie ta inżynieria genetyczna i jak wyglądało to zadanie w oryginale. 
In the same period [since the 1930s], they have been engineered to grow more than twice as large in less than half the time.
Słowem, którego używa autor jest engineer (inżynieria genetyczna to genetic engineering), a więc chodzi tu po prostu o to, że brojlery zostały zaprojektowane, tak, aby osiągać większe rozmiary. Jak przebiega takie projektowanie? Poprzez sztuczną selekcję (hodowca dobiera drób w pary), której przeważnie towarzyszy sztuczne zapłodnienie.

Moją uwagę zwróciło też następne zdanie, o tym, że kiedyś kurczaki żyły około 20 lat. Co mamy w oryginale? 
Chickens once had a life expectancy of fifteen to twenty years. 
A więc okazuje się, że kiedyś przewidywaną długością życia kurczaków było 15 do 20 lat. Co nie oznacza oczywiście, że kurczaki tyle żyły, ale, że ich biologia pozwalałaby im na tak długie życie (a o to czy 70 lat temu ktokolwiek czekał 15 lat, żeby zrobić sobie rosół można spytać babcię, albo dziadka).

Wróćmy jednak do inżynierii genetycznej. Oczywiście możecie powiedzieć, że to ludzka rzecz pomylić engineered z genetically engineered. W takim razie proszę zostańcie ze mną, bo to dopiero początek. Okazuje się, że modern genetic knowlege, czyli współczesna wiedza genetyczna, według tłumaczki też spokojnie może zostać przetłumaczona jako inżynieria genetyczna, i tak ze zdania:  
We have focused the awesome power of modern genetic knowledge to bring into being animals that suffer more.  
otrzymujemy:
Wykorzystując ogromną moc inżynierii genetycznej, skazaliśmy zwierzęta na dodatkowe cierpienie.
Genetyka i inżynieria genetyczna to nie są synonimy i to nie inżynieria genetyczna jest winna cierpieniu zwierząt w przemysłowych hodowlach. 
Pani Dominika Dymińska nie jest tego najwyraźniej świadoma. Wie natomiast, że inżynieria genetyczna to modny termin i brzmi mądrze, dlatego np. na stronie 265 postanawia go użyć aż dwa razy. 
Serious health problems have been bred into their genes in the process of engineering them 
W tym zdaniu chodzi o genetycznie wady, które pojawiają się u zwierząt krzyżowanych przez hodowców, a więc można powiedzieć "projektowanych" (engineered) tak, aby np. osiągały jak największe rozmiary ciała. Problemem, który tu się pojawia jest to, że razem z cechą pożądaną można utrwalić też cechę niepożądaną, bo krzyżowanie nie jest metodą precyzyjną. Precyzyjną metodą jest natomiast inżynieria genetyczna, w której do organizmu wprowadzić można jeden konkretny gen, ten o który nam chodzi. Niestety pani Dominika mimo, że o inżynierii genetycznej pisze dużo, nadal nie wklepała tego terminu w google i nie sprawdziła czym jest. Stąd też powyższe zdanie przetłumaczyła jako:
wskutek inżynierii genetycznej łatwiej zapadają na pewne choroby
A następnie na tej samej stronie control of genetics również stało się inżynierią genetyczną.



Dominika Dymińska informuje nas też, że w 1964 roku przemysł drobiarski zwrócił się w stronę inżynierii genetycznej. Amerykańscy hodowcy korzystali z inżynierii genetycznej, jeszcze zanim ją wynaleziono. To jest właśnie postępowość!
Ale nie, chwila... In 1946, the poultry industry turned its gaze to genetics, czyli jednak nie ta metoda i nawet nie ten rok.

No dobrze, ale ile razy można użyć terminu inżynieria genetyczna, bądźmy kreatywni, modyfikacja genetyczna brzmi równie dobrze i na pewno znaczy to samo co poor genetics, dlatego:
Other studies indicate that poor genetics, lack of movement, and poor nutrition leave 10 to 40 percent of pigs structurally unsound [...]
to:
Inne badania wykazały, że od 10 do 40 procent, źle odżywionych, zmodyfikowanych genetycznie i pozbawionych możliwości ruchu zwierząt rodzi się z wadami [...] 
(A i czytanie ze zrozumieniem pani Dominiko: 10 do 40 procent "zmodyfikowanych genetycznie" zwierząt rodzi się z wadami, czy "modyfikacja genetyczna" sprawia że 10 do 40 procent będzie miało wady?)

Problemem jest nie tylko to, że pani Dymińska najwyraźniej nie interesowała się niedawną awanturą o GMO (albo interesowała się w nią w taki sposób jak Doda, czyli uważa, że nie można dodawać chemii do jedzenia), ale w ogóle była chyba na bakier z biologią w szkole. Stąd też pewnie przekonanie, że climat change (zmiana klimatu) to to samo co dziura ozonowa.
More recent and authoritative studies by the United Nations and the Pew Commission show conclusively that globally, farmed animals contribute more to climate change than transport.
Oznacza według tłumaczki tyle co: 
Bardziej miarodajne badania przeprowadziły ONZ i Pew Research Center. Wynika z nich, że zakłady chowu przemysłowego stanowią dla dziury ozonowej zagrożenie większe niż transport.
Zagrożenie dla dziury ozonowej? To chyba dobrze? (i tu pytanie czym w zasadzie w tej książce zajmowali się redaktor i korektor?).


Z biologicznych ciekawostek, okazuje się też, że inflammatory and autoimmune diseases (czyli choroby zapalne i autoimmunologiczne; poradził sobie z tym nawet google translator) to według tłumaczki stany zapalne układu immunologicznego, nie jestem w stanie wam wytłumaczyć co to takiego, tu moja wiedza biologiczna się kończy, piszcie do pani Dominiki.

Koewolucja jest kolejnym terminem, który nic tłumaczce nie mówi, ale wydaje jej się, że może oznaczać pewien bardzo konkretny moment ewolucji. Intuicji trzeba ufać, słowniki i encyklopedie są dla leszczy. Dlatego zdanie: 
A common trope, ancient and modern, describes domestication as a process of coevolution between humans and other species. 
w którym chodzi o to, że uważa się, iż udomowienie zwierząt zaszło dzięki koewolucji** pomiędzy człowiekiem, a innymi gatunkami, w książce pani Dominiki, spotkać można pod taką postacią:
Według obiegowej teorii udomowienie zwierząt nastąpiło w pewnym bardzo konkretnym momencie ewolucji.


Nie wiadomo o jaki to konkretny moment chodzi, bo w dalej autor opowiada o "umowie" między człowiekiem a zwierzętami (co może być nie do końca dla polskiego czytelnika zrozumiałe, bo pozbawiono nas zdania o koewolucji), ale nie pisze już nic o konkretnym momencie.
Podobno największy problem współczesnej młodzieży sprawia czytanie ze zrozumieniem. Jestem w stanie w to uwierzyć:

H stands for hemagglutinin, a spike-shaped protein found on the surface of influenza viruses and named after its ability to “agglutinate” — that is, to clump together red blood cells.

Czego dowiadujemy się z tego zdania? Tego, że H (w nazwach wirusów, np. H5N1) pochodzi od słowa hemaglutynina, które jest nazwą białka znajdującego się na powierzchni wirusów grypy, mającego zdolność do aglutynacji, czyli zlepiania czerwonych krwinek.
U naszej tłumaczki będzie to: 
“H” to skrót od nazwy hemaglutynina. Hemaglutynina to białko o klinowatym kształcie znajdujące się na powierzchni wirusów grypy. Nazwa pochodzi od zdolności cząsteczek tej substancji do aglutynacji (czyli zlepiania się w sposób podobny jak krwinki).


A uważne czytanie ze zrozumieniem jest w pracy tłumacza bardzo ważne. Czasami jedno słowo, a nawet litera może zmienić sens zdania: 

“Solid food” in this case often includes dried blood plasma, a byproduct from slaughterhouses. 
"Pasza treściwa" to między innymi sproszkowane osocze krwi i odpady z rzeźni.
(zgodnie z oryginałem powinno być: osocze krwi, będące odpadem z rzeźni)
Rozumiem, że Dominika Dymińska sama jest pisarką, więc ciężko jej zaakceptować pisanie nie swoim stylem, ale na tym właśnie polega tłumaczenie. Staramy się oddać jak najwięcej po pierwsze z pierwotnego sensu (tu już wiemy, że tłumaczka poległa), po drugie z oryginalnego stylu autora. Oczywiście nie wszystko da się przetłumaczyć i nie wszystko powinno się tłumaczyć dosłownie. Tu tłumaczka wydaje się, wiedzieć, że tak jest, ale nie za bardzo jeszcze wie kiedy trzeba tłumaczyć wiernie, a kiedy należy kombinować.
Kombinuje więc tam, gdzie powinna przetłumaczyć to co napisał autor, bo jest to jak najbardziej przetłumaczalne: 
I found his manner to be hugely pleasant, especially given all of the silence and misdirection I’d encountered in every other slaughterer I’d spoken (or tried to speak) to.

Jest naprawdę miły w porównaniu z innymi ludźmi z branży mięsnej, z jakimi miałem przyjemność (lub przykrość) rozmawiać
Po pierwsze, wiem, że rzeźnik to brzydkie słowo, ale tym właśnie jest slaughterer, po drugie, w oryginale jest rozmawiałem (lub próbowałem porozmawiać), tłumaczka uznała, że ładniej będzie miałem przyjemność (lub przykrość) rozmawiać. To czy jest ładniej to kwestia gustu, natomiast na pewno nie jest wiernie, a to ma znaczenie. W książce autor opisuje wiele prób skontaktowania się z pracownikami rzeźni, na które przeważnie nie dostawał żadnej odpowiedzi, stąd właśnie rozmawiałem (lub próbowałem rozmawiać), stąd też silence and misderection (w tym przypadku milczenie i zbywanie/wprowadzanie w błąd), czego tłumaczka postanowiła w ogóle nie tłumaczyć.
Zauważyłam, że tłumaczenie tylko niektórych słów ze zdania to w ogóle chyba ulubiona technika pani Dymińskiej (technika pozwalająca na osiągnięcie większej efektywności?). Np. mamy takie zdanie:  jakim cudem żydowski chłopiec stał się jednym z najważniejszych rolników na świecie? Czy to rzeczywiście takie dziwne, czy potrzebny jest do tego cud, aby Żyd został rolnikiem? Jak zwykle fragment oryginału może nam wiele wyjaśnić: How did a first-generation American, a Jewish city boy, become one of the most important ranchers in the world? Czyli jednak nie chodzi o to, że to żydowski chłopiec został rolnikiem, ale że żydowski chłopiec z miasta, należący do pierwszego pokolenia urodzonego w Ameryce, został  jednym z najważniejszych rolników na świecie.
Podobna historia przydarzyła się rozdziałowi, którego polski tytuł brzmi Nie chodzę nocą po farmach. W tym rozdziale autor opowiada o tym jak włamuje się w nocy na farmę. Dziwne prawda? W oryginale już mniej, bo tam tytuł rozdziału brzmi: I’m Not the Kind of Person Who Finds Himself on a Stranger’s Farm in the Middle of the Night, czyli mniej więcej tyle co: Nie jestem typem człowieka, który by się włóczył po nieswojej farmie w środku nocy.


Jeśli jesteście już po lekturze Zjadania zwierząt i właśnie pakujecie walizki, aby pojechać do USA i pracować w Smithfield, gdzie byle menedżer może zarobić 12,6 miliona dolarów, o czym mówi ten fragment: Były menedżer Smithfield Joseph Luter zarobił tyle na opcjach na giełdzie w 2001 roku, to radzę się jednak rozpakować, ten były menedżer to former CEO, czyli (czego pewnie nie muszę mówić nikomu, kto pracował w korporacji, miał biurko w open space, a jego szef nie komentował jego pracy tylko wysyłał mu feedback, po przeczytaniu jego time-sheetu) Chief Executive Officer (dyrektor generalny). A, i nie zarobił a otrzymał te opcje, ale to już kosmetyka.

Mogłabym tak jeszcze przez dłuższy czas, ale nie chcę męczyć siebie i was. Na potrzeby tej notki chyba już wystarczy. Jeśli ktoś ma tę książkę i chciałby dostać erratę to mogę przesłać wszystko to co znalazłam, ale szczerze mówiąc, nawet wtedy obawiam się, że czytanie tego "tłumaczenia" nie ma sensu. Bo tak jak wspomniałam na początku to nie jest tłumaczenie. To jest książka z gatunku science fiction, napisana przez Dominikę Dymińską, inspiracją do której była książka Eating Animals Jonathana Safrana Foera. 
Oczywiście wina nie leży tylko po stronie tłumaczki, bo była też podobno redakcja (Jakub Bożek) i korekta (Magdalena Szroeder), która nie wyłapała tych wszystkich błędów. A w przypadku takich książek powinna też być korekta merytoryczna, której najwyraźniej nie było (a jeśli była to lepiej się do tego nie przyznawać).
Teraz pozostaje nam wszystkim zapłakać jak ta krowa w Zjadaniu zwierząt (Bili je tak strasznie... A one płakały z wywieszonymi językami. - podpowiedź dla tłumaczki, czasownik to cry ma kilka znaczeń).


Ocena: 0/5
Wydawnictwo: Krytyka Polityczna
Tłumaczka: Dominika Dymińska
Rok wydania: 2013

* Kto nie lubi wielkich skrótów tego zapraszam na stronę Encyklopedii Britannica lub Encyklopedii PWN, a jeśli kogoś naprawdę interesuje temat to polecam książkę DNA. Tajemnica życia, tam w rozdziale Zabawa w stwórcę: DNA projektowany na miarę, można przeczytać o tym jak powstała inżynieria genetyczna.
** Koewolucja to przemiany ewolucyjne zachodzące jednocześnie w co najmniej 2 gatunkach wskutek wzajemnego oddziaływania na siebie ich osobników. (źródło: Encyklopedia PWN)

sobota, 25 maja 2013

"Jak iść śladami autora by nie wpaść na minę?" - spotkanie z tłumaczami

Sobota na Warszawskich Targach Książki była dniem reportażu. Od rana trwały spotkania z finalistami Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego: Wojciechem Jagielskim, Lidią Ostałowską, Edem Vulliamy i Mariuszem Zawadzkim. Ja jednak z niecierpliwością czekałam na niepozorny panel dyskusyjny, w planie specjalnie pewnie umieszczony w porze obiadowej, tak aby miłośnicy reportażu mogli zrobić sobie wtedy przerwę przed spotkaniami z kolejnymi autorami.
Trochę szkoda, bo spotkanie z tłumaczami jest w przypadku tej Nagrody równoznaczne spotkaniu z finalistami. (nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego, jako jedna z niewielu* w Polsce nagradza nie tylko autora, ale także tłumacza).


Na początku spotkania Maciej Zaremba Bielawski, jeden z jurorów Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego bardzo dosadnie przedstawił rolę tłumacza, mówiąc, że kiepski tłumacz może najlepszą nawet książkę całkowicie położyć, tak, że nie zostanie wzięta pod uwagę w zmaganiach konkursowych.
Działa to też oczywiście w drugą stronę, o czym wspomniał Janusz Ochab, tłumacz książki Ameksyka. Wojna wzdłuż granicy, która wygrała tegoroczną edycję konkursu. Autor Ameksyki po ogłoszeniu wyników konkursu powiedział bardzo skromnie, że angielska wersja tej książki nie dostała żadnej nagrody, więc ta dzisiejsza nagroda to zasługa jego tłumacza.

Na szczęście coraz częściej mówi się o tym jak ważną rolę odgrywa tłumacz, ale mało kto wie, że jest to zawód nie tylko bardzo ważny ale także niebezpieczny. Co i rusz można wpaść na tłumaczeniową minę. I te miny właśnie, były tematem przewodnim tegorocznego spotkania.

Pierwsza zabrała głos Dorota Kozińska (tłumaczka Colina Thubrona), której miałam przyjemność słuchać już w zeszłym roku. Pani Dorota tak samo jak rok temu, nawiązywała do swoich nieprzyjemnych przejść z redaktorami i korektorami.
Tłumaczka przyznała, że gdy pierwszy raz wzięła do ręki książkę Colina Thubrona z przerażeniem stwierdziła, że wcale nie zna tak dobrze języka angielskiego, jak jej się dotąd wydawało. Jednak po długich godzinach spędzonych na przeglądaniu słowników idiomów, dotarło do niej, że związki frazeologiczne, którymi posługuje się autor nie istnieją, albo inaczej: dotąd nie istniały. W takim wypadku tłumacz musi znaleźć złoty środek: przetłumaczyć tekst tak, aby nie raził czytelnika, ale też tak, aby nadal wydawał się nieco dziwny jak miało to miejsce w oryginale.
Niestety, ulubionym powiedzeniem redaktorów jest: tak nie może być,bo tak się nie mówi; hotele zataczające się po niebie uznano więc za zwykły bełkot.
Dostało się także korektorom, którzy według pani Kozińskiej często ponownie redagują tekst i tak np. rwąca rzeka staje się po korekcie szarpiącą rzeką. 
Podsumowaniem opowieści było to, że redakcja powinna mieć większe zaufanie do tłumacza, a książka nie powinna w tłumaczeniu tracić swojej językowej unikalności na rzecz lekkostrawności i łatwości odbioru.

W tej materii pewnie dużo do dodania miałby także sam patron konkursu, który w 2005 roku mówił:
[...] z jak bardzo wrażliwą i delikatną materią ma do czynienia tłumacz, jak musi mieć wyostrzony wzrok i słuch językowy, językowy gust i intuicję, językową pamięć. Są to cechy najniezbędniejsze, tym bardziej że języki, z którymi tłumacz ma do czynienia, ulegają ciągłej przemianie, stałym przekształceniom, są w nieustannym ruchu, wzbogacają się, ewoluują, poszczególne słowa nabierają nowych odcieni i znaczeń. Jakiego potrzeba tu doświadczenia, czujności i smaku, aby wychwycić i odczytać sygnały tych zmian napływające do nas z czytanego tekstu, z jego ukrytej warstwy, z jego wnętrza!**
Od lewej: Maciej Zaremba Bielawski (juror), Saba Litwińska, Urszula Poprawska, Janusz Ochab, Jacek Giszczak, Dorota Kozińska oraz prowadzący spotkanie Sławomir Paszkiet

Atmosfera spotkania zaczynała niebezpiecznie zmierzać w kierunku tej znanej z przychodni lekarskich, gdzie każdy czeka na swoją kolej by trochę ponarzekać. Na szczęście uratował ją Jacek Giszczak (tłumacz Strategii antylop) opowiadając o minie na którą wpadła kiedyś Julia Hartwig, tłumacząc wiersz o pewnej paryskiej ulicy (niestety, nie wiem czyj to był wiersz, więc jeśli ktoś wie, to proszę o informacje). Prawdopodobnie ze względu na panującą wówczas cenzurę, ulica, która w wierszu nazwana jest starą szparą Paryża w kształcie waginy, u Julii Hartwig zamienia się w starą ulicę Paryża w kształcie pępka.
Widzicie już jaką władzę ma tłumacz? Niewielka zmiana w zdaniu i można tylko domyślać się ilu Polaków wystarało się o paszport, aby zobaczyć to urbanistyczne kuriozum.

Czy w związku z tymi wszystkimi minami, na które wpaść może tłumacz, warto jest konsultować się z autorami? Tu większość stwierdziła, że nie warto, bo autor zazwyczaj sam nie pamięta, gdzie popodkładał miny i jak je rozbroić. Innego zdania był Maciej Zaremba Bielawski, który powiedział, że jeśli autor nie jest autystą, albo celebrytą, to warto się z nim kontaktować. On sam dzięki temu, że skontaktował się ze Zbigniewem Herbertem, którego wiersze tłumaczył na szwedzki, zaoszczędził sobie bardzo dużo pracy (która najprawdopodobniej i tak byłaby bezowocna). W wierszu Herberta ulicą pełną ryżu idzie jednoręki mężczyzna; przekładając poezję, aby nie wpaść na minę, trzeba wiedzieć co symbolizują poszczególne fragmenty. Czego symbolem może być jednoręki mężczyzna? Okazuje się, że niczego. Jednoręki mężczyzna to po prostu jednoręki mężczyzna, idący ulicą zasypaną odłamkami szkła (pełną ryżu), którego Herbert widział na jakiejś fotografii.

Jak widzicie nie ma żadnych sztywnych zasad dotyczących przekładu, każdy robi to inaczej, a dobra znajomość języka obcego to tylko jeden z wielu czynników wpływających na jakość tłumaczenia.
Bo tłumacz to coś więcej niż google translator.
W tym sensie, przekładając tekst - otwieramy Innym nowy świat, tłumaczymy go, a tłumacząc - przybliżamy, pozwalamy w nim przebywać, uczynić go cząstką naszego osobistego doświadczenia. Jakże więc dzięki wysiłkowi tłumacza rozszerzają się nasze horyzonty myślowe, pogłębia nasze rozumienie, nasza wiedza, ożywa wrażliwość.
Dzisiaj, w XXI wieku, to szczególnie ważne, ponieważ nasz świat tak burzliwie rozwijając się, różnicując się i zmieniając, potrzebuje nieustannego tłumaczenia i objaśniania, w czym pomaga również przekład literacki [...]. Jest to większy wymiar i dodatkowy sens pracy współczesnego tłumacza. To dzięki niej autorzy mogą docierać wszędzie, a czytelnicy stawać się odkrywcami ludów i ziem jeszcze wczoraj im niedostępnym. Zresztą wiemy, w jakim stopniu tłumacz jest współautorem książki, w jakim stopniu, na danym terytorium książka ta może tylko dzięki niemu zaistnieć. Stąd nieustanna dla nich wdzięczność wszystkich czytelników i autorów, stąd gorące dzięki wszystkim Państwu!***
 I ja przyłączam się do podziękowań za rozszerzanie moich horyzontów myślowych!

* Drugą taką nagrodą, o której wiem jest Angelus Silesius
**, *** Fragmenty wykładu Tłumacz - postać XXI wieku wygłoszonego przez Ryszarda Kapuścińskiego podczas I Światowego Kongresu Tłumaczy Literatury Polskiej w Krakowie (całość)