Podsumowując rok 2012 ostrzegałam, że w chwili słabości zamierzam przeczytać ostatnią część trylogii Millenium. Okazało się, że na ową chwilę słabości nie trzeba było długo czekać. Lekturę Zamku z piasku, który runął mam już za sobą. Razem z tytułowym zamkiem runęły też moje resztki nadziei na to, że Larsson się wyrobi i zacznie lepiej pisać. Nic z tego. Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy otwieracie tę książkę, jest chyba nawet gorzej. Książka ma prawie 800 stron, z czego 400 to szczegółowe opisy ubrań bohaterów oraz tego co jedli. Dowiadujemy się, że wszystkie Szwedki, nie wiem czy za sprawą jakiegoś odgórnego zarządzenia czy zwykłej kobiecej solidarności, ubierają się w ciemne spodnie, jasne bluzki i ciemne żakiety, natomiast jedynym dostępnym napojem w kraju Strindberga jest kawa. Pije się ją na śniadanie, obiad i kolacje, czyli do kanapek (zapomnijcie o łososiu i klopsikach z IKEI).
O ile postać drobniutkiej hakerki Lisbeth Salander, od początku była mało realna, o tyle w trzeciej części wzbija się już na wyżyny absurdu. Postrzelona w głowę i parę innych miejsc, a następnie pogrzebana, wykopuje się po jakimś czasie z grobu i jest żądna krwi (przepraszam za spoiler... ale to było zbyt oczywiste, żeby zadawać sobie trud i próbować ten fakt przed wami ukryć). Tak więc Lisbeth Salander staje się terminatorem. Z kolei James Bond dziennikarstwa - Mikael Blomkvist, jest jeszcze bardziej przebiegły niż dotychczas, a kobiety (te w ciemnych żakietach) tak jak i w poprzednich częściach nie mogą się opanować i nie bacząc na konsekwencje wskakują mu do łóżka.
Przy tym wszystkim uważam jednak, że Stieg Larsson zwraca uwagę na bardzo ważny problem. I nie chodzi mi tu o męską dominację w stosunkach społecznych, chociaż wyobrażam sobie, że ten problem uważał autor za spoiwo łączące wszystkie części jego sagi, które zapewni mu w historii literatury miejsce wśród pisarzy społecznie zaangażowanych. To jednak się nie udało. Przykłady, które mają zwrócić uwagę na szerszy problem, są raczej dowodami anegdotycznymi i wyciąganie na ich podstawie wniosków nie ma sensu.
Tym co moim zdaniem spaja trzy części Millenium, będąc jednocześnie ważnym przesłaniem, jest zwrócenie uwagi na możliwości jakie daje zawód dziennikarza, a co za tym idzie na odpowiedzialność ciążącą na ludziach go wykonujących. Z prozy Larssona przebija się wiara w dziennikarstwo zaangażowane i odpowiedzialne. Oczywiście pojęcie dziennikarz jest bardzo szerokie, ale to nie ma akurat żadnego znaczenia. Nieważne czy jest się dziennikarzem interwencyjnym w Gazecie Wyborczej, naukowym na portalu internetowym, czy też po prostu prowadzi się bloga. Każdy kto decyduje się w ten czy inny sposób informować o czymś ludzi powinien brać odpowiedzialność za swoje słowa. Bo słowa mają ogromną moc.
Piszę o tym, bo od dłuższego czasu obserwuję bardzo niepokojące zmiany jakie zachodzą w naszym społeczeństwie. Dziennikarstwo za sprawą nowych technologii oczywiście musiało się przeobrazić. Informacje są o wiele szybciej i łatwiej dostępne, dzięki czemu i my jesteśmy na bieżąco o wszystkim informowani. Szybszy i łatwiejszy dostęp do informacji skutkuje jednak też tym, że dziennikarze jak nigdy muszą się spieszyć, aby być pierwszymi, którzy nam o czymś doniosą. A to stanowi wspaniały klimat do rozmnażania się najpopularniejszego gatunku kaczki: kaczki dziennikarskiej. Odbiorcy z kolei coraz gorzej odnajdują się w informacyjnym chaosie, dlatego poszukują źródeł, które w szybszy i łatwiejszy sposób pozwolą im przyswoić tę całą wiedzę.
Z pomocą przychodzą YouTube, Demotywatory i Kwejk. Dzięki nim można stać się specjalistą w każdej dziedzinie w zaledwie jeden dzień! A jak to wygląda w praktyce można prześledzić, chociażby na przykładzie sprawy egipskiej nekrofilii:
1. Egipska gazeta Al-Ahram publikuje tekst Amr Abdul Samea (niegdyś zagorzałego zwolennika obalonego dyktatora Hosniego Mubaraka). Tekst jest o tym, że w komisjach nowego egipskiego parlamentu, zdominowanego przez partie
islamskie, trwają prace nad ustawą dotyczącą praw kobiet. Chodziło o prawo do pośmiertnego stosunku z żoną oraz obniżenie progu wiekowego wymaganego, w przypadku kobiet, do zamążpójścia (miało to być 14 lat). Poza tym parlamentarzyści mieli chcieć zabronić kobietom uczyć się oraz pracować.
2. Zagraniczne media zupełnie bezkrytycznie i bezrefleksyjnie podchwytują temat.
3. Polscy "dziennikarze" z ogromną beztroską przepisują to co napisali ci zagraniczni (szczególne brawa dla Gazety Polskiej)
4. Cała sprawa okazuje się być oczywiście zwykłą dziennikarską kaczką. Zagraniczne media piszą sprostowania i wycofują się z
artykułów o egipskiej nekrofilii. Niestety sprostowania nie są już tak
interesujące, dlatego próżno ich szukać na polskich stronach.
Poza tym i tak informacja o tym, że w Egipcie można będzie uprawiać seks z martwą żoną, żyje już własnym memowym życiem:
Podsumowując: jeśli w chwili słabości kusi was, żeby wejść na demotywatory, lepiej już czytajcie Larssona.
Ocena: 2/5
Wydawnictwo: Czarna Owca
Tłumaczenie: Alicja Rosenau
Rok wydania: 2011
"Poza psem, książka jest najlepszym przyjacielem człowieka. Wewnątrz psa jest zbyt ciemno, żeby czytać" Groucho Marx
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo Czarna Owca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo Czarna Owca. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 7 lutego 2013
niedziela, 1 kwietnia 2012
Stieg Larsson - Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet
Podobno byłam jedyną osobą w tym kraju, która nie przeczytała żadnej części sagi Millenium, nie obejrzała filmu i , o zgrozo, nawet nie wiedziała o czym to jest. Dlatego na urodziny (nie mówmy które, bo ku mojemu przerażeniu okazało się, że gdybym chciała zdmuchiwać świeczki, to dla uzbierania odpowiedniej liczby, musiałabym kupić trzy opakowania) dostałam od przyjaciółki zestaw wszystkich trzech części, z nakazem jak najszybszego nadrobienia zaległości i nierobienia już więcej wstydu.
Przeczytałam pierwszą część.
Jeśli macie nadzieję, że wśród 60 milionów posiadaczy tej książki, ja będę tym głosem rozsądku, który powie, że fenomen Millenium jest zupełnie niezrozumiały, zagadka kryminalna prosta jak te, które kiedyś ukazywały się w Kaczorze Donaldzie i w ogóle chała, to lepiej od razu się przyznam, że przez cały sobotni poranek (który trwał do godziny czternastej) nie odbierałam telefonu, udając że jeszcze śpię, a tak naprawdę obudziłam się o dziewiątej i nie udało mi się wyjść z łóżka dopóki nie skończyłam czytać.
O tym, że to historia dziennikarza Mikaela oraz genialnej hakerki, a przy okazji socjopatki, Lisbeth, którzy razem starają się rozwiązać zagadkę kryminalną sprzed lat, wie każdy, więc daruję sobie część "o czym traktuje książka".
Stieg Larsson umarł zanim książka została wydana, ale także zanim naniesione mogły zostać jakiekolwiek poprawki. I to niestety widać. W książce pełno jest długich opisów, które niczemu nie służą, jak szczegółowe wymienianie składników, które lądują na kanapkach bohaterów czy opisy zakupów i to, że zakupiony został np. płyn do soczewek. Nie czytam zbyt często kryminałów, ale z Agathy Christie i Arthura Conan Doyle'a pamiętałam, że takie szczegóły mogą być bardzo istotne, więc starałam się wszystko zapamiętywać. Pamięć mam niestety dosyć dobrą. Niestety, bo okazało się oczywiście, że wszystkie te detale nie miały żadnego znaczenia.
Kolejną rzeczą, nad którą nie da się przejść obojętnie jest wszechobecność produktów firmy Apple, z których korzystają bohaterowie. Każdy ma iBooka, a na prezent najlepszy jest iPod. Już po dwudziestu stronach wiadomo, że autor jest absolutnym Apple fanem. W pewnym momencie jednak pojawia się fragment, po którym zastanawiałam się, czy nie ma tu miejsca lokowanie produktu i to takie najniższych lotów:
"Nic dziwnego więc, że zdecydowała się na najlepsze w tej sytuacji wyjście: właśnie lansowany Apple PowerBook G4/1.0 GHz w aluminiowej obudowie, wyposażony w procesor PowerPC 7451 z AltiVec Velocity Engine, z dziewięćsetsześćdziesięciomegabajtową pamięcią RAM [...]"
I w tym stylu, aż do następnej strony, ale tego wam już oszczędzę. Jakby ktoś jednak się zastanawiał nad kupnem, to odsyłam na strony 239 i 240.
Poza Apple'ową indoktrynacją, można też poćwiczyć angielski, bo co chwila pojawiają się pojedyncze słowa po angielsku, a co jakiś czas nawet całe zdania:
"Bjurman był a serious Pain in the Ass i - jak sądziła - urósł do rangi Major Problem"
"Fuck that - zdecydowała"
No zupełnie jakby się czytało pamiętniki Joanny Krupy.
Od strony stylistycznej, jak widać, książka to typowe"sanki po betonie", czyli zgrzyta. Głównym winowajcą jest oczywiście pan Larsson. Całej sprawie nie pomogła też jego nagła śmierć i niemożność naniesienia większych poprawek edytorskich. Do tego wszystkiego w polskiej wersji językowej książkę dobiła jeszcze tłumaczka. Co jakiś czas można natknąć się na takie koszmarki jak: "zaszyli się w chatce Mikaela, gdzie rozpalili ogień w kominku, włączyli muzykę Elvisa i oddali się uprawianiu seksu", bohaterowie nagminnie rozpoczynają zdania od słowa "ta...", natomiast kochankowie w łóżku rozmawiają o "dupie Maryni".
No dobrze. Czyli wszystko źle, a ja mimo to byłam gotowa zerwać na jakiś czas wszelkie kontakty z bliskimi, tylko, żeby jak najszybciej skończyć czytać. No cóż, styl kiepski, ale zagadka kryminalna jest naprawdę świetna i trzyma w napięciu do ostatnich stron.
Nie mam nic na swoją obronę.
Millenium to pure entertainment i niech będzie taką moją guilty pleasure, do której przecież każdy ma prawo, right?
Ocena: 3/5
Wydawnictwo Czarna Owca
Tłumaczenie: Beata Walczak-Larsson
Rok wydania: 2012
Subskrybuj:
Posty (Atom)

