wtorek, 16 października 2012

Jacek Dehnel - Lala

"Już teraz dom w Oliwie wygląda inaczej. A kiedy babcia umrze, a umrze niebawem, i mogę to napisać zupełnie spokojnie, bo po pierwsze, dawno wszyscy pogodziliśmy się z tą myślą, a po drugie, ona i tak tego nigdy nie przeczyta, bo w ogóle już nie czyta, wszystko się zmieni nie do poznania."
Tymi słowami Jacek Dehnel zaczyna powieść "Lala", której główną bohaterką jest jego babcia - Helena Bieniecka.
Babcię poznajemy, gdy dni spędza "siedząc jak stara chińska cesarzowa, niepomna władzy ani powinności", a istnienie u niej wyższych uczuć pozostaje w sferze domysłów autora, tak jak istnienie uczuć u ukwiału czy rafy koralowej.

Tracącą powoli kontakt z rzeczywistością babcię Helenę widzimy tylko przelotnie i szybko o niej zapominamy, bo już za chwilę cofamy się do XIX wieku, gdzie poznajemy dziadka Brokla oraz jego żonę Wandę. Dziadek Brokl co jakiś czas trochę przypadkowo staje się rekinem finansjery, tylko po to, aby nieco później równie przypadkowo wszystko stracić.
Dziadek Brokl jest oczywiście dziadkiem babci Heleny, a nie Jacka Dehnela. Ale nie spodziewajcie się tego rodzaju wyjaśnień w samej książce. Nie spodziewajcie się także jakiejkolwiek chronologii. Tu historia nie jest liniowa, wszystko jest chaotyczne, bez wyraźnego początku czy końca.

Przez pierwszych parę stron, trochę irytowała mnie ta obrana przez autora konwencja. Chciałam wziąć notatnik i wszystko sobie uporządkować, rozrysować drzewa genealogiczne, podopisywać daty. Zanim jednak to zrobiłam, dałam się uwieść opowieści snutej przez Dehnela, a właściwie, to chyba powinnam powiedzieć - przez jego babcię.
Co jakiś czas gubiłam się w gąszczu imion i powiązań rodzinnych, czasami miałam wrażenie, że jakąś opowieść czytam już drugi raz, a w innej z kolei brakuje sporej części.

"Lala" to opowieść zlepiona z historii, które przez lata opowiadała autorowi jego babcia. Ten ogrom wiedzy można było oczywiście uporządkować, dodać przypisy i rys historyczny, ale otrzymalibyśmy kolejną suchą biografię.
Jacek Dehnel na taką formę się nie zdecydował. Postanawił zebrać wszystkie opowieści babci, a także skrawki opowieści i zszyć je w jedną całość, bardziej niż reporterską dociekliwością, kierując się sercem. W efekcie otrzymujemy patchworkową kompozycję, która urzeka i hipnotyzuje. Jest dokładnie tak, jakbyśmy to my siedzieli z babcią Heleną i słuchali jej opowieści, popijając herbatę w domu w Oliwie.

Dlatego niczym uderzenie obuchem spada na nas druga część książki, gdzie w opowieści coraz więcej pojawia się teraźniejszości. Wracamy do babci spędzającej całe dnie w fotelu, o której zdążyliśmy już zapomnieć. Bo dzielna i przebojowa "Lala", na której przyjęcie u szacha Persji nie robi żadnego wrażenia, a pod której urokiem był swego czasu sam Gombrowicz, to ta sama osoba co babcia Helena, zmuszona do korzystania z pampersów i wymyślania najbardziej absurdalnych historii, aby ukryć coraz większe dziury w pamięci.

Pojawiały się głosy krytyki związane z obnażaniem przez Jacka Dehnela tak intymnych szczegółów dotyczących starzenia się jego babci.
Ja cieszę się, że pan Jacek to zrobił. Myślę, że tylko tak, był w stanie wytłumaczyć dlaczego pisze tę książkę, która jest swego rodzaju pożegnaniem, zarówno z babcią jak i z pewnym etapem w życiu autora, który powoli staje się przeszłością. Jest to także próba odczarowania śmierci, pozbawienia jej patosu, przedstawienia jako czysto fizjologicznego procesu, dotyczącego jedynie ciała i nie mającego żadnego związku z duszą.
Ta część książki skojarzyła mi się z filmem "33 sceny z życia", w którym Małgorzata Szumowska w podobny sposób próbuje poradzić sobie ze śmiercią swoich rodziców.

Ujawnianie rodzinnych "sekretów" to nie jedyna rzecz, która spotkała się z krytyką czytelników.
Jacek Dehnel jest postacią dosyć kontrowersyjną. Tego faktu trudno było nie zauważyć na spotkaniu Bukklubu w Kordegardzie, na którym omawiana była "Lala", ale omawiane było także życie prywatne autora. Wydawałoby się, że pisarz trzykrotnie nominowany do Nagrody Literackiej Nike, będzie miał spore grono entuzjastów, albo chociaż, że liczba głosów za i przeciw będzie wyrównana. Było jednak inaczej. Dehnelowi dostało się za styl (że pretensjonalny), za to w jaki sposób się ubiera (że konformista, bo tak ubierali się jego przodkowie), za to, że powiela stereotyp polskiej inteligencji, która to zawsze stała po stronie dobra i żyła dobrze zarówno z chłopami jak i z Żydami, aż wreszcie, że wiele historii opisanych w książce wydaje się rozmijać z prawdą.

Jacek Dehnel
Oczywiście nie bronię nikomu własnego zdania i dyskusję w Kordegardzie uważam za bardzo ciekawą. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że niektóre słowa krytyki były trochę wymuszone, jakby na Jacka Dehnela po prostu trzeba było coś znaleźć.

Ja szukać nie będę. Mi się bardzo podobało. Biorę poprawkę na to, że wiele historii, które pojawiły się w "Lali" nie jest do końca prawdziwych, ale o to właśnie chyba chodzi. W tym jest piękno rodzinnych opowieści, które z czasem zaczynają żyć własnym życiem. I Dehnel to piękno uchwycił, oddając tym samym hołd kobiecie, która go wychowała i ukształtowała.
A to, czy fakt, że lubi spacerować po Parku Łazienkowskim, w meloniku i surducie, trzymając za rękę swojego chłopaka, wynika z jego konformizmu czy też właśnie nonkonformizmu, pozostawiam do rozstrzygnięcia dyskusyjnym klubom książkowym.

Ocena: 5/5


Wydawnictwo: W. A. B
Rok wydania: 2006

środa, 10 października 2012

Książką po mapie - Bałkany (część pierwsza)

Na Bałkanach zawsze było jak w kotle, a, że lato jest tam wyjątkowo gorące, często też wrzało i po brzegach kotła spływały strumienie wzajemnych uprzedzeń i nienawiści.
Obecnie jest tam względnie spokojnie, ale wystarczy przejść się ulicami Nowego Sadu i poczytać napisy na murach, czy pojechać na festiwal trąbki w serbskiej Gučy, pełnej serbskich nacjonalistów, aby zrozumieć, że w kotle nadal się gotuje.
Oczywiście gotuje się nie tylko w Serbii. Dawne żale dają o sobie znać także w innych krajach, jak np. Grecji. Opowiadając przy Grekach o podróży do Macedonii można być prawie pewnym, że zostanie się natychmiast poprawionym: "nie Macedonia tylko FYROM" (Grecja nie uznała nazwy Macedonia).
Ciężko to wszystko zrozumieć, a im bardziej się próbuje, tym mniej się rozumie. Trochę jak z czytaniem podręcznika do fizyki (przynajmniej w moim przypadku), gdy już ci się wydaje, że wreszcie rozumiesz, kolejna strona wyprowadza Cię z tego przekonania.
Należy jednak pamiętać, że nigdy nie ma tak, żeby jeden naród był do szpiku zły, a drugi krystalicznie czysty. Jedną rzecz z fizyki zrozumiałam nawet ja: jeśli ciało A działa na ciało B siłą F, to ciało B działa na ciało A siłą o takiej samej wartości i kierunku, lecz o przeciwnym zwrocie.

Sierpień spędziłam zwiedzając Serbię, Czarnogórę oraz Bośnię i Hercegowinę. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym wcześniej nie postanowiła przygotować się do podróży merytorycznie.

Zaczęłam od pisarza bośniackiego Nenada Veličkovića i jego książki:

Koczownicy

W badaniu przeprowadzonym przez UNICEF na grupie 1,5 tys. sarajewskich dzieci w 1993 roku, 55% dzieci wyznaje, że przynajmniej raz strzelał do nich snajper, 66% dzieci znalazło się chociaż raz w sytuacji w której spodziewało się śmierci, a 97% dzieci biorących udział w badaniu, znalazło się chociaż raz w okolicy trwającego ostrzału.
W obliczu takich danych, spodziewalibyśmy się, że książka napisana z punktu widzenia dziecka - nastoletniej Mai, której akcja rozgrywa się podczas trwającego cztery lata oblężenia Sarajewa, będzie wyciskającym łzy z oczu, makabrycznym opisem koszmaru. Tak jednak nie jest.
"Koczownicy" to zupełnie pozbawiony patosu, pełen humoru opis życia rodziny Mai, która schroniła się w czasie oblężenia w Muzeum, byłym miejscu pracy ojca Mai - dyrektora placówki. Tak oto rodzina staję się tytułowymi Koczownikami.
"Osiedle zamknięto, nikt nie może wejść, ani wyjść.
I podzielono je. Jedną część zawłaszczyli Serbowie. To właśnie tam został między innymi mój Profesor Literatury. Ostatnim razem, gdy się słyszeliśmy i wyznałam mu, że nie wiem, co robić, poradził mi: pisz."
I tak oto, Maja postanawia pisać. 
Na początku stara się wytłumaczyć dlaczego wokół niej trwa wojna, ale wszystko wydaje się nie mieć większego sensu, tak jak to, że uzbrojonych Muzułmanów, którzy noszą czerwone fezy, Serbowie nazywają Zielonymi Beretami. Dlatego Maja rezygnuje z prób wyjaśnienia sytuacji politycznej i pozostaje przy opisie życia rodzinnego. A to jest bardzo ciekawe. 
W Muzeum poza Mają mieszka jej przyrodni brat Davor, który twierdzi, że wojna wybuchła, bo "Chorwaci mają Chorwację, Serbowie - Serbię, a Muzułmanie nie mają swojej Muzułmanii", ojciec Mai, który uważa, że "Davor jest osłem, a wojna toczy się dlatego, że Serbowie i Chorwaci chcą podzielić Bośnię między siebie, a następnie wybić i przepędzić Muzułmanów", żona Davora - Sonja, która jest w stanie błogosławionym i głównie na tym się skupia, mama Mai - wegetarianka, praktykująca jogę oraz babcia Greta, która słabo widzi, słabo słyszy i nie ma zębów, co nie przeszkadza jej w jedzeniu wszystkiego co uda jej się znaleźć, a udaje jej się zadziwiająco dużo.
Poza rodziną dyrektora, Muzeum udzieliło schronienia także dwóm starszym panom - nocnemu portierowi Muzeum - Brkićowi, który mówi mało i jego przyjacielowi Juliowi, który mówi dużo.
I tak pod postacią zabawnej kroniki rodzinnej, autor opowiada nam o wojnie, prawie o niej nie mówiąc. 

Jak już pisałam, konflikt, który doprowadził do wojny w Bośni trudno zrozumieć i trudno też zająć jednoznaczne stanowisko, ale tylko dziecko z taką naiwnością potrafi się do tego przyznać i powiedzieć, że to wszystko nie ma sensu, a "król jest nagi". Dlatego ta na pozór lekka i zabawna książka, mówi nam więcej o wojnie niż niejedna poważna publikacja.
Warto przeczytać, nawet jeśli do Bośni się nie wybieracie.

Ocena: 4/5

Wydawnictwo Czarne
Tłumaczenie: Dorota Jovanka Ćirlić
Rok wydania: 2005

Następnie przyszedł czas na książkę serbskiego autora Momo Kapora:

Blokada Belgradu

W maju 1992 roku Rada Bezpieczeństwa ONZ nałożyła na Jugosławię embargo, co miało zmusić Belgrad do wstrzymania pomocy udzielanej bośniackim Serbom. Co działo się dalej wszyscy wiemy, a jeśli ktoś nie wie, polecam wpisanie w wyszukiwarce haseł: "Srebrenica" czy "oblężenie Sarajewa".
Wydaje się, że nakładanie takich sankcji przez ONZ (które stało się bardzo popularną metodą pokojowego rozwiązywania konfliktów, poczynając od lat 90 tych), służy głównie temu, aby "zachód" mógł lepiej spać, bo na wschodzie w tym czasie bez zmian.

Nie można jednak powiedzieć, że nałożone przez ONZ sankcje nie przyniosły żadnych efektów, Momo Kapor napisał na przykład, na kanwie przeżyć związanych z embargiem, książkę.
"Blokada Belgradu" opowiada o pierwszych dwudziestu tygodniach blokady.
Jest to opis bardzo subiektywny, nie oczekujcie dziennikarskiej rzetelności.

"Nikt nie wie, skąd, jak i dlaczego w przeddzień Wielkiej Blokady niespodziewanie przybyło do Belgradu około dziesięciu orkiestr dętych ze wszystkich zakątków Serbii [...] Wydawało się, że to nie orkiestry, lecz cała Serbia w pisku lśniących instrumentów wyrzuca z siebie nagromadzone poniżenie, mękę, rozpacz, gniew i przekorę. Prosto do nieba."

Kapor mówi dużo o upokorzeniu, które stało się udziałem Serbów, ale także o tym, jak Serbowie od zawsze żyli w warunkach blokady. O tym jak Serbów zabijano, a oni milczeli, a gdy wreszcie chwycili za broń, cały świat obraca się przeciwko nim.

Bardzo długo zastanawiałam się, co myśleć o tej książce. Czytałam ją w podróży, część w Serbii, a część już w Bośni i Hercegowinie. W Serbii w oczy bardzo rzuca się mocny nacjonalizm - szczególnie widoczny na festiwalu trąbki w Gučy. I nie chodzi mi o powiewające flagi, bardziej o koszulki z napisem "Kosovo jest Serbskie", bo swastyki wymalowane na murach, to jeszcze inna historia. W Bośniackim Sarajewie, zamiast swastyk w murach są dziury, pamiątki po oblężeniu. W stolicy Bośni poszliśmy też na wystawę dotyczącą Srebrenicy. Wszystko to nie stworzyło dobrego środowiska do wydawania obiektywnych osądów. Chodząc po wąskich uliczkach Sarajewa, trudno było myśleć ciepło o Serbach. Dlatego z recenzją moich bałkańskich lektur czekałam tak długo.

Dobrze jednak, że poczekałam. W trakcie podróży mój stosunek do "Blokady Belgradu" był bardzo negatywny, uważałam za szczyt bezczelności rozwodzenie się na temat tego, że z powodu embarga, zamiast francuskiej bagietki trzeba będzie jeść swojską Proję podczas gdy w Sarajewie można było zginąć starając się zdobyć chleb*.

Teraz gdy emocje już trochę opadły, udało mi się spojrzeć na książkę Kapora z innej perspektywy. To nie jest książka o konflikcie serbsko-bośniackim. To książka o odwiecznej walce wschodu z zachodem, o bolesnym zderzaniu się dwóch kultur. A także o nieudolnych próbach zaprowadzenia przez ONZ porządku na Bałkanach.
Myślę, że najlepszym podsumowaniem, będzie cytat, który zobaczyłam na wystawie o Srebrenicy:
"All that is necessary for the triumph of evil is that good men do nothing"

 
Jeden z napisów na ścianie w Srebrenicy, w miejscu gdzie stacjonowały siły holenderskie
To czego zabrakło mi w "Blokadzie Belgradu" to porządna przedmowa i posłowie. Przedmowa, która jest w książce, to głównie pochwała autora (i tak też została zatytułowana), a posłowia w ogóle nie ma. A jest to książka pełna subtelnych metafor, odniesień kulturowych i politycznych, z których duża część, może być dla polskiego czytelnika niezrozumiała. Szkoda, bo wstęp i przypisy były pisane przez Serba - Branko Ćirlića, więc błędem wydawnictwa Dialog było nie danie mu jeszcze kilku stron na posłowie. Ale zauważyłam, że tak jak kiedyś dodawanie posłowia było bardzo popularną praktyką, tak teraz coraz częściej się z tego rezygnuje.
Na koniec jeszcze - jeden z moich ulubionych cytatów z "Blokady Belgradu":


"W filmie "Trzeci człowiek" Carola Reeda jest taka scena, w której na szczycie ogromnej, zatrzymanej karuzeli w wiedeńskim Praterze rozmawiają Orson Welles (powojenny przemytnik podrabianej penicyliny) i Josef Kotn, oskarżający go o śmierć, którą spowodował, bogacąc się na cudzym nieszczęściu. Pod nimi, głęboko w dole pełzająca masa ludzi, nie większych od mrówek...
- Czy wziąłbyś sto tysięcy dolarów, żeby niektóre z tych punktów zniknęły? - pyta Orson Welles.
I faktycznie, to co zrobił tym bezimiennym, czarnym punktom nie przypomina strasznej zbrodni! My nie widzimy ich twarzy. Jesteśmy zbyt wysoko."

Chyba dlatego właśnie warto czytać takie książki. Aby bezimienne, czarne punkty, stały się wreszcie, w naszej świadomości, prawdziwymi ludźmi i aby to co działo się na Bałkanach już nigdy się nie powtórzyło.

Ocena: 4/5

Wydawnictwo Akademickie DIALOG
Tłumaczenie: Elżbieta Ćirlić
Rok wydania: 2001

*27 maja 1992 w wyniku ostrzału 18 osób zginęło, stojąc w kolejce po chleb
"W Sarajewie
wiosną 1992 roku
wszystko jest możliwe;
stajesz w kolejce po chleb
a kończysz na traumatologii
z obciętą nogą.
I mówisz; ale miałem szczęście.
"

— Izet Sarajlić, Szczęście po sarajewsku

poniedziałek, 8 października 2012

Yvvette Edwards - A Cupboard Full Of Coats

Pewnego dnia do drzwi Jinx (ang. przekleństwo, fatum, pechowiec) dzwoni Lemon (ang. cytryna). Nie widzieli się od czternastu lat. Odkąd Jinx zabiła swoją matkę.
Następne trzy dni spędzą razem w domu Jinx, odkrywając powoli przed sobą kolejne sekrety. Nic nie jest takie jakie się wydawało, a każdy ma coś na sumieniu.

Atmosfera trochę jak w klasycznej powieści detektywistycznej. Wszyscy, łącznie z mordercą, są zamknięci w jednym domu. Każdy przedstawia bieg wydarzeń ze swojego punktu widzenia. Opowiadane historie różnią się miedzy sobą, ale także wzajemnie uzupełniają, a czytelnik, aż do ostatnich stron nie może zdecydować, kto jest tym złym.
Trzymająca w napięciu, książka Yvvette Edwards, nie jest jednak powieścią detektywistyczną. Nikt tu nie kłamie. Nikomu nie zależy na ukryciu prawdy, a w szafie nie znajdziemy wisielca. Bo szafa jest pełna płaszczy...

"A Cupboard Full Of Coats" to historia nieszczęśliwej rodziny, pełna skrywanego żalu, zazdrości, przemocy i okrucieństwa. Czyli książka jakich było już tysiące, ale także książka wyjątkowa, bo, cytując Tołstoja, "wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób".

W swojej powieści, Edwards udało się stworzyć niezwykle wiarygodne postaci. Udzielając głosu na zmianę, stonowanemu, posługującemu się dialektem karaibskich imigrantów Lemonowi i znacznie młodszej, targanej sprzecznymi uczuciami Jinx, tworzy bardzo żywą narrację.
Przejmująco wnikliwe portrety psychologiczne, które znaleźć możemy na stronach powieści Yvvette Edwards, były jednym z powodów dla których jej literacki debiut został nominowany w 2011 roku do "The Man Booker Prize", najbardziej prestiżowej nagrody literackiej w Wielkiej Brytanii.

Yvvette Edwards
Yvvette Edwards zaskoczyła mnie swoją przenikliwością i umiejętnością wykreowania tak wyrazistych i nieszablonowych postaci. Jeszcze bardziej zaskoczona byłam, gdy przeczytałam wywiad z autorką, zamieszczony na oficjalnej stronie The Man Booker Prize, w którym opowiada między innymi o tym, jak zawsze marzyła o zostaniu pisarką, ale nigdy nie uważała tego marzenia za coś realnego i o tym jak wreszcie w wieku trzydziestu dziewięciu lat, zdecydowała się jednak wcielić je w życie.

"A Cupboard Full Of Coats", to jedna z lepszych książek jakie przeczytałam w tym roku. Nie została jeszcze przetłumaczona na język polski i nie wiem czy to się kiedykolwiek stanie, więc lepiej nie czekać tylko czytać po angielsku, szczególnie, że jest to jedna z tych powieści, które przy tłumaczeniu mogą bardzo dużo stracić. Bo jak w języku polskim odtworzyć dialekt karaibski?

Każdemu komu potrzebna jest inspiracja i motywacja do działania, polecam wywiad z autorką, a tych którzy mają ochotę na wyzwanie tłumaczeniowe, zachęcam do tłumaczenia powieści Edwards.

Ocena: 4/5

Wydawnictwo: Oneworld
Rok wydania: 2011

piątek, 5 października 2012

Tadeusz Żeleński (Boy) - Nasi okupanci

"Każdemu prawie w Polsce dziś wiadomo, że zjawił się antychryst, noszący miano Tadeusz Żeleński, a pseudonim Boy. Wyklinają go z ambon, wypisują o nim niestworzone rzeczy w różnych mniej lub więcej świątobliwych pismach i pisemkach. Ba, kiedy ów Boy chce wygłosić odczyt, bodaj o poecie sprzed pięciu wieków, urządza się całe krucjaty, aby nie dopuścić do tego zgorszenia."*

Rok temu minęło siedemdziesiąt lat od śmierci Antychrysta, co wiąże się z wygaśnięciem praw autorskich i tym, że możemy sobie Boya teraz legalnie ściągać z internetu (np. z wolnych lektur).
Żeleński z dużym zaangażowaniem przez całe swoje życie walczył o prawa kobiet, o dostęp do antykoncepcji i edukację seksualną, a  za największy problem ówczesnej Polski uważał zbyt dużą ingerencję kościoła w sprawy świeckie.
Poglądy bezbożnika znajdują swoje odzwierciedlenie w jego gorszącej publicystyce.

Nasi okupanci to zbiór artykułów publikowanych przez "Boya" głównie na łamach Wiadomości Literackich.
Porusza w nich różne tematy, niekoniecznie z literaturą związane, takie jak: prace Komisji Kodyfikacyjnej nad nową ustawą małżeńską (projekt Lutostańskiego) oraz ostry wobec niej sprzeciw ze strony kościoła (styl prowadzenia sporów przez przedstawicieli duchowieństwa przez lata się nie zmienił: nowy projekt został nazwany "posiewem bolszewizmu u nas w rodzinie") czy kwestia edukacji seksualnej i regulacji urodzin. Ale znalazły się też artykuły, dotyczące literatury, z których najbardziej zapadły mi w pamięć dwa dotyczące ponadczasowego** dzieła "Co czytać" autorstwa ojca Mariana Pirożyńskiego. "Co czytać", czyli poradnik dla czytających książki, "pierwsza i jedyna w języku polskim zdrowa ocena beletrystyki polskiej i obcej", a w niej takie złote myśli:

"Pitigrilli - Współczesny pornograf; wyuzdanie jego nie zna żadnych granic: Pas cnoty, Kokaina, Obraza moralności, Osiemnaście karatów dziewictwa."
(proszę jednak zauważyć, ile szans ojciec Pirożyński dawał Pitigrilliemu, zanim stwierdził, iż jego wyuzdanie nie zna żadnych granic)
"Poe Edgar Allan - Pisarz amrykański. Pod względem moralnym na ogół bez zarzutu, jednak w powieściach jego często występują nienormalne postacie, nawet upiory, i zachodzą nieprawdopodobne sytuacje, które je dyskwalifikują do użytku młodzieży."
"Tobiczyk Saysse Kazimierz - W śniegach, wrażenia z wycieczek górskich; niezłe. Hindu, autor entuzjastycznie przedstawia buddyzm i tem psuje całą opowieść."
I mój numer jeden:
"Goethe Jan Wolfgang - Poeta niemiecki. Za młodu prowadził życie hulaszcze i rozpustne. Na kanwie tych przeżyć napisał w r. 1774 Cierpienia młodego Werter; on się w niej zakochał, ona wychodzi za mąż, on nadal się w niej kocha i kończy życie samobójstwem. Romans ten był w stylu epoki - rozczulanie się, płakanie, analizowanie siebie - opanował więc współczesne umysły i narobił wiele złego."

Mogłabym tak jeszcze długo, bo dzieło to niezwykłe, ale myślę, że już wystarczy. Każdego zainteresowanego odsyłam do strony redemptorystów.
Lakoniczny styl recenzowania ojca Pirożyńskiego bardzo przypadł mi jednak do gustu, w związku z czym, nie licząc na to, że dogonię mistrza, podejmę próbę naśladownictwa:


Tadeusz Boy-Żeleński -polski lekarz, publicysta, krytyk oraz tłumacz. Zarówno w tłumaczeniach jak i w twórczości własnej, podejmuje się tematów świńskich i bezbożnych. Zachęca do rozpusty, rozwodów, "kontroli urodzin" i przyznawania kobietom praw. Moralna zgnilizna, wysoce niebezpieczna.

Leżącego się nie kopie, więc kończę już drwiny z oczytanego ojca redemptorysty i powracam do meritum.

Teksty Boya są bardzo ciekawe chociażby z samego historycznego punktu widzenia: rzucają nowe światło na sytuację społeczną w dwudziestoleciu międzywojennym. Warto je jednak czytać także ze względu na poruszane w nich problemy, które w dużej mierze są nadal aktualne, ale także ku pokrzepieniu serc, bo na szczęście niektóre aktualne już nie są.
Żeleński kończy "Naszych okupantów" słowami: "są bakterie które zabija się światłem". Jako biologowi, ta metafora wyjątkowo przypadła mi do gustu i niech ona będzie ostatecznym argumentem za tym dlaczego nadal warto czytać Boya.

Ocena: 4/5

* "Nasi okupanci" - Tadeusz Boy-Żeleński
** Owe dzieło nadal jest polecane młodym ludziom "niewyrobionym duchowo" np. na stronie http://redemptorist.w.interia.pl/

czwartek, 13 września 2012

Émile Ajar (Romain Gary) - Życie przed sobą

Głównymi bohaterami powieści Romaina Gary'ego (ukrywającego się pod pseudonimem Émile Ajar*) są pani Roza - stara Żydówka i emerytowana prostytutka oraz jeden z jej wychowanków - muzułmański chłopiec Mohammed, który woli, żeby go nazywać Momo.
Pani Roza czasy świetności ma już za sobą, męczy ją nadmiar kilogramów, wciąż wypadające włosy oraz wspomnienia z czasów wojny. Momo natomiast ma całe życie przed sobą, ale nie wie za to ile życia ma już za sobą, bo nikt nie potrafi powiedzieć ile dokładnie ma lat. Jest jednym z wielu wychowanków pani Rozy, która odchodząc z najstarszego zawodu świata, założyła ochronkę dla dzieci swoich byłych koleżanek po fachu.

Momo większość czasu spędza na ulicach paryskiej dzielnicy imigrantów - Belleville, za najbliższych znajomych mając przedstawicieli imigracyjnych nizin społecznych. Momo nie ma najlepszego zdania o prawach natury, "bo to nieprawda, że w naturze wszystko jest dobrze urządzone. Natura robi byle co i byle komu, czasem nawet sama nie wie, co robi, raz stworzy kwiaty i ptaki, a kiedy indziej starą Żydówkę na szóstym piętrze, która nie może już zejść na dół". Z prawami natury na bakier jest także sąsiadka pani Rozy i Moma - pani Lola, która byłaby najwspanialszą matką na świecie, gdyby nie to, że urodziła się mężczyzną. Ten były senegalski bokser, a obecnie transwestyta, sprzedająca swoje wdzięki w Lasku Bulońskim, nigdy matką nie zostanie i to tylko potwierdza jak źle wszystko jest urządzone.

Gdy poznajemy małego Mohammeda, świat, który dotąd znał powoli się rozpada. Jedyna stała rzecz w jego życiu - pani Roza, z dnia na dzień coraz bardziej podupada na zdrowiu, a dla niego całe życie, które ma przed sobą, wcale nie wygląda jak obietnica czegoś dobrego. Jest dzieckiem ulicy, które życie zdążyło zawieść, zanim tak naprawdę się rozpoczęło. Momo nie zamierza dawać niczego od siebie, ale też niczego już nie oczekuje.
 "Znam facetów w mojej sytuacji, którzy się szarpią siedząc w gównie po uszy, ale ja nie będę życiu dupy lizał, żeby być szczęśliwy. Nie będę go sobie upiększał, mam je gdzieś. Nie jesteśmy sobie nic winni."
Tym bardziej wzruszające jest bezinteresowne oddanie z jakim opiekuje się schorowaną panią Rozą, sprowadzając do niej pana Walumbę, który bębnami próbuje odgonić od niej złe duchy, czy panią Lolę, która próbuje tego samego przy użyciu płyt z muzyką pop.

Nic jednak nie jest w stanie odegnać złego ducha, którym w powieści Gary'ego jest starość. Starość jako stan, kiedy człowiek coraz bardziej traci kontakt ze światem, a świat wcale tego kontaktu nie próbuje odnowić. Ten wątek staje się jeszcze bardziej poruszający, gdy zna się biografię autora, który popełnił samobójstwo w wieku sześćdziesięciu sześciu lat.

"Życie przed sobą" poleciła mi na targach książki pani z wydawnictwa Cyklady mówiąc, że nie można żyć nie przeczytawszy tej książki. Jest to drugie polskie wydanie, któremu wydawnictwo Cyklady zafundowało, poza nową szatą graficzną, także nowe, bardzo dobre tłumaczenie.
Opowieść będąca "hymnem na cześć miłości i człowieczeństwa", dochodzącym prosto z paryskiego rynsztoka, wymagała wielkiej wirtuozerii językowej nie tylko od autora, ale także od tłumacza (w tym przypadku dwóch osób) i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że zadanie zostało spełnione bezbłędnie. Język powieści jest jednocześnie wulgarny i poetycko subtelny, a sama powieść w tym samym czasie śmieszy i wzrusza.

I może da się żyć, nie przeczytawszy tej książki, ale co to za życie?


* Romain Gary pisał pod różnymi pseudonimami, jednym z których był Émile Ajar. W ten sposób chciał przechytrzyć niechętnych mu, od pewnego momentu jego kariery, krytyków. Mówi się, że niechęć krytyków wynikała z przekonań politycznych Gary'ego. Myślę, że udało mu się udowodnić, że polityczne sympatie nie wpływają na warsztat pisarza: jako jedyny otrzymał dwukrotnie literacką Nagrodę Goncourt (którą zgodnie z regulaminem można otrzymać tylko raz). Po raz pierwszy w 1956 za powieść Korzenie nieba (Les racines du ciel), a po raz drugi w 1975 właśnie za Życie przed sobą (La vie devant soi), wydaną już pod pseudonimem.

Ocena: 5/5
Wydawnictwo: Cyklady
Tłumaczenie: Krzysztof i Krystyna Pruscy
Rok wydania: 2005

środa, 18 lipca 2012

O okładkach słów kilka

Jakiś czas temu trafiłam na wpis dotyczący polskich podręczników. Przez polskie szkolnictwo, przeszła fala niezbyt udanych wielkich reform. Co chwila wydawano więc nowe podręczniki, zgodne z nowym programem, dzięki czemu robienie w biznesie wydawniczym w pewnym momencie było pewnie znacznie bardziej opłacalne niż prowadzenie rzeźni. Podejrzewam nawet, że niektórzy rzeźnicy poszli za ciosem i odpowiadają teraz za stronę graficzną wspomnianych podręczników. Walory estetyczne tychże dzieł (o merytorycznych nawet nie wspomnę, bo nie wolno mi się denerwować) są równie nieobecne jak działalność misyjna w drugim programie telewizji polskiej, czy dobre piosenki na płycie zespołu Feel.

Pod wpisem o zeszycie ćwiczeń ktoś napisał: "wiesz, ja jednak nie byłabym aż taką pesymistką – podręczniki to tylko jakiś fragment życia dziecka, jak gdzie indziej ogląda estetyczne rzeczy, to nie musi mieć spaczonego gustu".
Ja jednak jestem pesymistką. Nie wiem, czy korzeni tego naszego narodowego problemu z estetyką należy doszukiwać się w tych nieszczęsnych podręcznikach, czy może znaczenie wcześniej, w poprzednim ustroju. Mi się wydaje, że nasze poczucie estetyki najbardziej zostało skrzywdzone w momencie wyjścia z tego poprzedniego ustroju. Jesteśmy trochę jak taka wiejska dziewczyna, która jadąc do miasta zakłada na siebie najlepsze ubrania, w myśl zasady, że im bardziej kolorowe i błyszczące tym większe zrobi wrażenie.
Widać to w naszej przestrzeni miejskiej, gdzie wszystko jest na bogato, szczególne mamy bogactwo billboardów i galerii handlowych, ale widać to niestety też na okładkach książek.


O ile ta okładka książki Pawlikowskiej mnie bardzo cieszy, bo może będzie swego rodzaju ostrzeżeniem i odwiedzie kogoś od kupna, to gdy coś takiego przydarza się dobrej literaturze, jest mi bardzo przykro.

Ostatnio pisałam o tym jak wydawnictwo Zysk i S-ka skrzywdziło okładką książkę pani Kosmowskiej:


Okazuje się, że wspomniane wydawnictwo ma na swoim koncie więcej takich grzechów. Czego byśmy nie myśleli o Stephenie Kingu, to chyba nie zasłużył on na to, co go ze strony Zysku spotkało:


Są też książki, które jako wyjątkowo dobre zasłużyły na naprawdę dobrą okładkę, a dostały coś co może nie wywołuje odruchu wymiotnego, ale dobre też nie jest. Dla przykładu, świetna książka jaką jest "Tunel" i jej już nie tak świetna okładka:

 A można było tak:

Kolejna świetna książka, "We have always lived in the castle":


Ta powieść utrzymana w konwencji literackiego gotyku, w polskiej wersji otrzymała okładkę przywodzącą na myśl skrzyżowanie powieści detektywistycznych dla młodzieży z "Domkiem na Prerii":


Można by tak bardzo długo, ale, że leżącego się nie kopie, to przejdę już do absolutnego hitu, mojego numeru jeden, czyli ohydnej, psychodelicznej okładki, która mnie skłoniła do napisania tej notki.
Stanisław Barańczak, którego wielbię i podziwiam, tak oto został potraktowany przez Wydawnictwo Poznańskie:


Osobie, która jest za to odpowiedzialna, proponuję odstawienie na jakiś czas substancji psychoaktywnych, a kiedy percepcja wróci już do normy, należy bić się w pierś powtarzając "moja wina".

I tym smutnym akcentem się z wami żegnam, ale obiecuję, że kiedyś będzie też o polskich okładkach, które mi się podobają. Bo przecież nie samą nienawiścią człowiek żyje. Podobno.

sobota, 30 czerwca 2012

Barbara Kosmowska - Niebieski autobus

Co by się stało, gdybyśmy Mikołajka (tego od "Przygód Mikołajka") wyciągnęli z jego francuskiego domu, zmienili mu płeć i pod postacią dziewczynki, ulokowali w lekko patologicznej małomiasteczkowej polskiej rodzinie, w latach sześćdziesiątych?
Pomijając, nieważny w tych czysto hipotetycznych rozważaniach, fakt, że pewnie groziłby nam kryminał za uprowadzenie dziecka oraz przeprowadzanie na nim eksperymentów medycznych, to w efekcie uzyskalibyśmy Miśkę Pietkiewicz, narratorkę powieści "Niebieski autobus".
Miśka w naiwny dziecięcy sposób, który to właśnie tak bardzo przypominał mi "Przygody Mikołajka", przeprowadza nas przez przesiąknięty zapachem samogonu oraz wypełniony kradzionymi sprzętami, świat swojego dzieciństwa. Zapach samogonu unosi się za sprawą pędzącego go tatusia, a kradzione sprzęty trafiają do mieszkania, dzięki wujowi Romanowi. Obaj panowie są tylko kroplą w morzu osobliwości, jakim są ludzie przewijający się przez życie Miśki.

 "Niebieski autobus" nie jest jednak tylko humorystyczną opowiastką o dzieciństwie spędzonym wśród absurdów Polski Ludowej. Miśka dorasta, a Mikołajkowa narracja niepostrzeżenie ustępuje miejsca bardziej dojrzałemu stylowi. Nadal jest jednak lekko i z dużą dawką humoru.
Jak to często bywa, lekki styl wcale nie oznacza, że poruszane są tylko błahe tematy. Kosmowska w bardzo subtelny sposób, unikając patosu, porusza także trudne problemy.

Jest to powieść o ucieczce. Nie tylko od rodziny, która najlepiej zna się na destylacji alkoholu oraz przynoszeniu wstydu, ale także od dusznej atmosfery małego miasteczka, które z każdym rokiem "maleje i kurczy się niczym źle prany sweter. Mechaci od starości tych samych melanżowych splotów zdarzeń, które składają się na bure barwy życia".
Przede wszystkim jednak, jest to powieść o dojrzewaniu i poznawaniu samego siebie. No i o powrotach.

"Niebieski autobus" jest dla mnie zaskoczeniem roku. Książka została bardzo skrzywdzona przez wydawnictwo Zysk i S-ka, okładką, która sugeruje literaturę kobiecą, spod znaku przaśnych romansów z mazurską wsią w tle.


Nic bardziej mylnego, proszę nie dać się zwieść!
Barbara Kosmowska jest świetną pisarką i na szczęście wydawnictwo W.A.B., doceniło ten fakt, decydując się na wznowienie "Niebieskiego autobusu" z, tym razem, zdecydowanie lepszą okładką.


Twórca poprzedniej okładki podobno dostał podwójne dożywocie, na jego dzieła niestety można natknąć się jeszcze w bibliotekach. Jeśli wam się to przydarzy, proszę wypożyczać, okładać w gazetę i czytać, bo warto!

Ocena: 4/5

Wydawnictwo W.A.B
Rok wydania: 2011

A skoro już jesteśmy przy ucieczkach, powrotach i małych miasteczkach to warto posłuchać jednej z moich ulubionych piosenek Pearl Jamu.