Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 kwietnia 2014

Scott Carney - Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci

Cierpienie zwierząt jest o wiele bardziej medialne niż cierpienie ludzi. Wystarczy spojrzeć na to, jakim zainteresowaniem cieszą się działania organizacji broniących praw zwierząt, a jakim działania organizacji broniących praw człowieka.
Wiadomo, zwierzęta nie mogą same bronić swoich praw, natomiast ludzie już tak. Rodząc się człowiekiem masz takie same szanse jak każdy inny człowiek, twoje życie należy tylko do ciebie, jesteś kowalem własnego losu i możesz być kim chcesz! Jeśli dzieje ci się krzywda, możesz zaprotestować i zostaniesz usłyszany. Jeśli więc mając tę całą gamę możliwości, mimo to wybierasz karierę surogatki w ośrodku matek zastępczych w Indiach albo łamiąc prawo (bo sprzedaż organów jest nielegalna) postanawiasz dorobić się na sprzedaży własnej nerki albo zajmujesz się sprzedażą swoich własnych komórek jajowych to co najwyżej możemy opowiedzieć o twoim przypadku w trakcie wykładu pt. "Strategie zawodowe które doprowadzą cię donikąd".
Właśnie o tych przegrańcach, którzy nie mają żadnego innego pomysłu na wspięcie się na kolejny szczebel drabiny społecznej, jak tylko wysyłanie tam siebie po kawałeczku (a to nerka przeszczepiana bogatemu Amerykaninowi, a to komórka jajowa dla jego żony) jest książka Scotta Carneya.

Historie opisujące kradzieże kości z grobów, handel nerkami czy porywanie ludzi dla krwi, w świadomości większości z nas funkcjonują gdzieś w odległym świecie miejskich legend i historii z dreszczykiem, które opowiadaliśmy sobie wieczorem na koloniach. Dlatego nawet mimo tego, że Scott Carney posługuje się bardzo rzeczowym językiem, nie próbuje grać na naszych emocjach ani nęcić nas tanią sensacją, zajmuje chwilę, aby zrozumieć, że kiedy skończymy czytać nie będziemy mogli zamknąć Czerwonego rynku i z westchnieniem ulgi powiedzieć: dobrze, że takie rzeczy nie dzieją się naprawdę. Nie możemy nawet pocieszać się tym, że historie opisane przez Carneya to jakieś pojedyncze przypadki. To co opisuje autor to ogromny świetnie prosperujący rynek, a popyt na produkty oferowane przez ten rynek będzie cały czas wzrastał. Części ciała to kolejne bogactwo naturalne globalnego Południa, które bez zahamowań eksploatujemy.

Zażarty przeciwnik transplantologii - filozof Bogusław Wolniewicz - nazywa przeszczepianie organów medycznym kanibalizmem. Nie podzielam podejścia prof. Wolniewicza do transplantologii jako takiej (w ogóle między mną a prof. Wolniewiczem jest światopoglądowa przepaść nie do pokonania), ale jeśli w jednym krótkim zdaniu miałabym powiedzieć o czym jest ta książka, to użyłabym właśnie terminu medyczny kanibalizm. Jeśli budzi to nieprzyjemne skojarzenia z wyzyskiem, czerpaniem życiodajnych sił kosztem innych ludzi i barbarzyństwem, to dobrze. Tak właśnie miało być.

Ocena: 5/5
Wydawnictwo: Czarne
Przekład: Janusz Ochab
Rok wydania: 2014

sobota, 22 marca 2014

Pozwolę sobie zacytować, odc. 2

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej
Opowiadano mi o nieprzyjemnościach, na jakie się przybysze narażają, zanim nabiorą nawyku do stosowania się do praw i porządków miejscowych, zwłaszcza we względzie stosunków pomiędzy mężczyzną a kobietą. W Polsce we wszystkich trzech zaborach, przewaga znajduje się po stronie męskiej - przewaga łagodzona zwyczajem w sferach towarzyskich wyższych, prawie nieograniczona w niższych. Bijanie, vulgo "pranie", bab przez mężów uważa się za rzecz zwyczajną. Mężowie nie przypuszczają, ażeby im nie wolno być miało kobiet ich wygrzmocić od czasu do czasu. Z wyobrażeniem tym przybywają do Ameryki i doświadczenie - niekiedy gorzkie - naucza ich, że wolność w Ameryce jest we względzie tym niewolą. Mąż nie tylko ręki na żonę podnieść nie ma prawa, ale żona do odpowiedzialności pociągnąć go może nie tylko za bicie, ale nawet za stosowanie do niej wyrazów obelżywych.

Zygmunt Miłkowski - Opowiadanie z wędrówki po koloniach polskich w Ameryce Północnej (Antologia polskiego reportażu XX wieku, tom 1)

czwartek, 10 października 2013

Książką po mapie - Rosja

Surowość rosyjskiego prawa łagodzi brak obowiązku jego przestrzegania - przypominam sobie patrząc na policjantów, z okazji szczytu G20 porozstawianych przy prawie każdym przejściu dla pieszych w Petersburgu. Wydają się zupełnie niezainteresowani przechodniami przebiegającymi na czerwonym świetle, czy tymi przechadzającymi się obok nich z piwem. W ogóle wydaje się, że nic ich specjalnie nie interesuje, a jednak przecież muszą mieć jakąś misję, po coś tu stoją.
Kolejny raz nad paradoksem rosyjskiego prawa zadumałam się siedząc na jachcie zacumowanym w porcie Kronsztad (wyspa Kotlin, 30 km od Petersburga), przyglądając się swojej wizie, na której pieczątka wyjazdowa z Rosji została ozdobiona odręcznie napisanym słowem: anulowano.

Do każdego wyjazdu staram się przygotować czytając odpowiednie lektury (patrz: zeszłoroczna podróż na Bałkany). Tym razem ze względu na miejsce w którym rozpoczynałam rejs (Petersburg, Rosja) wybrałam zbiór reportaży Barbary Włodarczyk Nie ma jednej Rosji, a ze względu na środek transportu, którym miałam dostać się z powrotem do Polski, drugą lekturą był Kurs Czukotka Moniki Witkowskiej.

Książka Moniki Witkowskiej opowiada o rozpoczynającej się w kanadyjskim Inuvik trzymiesięcznej arktycznej wyprawie na rosyjską Czukotkę. Po drodze jest trochę niedźwiedzi polarnych, Inuitów, sztormów, wielorybów, ale mi w pamięć najbardziej zapadła jednak historia opisująca bolesne zderzenie z rosyjskim surowym prawem. Żeby pływać po rosyjskiej Arktyce trzeba mieć masę pozwoleń. Monika Witkowska oczywiście o tym wiedziała i z bardzo dużym wyprzedzeniem wszystkie pozwolenia pozałatwiała. Przynajmniej tak jej się wydawało. Niestety, gdy wraz ze swoim współtowarzyszem podróży - szwedem Börje dopłynęli do czukockiego miasta Pewek, zostali natychmiast aresztowani i postawieni przed rosyjskim sądem. Rosjanie stwierdzili, że pozwolenia są nieważne i że obejmowały one przybycie do Pewek drogą powietrzną, a nie morską. Oczywiście tłumaczenia, że przecież od początku wiadomo było, że przypłyną jachtem i że służby z którymi kontaktowała się pani Witkowska dostały wszystkie dokumenty jachtu, na nic się nie zdały. Żeglarzom nakazano natychmiastowe opuszczenie wód rosyjskich, a dodatkowo zasądzono karę pieniężną i pięcioletni zakaz wstępu na teren Federacji Rosyjskiej. W drodze powrotnej jacht był eskortowany przez ogromny (w porównaniu z dziesięciometrową łupinką którą płynęli żeglarze) statek straży przybrzeżnej, załoga została raz jeszcze aresztowana (powody równie niejasne jak za pierwszym razem), a na końcu na pokład jachtu, do pilnowania niezwykle niebezpiecznej załogi, został przydzielony matros z kałasznikowem, a sam jacht został wzięty na hol przez wcześniej wspomniany statek straży przybrzeżnej. 

Historia naszego jachtu nie jest aż tak spektakularna. 
9 września wyruszyliśmy z Petersburga. Cel: Polska. Po drodze parę przystanków. Pierwszym, przymusowym był Kronsztad, gdzie miała odbyć się odprawa celna. Gdy zacumowaliśmy, na brzegu czekali już na nas funkcjonariusze służby granicznej, mili i uśmiechnięci. Odprawa trochę trwała, ale wszystko wyglądało dobrze: jacht został przejrzany przez celnika, w naszych paszportach pojawiły się pieczątki wyjazdowe. Czekamy już tylko na kapitana. W końcu wraca z dokumentami naszego jachtu i oznajmia, że... nigdzie nie płyniemy. Z dokumentów wynika, że jacht od dwóch miesięcy jest nielegalnie na terenie Federacji Rosyjskiej (nasz rejs był ostatnim etapem trwającej od czerwca Ekspedycji Rosyjska Arktyka). Okazuje się, że data wygaśnięcia wizy pierwszego kapitana została uznana również za datę do której nasz jacht powinien był opuścić wody terytorialne Rosji. Tłumaczenia, że przecież jeden jacht może mieć kilku kapitanów rozbijały się o mur rosyjskiej biurokracji. Co ciekawe, tego jawnego naruszenia prawa nikt jakoś nie zauważył w Murmańsku, gdzie podczas jednego z wcześniejszych etapów aresztowano nasz jacht.
Decyzje co do tego co się z nami stanie zmieniały się co chwila: na początku mieliśmy czekać trzy dni, potem zdecydowano, że po zapłaceniu kary będziemy mogli odpłynąć już następnego dnia do godziny osiemnastej. Po tym jak usłyszeliśmy te relatywnie dobre wieści postanowiliśmy uszczuplić trochę jachtowe zapasy alkoholu i w ten sposób umilić sobie pobyt w porcie Kronsztad, którego nie wolno nam było nawet zwiedzić. Następnego dnia rano nasz kapitan został wezwany na dalsze wyjaśnienia. Licząc na szybkie rozwiązanie sprawy poszedł z celnikami tak jak stał, czyli w klapkach i bez komórki. Dobrze, że chociaż śniadanie zdążył zjeść, bo z "wyjaśnień" wypuszczono go głodnego i spragnionego dopiero 8 godzin później, około godziny 19.

Nasz jacht w porcie Kronsztad (fot. Łukasz Ejsmont)
Może i lepiej, że kapitan nie wziął komórki, bo przynajmniej żyliśmy w błogiej nieświadomości podczas gdy zapadały kolejne coraz bardziej absurdalne decyzje dotyczące naszego losu. W najgorszej wersji jacht miał być aresztowany na 30 dni, a my natychmiast przetransportowani na lotnisko i wsadzeni do najbliższego samolotu do Polski (oczywiście na nasz koszt).
Na szczęście z odsieczą przyszedł zaprzyjaźniony rosyjski żeglarz. Po uruchomieniu kilku kontaktów, nagle okazało się, że sprawa jednak nie jest tak poważna. Zostajemy wypuszczeni (razem z jachtem) i nie musimy płacić nawet symbolicznej kary. W naszych paszportach obok anulowanych pieczątek pojawiają się nowe pieczątki wyjazdowe. 

Dwie pieczątki wyjazdowe

Podczas naszej rosyjskiej niewoli, gdy napatrzyłam się już na przepływające obok nas wielkie statki handlowe, wzięłam się za czytanie reportaży Barbary Włodarczyk. Miałam nadzieję, że może tam znajdę odpowiedzi na różne pytania, które zaczęły pojawiać się w mojej głowie odkąd przyjechałam do Rosji; w tym to najważniejsze: dlaczego od ponad doby siedzimy w porcie Kronsztad. Żadnych odpowiedzi oczywiście nie znalazłam, bo wydaje mi się, że nie to było celem tej książki. Barbara Włodarczyk chciała udowodnić, że nie ma jednej Rosji (jedyna Jedna Rosja jaka jest to Единая Россия - największa partia polityczna w kraju) i to jej się udało. Rosja, która wyłania się z jej reportaży, to kraj ogromnych kontrastów i paradoksów. Aby się o tym przekonać wystarczy przejść się po Moskwie: znajdziemy tu z jednej strony getto bogaczy, czyli Rublowkę, której świat poznamy dzięki Julii, kreatorce mody z Moskwy, ale także dworzec Jarosławski, na którym obok innych bezdomnych dzieci wychowuje się mały Wasia - kolejny bohater reportażu. Możemy trafić na manifestację na której skandowane będzie hasło Rosja bez Putina, ale wystarczy odjechać kawałek od Moskwy (bo na warunki rosyjskie 400 km to rzeczywiście tylko kawałek), aby trafić do wioski Bolszaja Jelenia, w której znajduje się siedziba sekty wierzącej w to, że Putin jest zbawcą Rosji oraz kolejnym wcieleniem świętego Pawła. 

Zachęcam do przeczytania książek obu autorek, nawet jeśli nie żeglujecie, ani nie planujecie wyjazdu do Rosji, chociaż jedno i drugie polecam (mimo wszystko).


- Barbara Włodarczyk Nie ma jednej Rosji - moja ocena: 5/5 (książka powstała na podstawie niektórych reportaży ukazujących się w programie Szerokie tory, tym, którzy jeszcze nie zdecydowali czy chcą przeczytać książkę, polecam jeden z odcinków)
- Monika Witkowska Kurs Czukotka - moja ocena 4/5 (dla niezdecydowanych: bardzo ciekawy wywiad z autorką)

niedziela, 9 czerwca 2013

Emma Larkin - Spustoszenie



Pod koniec kwietnia 2008 roku nad Zatoką Bengalską na Oceanie Indyjskim zaczął formować się huragan. Z tworzonej rokrocznie przez zagrożone cyklonem kraje listy imion wybrano pakistańskie Nargis, czyli narcyz. Na przyjęcie niechcianego gościa, który miał być huraganem o średniej sile, szykował się Bangladesz, aż do momentu, gdy 30 kwietnia cyklon nagle dokonał gwałtownego zwrotu na wschód i zaczął zmierzać w kierunku Birmy. Tam też 2 maja wdarł się na ląd, siejąc spustoszenie w gęsto zaludnionej delcie Irawadi.
Okazało się, że nie tylko przewidywania dotyczące kierunku, ale także siły cyklonu były chybione: „huragan o średniej sile” w momencie wejścia na ląd osiągnął już czwartą kategorię (w pięciostopniowej skali Saffira-Simpsona) – prędkość wiatru doszła do 220 kilometrów na godzinę.
Na oferty pomocy nie trzeba było długo czekać, nastąpiła natychmiastowa mobilizacja sił ONZ i organizacji humanitarnych z całego świata. Rządy wielu państw zorganizowały transporty produktów pierwszej potrzeby. Niestety, większość samolotów transportowych pozostała na lotniskach w państwach sąsiadujących z Birmą. Tym, co uniemożliwiło dotarcie pomocy humanitarnej do Birmy był niszczycielski żywioł, ale nie w postaci cyklonu Nargis, a rządzącej krajem od prawie pięćdziesięciu lat junty wojskowej.

W czasie, kiedy większość podań o wizy (szczególnie tych od pracowników organizacji humanitarnych oraz dziennikarzy) zostaje odrzucona, autorce publikującej pod pseudonimem Emma Larkin, udaje się dzięki wizie turystycznej wjechać do pogrążonego w chaosie kraju, już w tydzień po tragedii. Na dotarcie do samej delty, jako rzucająca się w oczy cudzoziemka, nie ma jednak szans. Pozostaje w Rangunie (byłej stolicy kraju), gdzie stara się stworzyć spójny obraz sytuacji, korzystając z tych samych źródeł informacji, które dostępne są mieszkańcom Birmy.
Media w kraju podlegają cenzurze prewencyjnej, rzeczywistość obecna w prasie i telewizji kreowana jest więc przez rząd. Czy można uzyskać wiarygodne informacje czytając The New Light of Myanmar – dziennik będący tubą reżimu? Tak, trzeba tylko wiedzieć jak czytać.

Ko Ye, mój birmański przyjaciel, który jest wydawcą w Rangunie, nauczył mnie kiedyś, że jeśli chcę się dowiedzieć, co naprawdę dzieje się w Birmie, powinnam zwracać uwagę na przemilczenia. Ponieważ prawdziwego obrazu rzeczywistości nie ma ani w gazetach, ani w wieczornych wiadomościach telewizyjnych, łatwiej można go odnaleźć w tym, o czym się nie pisze i czego nie pokazuje – wśród braków i luk.
[...]
Redaktor jednego z tygodników pokazał mi makietę ostatniego numeru, na której cenzorzy powykreślali wszystkie fotografie uznane za „negatywne” (przedstawiające zburzone domy, zatopione łodzie, przerażonych ludzi i tak dalej). Ze stu zdjęć zaakceptowali cztery.

Larkin kolekcjonuje wszelkie możliwe informacje dotyczące cyklonu, poczynając od tych dostępnych w oficjalnych mediach, przez obecne w nielegalnym obiegu filmy nagrywane w delcie, po wszelkie krążące wśród mieszkańców Rangunu plotki i tworzące się na bieżąco miejskie legendy. Z tej na pozór chaotycznej plątaniny, w której „oficjalne doniesienia” mieszają się z mającymi dla autorki nie mniejszą wartość domysłami i powtarzanymi z ust do ust nieprawdopodobnymi historiami, powoli tworzy się spójna relacja, w której bardzo mocno czuć gęstniejącą atmosferę niepewności i strachu, jaka towarzyszyć musiała w tym czasie mieszkańcom Birmy.

W trzy tygodnie po uderzeniu cyklonu kanały informacyjne na całym świecie ogłosiły, że junta wreszcie ustąpiła zezwalając na wpuszczenie do kraju wszystkich organizacji humanitarnych. Wielu mieszkańców Birmy przyjęło tę informację z dużą dozą nieufności, niektórzy stwierdzali zupełnie obojętnie, że jest to kolejne kłamstwo reżimu.
Informacja okazała się prawdziwa, ale tylko częściowo. Pracownicy organizacji humanitarnych rzeczywiście mogli przylecieć do Rangunu, ale tu ich podróż zazwyczaj się kończyła. Zakaz podróżowania do delty Irawadi nadal obowiązywał. Pracownicy organizacji humanitarnych mogli więc snuć się po byłej stolicy kraju próbując jakoś zabić czas (chociaż to też nie było wielkim wyzwaniem, bo zazwyczaj dostawali wizy jedynie na parę dni).

Większość osób, które przeżyły kataklizm, opowiadała o tym jak woda zdarła z nich ubrania: Birmańska wieś jest bardzo konserwatywna, upokorzenia związanego z nagością nie sposób tam zapomnieć. Jednak na równi z ludźmi, huragan obnażył także dyktaturę z całym jej okrucieństwem i hipokryzją. Coś, o czym wiadomo było od lat, nagle stało się zbyt oczywiste, aby móc to dalej ignorować. Nargis zadziałał niczym chłopiec wykrzykujący: król jest nagi!
Na kraj nałożone zostały sankcje gospodarcze, które miały zostać zniesione dopiero, gdy reżim spełni określone wymogi (między innymi uwolni wszystkich więźniów politycznych – w tym najsławniejszą z nich, noblistkę Aung San Suu Kyi).

W 2012 roku, w cztery lata po cyklonie Nargis, partia uwolnionej z aresztu domowego Aung San Suu Kyi zdobyła wszystkie dostępne miejsca w wyborach uzupełniających.
Na naszych oczach zachodzi transformacja. Optymiści mówią o gwałtownych zmianach demokratycznych porównując wydarzenia w Birmie do tych z Polski z 1989 roku. Sceptycy przypominają o tym, że większość miejsc w parlamencie nadal obsadzona jest przez wojskowych, którzy zamienili jedynie mundury na longyi (tradycyjny strój birmański).
Kolejne, tym razem pełne wybory będą miały miejsce w 2015 roku, wtedy też parlament wybierze prezydenta. Obecnie obowiązujące prawo nie pozwala Suu Kyi, jako osobie posiadającej w rodzinie obcokrajowców (jej synowie mają brytyjskie obywatelstwo), kandydować na to stanowisko.
Nie wiadomo jak będą wyglądały dwa najbliższe lata i czy uda się wprowadzić zmiany w konstytucji, ale bez wątpienia kraj uległ już przeobrażeniom. Siejący spustoszenie cyklon okazał się jednocześnie wiatrem odnowy.


Recenzja pierwotnie ukazała się na portalu mandragon.pl 

Ocena: 4/5
Wydawnictwo: Czarne
Tłumaczenie: Agnieszka Nowakowska
Rok wydania: 2013

wtorek, 7 maja 2013

Maciej Wasielewski - Jutro przypłynie królowa

Pan de… prosił biskupa de… o dworek na wsi, gdzie biskup nigdy nie bywał; ów odpowiedział: „Nie wie pan, że człowiek musi mieć jakieś miejsce, gdzie nigdy nie bywa, a gdzie wierzy, że byłby szczęśliwy, gdyby tam był”. Pan de…, po chwili milczenia, odpowiedział: „Słusznie: to właśnie stworzyło reputację Niebu”.*
Czyli wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, albo ładniej ujęte the grass is always greener on the other side, chociaż mi najbardziej się chyba podoba lakoniczne Rimbaudowskie życie jest gdzie indziej.
Dla kolejnych pokoleń hippisów, marzących o życiu w komunie, nie posiadaniu niczego, nie pożądaniu niczego, jedzeniu owoców prosto z drzewa, byciu panem własnego losu i innych rzeczach, o których marzą pokolenia hippisów, miejscem, gdzie trawa jest bardziej zielona była wyspa Pitcairn. Skrawek lądu na Oceanie Spokojnym, znajdujący się mniej więcej po środku niczego, na którym obecnie mieszka 60 osób, prawie do końca XVIII wieku był bezludną wyspą. W 1790 roku postanowili osiedlić się na niej buntownicy z brytyjskiego statku Bounty, wraz z porwanymi po drodze Tahitańczykami. Statek spalili, aby ukryć się przed ewentualnym pościgiem, ale może także, aby zaznaczyć odcięcie się od korony brytyjskiej.

Większość marzących o Pitcairn hippisów oczywiście nigdy tam nie dociera (bo i nie łatwo się tam dostać) i w tym tkwi piękno tej wyspy. Maciejowi Wasielewskiemu jednak udało się tam dotrzeć, a swoją książką Jutro przypłynie królowa niczym Pan de... ze wspomnianej anegdoty, odebrał wielu hippisom i niespełnionym anarchistom to miejsce, w którym nigdy nie bywali, a w którym na pewno byliby szczęśliwi.
Odebrał, bo jak to z takimi miejscami bywa, okazało się, że nigdy nie istniało.

Pitcairn to raj utracony, mocno już gnijąca Arkadia. 
Biblijny Adam zdradził się ze swoim grzechem, starając ukryć się przed Bogiem w rajskim ogrodzie; Pitcairneńczyków zdradza to samo. Im bardziej próbują się ukryć, nie wpuszczając na wyspę dziennikarzy, tym bardziej jasne staje się, że zerwali owoc z drzewa poznania dobra i zła.
Gęstniejąca, duszna i bardzo niepokojąca atmosfera, którą tak dobrze oddaje autor, pozwala nam odczuć, że coś, nie wiemy jeszcze dokładnie co, jest z tym rajem nie tak.
Wiesz, że kiedyś drzewa mandarynkowe były wspólne? - Lu marszczy czoło, jakby zobaczył coś nieprzyjemnego. - Wystarczyło pójść i nazrywać. Kiedyś wszystko było wspólne...
[...]
- ...w soboty organizowaliśmy przyjęcia. Laura piekła chleb, Pennie dusiła kurczaki na mleku kokosowym. Zbieraliśmy się wszyscy, każdy targał krzesło z domu, bo nie było gdzie usiąść. Kiedyś naprawdę byliśmy wspólnotą. W sierpniu obchodziliśmy Święto Melasy. Ścinaliśmy trzcinę cukrową, kruszyliśmy w młynie, a sok przelewaliśmy do donic. Potem gotowaliśmy wywar na otwartym ogniu, w sześciu wannach.
[...] szliśmy na ryby, wracaliśmy z pełną siatką, czterdzieści kilo, starczało dla wszystkich. Smażyliśmy te ryby na wspólnym ogniu, po południu była uczta. Każdy coś przynosił: arbuzy, ciasto chlebowe, mandarynki.
[...] 
- Dziś każdy ma swoje drzewa mandarynkowe. Wiele drzew zostało zatrutych.**
Reportaż Wasielewskiego jest o tym, co wydarzyło się na wyspie Pitcairn, ale jest też o czymś więcej. To kolejny głos w dyskusji nad tym, czy Hobbes miał rację i bez instytucji państwa pogrążylibyśmy się w chaosie? Czy stan natury to wojna każdego z każdym? Czy altruizm leży w naturze ludzkiej? A na koniec, czy wyspa Pitcairn kiedykolwiek rzeczywiście była rajem i czy możliwy jest raj tam, gdzie jest człowiek?
Nie liczcie jednak na jakąkolwiek odpowiedź, Jutro przypłynie królowa to w zasadzie same znaki zapytania, których po przeczytaniu nie da się tak łatwo z siebie strzepnąć, będą was uwierać, obcierać, nie dadzą spokoju. Czytajcie, ale nie mówcie, że nie ostrzegałam.
Każdego dnia słyszę coś nowego, coś, co przeczy wszystkiemu, co do tej pory powiedzieli. Komu wierzyć? Duszno. Pitcairneńczycy są jak wielopokoleniowa rodzina zmuszona żyć w przyciasnym mieszkaniu - knują i zwalczają się po cichu.***
Ocena: 4/5
Wydawnictwo Czarne
Rok wydania: 2013

*Sébastien-Roch Nicolas de Chamfort - "Charaktery i anegdoty"
** Maciej Wasielewski - "Jutro przypłynie królowa"
*** Ibidem

środa, 13 marca 2013

Marek Orzechowski - Belgijska melancholia. Belgia dla nieprzekonanych

Gdybym miała zwyczaj niekupowania książek o brzydkich okładkach, to oszczędzone byłoby mi czytanie Belgijskiej melancholii. Niestety, mam tak, że nie oceniam książki po okładce i mimo rozpikselowanych czekoladek i uciętego zdjęcia Fontanny Silviusa, kupiłam wspomnianą książkę. Co prawda kupiłam i podarowałam w prezencie koleżance, która tak jak ja była w Belgii na Erasmusie, ale potem miałam atak belgijskiej melancholii i książkę od niej pożyczyłam.

Już pierwsze zdanie jest dosyć niepokojące: Każdy był, jest lub będzie w Belgii. A przynajmniej każdy prawdziwy Europejczyk. Na początku myślałam, że może to jakaś metafora, ale chyba jednak nie. Potem autor pisze o stereotypach i o tym, że o Belgii albo nic nie wiemy, albo myślimy kliszami. A potem w 14 kolejnych rozdziałach udowadnia, że on należy do tej drugiej grupy.

Orzechowski który przez lata był korespondentem TVP w Brukseli jest pewien, że odkrył o co w tej Belgii chodzi, wniknął w serca i umysły Belgów i ta niezachwiana pewność wylewa się z każdej strony Belgijskiej melancholii:
To wielkie przywiązanie do domu sprawa, że prawie żaden Belg właściwie nigdy się nie przenosi w nowe, obce miejsce.

Belg jest pragmatykiem i hedonistą jednocześnie, i doskonale wie, co i jak zrobić, aby jego życie pozbawione było udręk i trosk, aby upłynęło mu w możliwie największej harmonii i sprawiło przyjemność.
Poza tym w książce, aż roi się od przedziwnych przemyśleń autora:
Na walońskich wiejskich drogach, w przydrożnych oberżach spotkać można nikomu nieznanych chłopów światowców. Ich wiedza o pobliskiej okolicy jest wiedzą o Belgii i o świecie. Każdy z nich ma wielki świat w swoim małym sercu.
Wystarczy zobaczyć współczesną gigantyczną śluzę w Strépy-Thieu albo w Ronquières, by ulec wrażeniu, że ich budowniczym nie chodziło wyłącznie o technikę, że tak samo chcieli wyrazić w nich stan swojego ducha.
 Ale co jest największym problemem tej książki to to, że Marek Orzechowski po prostu nie umie pisać. Książka jest upstrzona okropnymi makaronizmami: ludzie zapraszają się na dinnery, a do Londynu jadą via Francja. Jak już się zdarzy zdanie całe po polsku, to bardzo często nie ma za bardzo sensu:
Już Pieter Bruegel malował swoich rodaków z pełnymi policzkami, co potwierdzają i dzisiaj wypełnione po brzegi restauracje. (potwierdzają, że Bruegel malował?)
W tym wszystkim za najbardziej urzekający uznaję przedostatni rozdział, w którym autor najpierw pisze o flamandzkiej partii N-VA, potem przechodzi do głośnej sprawy belgijskiego pedofila Marca Dutrouxa, który jak podejrzewano nie działał w pojedynkę, tylko we współpracy z rozbudowaną siatką pedofilską i nagle temat Marca Dutroux zostaje urwany i następny akapit poświęcony już jest elitarnym belgijskim klubom, takim jak Cercle Gaulois, w którym intelektualiści dyskutują o sztuce. Może w ten sposób autor chciał pokazać cały szeroki wachlarz klubów do jakich można należeć w Belgii, poczynając od siatki pedofilskiej, a na Cercle Gaulois kończąc?

Oczywiście dowiedziałam się wielu interesujących rzeczy z tej książki, ale myślę, że dowiedziałabym się ich także z przewodnika i nie straciłabym czasu na czytanie takich rzeczy:
Kiedy król przejeżdżał obok nas, odeszliśmy od kamery i z szacunkiem należnym Albertowi wyciągnęliśmy  do niego ręce w geście pozdrowienia. Nasz przyjazny gest król natychmiast z sympatią odwzajemnił. Wówczas mój kamerzysta wykrzyknął: "Vive le Roi!" - Niech żyje król! Na twarzy Alberta pojawił się szeroki uśmiech. Wychylił się z pojazdu, aby uścisnąć nam dłonie, podziękował i zapytał, skąd jesteśmy. Kiedy dowiedział się, że to ekipa Telewizji Polskiej, odkrzyknął "Vive la Pologne!" Skoro tak, to z naszej strony popłynęły w reakcji zwołania na całą ulicę: "Vie la Roi et vive la Belgique!" I król, odwracając się do nas raz jeszcze z pojazdu i machając nam przyjaźnie ręką, powieziony został do swoich monarszych obowiązków.

Moja ocena: 2/5
Wydawnictwo: MUZA SA
Rok wydania: 2011

środa, 27 lutego 2013

Wolf Kielich - Podróżniczki. W gorsecie i krynolinie przez dzikie ostępy


Wczoraj obejrzeliśmy z Partnerem Życiowym film Histeria. Romantyczna historia wibratora. O czym jest film, można wywnioskować z tytułu. Po pierwsze jest o histerii, czyli tajemniczej jednostce chorobowej, której symptomy rozciągały się od migren, przez płaczliwość, po chęć edukacji czy posiadanie własnego zdania. Choroba znana już od dawna, w XIX wieku stała się prawdziwą plagą. Oczywiście chorowały tylko kobiety. Nic zresztą dziwnego, bo była to choroba spowodowana najprawdopodobniej przez wędrującą macicę, która uciskała inne organy. Z histerii leczono na różne sposoby, w zależności od nasilenia objawów zalecano między innymi jazdę konną czy huśtanie się na huśtawce, ale świetne wyniki osiągano także dzięki masażowi genitaliów. Pamiętajmy jednak, że był to wiek XIX, w którym od homoseksualistów bardziej bano się już tylko onanistów, więc oczywiście w żadnym wypadku nie zalecano paniom przeprowadzania tej ostatniej terapii na własną rękę. Ten czysto medyczny zabieg nie miał żadnego związku z seksem i wykonywali go lekarze.

Wiek XIX to jednak nie tylko czas wielkiej histerii, ale i wielkich wynalazków. I tak podczas gdy wędrująca macica uniemożliwiała kobietom jakiekolwiek sensowne działania, mężczyźni pozbawieni tego problemu mogli spokojnie się kształcić i wymyślać różne urządzenia ułatwiające życie. Faraday, któremu pewnie żaden zbuntowany organ nie uciskał wątroby, korzystając z tego niedostępnego kobietom fizjologicznego spokoju, odkrył zjawisko indukcji elektromagnetycznej. Potem stworzył pierwszą prądnicę, co zapoczątkowało powolną elektryfikację.
Masaż genitaliów to sprawa dosyć wyczerpująca*, zarówno dla masowanej jak i masującego, dlatego lekarze szybko zaadaptowali nowe odkrycie do swoich potrzeb. I tak, w wielkim skrócie, powstał pierwszy wibrator. I o tym też jest ten film.
Film utrzymany jest w konwencji komedii romantycznej, a takich filmów z zasady nie powinno traktować się zbyt serio. Partner Życiowy był więc raczej sceptyczny wobec tego co wyświetlało się na ekranie naszego telewizora. I trudno mu się dziwić, bo cała historia jest mocno absurdalna. Jest jednak przy tym niestety prawdziwa (przynajmniej ta część o histerii i wibratorze, co do wątku romantycznego, to nie wiem). Podczas gdy Partner Życiowy nie dowierzał, ja od razu uznałam opowieść o powstaniu pierwszego wibratora za bardzo prawdopodobną. Taki stan rzeczy jest spowodowany nie moją wrodzoną naiwnością, a uprzednią lekturą książki Podróżniczki. W gorsecie i krynolinie przez dzikie ostępy. Książki, która równie dobrze mogłaby nosić tytuł Histeryczki. W gorsecie i krynolinie przez dzikie ostępy.

Wolf Kielich opisuje historie XIX-wiecznych podróżniczek. Kobiet, które nie zgadzały się na oferowaną im przez epokę wiktoriańską rolę anioła domowego ogniska i chciały od życia czegoś więcej. Jak widzicie typowy objaw histerii. Może w obawie przed skierowaniem na zabieg wycinania macicy, tym czymś więcej był dla nich wyjazd z kraju. Był to czas kiedy coraz więcej podróżowano, złota era kolonializmu, fascynacja orientem, ale podróżowanie było raczej domeną mężczyzn. O ile mężczyźni mogli oczekiwać, że ktoś zapłaci za ich podróż, o tyle kobiety nie były traktowane jako poważne podróżniczki. Jeśli pragnęły udać się w podróż, musiały przeważnie posiadać fundusze na ten cel. Dlatego podróżowały głównie panie, którym udało się odziedziczyć jakiś majątek. Jednak nie było to regułą. W książce opisane są także historie kobiet, którym udało się wybrać w podróż, mimo braku środków finansowych. Taką kobietą była angielska pielęgniarka Kate Marsden, która swoje życie poświęciła pomocy chorym na trąd mieszkającym na Syberii, a także, moja ulubiona Mary Slessor, wywodząca się z nizin społecznych misjonarka, która bardziej niż na chrystianizacji ludności afrykańskiej, skupiała się no doraźnej pomocy: uczyła kobiety mieszkające w dżungli jak wyzwolić się spod terroru mężczyzn, rozwiązywała spory, leczyła.
W Old Town Mary zaczęła się "afrykanizować", czego wszyscy biali w koloniach unikali za wszelką cenę. Oczywiście opowiadała miejscowym o Bogu białego człowieka, ale sama też chciała wiedzieć wszystko o ich bogach i duchach. Uczyła się o ifot - uprawianiu czarów, i o ziołach mbiadiong, które stosowali czarownicy, aby wypędzać złe duchy i uzdrawiać ludzi.**
Nie każda opisana w książce kobieta budzi sympatię. Bo chyba nie taki był cel tej książki. Myślę, że autor z premedytacją wybrał historie kobiet pochodzących z różnych środowisk i prezentujących różne style podróżowania: od tych podróżujących w warunkach ekstremalnych, bez żadnych wygód, do typowych XIX-wiecznych panienek, takich jak Nina Mazuchelli, znudzona żona duszpasterza wojskowego, pełniącego posługę w Indiach, która zapragnęła wybrać się w Himalaje, nie rezygnując przy tym z bycia damą:
Nawiasem mówiąc, nie miała zamiaru zbytnio się przemęczać. Będąc damą z towarzystwa, zamierzała ubierać się stylowo także w górach. A więc pod szeroką spódnicę wkładała co najmniej dwie halki i gorset zapewniający talię osy, nosiła też kapelusz i buciki na obcasie. Oczywiście wykluczone, żeby w takim stroju godzinami maszerować po skalistym podłożu, postanowiła zatem odbyć drogę w lektyce.
Z bycia gentlemanem nie zamierzał rezygnować także jej mąż:
Zażądał, aby dla Europejczyków zabrano żelazne łóżka, nalegał też, żeby codziennie serwowano obiad elegancko, na porcelanowej zastawie, ze "wszystkimi nieodzownymi atrybutami dobrze wychowanego Europejczyka, gdziekolwiek by przebywał".

Autorowi udało się poprzez historie zupełnie różnych od siebie kobiet, przedstawić obraz epoki wiktoriańskiej z całym jej przepychem, ogromnymi nierównościami społecznymi i przytłaczającą hipokryzją. Nie każdą z opisywanych kobiet nazwałabym podróżniczką, były wśród nich prawdziwe XIX-wieczne gorszycielki, ale także kobiety delikatnie tylko naginające panujące normy obyczajowe. Każda jednak poluzowała choć trochę mocno ściskający je gorset konwenansów, aby wreszcie móc wziąć głębszy oddech.
Nigdy nie rozumiałam, co to za szczęście dożyć późnej starości. Zawsze - nawet w najszczęśliwszych okolicznościach - uważałam, że to smutne i nie widzę nic strasznego w myśli, że pogodnie i odważnie przyjmę swój koniec od kulki lub pchnięcia nożem, zamiast wieść nudną egzystencję, którą tak często widzę wokół siebie. [...] Nie spieszno mi umierać, ale jeśli tak się zdarzy, trudno. Lepiej żyć krótko, ale wesoło!

Ocena: 4/5
Wydawnictwo: W.A.B.
Tłumaczenie: Małgorzata Diederen-Woźniak
Rok wydania: 2013
 
* Już się cieszę na myśl, że teraz po wpisaniu w wyszukiwarce masaż genitaliów, można będzie trafić na mojego bloga
** Wszystkie cytaty pochodzą z książki Podróżniczki. W gorsecie i krynolinie przez dzikie ostępy. Wolfa Kielicha

niedziela, 17 lutego 2013

Marek Miller - Reporterów sposób na życie

"Na początku był chaos trzeciego roku socjologii na Uniwersytecie Łódzkim. Jak wszyscy moi koledzy musiałem napisać pracę magisterską. Terminy nagliły, a ja ciągle zanurzony byłem w świecie całkiem nierealnych pomysłów i koncepcji. Cały czas kombinowałem przy tym, co by tu zrobić, aby obronić dyplom i nie zanudzić się przy tym na śmierć. Na którymś z kolejnych seminariów zaproponowałem temat: Styl życia reporterów. Ku mojemu zdumieniu i dzięki tolerancji promotora doc. Zbigniewa Bokszańskiego propozycja została zaakceptowana."*

W 1975 roku dwudziestoczteroletni student socjologii stworzył listę dziesięciu ulubionych reporterów, z którymi chciałby przeprowadzić wywiad do swojej pracy magisterskiej. Listę, trzeba powiedzieć bardzo odważną, znalazły się na niej takie nazwiska jak m.in.: Kapuściński, Krall, Szejnert. Miller nie znał osobiście żadnego reportera ze swojej listy, nie wiedział też w jaki sposób się z nimi skontaktować, ani czy zgodzą się z nim rozmawiać. Nie był wtedy jeszcze dziennikarzem, a pierwsze zadanie reporterskie jakie sobie wyznaczył było bardzo ambitne i wymagające. Po pierwsze, będąc zwykłym studentem musiał nawiązać kontakt z już wtedy sławnymi i uznanymi reporterami, a następnie skłonić ich do rozmowy. Po drugie wyobrażam sobie, że pisanie pierwszego w życiu reportażu, pod czujnym i krytycznym okiem mistrzów tego gatunku, mogło być bardzo stresującym doświadczeniem.
Niektórych stres paraliżuje, a innych mobilizuje. Domyślam się, że Marek Miller należy do tych drugich. Obecnie sam już jest uznanym reporterem, a jego praca magisterska przerodziła się w wydaną w 1983 roku książkę Reporterów sposób na życie.

Reportaż jest wyjątkową odmianą dziennikarstwa, jest także wyjątkowym gatunkiem literackim. Mówi się, że reportaż to bękart literatury pięknej i brukowej popołudniówki. Czasami przeważa ten pierwszy czynnik, innym razem drugi. Bywa, że obecność reportera czuje się w jego dziele, często jednak usuwa się on na bok, oddając scenę na wyłączność swoim bohaterom. Jednak nawet jeśli nie wyczuwamy w reportażu obecności jego autora, to on tam zawsze będzie. To on wybiera osoby z którymi przeprowadza wywiad, to jego subiektywny osąd decyduje o tym, które szczegóły są istotne dla całej historii, a które można pominąć. Hemingway pisał, że:
"Żadna historia (w sensie nauki) nie jest pisana uczciwie. Trzeba mieć z nią styczność w danej chwili i można opierać się tylko na tym, co się samemu widziało i śledziło [...] Później wszystko należy już do was, i dobro, i zło, ekstaza, wyrzuty sumienia i smutek, ludzie i miejsca, i jaka była pogoda"
Mimo wszystko reporter często pozostaje w cieniu swoich bohaterów. A książka Marka Millera jest swoistą zabawą w zamianę ról: teraz ja będę pytać, a wy będziecie odpowiadać i to ja wyciągnę wnioski, z którymi możecie się nie zgadzać. Ale to mój reportaż, a wy jesteście jego bohaterami. I mimo wszystko, cała wielka dziesiątka zgodziła się na udział w zabawie.
Myślę, że za wyjaśnienie mogą posłużyć znów słowa Hemingwaya:
"Wasz korespondent jest starym dziennikarzem. To czyni nas wszystkich jedną wielką rodziną. Ale pech klientów polega na tym, że wasz korespondent był czynnym reporterem i jako taki zazdrościł felietonistom, że wolno im było pisać o sobie. Kiedy przychodziły gazety, wasz korespondent czytał ple-ple pióra swojego naówczas ulubionego felietonisty na temat jego samego, jego dziecka, tego, co myślał i jak to myślał..."
Chociaż może lepiej pasuje tu wypowiedź Ryszarda Wójcika:
"[...] u nas istnieje taka zawodowa kategoria samotności, tzn. pozorność bycia razem z innymi, samotność w tłumie. Oto żyję życiem innych ludzi. [...] to ja jestem im potrzebny. Nigdy odwrotnie. Oni mnie w pewnym momencie przestają być potrzebni. Po prostu nagle widzę, że dla nich nie istnieję. Usiłuję się do nich przebić ze swoimi problemami, ale to trafia w próżnię."
I tak Marek Miller jest jak pacjent, który przychodzi do lekarza, aby spytać go jak się czuje. A rozmówcy Millera może z wdzięczności, a może z ciekawości, co z tego wyjdzie, opowiadają o tym co ich gryzie, co im przeszkadza, co ich cieszy, jakie cechy charakteru ich zdaniem tworzą dobrego reportera i czy da się rozpoznać reportera po ubraniu. Tak tworzy się całościowy obraz ludzi wykonujących ten zawód, nie jest to jednak obraz spójny. Jedni uważają, że reporter powinien notować, ale nie powinien nagrywać, inni nie mają nic przeciwko magnetofonom (przypominam, że były to lata 80.), Ryszard Kapuściński z kolei reprezentuje najbardziej radykalną szkołę - nienotujących i nienagrywających:
"Ryszard Kapuściński nie notuje programowo twierdząc, że to, czego nie zapamiętał, najwidoczniej nie zasługuje na wzmiankę w reportażu"
Reporter kojarzy się często z osobą odważną i przebojową, ale okazuje się, że równie dobrze może sprawdzać się w tym zawodzie ktoś cichy i nieśmiały:
"Mnie pomaga chyba to, że jestem z natury nieśmiały i wyglądam na - jak to określają koledzy - poczciwego imbecyla, że z zasady nigdy nie przeczę swoim rozmówcom, daje mi to duże fory, głównie przy kontaktach z osobami oficjalnymi. Rzecz w tym, że mój rozmówca dochodzi do wniosku po pewnym czasie, że ma do czynienia z absolutnym kretynem, przestaje uważać na to, co mówi , przestaje być taktykiem, zwierza się ze swoich prawdziwych planów i myśli - a my tymczasem, jak w dowcipie garnizonowym z kresów, już tam na niego czekamy [...]"**
We wszystkich jednak wypowiedziach można znaleźć wspólny mianownik, coś co łączy wszystkich reporterów - ciekawość świata i ludzi. Dopóki człowiek ma w sobie tę ciekawość i niemalże dziecięcą umiejętność dziwienia się, ma szansę być dobrym reporterem. A jak ciekawość reportera jest do tego jeszcze spójna z ciekawością czytelnika, wtedy mówimy już o sukcesie.

Ocena: 5/5
Wydawnictwo: Czytelnik
Rok wydania: 1983

* Wszystkie cytaty pochodzą z książki Marka Millera "Reporterów sposób na życie".
** Wypowiedź Stefana Kozickiego

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Wojciech Śmieja - Gorsze światy. Migawki z Europy Środkowo - Wschodniej

Nie jestem pewna kiedy się zakochałam. Wiem jedynie, że nie planowałam tego. To miała być tylko wakacyjna przygoda. Żadnych zobowiązań, tylko dobra zabawa.
Może to było tej nocy, kiedy przypadkowa rumuńska rodzina pozwoliła nam rozbić namiot w swoim ogrodzie.
Mała reprezentacja gościnnej rodziny z Târgu Jiu w Rumunii (kot - prawdziwy szatan, obudził nas o 5 rano urządzając sobie z naszego namiotu zjeżdżalnię)

Chociaż może była to tylko zapowiedź późniejszego wielkiego uczucia. Może prawdziwa miłość narodziła się dopiero wtedy kiedy po raz kolejny zupełnie obca osoba zapewniła nam bezpieczny nocleg. I to nie byle jaki. Gdy w Macedonii udało nam się złapać ostatni autostop tego dnia, chciałyśmy jedynie dojechać jak najbliżej granicy z Bułgarią. Wysiadając z samochodu, wiedziałyśmy tylko, że jest już ciemno, a my jesteśmy w środku jakiegoś małego miasteczka. Nie wiedziałyśmy, że to miasteczko to Kriva Palanka i że zaledwie trzy kilometry dzielą nas od jednego z najbardziej znanych macedońskich monastyrów - klasztoru św. Joakima Osogovskiego. Dwie zbłąkane podróżniczki z ogromnymi plecakami wzbudziły dosyć duże zainteresowanie wśród mieszkańców miasteczka i już za chwilę siedziałyśmy w samochodzie należącym do jednego z nich, który wiózł nas stromą górską drogą do wspomnianego klasztoru. Dzięki uprzejmości przypadkowo spotkanego człowieka spędziłyśmy noc w tym zapierającym dech w piersiach miejscu.







Mogłabym znaleźć jeszcze parę momentów, które podejrzewam o bycie właśnie tymi, które sprawiły, że wakacyjna przygoda przerodziła się w coś więcej. Ale poszukiwanie tej jednej magicznej chwili chyba nie ma sensu. Każdy dzień podróży, którą odbyłam parę lat temu, był ważny i każdy miał swój udział w tym, że pokochałam Bałkany*. Wiem, że wszystko to brzmi bardzo patetycznie, ale patrząc na to jak często w moich pozostałych notkach trywializuję, ironizuję, drwię i szydzę, myślę, że dla równowagi mogę czasami napisać coś bardziej uroczystego, nie wystawiając się tym samym na śmieszność.
Oczywiście nie jestem jedyną, która żywi takie uczucia do tej części świata. W naszym kraju wydaje się wręcz, że nie ma nic bardziej mainstreamowego niż jeżdżenie na Bałkany. Na Polaków natykaliśmy się wszędzie: na stacji benzynowej w Maceodnii, która znajdowała się dokładnie pośrodku niczego, a także w serbskiej miejscowości Požega, gdzie czekając w nocy na pociąg, spotkałam ludzi z którymi pracowałam na jednym piętrze w PANie. Taki stan rzeczy zupełnie mi jednak nie przeszkadza, bo jak śpiewał Wiesław Michnikowski w Kabarecie Starszych Panów:

Jeżeli kochać, to nie indywidualnie,
Jak się zakochać, to tylko we dwóch.
[...]
Więc ty drugiego sobie dobierz amatora,
I wespół w zespół, by żądz moc móc wzmóc. 

I tak dzięki tej kolektywnej miłości Polaków do Półwyspu Bałkańskiego, nie mam problemu ze znalezieniem chętnych do wspólnych podróży, a gdy akurat sama nie podróżuję, mogę czytać o podróżach innych.
Jednym z tych innych, który żądz moc wzmaga jest Wojciech Śmieja. Jego książka Gorsze światy. Migawki z Europy Środkowo-Wschodniej to w dużej mierze opowieści o Bałkanach, ale nie tylko. Znajdziemy tu też historie z Rosji, Ukrainy oraz Polski. Tak naprawdę nie liczy się kraj, liczy się stopień pipidówkowatości miejsca - szanse na to, że dane miejsce zostanie opisane przez Śmieję są odwrotnie proporcjonalne do liczby mieszkańców. Brak asfaltowanej drogi będzie działać tylko na korzyść.
Zadupie w czystej formie, to to czego szuka autor.
Kiedy budząc się w mołdawskiej Styrczy, wciąż w półśnie słyszałem muczenie krowy i gdakanie kury, poczułem się jak dziecko. Uświadomiłem sobie, że dziś ze snu wybijają mnie nawoływania brygad budowlanych lub warkot maszyn.
Zaczynam podejrzewać na czym polega to dziwne przyciąganie, które każe tak wielu młodym Polakom pakować plecaki i snuć się po bałkańskich wioskach. Czy tego chcemy czy nie, za najlepsze czasy nie będziemy wcale uważać tych najlepszych z ekonomicznego czy politycznego punktu widzenia, ale te, kiedy byliśmy młodzi. Stąd też pewnie coraz większa popularność gadżetów rodem z PRLu, których widok moich rodziców napawa obrzydzeniem, a mnie i moich rówieśników nostalgią. I chyba tego właśnie szukamy, tej utraconej krainy dzieciństwa, której ślady można jeszcze znaleźć w bułgarskim barze, na serbskiej stacji kolejowej, czy na czarnogórskim bazarze. Ale i one w końcu ustąpią nowoczesności. Zanim to jednak nastąpi, Wojciech Śmieja chce uratować je od zapomnienia.
Nie kochałbym tych miejsc na mieliźnie dziejów, gdyby nie podmywała ich coraz natarczywiej współczesność, nie chciałbym ich odwiedzić, wiedząc, że nie grozi im unicestwienie.
Autor zabiera nas w podróż po tytułowych Gorszych światach, zaczynając, myślę, że nieprzypadkowo, od reportaży z Polski. Opowiada m.in. o czekającej od 40 latach na zatopienie wsi Myscowa oraz o polskiej myśli technicznej, czyli o tym jak wytwór amatorskiej motoryzacji - łunochód zmotoryzował polskie góry. Po tym powiewie rodzimej egzotyki, przenosimy się dalej do Mołdawii, Rumunii, Serbii, Macedonii, Kosowa, Ukrainy i Rosji.
Śmieja z prawdziwą reporterską intuicją odnajduje rzadko uczęszczane miejsca, pełne niezwykłych ludzi i historii. Jego reportaże to prawdziwe muzeum osobliwości. Zabrakło mi jednak tego, o czym pisze Marek Miller w Reporterów sposobie na życie:
Reporterów interesuje człowiek, rozmawia z człowiekiem, pisze o człowieku. Zawsze gotowy zmienić kąt patrzenia, czuły na każde odchylenie od schematu, na każdą dewiację - często podąża jej śladem. Elastyczny, nie dostosowujący faktów do wcześniejszych hipotez, daje się unosić podstawowemu prądowi swojego tematu.
W Gorszych światach wydaje się czasami jakby autor jechał na miejsce z gotową już historią, a rozmowy z ludźmi miały dodać jej jedynie trochę koloru, ale nie wpływać znacząco na całość. Dlatego co jakiś czas można natknąć się na jakieś dziennikarskie uproszczenie czy nadinterpretację faktów, które nie wpływają znacząco na pozytywny odbiór dzieła, ale trochę chrzęszczą jak ziarenka piasku, które dostały się do jedzonego na plaży loda. 

Ocena: 4/5
Wydawnictwo: Carta Blanca
Rok wydania: 2012

* Tu mogą pojawić się głosy, że Rumunia to już nie Bałkany. To zależy czy patrzymy tylko na położenie geograficzne, czy też na cechy historyczno-kulturowe. Ja mówiąc Bałkany mam na myśli także Rumunię i Mołdawię.

środa, 21 listopada 2012

Anna Wojtacha - Kruchy lód. Dziennikarze na wojnie

Wracamy z krótkich listopadowych wakacji. Straszna mgła więc trzeba jechać powoli. Przerzucam stacje radiowe. Na którejś częstotliwości podają właśnie informacje. Izraelskie naloty na Strefę Gazy, Hamas odpowiada wystrzeliwując rakiety w stronę Izraela. A może to Hamas atakuje Izrael, a Izrael odpowiada nalotem na Strefę Gazy. Nie wiadomo. Spikerka przechodzi do kolejnych informacji, a ja znów przerzucam stację, z głośników wydobywa się już wesoły głos Georgea Michaela, proszący aby go obudzić zanim się pójdzie i zabrać na tańce dziś wieczór.

Przypomina mi się cytat, który gdzieś kiedyś przeczytałam:
Ciężko stwierdzić, czy to na świecie dzieje się coraz gorzej, czy po prostu dziennikarze coraz ciężej pracują*
Konflikt izraelsko palestyński, wojna w Iraku, wojna w Afganistanie, wojna w Gruzji, jesteśmy informowani na bieżąco, wiemy o każdym posunięciu wojsk, każdej wystrzelonej rakiecie. Wszystko to śledzę, chcę wiedzieć co się dzieje na świecie, czytam reportaże z krajów ogarniętych konfliktem, ale podświadomie wypieram myśl, że ktoś po te informacje jeździ, że ktoś na pierwsze doniesienia o konflikcie gdzieś na drugim końcu świata, reaguje natychmiastowym spakowaniem kamizelki kuloodpornej i zamawianiem taksówki na lotnisko.
Pierwszy szok poznawczy przeżyłam oglądając film Oczy wojny (Los ojos de la guerra). Nie dość, że okazało się, że tych ludzi, turystów masakry, jak kiedyś nazwał ich Arturo Pérez-Reverte, których w stan najwyższej gotowości stawia każde doniesienie o wojnie, jest więcej. Okazało się, że sama Hiszpania ma ich wystarczająco dużo, aby można było nakręcić z ich udziałem pełnometrażowy film. W filmie pojawia się też Arturo Pérez-Reverte, który, tu kolejny szok, poza pisaniem książek o szachistach, przez lata pracował jako korespondent wojenny.
Odkrycie instytucji korespondenta wojennego wywołało u mnie szok porównywalny z tym jaki wywołało odkrycie zawodu koronera. Niby wiem, że taki zawód istnieje, stykam się nawet z efektami pracy tych osób, ale podświadomie wypieram pytania: dlaczego, jak i kto?
Oczy wojny otworzyły moje oczy i zafascynowana zapragnęłam wiedzieć więcej.
W momencie, gdy miałam już świadomość istnienia tej odrębnej, tajemniczej kasty dziennikarzy wojennych, nagle zaczęłam zwracać uwagę na ślady jej bytności, jednym z nich była książka "Kruchy lód. Dziennikarze na wojnie", która leżała sobie jak gdyby nigdy nic w księgarni w dziale nowości.

Autorką książki jest Anna Wojtacha, korespondentka wojenna, wcześniej związana z TVN24 i Polsat News, obecnie dziennikarka TVP Info. To ona będzie naszym przewodnikiem po wojnie. Usiądźmy wygodnie, ale lepiej zapnijmy też pasy, bo będzie trzęsło i może być nieprzyjemnie. Warto też wcześniej skorzystać z toalety, bo potem może nie być na to czasu, następny przystanek dopiero za 230 stron. Przed nami Gruzja, Indie, Tajlandia, Izrael oraz Afganistan.
Na okładce widzimy dopisek "relacja na żywo". To świetnie oddaje klimat książki. Wszystko opisane jest w sposób bardzo dynamiczny, po raz pierwszy mam ochotę użyć nawet wyświechtanego sformułowania wartka akcja. Z każdej strony wyczuwa się pośpiech towarzyszący pakowaniu, zmienianiu środków transportu, śledzeniu szybko zmieniającej się sytuacji na wojnie. Momentami, co wrażliwszy czytelnik może dostać zadyszki. Czyta się to jak powieść sensacyjną. Kruchy lód powieścią sensacyjną jednak nie jest.
Przede wszystkim, co nie zawsze można powiedzieć o powieściach sensacyjnych, książka jest napisana bardzo ładnym językiem. Trochę obawiałam się tego debiutu literackiego dziennikarki telewizyjnej, okazało się jednak, że nie było czego. Anna Wojtacha bardzo dobrze radzi sobie z językiem polskim, nie popadając jednocześnie w grafomanię, dzięki czemu żadne zgrzyty stylistyczne nie przeszkadzają w odbiorze treści. Autorka bez zbędnego ubarwiania pokazuje nam realia pracy dziennikarza wojennego: zmęczenie, strach, zespół stresu pourazowego, ale także wracanie po dniu spędzonym na linii frontu do luksusowego hotelu, próby pogodzenia wpisanego w tę pracę pościgu za najlepszą historią z zasadami etyki dziennikarskiej, adrenalina, uzależnienie od wojny.
Wiemy, że po każdym wyjeździe jesteśmy trochę inni, niekoniecznie lepsi, a jednak mimo to pchamy się tam, nie patrząc na konsekwencje.**
Powrót do normalnego życia w Polsce, jest za każdym razem coraz trudniejszy, coraz ciężej rozmawia się ze znajomymi spoza wojennego świata. Trudno narzekać wspólnie na pogodę i rząd, gdy jeszcze parę dni temu siedziało się w szpitalu z Afganką podpaloną przez swojego męża. Łatwiej jest rozmawiać z wąskim gronem ludzi, którzy zrozumieją bo też tam byli, a najlepiej jest pojechać znów na wojnę. Wojtacha nazywa siebie i swoich kolegów po fachu wojennymi ćpunami, pokazuje wojnę jako uzależnienie. A każde uzależnienie jest jak stąpanie po tytułowym kruchym lodzie. W końcu lód może nie wytrzymać.

Wydawnictwo: Carta Blanca
Rok wydania: 2012

Moja ocena: 5/5

Jeśli ktoś nie nadal waha czy warto przeczytać polecam wywiady z Anną Wojtachą:

do obejrzenia
do posłuchania

* tłumaczenie moje, w oryginale brzmi tak: We can't quite decide if the world is growing worse, or if the reporters are just working harder. 
** Anna Wojtacha, Kruchy lód

wtorek, 1 maja 2012

Rebecca Skloot - Nieśmiertelne życie Henrietty Lacks

Studiując biologię w Polsce (a przynajmniej studiując ją tam gdzie ja ją studiowałam), co jakiś czas pomiędzy różne matematyki, chemie, fizjologie wszystkiego i przedmioty z przymiotnikiem "molekularny" w nazwie, dostaje się jakiś przedmiot humanistyczny, żeby można było łyknąć trochę kultury i nabrać ogłady, zanim na długie lata zamknie się w laboratorium czy zaszyje w lesie, śledząc poczynania mysikrólika (Regulus regulus, tak naprawdę ani mysz ani królik).

Niestety w ciągu tych pięciu lat, nie trafiłam na ani jedne zajęcia z tego humanistycznego pakietu, które by swoje zadanie spełniały. Zazwyczaj były to wykłady w stylu tych z filozofii przyrody, na których wykładowca, wpatrzony w sufit, mówił: "Istnieje dziesięć składowych piękna przyrody. Pierwsza składowa to: wschód słońca. Przykład: byłem na Babiej Górze, wschód słońca był piękny", tu następowało opuszczenie wzroku, celem sprawdzenia czy wszyscy notują, a następnie: "druga składowa piękna przyrody...", której już nie poznałam, bo opuściłam salę.
Stąd pewnie wziął się mój humanistyczny niedosyt, który popycha mnie do grafomańskich popisów tutaj.

Okazuje się, że podobny system przymusowych spotkań studentów kierunków ścisłych, z kulturą, istnieje także w USA. Wydaje się jednak, że tam działa to nieco lepiej, co wnioskuję na podstawie felietonu napisanego przez Rebeccę Skloot, autorkę "Nieśmiertelnego życia Henrietty Lacks". W felietonie "The Science of Storytelling" autorka opowiada o tym, jak od najmłodszych lat chciała zostać weterynarzem, pragnienie to nie opuściło jej także w późniejszych latach, konsekwentnie więc kierowała swoją edukacją tak, aby weterynarzem zostać. Wszystko chyba szło po jej myśli, aż do momentu, gdy w college'u do którego uczęszczała, stanęła przed wymogiem zaliczenia zajęć z języka obcego, które można też było zaliczyć, chodząc na zajęcia z kreatywnego pisania (ach ci Amerykanie). Pani Rebecca uznając, że kreatywne pisanie będzie łatwiejsze, wybrała właśnie ten przedmiot. No i wpadła. Zamiast zostać naukowcem postanowiła pisać o nauce.

We wspomnianym felietonie pojawia się zdanie: "Science happens to people, and is done by people". To chyba najlepiej oddaje styl pisania pani Skloot. Poza wyjaśnieniem naukowych faktów, bardzo ważny jest dla niej też pierwiastek ludzki, ci ludzie którzy naukę tworzą, ale także ci, którym nauka się "przydarzyła". Świetnie widać to w jej pierwszej książce "Nieśmiertelne życie Henrietty Lacks", w której opisuje historie niezwykłych odkryć w dziedzinie medycyny, naukowców stojących za tymi odkryciami, ale także ludzi, którzy w naukę zostali przypadkowo wplątani.
Tytułowa Henrietta Lacks, Afroamerykanka, urodzona w Wirginii w 1920 roku, jako dziewiąte dziecko swoich rodziców, w wieku trzydziestu lat sama ma już piątkę dzieci. Rok później umiera z powodu raka szyjki macicy. Po swojej śmierci przyczynia się do niezliczonej ilości odkryć naukowych, od szczepionki na Polio, przez określenie liczby chromosomów znajdujących się w ludzkich komórkach, po mechanizm infekcji HIV i wiele innych.

Wszystko to dzięki komórkom wywodzącym się z jej raka szyjki macicy (tym samym, które doprowadziły do jej śmierci). Zostały one pobrane, podczas jednej z wizyt w szpitalu w którym się leczyła. Z przyczyn, których jeszcze wtedy nie rozumiano, były to pierwsze komórki, z których udało się założyć nieśmiertelną linię komórkową (hodowlę komórek, które mogą przechodzić nieskończenie wiele podziałów). Szybko komórki te, występujące pod nazwą HeLa (od pierwszych liter imienia i nazwiska kobiety, od której je pobrano) stały się, w świecie naukowym, prawdziwym hitem - niewyczerpanym materiałem do badań wszystkiego: wirusów, związków toksycznych czy mechanizmów regulacji komórkowej.
Komórki HeLa uratowały miliony istnień ludzkich, uratowały pewnie też sporo zwierząt, bo w wielu przypadkach to, co dotąd było badane in vivo na zwierzętach, mogło być teraz zbadane in vitro na komórkach Henrietty.
Rebecca Skloot w bardzo przystępny i ciekawy sposób prowadzi czytelnika przez lata odkryć oraz przedstawia nam niezwykłe postaci naukowców stojących za tymi odkryciami.
Henrietta Lacks z mężem
Równolegle snuta jest druga historia, a w zasadzie to historie. Historie tych, którym "nauka się przydarzyła". Zaczyna się od Henrietty Lacks, której komórki zostały pobrane od niej bez wiedzy jej czy jej rodziny.
W dalszych częściach odkrywane są inne niechlubne karty historii odkryć medycznych. Dowiadujemy się m. in. o badaniu Tuskegee, przeprowadzonym w latach 1932 - 1972, na czterystu czarnoskórych mieszkańcach Alabamy, polegającym na obserwacji przebiegu kiły w przypadku braku jej leczenia (nawet gdy terapia była już dostępna).

Wszystko te historie mają na celu zwrócenie uwagi czytelnika, na rzadko poruszany temat rasizmu oraz braku odpowiednich regulacji dotyczących badań przeprowadzanych na ludziach, co często było tłem ważnych historycznych odkryć naukowych.

Rebecca Skloot stara się być bardzo obiektywna, prezentując punkt widzenia obu ze stron: badających i badanych. Świat badań naukowych to nie tylko wielkie odkrycia ratujące życie i następujące po nich Nagrody Nobla. Jest to często mało wdzięczny świat niełatwych wyborów. Można znaleźć w nim wspaniałych ludzi, poświęcających całe swoje życie dla nauki, można znaleźć też ludzi bezwzględnych poświęcających życie innych ludzi dla nauki. Autorka w swojej książce, stawia bardzo ważne pytania natury moralnej, ale odpowiedź na nie pozostawia nam.

Książkę tę polecam tym, którzy lubią krytycznie wypowiadać się na temat bezdusznych naukowców,  przeprowadzających makabryczne doświadczenia na zwierzętach. Polecam ją jednak także tym (do których, przyznaję, czasami zaliczam się ja), którzy z wyższością patrzą na prostych ludzi, ze strachem broniących się przed naukowymi innowacjami. Wszystkim nam przyda się trochę pokory. No chyba, że ktoś jest bez winy, to wtedy niech pierwszy rzuci kamieniem.

Ocena: 5/5

Wydawnictwo Sonia Draga
Rok wydania: 2011

piątek, 16 marca 2012

Beata Pawlikowska - Blondynka na Kubie

„Blondynka na Kubie” to przepięknie wydana przez National Geographic książka Beaty Pawlikowskiej. Książka, w której autorka poza swoją podróżą na Kubę opisuje także historię wyspy, skupiając się na okresie rewolucji oraz postaci Ernesta Che Guevary. Jednym z głównych zadań tej książki, jak i samej wyprawy autorki na Kubę, było zmierzenie się z legendą „Che” i odpowiedzenie na pytanie, kim naprawdę był ten człowiek: zimnym mordercą czy wrażliwym lekarzem?
Książkę pani Beaty przeczytałam jakieś trzy lata temu i muszę powiedzieć, że od tego czasu żadna inna książka nie wzbudziła we mnie aż tylu emocji. Negatywnych emocji, warto by dodać.

Ciężko zdecydować od czego zacząć, zacznę więc od początku, czyli od tytułu „Blondynka na Kubie”. Dopiero po skończonej lekturze dotarło do mnie, że tytuł był swego rodzaju ostrzeżeniem: drogi czytelniku, to nie jest książka o Kubie, to jest książka o mnie z Kubą w tle.
O Kubie i jej mieszkańcach dowiadujemy się z tej książki bardzo mało. Aż za dużo dowiadujemy się za to o pani Pawlikowskiej i jej nadprzyrodzonych zdolnościach, czyniących ją tym kim jest czyli Podróżniczką przez duże „P”. Poza biegłą znajomością angielskiego i hiszpańskiego (czym bezustannie wprawia w osłupienie rodowitych Kubańczyków) autorkę cechuje także niezwykłe obycie, które przejawia się w każdej dziedzinie życia: od targowania ceny za pokój po krojenie ananasa na sposób tubylczy (tak drogi czytelniku, ananasy na Kubie je się zupełnie inaczej niż u nas, oto jak robi to pani Beata: „wprawnymi ruchami obrałam go z łupiny, pokroiłam na plastry i zjadłam”, a oto jakie robi to wrażenie: „podziękowałam oszołomionym sprzedawcom, którzy najwyraźniej po raz pierwszy widzieli w swoim miasteczku podróżującego Europejczyka, który mówił i zachowywał się jak tubylec”). Pani Beata posiada także dwa dodatkowe zmysły: szósty i siódmy! Szósty zmysł to „rodzaj instynktu, z którym przychodzimy na świat” i o ile aby włączyć ten szósty zmysł wystarczy oderwać się od miejskiego zgiełku i pojechać do lasu czy w góry, o tyle z siódmym zmysłem sprawa jest bardziej skomplikowana, bo, jak sama autorka wyznaje, jest to „moc, którą zdobyła u Indian”.

Kolejną super mocą, którą wydaje się pani Beacie, że posiada jest talent pisarski. Dzięki temu przekonaniu, książka obfituje w jeżące włos na głowie złote myśli, takie jak: „życie to nieustająca wędrówka po górach codzienności”, czy upiorne opisy w stylu: „po wypiciu trzeciego mojito, zobaczyłam, że do tańca przyłącza się słony wiatr znad morza i chudy koń zaprzężony do dorożki”.

Jak wspomniałam książka jest jednak nie tylko opisem tego co spotkało panią Pawlikowską na Kubie, ale też tego co jej nie spotkało, ale o czym czytała. Znajdujemy tu parę rozdziałów poświęconych historii rewolucji, no i przede wszystkim urywki z biografii Ernesta Che Guevary, bo dla tych co zapomnieli, celem wyprawy jest odkrycie czy Ernesto był zimnym mordercą czy wrażliwym człowiekiem.
Jeśli wydaje ci się, że jest to pytanie retoryczne, mające być tylko przyczynkiem do dyskusji nad rewolucją, utopijnymi ideami, relatywizmem moralnym czy czymkolwiek innym, to nic bardziej mylnego. Autorka przy całej swojej poetycko-mistycznej naturze, okazuje się być też typem wyjątkowo pragmatycznym, tak więc już w połowie książki udaje jej się odpowiedzieć na to wydawałoby się trudne pytanie. Odpowiedź jest taka: Che był sympatycznym gościem, a wszyscy ludzie, którzy uważają go za mordercę, żyją w tym błędnym przekonaniu, bo ktoś, źle przetłumaczył na angielski JEDNO słowo z jego książki. Pani Beata błąd znalazła. No i pozamiatane. Podobno następną książką będzie „Blondynka w Strefie Gazy”, w której autorka odpowie na pytanie: Jaser Arafat – sympatyczny Noblista czy podły terrorysta?

Nie wiem, co najbardziej zniesmaczyło mnie w tej książce. Myślę, że było to wszystko po trochu: absolutnie nonszalanckie podejście do tematów historycznych, połączone z obietnicą wyjaśnienia spraw dotąd niewyjaśnionych, przyprawione samouwielbieniem autorki i oblane pretensjonalnym stylem. Stworzyło to razem mieszankę zupełnie dla mnie niestrawną.

Ocena: 1/5

wtorek, 6 marca 2012

Mariusz Szczygieł - Zrób sobie raj


Mariusz Szczygieł nie próbuje nas zwodzić, nie ukrywa przed nami kim jest, coming outu dokonuje już w pierwszym rozdziale. Właśnie tak. Znany i lubiany dziennikarz, przyznaje się do bycia czechofilem. Co więcej, na fali szczerości, która takim coming outom zwykle towarzyszy, postanawia napisać książkę o swoim ulubionym kraju, "bez napinania się", niekoniecznie obiektywnie, możliwe, że chaotycznie.
Na swoją obronę ma jedynie myśl Oscara Wilda: "najbardziej nie lubimy ludzi, którzy mają takie same wady jak my", dlatego on lubi Czechów. Bo mają inne wady.
W "Zrób sobie raj" znajdziemy próbę analizy wszystkiego tego, co uważamy za czeskie: od sławnego kolektywnego ateizmu po, wydawałoby się, wiecznie Czechom towarzyszące poczucie humoru.
Dla mnie jednak, "Zrób sobie raj", to nie tylko książka o Czechach, ale także książka o nas, Polakach. Nie ma chyba narodu, który by był bardziej do Czechów niepodobny niż Polacy, "którzy na świat patrzą ze swoją wadą wrodzoną, bo w jednym oku siedzi nam etos, a w drugim patos". Polacy są jak negatyw Czechów (albo Czesi jak negatyw Polaków, jak kto woli), co innego nas cieszy, co innego jest dla nas najważniejsze. Ci, którzy mają dość kroczenia przez życie, w wiecznej gotowości oddania go za Boga i Ojczyznę, pociechy szukają u rubasznych Czechów, gdzie na ojczyznę można się spokojnie wysikać*, a papieża nazwać ludobójcą. Należy jednak uważać, bo na miejscu może okazać się, że Czesi też mają swoje wady. Tylko inne niż nasze.
I o tym właśnie jest ta książka. Albo i nie. "Może jest jeszcze o czymś, ale to już zostawiam Państwu".

* patrz http://www.mariuszszczygiel.com.pl/471,o... (David Černy sika na państwo czeskie)
** wszystkie cytaty - "Zrób sobie raj" Mariusz Szczygieł

Ocena: 4/5