piątek, 2 sierpnia 2013

Emmanuel Carrère - Wąsy

Wakacje to okres, kiedy z lubością oddajemy się rozleniwieniu zarówno fizycznemu jak i umysłowemu. Na plażach królują książki niewymagające intelektualnego zaangażowania. Zdarzają się oczywiście tacy, którzy próbują nie dać się tej plażowej degrengoladzie, taszcząc w plecionej torbie opasłe tomy rozważań filozoficznych. Jeśli jednak chwila nieuwagi spowodowała, że wpadliście już w pułapkę sezonu ogórkowego, a wasze mózgi zaczęły delikatnie rozmiękać, jest jeszcze szansa na odwrócenie tej sytuacji, musimy jednak posunąć się do małego podstępu. Do wykonania planu potrzebna będzie nam książka „Wąsy” Emmanuela Carrère.
Układamy się wygodnie na plaży i zaczynamy czytać.

Historia mężczyzny, który pewnego dnia zgolił noszone od lat wąsy i nie dość, że nikt tego nie zauważył, to wszyscy starają się mu wmówić, że wąsów nigdy nie miał. Cóż za absurd! Jeśli w literaturze występowałby sezon ogórkowy to wyglądałby właśnie tak. No, ale trzeba przyznać, że czyta się bardzo przyjemnie, a historia faceta, który zgolił wąsy zaczyna nas wciągać.
Przewracamy się na plecy, opalamy brzuch i czytamy dalej tę zabawną opowiastkę. Ale w pewnym momencie uśmiech schodzi nam z twarzy. To, co przed chwilą wydawało nam się oczywiste już takie nie jest; nie wiemy co jest prawdą i czy w ogóle istnieje coś takiego jak prawda, czujemy, że razem z bohaterem popadamy w paranoję, zanurzamy się w odmętach szaleństwa. A może to nie główny bohater zwariował, może to wszyscy dookoła są obłąkani?
Czujemy się lekko oszukani, bo przecież miało być śmiesznie i przede wszystkim intelektualnie niezobowiązująco, ale nie możemy już przerwać. Nasz mózg powoli wyrywa się z letniego otępienia, czy tego chcemy czy nie. Procesu nie da się zatrzymać.

Efekt pobudzenia intelektualnego utrzymuje się nawet do miesiąca. Może mu towarzyszyć wzmożone łaknienie treści bardziej wymagających. U co wrażliwszych mogą wystąpić: niemożność zaznania spokoju oraz urojenia paranoiczne. W razie gdyby nie ustąpiły po pięciu dniach należy skonsultować się lekarzem lub farmaceutą.
Gratuluję, teraz jesteście już gotowi na opasłe tomy rozważań filozoficznych. Pamiętajcie o kremie z filtrem UV!

Ocena: 5/5
Wydawnictwo Literackie
Tłumacz: Magdalena Kamińska - Maurugeon
Rok wydania: 2013

czwartek, 18 lipca 2013

10 najważniejszych książek mojego życia

Moja siostra właśnie przesłała mi maila, w którym znajdował się efekt zabawy, którą urządzili sobie w pracy. Zabawa polegała na wypisaniu indywidualnej, absolutnie subiektywnej listy dziesięciu najważniejszych książek życia (siostra pracuje w agencji literackiej, gdzie ludzi bawią trochę inne rzeczy niż większość społeczeństwa).
Po otrzymaniu maila dostałam też rozkaz (moja siostra jest bardzo apodyktyczna) stworzenia własnej listy, do czego podeszłam z typowym dla mnie defetyzmem. No bo przecież na pewno zapomnę o jakiejś ważnej książce, a poza tym niektórych książek już nie pamiętam i tylko pamiętam, że mi się podobały i może jednak wcale nie były takie dobre. Siostra zasugerowała, żebym nie brała tego tak na poważnie i po prostu zrobiła listę. 
No to zrobiłam. Jest niepoważna, subiektywna (to oczywiste) i spontaniczna, dlatego jeśli za pół roku znów zdecyduję się na zrobienie takiej listy pewnie będą figurowały na niej inne pozycje. Na dzień dzisiejszy, a w zasadzie to na tę chwilę (godzina 18:41) wydaje mi się, że najważniejszymi książkami w moim życiu są:

1.      Wichrowe wzgórzaEmily Brontë (najmroczniejsza historia miłosna jaką czytałam, żadne tam wzdychanie i czerwienienie się, ale krew i łzy)
2.      Nędznicy – Victor Hugo (ja uważam, że jest to powieść bardzo lewacka, Jan Pospieszalski twierdzi inaczej; skoro podoba się i jemu i mi, to chyba jak mało które dzieło, w pełni zasługuje na wyświechtane miano uniwersalnego)
3.      Mechaniczna pomarańcza - Anthony Burgess (jest kilka takich przypadków, gdzie adaptacja filmowa jest równie dobra co książka, to jeden z nich)
4.   Życie przed sobą – Emile Ajar (mam takie zupełnie nieszkodliwe odchylenie literackie, że bardzo lubię książki, gdzie narratorami są chłopcy doświadczający trudnego dzieciństwa. Mam jeszcze drugą taką ulubioną książkę: Czekając na śnieg w Hawanie. Wyznania kubańskiego chłopca Carlosa Eire, która mi się nie zmieściła w tej dziesiątce, więc będzie tu w nawiasie, jako lektura dodatkowa)
5.      Traktat o łuskaniu fasoli – Wiesław Myśliwski (lubię książki, w których akcja toczy się powoli, jest dużo gadania, wspominania, ładnych metafor itd., Myśliwski lubi natomiast takie książki pisać)
6.      Ludzka skaza – Philip Roth (to samo co wyżej, w tej kategorii dodałabym jeszcze: Czerwone rękawiczki Eginalda Schlattnera)
7.      1984 – George Orwell (dobre pod każdym względem)
8.      Władca pierścieni – JRR Tolkien (zarwane noce, wypieki na twarzy, nieodrobione prace domowe)
9.      Pani Bovary – Gustave Flaubert (wydaje mi się, że nawet płakałam czytając; Madame Bovary, c'est moi!)
10.  Wilk stepowy - Hermann Hesse (jak już pisałam przy okazji Listów do córki Fitzgeralda - mam ogromną słabość do neurotyków i samotników)


Zachęcam do tworzenia własnych list i dzielenia się nimi w komentarzach.

poniedziałek, 15 lipca 2013

Francis Scott Fitzgerald - Listy do córki

Są takie książki, które się czyta i są takie książki, które się podczytuje. Słownik języka polskiego podczytywanie definiuje jako czytanie czegoś powoli, z przerwami, ale często. Oczywiście definicja ta w żaden sposób nie wyczerpuje tematu, bo pozostaje jeszcze kwestia tego jakie książki się podczytuje, a jakich nie i dlaczego. Powód dla którego to zagadnienie nie weszło do definicji podczytywania, jest zapewne taki, że jest to sprawa wysoce indywidualna.
Wnioskując po tym jakie książki znajduję u moich znajomych w toaletach, są tacy dla których sprawą zupełnie normalną jest podczytywanie wszystkiego, nawet powieści (w toaletach moich znajomych króluje fantasy), a są z kolei tacy, którzy czytają konsekwentnie, ściśle trzymając się z góry założonego czytelniczego planu i potrafią jak Rain Man przeczytać książkę telefoniczną podczas jednego posiedzenia, takim przypadkiem jest np. moja siostra, której obca jest idea podczytywania, bez względu na to czy czyta tomik wierszy czy leksykon leków.
Ja jestem gdzieś po środku: powieści czytam, a nie podczytuję, reportaże raczej też, natomiast za lektury stworzone do podczytywania uważam wszelkie zbiory esejów czy felietonów, tomiki wierszy, chaotyczne wspomnienia i dzienniki. Czyli wszystko to co już samo w sobie nosi pewne znamiona niezborności, a więc równie niezborny może być w tym przypadku proces czytelniczy.
Do podczytywanych dochodzą jeszcze książki, które wpadły mi w ręce przypadkowo i sama jeszcze nie jestem pewna czy chcę je czytać tak na poważnie. Podczytywanie jest tu okresem próbnym.

Tak było z Listami do córki Francisa Scotta Fitzgeralda, które znalazłam w bibliotece, gdy szukałam starego tłumaczenia Wielkiego Gatsby'ego. Książkę wypożyczyłam z czystej ciekawości, żeby zobaczyć, czy w listach do córki Fitzgerald używał tego samego języka co w Wielkim Gatsbym.
Szczerze mówiąc z góry założyłam, że nie przeczytam tej książki w całości. Miałam przeczytać kilka listów, zaspokajając tym samym ciekawość. I rzeczywiście na początku Listy... sobie podczytywałam, tak raczej bez zobowiązań, czytając w tym samym czasie na pełen etat jakąś inną książkę. Ale coraz częściej przyłapywałam się na tym, że gdy gdzieś wychodziłam zabierałam ze sobą Listy do córki. Dużo znajomych widziało nas razem na mieście i w końcu nie było już sensu udawać, że to nic poważnego. W bibliotece poprosiłam o przedłużenie książki i przeczytałam całość.
Nie wiem co dokładnie się stało. Wydaje mi się, że chodzi tu o moją słabość do wszelkiej maści neurotyków i samotników. Wreszcie poczułam znów to coś, co towarzyszyło mi przy czytaniu Wilka stepowego. Nie jestem w stanie powiedzieć czym dokładnie to coś jest, ale plasuje się to gdzieś na granicy bólu i radości, tak, że ciężko stwierdzić czy jest to przyjemne uczucie czy nie.

Franics Scott Fitzgerald był bardzo smutnym panem, z drugiej jednak strony był dosyć mocno przekonany o swojej wyjątkowości i ogromnym talencie. To co go zasmucało to przede wszystkim kondycja ludzkości i jego własne zmarnowane życie (wynik niewłaściwych wyborów). Dla niego, tkwiącego nieustannie w dolinie smutku (oraz w chorobie alkoholowej), wydawało się już nie być ratunku, ale młodziutka nieukształtowana jeszcze Scottie, mogła przy jego pomocy ustrzec się wszystkich jego błędów, stając się lepszą wersją swoich rodziców (nie bez znaczenia wydaje mi się to, że córka Francisa Scotta Fitzgeralda nazywała się Frances Scott Fitzgerald). W jednym z listów do żony Zeldy, pisał: Twoje życie jest nieudane tak jak i moje. Ale niechże nasz trud i męka nie idą na marne. Scottie trzeba uratować, jest to najważniejszy rok w jej życiu.

Zelda, Scottie i F. Scott Fitzgerald. Zdjęcie pochodzi z archiwum The Times (http://www.thetimes.co.uk/tto/multimedia/archive/00407/126611400__407872c.jpg)
Najczęściej powtarzającym się w listach do córki wątkiem jest sprawa edukacji młodej Scottie i nieustająca chęć skierowania tej edukacji na właściwe tory. Fitzgerald stale więc doradza swojej córce w tej kwestii. Chociaż nie wiem czy doradzanie to w tym przypadku odpowiednie słowo:
Co się tyczy programu Twojej nauki, to mowy nie ma, żebyś zrezygnowała z matematyki i wybrała najłatwiejszą drogę do Vassar, i została jedną z tych dziewczyn, które nie nadają się do niczego i tak są pozbawione osobowości, że mogą w najlepszym razie służyć innym za lustro.
[...]
Mojej pracy tutaj zawdzięczasz część pieniędzy na opłacenie Vassar, a praca ta jest tak ciężka, że trudno mi się pogodzić z wyrzuceniem pieniędzy na kurs w rodzaju "Angielska proza od roku 1800". Kto nie potrafi samodzielnie czytać, aby poznać angielską literaturę, jest niedorozwinięty - wiesz o tym dobrze.
Zresztą żaden kurs literatury nie był Scottie potrzebny, bo otrzymywała go regularnie w formie korespondencyjnej od swojego ojca, który w równie nieznoszący sprzeciwu sposób, co w przypadku
wyboru zajęć na uczelni, doradzał jej przy dobrze lektur:
Jeśli szukasz antidotum, to przeczytaj "Samotnię" (najlepsza rzecz Dickensa) albo - jeśli chcesz poznać świat uczuć - nie teraz lecz za parę lat - czytaj Dostojewskiego "Braci Karamazow". Zobaczysz, czym może być powieść.
[...]
Żebyś miała pojęcie, jak mnie już nic w życiu nie bawi, przeczytaj sobie opowiadanie Tarkingtona pod tytułem Sinful Dadda Little.
[...]
Zacząłem czytać poleconą mi przez Ciebie powieść Thomasa Wolfe'a. [...] z każdej szpary wyziera jego przerażająca tajemnica, to, co za wszelką cenę chciałby ukryć, a mianowicie, że ten człowiek nie ma nic szczególnego do powiedzenia!
[...]
"Dorian Gray" to niewiele więcej, jak dość przeładowana bajka, która podnieca siedemnastolatków do intelektualnych spekulacji [...] Gdy przeczytasz to kiedyś po raz drugi, to się przekonasz, jakie to w gruncie rzeczy naiwne.
[...]
Czy na przykład czytałaś "Ojca Goriot" albo "Zbrodnię i karę", albo "Dom lalki", albo "Św. Mateusza", albo "Synowie i kochankowie"? Nie wyrobisz sobie dobrego stylu, jeśli co roku nie poznasz kilku pisarzy najwyższej klasy. Albo owszem, wyrobisz sobie jakiś styl, ale nie będzie to amalgamat stopiony podświadomie ze wszystkiego, co obudziło Twój zachwyt, tylko popłuczyny po ostatniej lekturze, rozwodniona żurnalistyczna zupka.
Córce doradzał też w kwestii samego pisania:
Tylu pisarzom - na przykład Conradowi - ogromnie pomogło to, że w młodości uprawiali zawód, który nie miał nic wspólnego z literaturą. Daje to człowiekowi mnóstwo materiału i co najważniejsze - jakiś określony sposób patrzenia na świat. Tyle utworów cierpi dziś na brak materiału poza doświadczeniami z czysto towarzyskiego życia. A świat z reguły to wcale nie to, co zapełnia plaże i kluby sportowe.
[...]
Zwróciło moją uwagę Twoje wyznanie: "...czułam się, jakbym straciła ukochane dziecko". Mój Boże, ile razy w życiu czułem się podobnie. Często myślę, że w pisaniu człowiek tyle daje z siebie, że staje się jakby chudszy, biedniejszy i coraz bardziej rozebrany.
[...]
Nikt nie został pisarzem tylko dlatego, że chciał nim być. Jeśli masz coś do powiedzenia, coś, czego Twoim zdaniem nikt jeszcze nie powiedział, musi w Tobie być tak nieprzeparta chęć wypowiedzi, że w końcu znajdziesz sposób, i to zupełnie nowy, przez nikogo dotąd nie zastosowany, a wtedy rzecz i jej wyraz tak będą mocno ze sobą spojone, jakby myśl i forma rodziły się jednocześnie. [...] Gdy mowa o jakimś nowym stylu, ludzie wydają się zawsze zdumieni czy zaskoczeni jego nowością, ponieważ sądzą, że chodzi tylko o styl, a tymczasem mówią o czymś, co jest próbą wyrażenia nowej idei z taką siłą, że forma zyskuje tę samą oryginalność co myśl.
Wszystkiemu temu towarzyszy jednak swoisty fatalizm i smutek:
Zabawa w amatorski teatr to duża frajda, ale płaci się za nią cenę wprost przerażającą. Tyle z tego będziesz miała, że Ci na końcu powiedzą "dziękuję". Dasz trzy przedstawienia, o których wszyscy natychmiast zapomną, za to ktoś jeden przeżyje kompletne załamanie - a będzie nim taka jak ty entuzjastka.
[...] musimy się sprawdzać tydzień po tygodniu przez całe życie i czasem chciałoby się chwilę odpocząć. Czytałaś kiedy wiersze Christiny Rossetti?
Czy droga ta przez cały czas wije się do góry?
Tak - aż do samego końca

[...]
Wielu ludzi uważa życie za dobrą zabawę. Ja - nie. Ale kiedy miałem lat dwadzieścia i trzydzieści, życie było dla mnie fantastyczną zabawą i uważam, że jest naszym obowiązkiem zgodzić się z pewną dozą esprit na smutek, na tragedię tego świata, w którym żyjemy.
[...]
Cieszę się, że jesteś szczęśliwa - chociaż nie wierzę w szczęście. Nie wierzę również w nieszczęście. Istnieje to tylko na scenie albo na ekranie, albo w książkach, w życiu się nie zdarza.
Całą tę listę rad i przestróg zamyka ta z ostatniego listu, z grudnia 1940 roku, w którym Fitzgerald pisze: Twoi rodzice stanowią dla Ciebie dwa przepiękne złe przykłady. Wystarczy, żebyś nie robiła tego co myśmy robili, a będziesz całkowicie bezpieczna. Kolejnego listu już nie ma - w tym samym miesiącu F. Scott Fitzgerald umiera nagle, w wieku 44 lat. Bezpośrednią przyczyną śmierci jest atak serca, ale podejrzewać można, że jego zły stan zdrowia spowodowała trwająca lata choroba alkoholowa.
[...] wydaje mi się, że w głębi serca jestem przede wszystkim moralistą i naprawdę wolę w jakiejś możliwej do przyjęcia formie pouczać ludzi, zamiast ich bawić.
Ten rok spokojnie można nazwać rokiem Fitzgeralda: do kin weszła nowa adaptacja Wielkiego Gatsby'ego, Znak wydał tę powieść w nowym świetnym tłumaczeniu Jacka Dehnela, w wydawnictwie Amber ukazała się książka Z. Powieść o Zeldzie Fitzgerald, a do księgarni właśnie wchodzi kolejna książka o Zeldzie, tym razem nakładem wydawnictwa Marginesy. I przy tej okazji chciałabym was namówić do tego, aby nie ograniczać się do wydawniczych nowości, ale sięgnąć też po lekko zakurzone Listy do córki. Nie trzeba ich od razu wszystkich czytać, na początek można podczytywać.

Ocena: 4/5
Wydawnictwo: Czytelnik
Tłumaczenie: Ariadna Demkowska-Bohdziewicz
Rok wydania: 1982

poniedziałek, 1 lipca 2013

Jonathan Safran Foer - Zjadanie zwierząt

Nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej ukazała się właśnie książka Zjadanie zwierząt, opowiadająca o tym jak okrutnym biznesem są przemysłowe hodowle zwierząt. Temat przykry, więc podejrzewałam, że może to być lektura emocjonalnie obciążająca. Ale to co mnie spotkało przerosło moje oczekiwania. Jestem zupełnie zdruzgotana! Od paru dni mam problemy ze snem i jedzeniem; gdy już zasnę, budzę się zlana potem.

W książce Foera znaleźć możemy wiele opisów tego jak zwierzęta są traktowane podczas uboju, jak personel ubojni się nad nimi znęca, jak jeszcze żywym odcina różne części ciała, a nawet oddaje na nie mocz (tak przynajmniej twierdzą pracownicy PETA), aż w końcu, po całych tych cierpieniach otrzymujemy produkt w najmniejszym stopniu nie przypominający tego czym kiedyś był.
Mniej więcej coś takiego z książką Zjadanie zwierząt zrobiła jej tłumaczka Dominika Dymińska (tak, ta od Mięsa) i to właśnie jest przyczyną mojego obecnego stanu ducha.
Trudno powiedzieć coś o inteligencji świni przyglądając się pudełku z mieloną wieprzowiną, tak samo trudno powiedzieć coś o książce Foera, na podstawie jej polskiego "przekładu". Dlatego w tej recenzji nie będzie nic o tym czy warto czytać Foera czy nie. Będzie tylko o tym, że nie warto czytać tej książki po polsku, bo w zasadzie to uważam, że nie istnieje polskie tłumaczenie książki Eating Animals. Istnieje pełna błędów książka Zjadanie zwierząt, której autorką jest Dominika Dymińska.

Na początku wszystko przebiegało normalnie, aż do 54 strony, gdy trafiłam na dwa zdania, które wprawiły mnie w niejaką konsternację:
W ciągu 70 lat inżynieria genetyczna sprawiła, że osiągają [brojlery] dwa razy większe rozmiary w dwa razy krótszym czasie. Kiedyś kurczaki żyły około 20 lat, a dzisiejsze brojlery zabija się po sześciu tygodniach.
Aby zrozumieć co jest nie tak w pierwszym zdaniu trzeba wiedzieć czym jest inżynieria genetyczna; a jest to, w wielkim skrócie*, dziedzina zajmująca się bezpośrednią ingerencją w materiał genetyczny. To właśnie dzięki inżynierii genetycznej powstają GMO, czyli Organizmy Genetycznie Modyfikowane. No i teraz dochodzimy do sedna sprawy. W tym roku mija 60 lat od odkrycia struktury DNA, czy możliwe jest w takim razie, aby inżynieria genetyczna już od 70 lat była wykorzystywana w hodowli zwierząt? Oczywiście nie. Początki inżynierii genetycznej to lata 70. XX wieku. Skąd więc informacja o 70 latach inżynierii genetycznej? Na początku pomyślałam, że winny jest autor, który inżynierią genetyczną nazywa sztuczną selekcję. Zaczęłam więc poszukiwania. I tak w którymś momencie poszukiwań trafiłam na pdf dostępny on-line z całą książką Eating Animals w oryginale . I wiecie co się okazało? Że autor wcale nie pisał w tym zdaniu o inżynierii genetycznej. Z polskiego przekładu wynika natomiast, że inżynieria genetyczna jest podstawowym narzędziem pracy hodowcy zwierząt. Jest to już nie tylko kiepskie tłumaczenie, co bardzo poważne przekłamanie.
Wydawaniem pozwoleń na sprzedawanie zwierząt genetycznie modyfikowanych (GE animals - genetically engineered animals) jako produktu spożywczego zajmuje się w Stanach FDA (Food and Drug Administration). Jak można dowiedzieć się z ich strony na razie nie wydano, ani jednego takiego pozwolenia (firma AquaBounty, próbuje bezskutecznie od 1995 roku uzyskać zezwolenie dla swojego genetycznie modyfikowanego łososia).
Dobrze, pewnie chcecie już wiedzieć skąd w polskim przekładzie ta inżynieria genetyczna i jak wyglądało to zadanie w oryginale. 
In the same period [since the 1930s], they have been engineered to grow more than twice as large in less than half the time.
Słowem, którego używa autor jest engineer (inżynieria genetyczna to genetic engineering), a więc chodzi tu po prostu o to, że brojlery zostały zaprojektowane, tak, aby osiągać większe rozmiary. Jak przebiega takie projektowanie? Poprzez sztuczną selekcję (hodowca dobiera drób w pary), której przeważnie towarzyszy sztuczne zapłodnienie.

Moją uwagę zwróciło też następne zdanie, o tym, że kiedyś kurczaki żyły około 20 lat. Co mamy w oryginale? 
Chickens once had a life expectancy of fifteen to twenty years. 
A więc okazuje się, że kiedyś przewidywaną długością życia kurczaków było 15 do 20 lat. Co nie oznacza oczywiście, że kurczaki tyle żyły, ale, że ich biologia pozwalałaby im na tak długie życie (a o to czy 70 lat temu ktokolwiek czekał 15 lat, żeby zrobić sobie rosół można spytać babcię, albo dziadka).

Wróćmy jednak do inżynierii genetycznej. Oczywiście możecie powiedzieć, że to ludzka rzecz pomylić engineered z genetically engineered. W takim razie proszę zostańcie ze mną, bo to dopiero początek. Okazuje się, że modern genetic knowlege, czyli współczesna wiedza genetyczna, według tłumaczki też spokojnie może zostać przetłumaczona jako inżynieria genetyczna, i tak ze zdania:  
We have focused the awesome power of modern genetic knowledge to bring into being animals that suffer more.  
otrzymujemy:
Wykorzystując ogromną moc inżynierii genetycznej, skazaliśmy zwierzęta na dodatkowe cierpienie.
Genetyka i inżynieria genetyczna to nie są synonimy i to nie inżynieria genetyczna jest winna cierpieniu zwierząt w przemysłowych hodowlach. 
Pani Dominika Dymińska nie jest tego najwyraźniej świadoma. Wie natomiast, że inżynieria genetyczna to modny termin i brzmi mądrze, dlatego np. na stronie 265 postanawia go użyć aż dwa razy. 
Serious health problems have been bred into their genes in the process of engineering them 
W tym zdaniu chodzi o genetycznie wady, które pojawiają się u zwierząt krzyżowanych przez hodowców, a więc można powiedzieć "projektowanych" (engineered) tak, aby np. osiągały jak największe rozmiary ciała. Problemem, który tu się pojawia jest to, że razem z cechą pożądaną można utrwalić też cechę niepożądaną, bo krzyżowanie nie jest metodą precyzyjną. Precyzyjną metodą jest natomiast inżynieria genetyczna, w której do organizmu wprowadzić można jeden konkretny gen, ten o który nam chodzi. Niestety pani Dominika mimo, że o inżynierii genetycznej pisze dużo, nadal nie wklepała tego terminu w google i nie sprawdziła czym jest. Stąd też powyższe zdanie przetłumaczyła jako:
wskutek inżynierii genetycznej łatwiej zapadają na pewne choroby
A następnie na tej samej stronie control of genetics również stało się inżynierią genetyczną.



Dominika Dymińska informuje nas też, że w 1964 roku przemysł drobiarski zwrócił się w stronę inżynierii genetycznej. Amerykańscy hodowcy korzystali z inżynierii genetycznej, jeszcze zanim ją wynaleziono. To jest właśnie postępowość!
Ale nie, chwila... In 1946, the poultry industry turned its gaze to genetics, czyli jednak nie ta metoda i nawet nie ten rok.

No dobrze, ale ile razy można użyć terminu inżynieria genetyczna, bądźmy kreatywni, modyfikacja genetyczna brzmi równie dobrze i na pewno znaczy to samo co poor genetics, dlatego:
Other studies indicate that poor genetics, lack of movement, and poor nutrition leave 10 to 40 percent of pigs structurally unsound [...]
to:
Inne badania wykazały, że od 10 do 40 procent, źle odżywionych, zmodyfikowanych genetycznie i pozbawionych możliwości ruchu zwierząt rodzi się z wadami [...] 
(A i czytanie ze zrozumieniem pani Dominiko: 10 do 40 procent "zmodyfikowanych genetycznie" zwierząt rodzi się z wadami, czy "modyfikacja genetyczna" sprawia że 10 do 40 procent będzie miało wady?)

Problemem jest nie tylko to, że pani Dymińska najwyraźniej nie interesowała się niedawną awanturą o GMO (albo interesowała się w nią w taki sposób jak Doda, czyli uważa, że nie można dodawać chemii do jedzenia), ale w ogóle była chyba na bakier z biologią w szkole. Stąd też pewnie przekonanie, że climat change (zmiana klimatu) to to samo co dziura ozonowa.
More recent and authoritative studies by the United Nations and the Pew Commission show conclusively that globally, farmed animals contribute more to climate change than transport.
Oznacza według tłumaczki tyle co: 
Bardziej miarodajne badania przeprowadziły ONZ i Pew Research Center. Wynika z nich, że zakłady chowu przemysłowego stanowią dla dziury ozonowej zagrożenie większe niż transport.
Zagrożenie dla dziury ozonowej? To chyba dobrze? (i tu pytanie czym w zasadzie w tej książce zajmowali się redaktor i korektor?).


Z biologicznych ciekawostek, okazuje się też, że inflammatory and autoimmune diseases (czyli choroby zapalne i autoimmunologiczne; poradził sobie z tym nawet google translator) to według tłumaczki stany zapalne układu immunologicznego, nie jestem w stanie wam wytłumaczyć co to takiego, tu moja wiedza biologiczna się kończy, piszcie do pani Dominiki.

Koewolucja jest kolejnym terminem, który nic tłumaczce nie mówi, ale wydaje jej się, że może oznaczać pewien bardzo konkretny moment ewolucji. Intuicji trzeba ufać, słowniki i encyklopedie są dla leszczy. Dlatego zdanie: 
A common trope, ancient and modern, describes domestication as a process of coevolution between humans and other species. 
w którym chodzi o to, że uważa się, iż udomowienie zwierząt zaszło dzięki koewolucji** pomiędzy człowiekiem, a innymi gatunkami, w książce pani Dominiki, spotkać można pod taką postacią:
Według obiegowej teorii udomowienie zwierząt nastąpiło w pewnym bardzo konkretnym momencie ewolucji.


Nie wiadomo o jaki to konkretny moment chodzi, bo w dalej autor opowiada o "umowie" między człowiekiem a zwierzętami (co może być nie do końca dla polskiego czytelnika zrozumiałe, bo pozbawiono nas zdania o koewolucji), ale nie pisze już nic o konkretnym momencie.
Podobno największy problem współczesnej młodzieży sprawia czytanie ze zrozumieniem. Jestem w stanie w to uwierzyć:

H stands for hemagglutinin, a spike-shaped protein found on the surface of influenza viruses and named after its ability to “agglutinate” — that is, to clump together red blood cells.

Czego dowiadujemy się z tego zdania? Tego, że H (w nazwach wirusów, np. H5N1) pochodzi od słowa hemaglutynina, które jest nazwą białka znajdującego się na powierzchni wirusów grypy, mającego zdolność do aglutynacji, czyli zlepiania czerwonych krwinek.
U naszej tłumaczki będzie to: 
“H” to skrót od nazwy hemaglutynina. Hemaglutynina to białko o klinowatym kształcie znajdujące się na powierzchni wirusów grypy. Nazwa pochodzi od zdolności cząsteczek tej substancji do aglutynacji (czyli zlepiania się w sposób podobny jak krwinki).


A uważne czytanie ze zrozumieniem jest w pracy tłumacza bardzo ważne. Czasami jedno słowo, a nawet litera może zmienić sens zdania: 

“Solid food” in this case often includes dried blood plasma, a byproduct from slaughterhouses. 
"Pasza treściwa" to między innymi sproszkowane osocze krwi i odpady z rzeźni.
(zgodnie z oryginałem powinno być: osocze krwi, będące odpadem z rzeźni)
Rozumiem, że Dominika Dymińska sama jest pisarką, więc ciężko jej zaakceptować pisanie nie swoim stylem, ale na tym właśnie polega tłumaczenie. Staramy się oddać jak najwięcej po pierwsze z pierwotnego sensu (tu już wiemy, że tłumaczka poległa), po drugie z oryginalnego stylu autora. Oczywiście nie wszystko da się przetłumaczyć i nie wszystko powinno się tłumaczyć dosłownie. Tu tłumaczka wydaje się, wiedzieć, że tak jest, ale nie za bardzo jeszcze wie kiedy trzeba tłumaczyć wiernie, a kiedy należy kombinować.
Kombinuje więc tam, gdzie powinna przetłumaczyć to co napisał autor, bo jest to jak najbardziej przetłumaczalne: 
I found his manner to be hugely pleasant, especially given all of the silence and misdirection I’d encountered in every other slaughterer I’d spoken (or tried to speak) to.

Jest naprawdę miły w porównaniu z innymi ludźmi z branży mięsnej, z jakimi miałem przyjemność (lub przykrość) rozmawiać
Po pierwsze, wiem, że rzeźnik to brzydkie słowo, ale tym właśnie jest slaughterer, po drugie, w oryginale jest rozmawiałem (lub próbowałem porozmawiać), tłumaczka uznała, że ładniej będzie miałem przyjemność (lub przykrość) rozmawiać. To czy jest ładniej to kwestia gustu, natomiast na pewno nie jest wiernie, a to ma znaczenie. W książce autor opisuje wiele prób skontaktowania się z pracownikami rzeźni, na które przeważnie nie dostawał żadnej odpowiedzi, stąd właśnie rozmawiałem (lub próbowałem rozmawiać), stąd też silence and misderection (w tym przypadku milczenie i zbywanie/wprowadzanie w błąd), czego tłumaczka postanowiła w ogóle nie tłumaczyć.
Zauważyłam, że tłumaczenie tylko niektórych słów ze zdania to w ogóle chyba ulubiona technika pani Dymińskiej (technika pozwalająca na osiągnięcie większej efektywności?). Np. mamy takie zdanie:  jakim cudem żydowski chłopiec stał się jednym z najważniejszych rolników na świecie? Czy to rzeczywiście takie dziwne, czy potrzebny jest do tego cud, aby Żyd został rolnikiem? Jak zwykle fragment oryginału może nam wiele wyjaśnić: How did a first-generation American, a Jewish city boy, become one of the most important ranchers in the world? Czyli jednak nie chodzi o to, że to żydowski chłopiec został rolnikiem, ale że żydowski chłopiec z miasta, należący do pierwszego pokolenia urodzonego w Ameryce, został  jednym z najważniejszych rolników na świecie.
Podobna historia przydarzyła się rozdziałowi, którego polski tytuł brzmi Nie chodzę nocą po farmach. W tym rozdziale autor opowiada o tym jak włamuje się w nocy na farmę. Dziwne prawda? W oryginale już mniej, bo tam tytuł rozdziału brzmi: I’m Not the Kind of Person Who Finds Himself on a Stranger’s Farm in the Middle of the Night, czyli mniej więcej tyle co: Nie jestem typem człowieka, który by się włóczył po nieswojej farmie w środku nocy.


Jeśli jesteście już po lekturze Zjadania zwierząt i właśnie pakujecie walizki, aby pojechać do USA i pracować w Smithfield, gdzie byle menedżer może zarobić 12,6 miliona dolarów, o czym mówi ten fragment: Były menedżer Smithfield Joseph Luter zarobił tyle na opcjach na giełdzie w 2001 roku, to radzę się jednak rozpakować, ten były menedżer to former CEO, czyli (czego pewnie nie muszę mówić nikomu, kto pracował w korporacji, miał biurko w open space, a jego szef nie komentował jego pracy tylko wysyłał mu feedback, po przeczytaniu jego time-sheetu) Chief Executive Officer (dyrektor generalny). A, i nie zarobił a otrzymał te opcje, ale to już kosmetyka.

Mogłabym tak jeszcze przez dłuższy czas, ale nie chcę męczyć siebie i was. Na potrzeby tej notki chyba już wystarczy. Jeśli ktoś ma tę książkę i chciałby dostać erratę to mogę przesłać wszystko to co znalazłam, ale szczerze mówiąc, nawet wtedy obawiam się, że czytanie tego "tłumaczenia" nie ma sensu. Bo tak jak wspomniałam na początku to nie jest tłumaczenie. To jest książka z gatunku science fiction, napisana przez Dominikę Dymińską, inspiracją do której była książka Eating Animals Jonathana Safrana Foera. 
Oczywiście wina nie leży tylko po stronie tłumaczki, bo była też podobno redakcja (Jakub Bożek) i korekta (Magdalena Szroeder), która nie wyłapała tych wszystkich błędów. A w przypadku takich książek powinna też być korekta merytoryczna, której najwyraźniej nie było (a jeśli była to lepiej się do tego nie przyznawać).
Teraz pozostaje nam wszystkim zapłakać jak ta krowa w Zjadaniu zwierząt (Bili je tak strasznie... A one płakały z wywieszonymi językami. - podpowiedź dla tłumaczki, czasownik to cry ma kilka znaczeń).


Ocena: 0/5
Wydawnictwo: Krytyka Polityczna
Tłumaczka: Dominika Dymińska
Rok wydania: 2013

* Kto nie lubi wielkich skrótów tego zapraszam na stronę Encyklopedii Britannica lub Encyklopedii PWN, a jeśli kogoś naprawdę interesuje temat to polecam książkę DNA. Tajemnica życia, tam w rozdziale Zabawa w stwórcę: DNA projektowany na miarę, można przeczytać o tym jak powstała inżynieria genetyczna.
** Koewolucja to przemiany ewolucyjne zachodzące jednocześnie w co najmniej 2 gatunkach wskutek wzajemnego oddziaływania na siebie ich osobników. (źródło: Encyklopedia PWN)

wtorek, 18 czerwca 2013

Oliver Sacks - Wyspa daltonistów i wyspa sagowców

To co często wynosimy z domu to silne przekonanie o tym jak powinny smakować różne potrawy. Ja tak mam z rosołem. Rosół powinien smakować tak jak smakował ten, który robiła moja babcia. Wszystkie inne rosoły, które jadałam w różnych domach i restauracjach, były dla mnie zawsze czymś odbiegającym od normy, którą lata temu wyznaczyła babcia Basia.
Zanim sama zaczęłam gotować, nie wiedziałam w czym jest problem, wiedziałam tylko, że coś jest nie tak. Później byłam już w stanie stwierdzić, że rosół który jem odbiega od normy bo dodano za dużo czerwonego mięsa, albo za mało marchewki, ale nie wiem czy byłabym w stanie stwierdzić czy do rosołu dodano liście laurowe, albo ziele angielskie. Tak więc mając dwadzieścia siedem lat, cały czas jestem dosyć daleko od odkrycia czym tak naprawdę jest rosołowa norma (babci nie ma co pytać, wiecie jakie są babcie: włoszczyzny dodajesz tak na oko, mięsa tyle, żeby było dobrze).
A teraz wyobraźcie sobie, że wasza babcia pochodzi z Indii, a wy macie tylko jedno życie i dziesiątki składników do sprawdzenia, aby odkryć dlaczego wasz Dal Makhani, nie smakuje jak babciny (myślę, że stąd wziął się pomysł z reinkarnacją).

Dlaczego o tym piszę? Bo myślę, że nasze zdrowie, czyli to co uważamy za normę, to właśnie taka bardzo skomplikowana potrawa. Żyjemy mając świadomość jej najprostszych, najłatwiej wyczuwalnych składników. Tak jak jesteśmy w stanie wyobrazić sobie smak rosołu bez soli, tak jesteśmy w stanie (oczywiście w ograniczonym stopniu) wyobrazić sobie jak smakowałoby życie gdyby pozbawiono nas zmysłu wzroku. A co z całą resztą smaków? Odbieramy ją po prostu jako ciężką do zanalizowania mieszankę, hinduską masalę.
Brytyjski neurolog Oliver Sacks zajmuje się właśnie analizowaniem tej mieszanki i pisaniem o tym, co się stanie jeśli coś z niej zabierzemy.
Moja przygoda z tym pisarzem zaczęła się od książki Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem; w jednym z rozdziałów, zatytułowanym Bezcielesena kobieta opisany był przypadek u którego podstawy leży właśnie usunięcie z tej fizjologicznej zupy jednego składnika, którego istnienia większość z nas nie jest nawet świadoma. Kobieta, której historię opisuje Sacks, w wyniku zapalenia wielonerwowego traci czucie proprioreceptywne*. Nagle nie jest w stanie normalnie stać ani siedzieć, jej ciało wiotczeje, nie kontroluje mimiki, chodzenie wychodzi jedynie wtedy kiedy patrzy na swoje nogi; ale przede wszystkim nie czuje swojego ciała, nie jest w stanie powiedzieć gdzie jest jej ręka dopóki nie spojrzy na nią. Przydarza jej się coś co można nazwać ślepotą ciała. Pacjentka mówi, że największą przyjemność odczuwa teraz jeżdżąc na siedzeniu pasażera (kierowanie samochodem oczywiście odpada) w kabriolecie, bo dopiero podmuch wiatru, odbierany przez nieuszkodzone receptory czuciowe na jej skórze, sprawia, że znów czuje, że ma ciało.

W książce Wyspa daltonistów i wyspa sagowców Sacks znów konfrontuje czytelników z brakiem jednej z przypraw, tym razem jego bohaterowie to ludzie niewidzący barw. Nie chodzi tu jednak o częściowy daltonizm, który jest stosunkowo powszechny w naszej populacji i objawia się głównie niezdolnością do odróżnienia koloru czerwonego i zielonego, ale o znacznie rzadziej występujący całkowity wrodzony daltonizm, czyli achromatopsję.
Tym co wyróżnia tę książkę na tle innych dzieł Sacksa jest to, że tym razem zamiast czekać na pacjentów w zaciszu własnego gabinetu autor wybiera się w daleką podróż (bo aż do Mikronezji) w poszukiwaniu przypadków chorób, które go interesują (w pierwszej części będzie to wspomniana achromatopsja dotykająca dużą część populacji wysp Pingelap i Pohnpei, a w drugiej tajemnicza choroba neurologiczna lytico-bodig występująca na wyspach Guam i Rota).
W obu częściach Sacks pokazuje nam świat ludzi, którzy odbiegają od normy. W przypadku lytico-bodig mamy definitywnie do czynienia z poważnym upośledzeniem, jednak już sprawa achromatopsji jest bardziej skomplikowana, o czym można przekonać się oglądając chociażby zestaw kart Sloana, służących do diagnozowania tej choroby. O ile większość chorób diagnozuje się stwierdzając czego pacjent nie jest w stanie zrobić, o tyle w przypadku achromatopsji jest dokładnie na odwrót:
[...] wyjaśnił mi na czym polega test. "Na każdej z kart jest kilka szarych kwadratów różniących się tylko tonem barwy, od bardzo jasnej szarości do bardzo ciemnej, prawie czarnej. Każdy kwadrat ma wyciętą pośrodku dziurkę; jeśli podłożę z tyłu kartkę kolorowego papieru, jak ten, jeden z kwadratów będzie pasował do koloru; barwy będą miały to samo nasycenie. - Pokazał pomarańczową plamkę na szarym tle. - Dla mnie plamka pośrodku i otoczenie mają ten sam kolor".
Takie dopasowywanie nie miałoby żadnego znaczenia dla człowieka normalnie widzącego kolory, bo dla niego żaden kolor nie "pasuje" do szarego, tak więc większość ludzi miałaby ogromne trudności z wykonaniem zadania, ale dla ślepego na kolory jest to proste, ponieważ dla niego wszystkie kolory są szare i różnią się tylko stopniem jasności.
a co za tym idzie, chorzy na achromatopsję, posiadają pewne zdolności, których nie posiadamy my:
Knut robi piękne czarno-białe zdjęcia. Powiedział, że jego widzenie jest podobne do widzenia ortochromatycznego filmu biało-czarnego, tylko on wydobywa znacznie więcej tonów.
"Wy nazwalibyście je odcieniami szarości, ale słowo szare jest dla mnie pozbawione znaczenia tak samo jak niebieskie czy czerwone. Ale - dodał - nie postrzegam swego świata jako bezbarwnego czy w jakimkolwiek innym sensie niekompletnego".
Największą zaletą książek Sacksa jest ich głęboki wymiar filozoficzny. Ciekawe przypadki medyczne, które opisuje nie służą jedynie zwróceniu uwagi na to jak skomplikowaną maszyną jest ludzkie ciało, ale przede wszystkim rozwinięciu naszej empatii i pokazaniu, że wszystko jest względne i umowne, a obiektywny obraz świata nie istnieje i nie ma prawa istnieć. Wyspa daltonistów i wyspa sagowców na pewno w ten nurt się wpisuje, ale przy tym wszystkim nie jest to też najlepsza książka tego autora. Wydaje się, że Sacks miał stanowczo za dużo wrażeń, którymi chciał się podzielić z czytelnikami. Podróż do Mikronezji była dla niego ogromnym przeżyciem zawodowym, ale jednocześnie rozbudziła dawną pasję botaniczną, a także pobudziła do refleksji natury społeczno-politycznej, o czym uczciwie informuje już we wstępie:
[książka]  z upływem dni rozrosła się jak niesforny sagowiec, wypuszczając we wszystkich kierunkach liczne pędy i bulwy. Ponieważ te pędy pod względem objętości zaczęły rywalizować z głównym tekstem, a dla mnie ważne było, żeby narracja pozostała zwarta, wiele z tych dodatkowych przemyśleń zebrałem razem na końcu, jako uwagi.
W ten sposób co chwila w tekście znajdujemy odsyłacz do przypisów, które łącznie zajmują 50 stron.
Efekt jest oczywiście odwrotny od zamierzonego przez autora; czytelnik przerywa czytanie, wędruje na koniec książki, czyta zajmujący stronę przypis będący często bardzo oddaloną od głównego wątku dygresją, po czym wraca do miejsca w którym przerwał czytanie nie pamiętając już o czym traktował ten główny tekst.
W żadnym wypadku nie odradzam czytania tej pozycji, ale jeśli miałoby to być wasze pierwsze spotkanie z Sacksem to wybierzcie inną jego książkę i dopiero gdy będziecie go już kochać miłością bezgraniczną, sięgnijcie po Wyspę...

I w żadnym wypadku nie dajcie się skusić na sprzedawane w bardzo promocyjnych cenach wydanie I z 2000 roku (zielona okładka), no chyba, że chcecie czytać takie rzeczy:
- obecnie ma również adres w sieci Internetu
- beta-N-mAthyloamino-lewoalanina (nie dość, że methylo, nie zostało przetłumaczone na metylo, to jeszcze zostało błędnie przepisane)
Nowe wydanie przekartkowałam tylko w księgarni, ale nazwy związków chemicznych zostały poprawione, więc mam nadzieję, że reszta też.

Ocena: 3/5
Wydawnictwo: Zyska i S-ka
Tłumaczenie: Jolanta Bartosik
Rok wydania: 2000

* Proprioreceptory znajdują się w stawach, ścięgnach, mięśniach szkieletowych, odpowiadają za tzw. czucie głębokie, które czasami nazywane jest szóstym zmysłem. Dzięki proprioreceptorom zdajemy sobie sprawę z tego w jakiej pozycji znajduje się nasze ciało, jesteśmy w stanie kontrolować naszą mimikę. Proprioreceptory odgrywają także rolę w utrzymywaniu równowagi.

wtorek, 11 czerwca 2013

Peter Heller - Gwiazdozbiór psa


Był taki czas, że miałam dready i słuchałam różnych zespołów, od których wokalistów oczekiwano, że w stosownym momencie swojej kariery popełnią samobójstwo. Moja siostra Kinga dokonała w tym czasie zupełnie innego wyboru i zwróciła się ku scenie muzycznej, gdzie w dobrym guście było być zastrzelonym w wyniku porachunków mafijnych. Ja marzyłam o karierze bezdomnej, gdzieś na ulicach Seattle, a Kinga przed snem wizualizowała sobie siebie siedzącą z boomboxem na schodach jakiejś kamienicy w nowojorskim Harlemie.
Seattle od Nowego Jorku dzieli prawie 4000 kilometrów i mniej więcej tak daleko i tak bardzo nie po drodze było nam do siebie. W naszym najbardziej buntowniczym okresie zdarzało się nam nawet nie przyznawać do siebie na ulicy. Na szczęście nasz Sturm und Drang (okres burzy i naporu) dobiegł końca i nagle okazało się, że jest coś co definiuje nas o wiele lepiej niż muzyka, której słuchamy. Tym czymś jest literatura. Obecnie to nasze porozumienie przybrało nieco już niezdrową formę, gdzie zamiast pytać: co słychać?, rozmowę zaczynamy od: co teraz czytasz? 

Na tym zakończę już tę niezwykle wzruszającą historię o tym jak literatura cementuje więzi międzyludzkie i przejdę do rzeczy. Jako, że ostatnio na pytanie co czytasz? nasza odpowiedź była taka sama: Gwiazdozbiór psa, a obie prowadzimy też blogi książkowe (blogi Kingi: po angielsku, po polsku), postanowiłyśmy tym razem zrobić recenzję w formie rozmowy. Taki eksperyment. Tu napisałabym jeszcze, że warto rozmawiać, ale niestety to hasło jest już spalone. 




Peter Heller
Gwiazdozbiór psa
Wydawnictwo: Insignis

Tłumaczenie: Olga Siara
Rok wydania:  2013

Kinga: Stwierdziłam, że Gwiazdozbiór Psa to postapokaliptyczna powieść o łowieniu ryb. Jak ci się podobała?

Basia: Mam mieszane uczucia. Podoba mi się przesłanie i koncepcja, natomiast wydaje mi się, że autor nie do końca skorzystał z ich potencjału, trochę za bardzo skupił się na łowieniu ryb i lataniu starą Cessną i miejscami to już nie jest nawet postapokaliptyczna powieść o łowieniu ryb, ale poradnik: Świat się skończył - co robić?

Kinga: Ja akurat książki o łowieniu ryb, chodzeniu po lasach i ogólnym niespiesznym medytowaniu bardzo lubię. Chociaż może rzeczywiście autor przez pierwsze 80 stron kazał się narratorowi szwędać bez sensu, podczas gdy sam dopiero zaczynał myśleć nad fabułą.

Basia: Takie właśnie miałam wrażenie, że najpierw w głowie autora pojawił się pomysł na ten cały postapokaliptyczny świat (zresztą bardzo wiarygodny), a potem w trakcie pisania przypomniało mu się, że powieść powinna do czegoś zmierzać, że powinien być jakiś punkt kulminacyjny i podczas gdy główny bohater - Hig lata w kółko swoją starą Cessną (gra na czas) autor wymyśla co stanie się dalej.
Ale może zacznijmy od początku: jeteśmy w Stanach Zjednoczonych, większość populacji zmarła na grypę. Narratorem, który oprowadza nas po tym postapokaliptycznym świecie jest Hig, który niejako został zmuszony do dzielenia swojego nowego życia z Bangleyem. Kreacja tych dwóch głównych bohaterów była jedną z rzeczy, która mi się bardzo w tej powieści podobała, chociaż wydaje mi się, że niektórym te postaci mogą wydać się zbyt stereotypowe.

Kinga: Mi też się strasznie te postaci podobały. I nie uważam, żeby były szczególnie stereotypowe. Z początku wydawało mi się, że Hig jest twardzielem, bo i przeklnie i jelenia zastrzeli, ale potem, gdy go widzimy oczami Bangleya, to zauważamy jego słabość (lub, jak kto woli - człowieczeństwo) i widzimy też że Bangley się Dużym Higiem opiekuje, tym samym zdradzając własną słabość. Tak naprawdę 'Gwiazdozbiór psa' to trochę Western. Dwóch facetów siedzi na jakimś bezludziu, mało mówią, dużo strzelają, a czasem potem trupem psa nakarmią, jednak jakoś się tak pokochali. I jak to w Westernie, pojawia się kobieta, standardowo bez osobowości, jej główną cechą są fiołkowe oczy. Ta kobieta to karmicielka, opiekunka i ogólny balsam na duszę.


Basia: Tobie nasunęło się skojarzenie z Westernem, a mi z dwoma filozofami, którzy wypowiadali się na temat anarchii i powstania państwa. I nie ma chyba lepszego momentu, żeby sprawdzić takie teorie, niż moment po zagładzie, kiedy wszystko co ludzkość budowała się rozpada i można wreszcie stwierdzić czy stan natury to ogólna szczęśliwość ludzi jak u Locke'a (w tej roli Hig), czy stan nieustannej walki, wynikającej z egoizmu ludzi, jak u Hobbesa (w tej roli Bangley).
Więc to co moim zdaniem proponuje nam Peter Heller to taki eksperyment myślowy: wyobraź sobie, że cała ludzkość wyginęła, na świecie zostaje tylko dwóch gości o zupełnie odmiennych poglądach, hołdujących zupełnie innym ideologiom. Co się stanie? Czy poglądy będą mieć w ogóle jeszcze jakieś znaczenie?

Kinga: Też myślałam o tej dychotomii. I o tym, że nawet w takich niemal laboratoryjnych warunkach jakimi był ten postapokaliptyczny świat jest trudno to przetestować, bo z jednej strony mamy Bangleya, który prewencyjnie strzela do wszystkich, a z drugiej Higa, który może i sobie testować swoją teorię  miłości do bliźniego, ale mylić mu się będzie wolno tylko raz. Szczerze mówiąc, myślałam sobie, że w Europie by to wyglądało inaczej z przyczyn technicznych - praktycznie niemożliwym by było zgromadzenie takiego arsenału jak w USA i ludziom nie tak łatwo by się było pozabijać, więc właściwie musieliby ze sobą porozmawiać. A jak już ze sobą porozmawiają to jednak okaże się, że lepiej razem niż osobno. Taka mi się wydaje jest też optymistyczna konkluzja tej powieści.

Basia: W ogóle wydaje mi się, że ta powieść paradoksalnie ma jednak podnosić na duchu i przypominać o czymś ważnym. Z pojawiających się w powieści wspomnień bohaterów wynika, że to ich życie przed apokalipsą było wiecznym oczekiwaniem na coś, czekaniem na to aż się ustatkują i będą mogli wtedy założyć rodzinę, czekaniem na to, aż odważą się zmienić pracę. Czekanie na to prawdziwe życie. I dopiero z perspektywy czasu i patrząc przez pryzmat tej zagłady okazuje się, że to właśnie było prawdziwe życie, że to były najpiękniejsze chwile.

Zabawne, że można czekać przez całe życie, nawet o tym nie wiedząc. [...] Czekać, aż zacznie się twoje prawdziwe życie. Być może koniec był najprawdziwszy.

Może te cytaty oderwane od całej powieści wydają się trochę banalne i nadmiernie egzaltowane, ale wplecione w tą poszarpaną, surową narrację na mnie zrobiły ogromne wrażenie.

Kinga: Zgadzam się. Myślę, że na tym po części polega urok powieści o świecie po zagładzie. Wszystkie te różne rzeczy, którymi się tak przejmujemy, chociaż jakoś zdajemy sobie sprawę, że nie są one tak ważne, zostają zupełnie anulowane, a życie wraca do podstaw. W prawdziwym życiu tylko co po niektórzy są w stanie to wszystko odrzucić, reszta pociesza się czytaniem. Zresztą i większość książek o łowieniu ryb o tym właśnie mówi, to jest, nie o łowieniu ryb, tylko o tym co jest w życiu ważne. A ważne okazuje się znaleźć kogoś kogo możemy kochać i potem jakoś to będzie. Niechby to nawet był i pies.
Wspomniałaś o poszarpanej, surowej narracji. Bardzo mi się ona podobała. Tak jakby ta cała trauma apokalipsy odebrała ludziom zdolność mowy. Z samotności i smutku Hig czasem mówi niemal jak troglodyta, jest pełno niedomówień, a zdania kończą się przyimkiem za którym powinno stać to słowo, którego Hig nie jest w stanie wymówić. Była tam taka świetna scena rozmowy Higa i Bangleya, którą zacytuję:

Zapytałem go czy ma czasem wrażenie, że istnieje coś więcej niż to, niż trwanie dzień po dniu. Rekonesans, naprawa samolotu, uprawa pięciu warzyw, łapanie zająca w sidła. Jakby na co my czekamy? Jego fotel, skrzyp skrzyp, zatrzymał się. Zastygł bez ruchu jak myśliwy, który zwietrzył ofiarę. Blisko. Jakby się obudził. Powtórz. Więcej niż to. Dzień po dniu. Zaciskał szczękę, jego minerałowe oczy szarzały w gasnącym świetle. Jakbym posunął się za daleko. Muszę iść powiedział. Wstał.


Basia: Mam dokładnie takie same odczucia co do narracji. Byłam absolutnie zachwycona tym językiem, szczególnie po moich przejściach z Doris Lessing i jej "Pamiętnikiem przetrwania", gdzie z kolei narracja opiera się na jakichś długich, wydumanych zdaniach, koniecznie zakończonych wielokropkiem. W zasadzie ta jedyna rzecz, która m się w tej powieści nie podobała, to to, że przy świetnie stworzonym świecie, rewelacyjnym pomyśle na narrację, po prostu za mało się tam działo. Z drugiej strony, teraz tak sobie myślę... co ma się dziać kiedy świat się skończył?

Kinga: Tak też mi się wydaje, że wymagamy od tego typu powieści, żeby były naładowane akcją, ale tak naprawdę już jest po. Po.


niedziela, 9 czerwca 2013

Emma Larkin - Spustoszenie



Pod koniec kwietnia 2008 roku nad Zatoką Bengalską na Oceanie Indyjskim zaczął formować się huragan. Z tworzonej rokrocznie przez zagrożone cyklonem kraje listy imion wybrano pakistańskie Nargis, czyli narcyz. Na przyjęcie niechcianego gościa, który miał być huraganem o średniej sile, szykował się Bangladesz, aż do momentu, gdy 30 kwietnia cyklon nagle dokonał gwałtownego zwrotu na wschód i zaczął zmierzać w kierunku Birmy. Tam też 2 maja wdarł się na ląd, siejąc spustoszenie w gęsto zaludnionej delcie Irawadi.
Okazało się, że nie tylko przewidywania dotyczące kierunku, ale także siły cyklonu były chybione: „huragan o średniej sile” w momencie wejścia na ląd osiągnął już czwartą kategorię (w pięciostopniowej skali Saffira-Simpsona) – prędkość wiatru doszła do 220 kilometrów na godzinę.
Na oferty pomocy nie trzeba było długo czekać, nastąpiła natychmiastowa mobilizacja sił ONZ i organizacji humanitarnych z całego świata. Rządy wielu państw zorganizowały transporty produktów pierwszej potrzeby. Niestety, większość samolotów transportowych pozostała na lotniskach w państwach sąsiadujących z Birmą. Tym, co uniemożliwiło dotarcie pomocy humanitarnej do Birmy był niszczycielski żywioł, ale nie w postaci cyklonu Nargis, a rządzącej krajem od prawie pięćdziesięciu lat junty wojskowej.

W czasie, kiedy większość podań o wizy (szczególnie tych od pracowników organizacji humanitarnych oraz dziennikarzy) zostaje odrzucona, autorce publikującej pod pseudonimem Emma Larkin, udaje się dzięki wizie turystycznej wjechać do pogrążonego w chaosie kraju, już w tydzień po tragedii. Na dotarcie do samej delty, jako rzucająca się w oczy cudzoziemka, nie ma jednak szans. Pozostaje w Rangunie (byłej stolicy kraju), gdzie stara się stworzyć spójny obraz sytuacji, korzystając z tych samych źródeł informacji, które dostępne są mieszkańcom Birmy.
Media w kraju podlegają cenzurze prewencyjnej, rzeczywistość obecna w prasie i telewizji kreowana jest więc przez rząd. Czy można uzyskać wiarygodne informacje czytając The New Light of Myanmar – dziennik będący tubą reżimu? Tak, trzeba tylko wiedzieć jak czytać.

Ko Ye, mój birmański przyjaciel, który jest wydawcą w Rangunie, nauczył mnie kiedyś, że jeśli chcę się dowiedzieć, co naprawdę dzieje się w Birmie, powinnam zwracać uwagę na przemilczenia. Ponieważ prawdziwego obrazu rzeczywistości nie ma ani w gazetach, ani w wieczornych wiadomościach telewizyjnych, łatwiej można go odnaleźć w tym, o czym się nie pisze i czego nie pokazuje – wśród braków i luk.
[...]
Redaktor jednego z tygodników pokazał mi makietę ostatniego numeru, na której cenzorzy powykreślali wszystkie fotografie uznane za „negatywne” (przedstawiające zburzone domy, zatopione łodzie, przerażonych ludzi i tak dalej). Ze stu zdjęć zaakceptowali cztery.

Larkin kolekcjonuje wszelkie możliwe informacje dotyczące cyklonu, poczynając od tych dostępnych w oficjalnych mediach, przez obecne w nielegalnym obiegu filmy nagrywane w delcie, po wszelkie krążące wśród mieszkańców Rangunu plotki i tworzące się na bieżąco miejskie legendy. Z tej na pozór chaotycznej plątaniny, w której „oficjalne doniesienia” mieszają się z mającymi dla autorki nie mniejszą wartość domysłami i powtarzanymi z ust do ust nieprawdopodobnymi historiami, powoli tworzy się spójna relacja, w której bardzo mocno czuć gęstniejącą atmosferę niepewności i strachu, jaka towarzyszyć musiała w tym czasie mieszkańcom Birmy.

W trzy tygodnie po uderzeniu cyklonu kanały informacyjne na całym świecie ogłosiły, że junta wreszcie ustąpiła zezwalając na wpuszczenie do kraju wszystkich organizacji humanitarnych. Wielu mieszkańców Birmy przyjęło tę informację z dużą dozą nieufności, niektórzy stwierdzali zupełnie obojętnie, że jest to kolejne kłamstwo reżimu.
Informacja okazała się prawdziwa, ale tylko częściowo. Pracownicy organizacji humanitarnych rzeczywiście mogli przylecieć do Rangunu, ale tu ich podróż zazwyczaj się kończyła. Zakaz podróżowania do delty Irawadi nadal obowiązywał. Pracownicy organizacji humanitarnych mogli więc snuć się po byłej stolicy kraju próbując jakoś zabić czas (chociaż to też nie było wielkim wyzwaniem, bo zazwyczaj dostawali wizy jedynie na parę dni).

Większość osób, które przeżyły kataklizm, opowiadała o tym jak woda zdarła z nich ubrania: Birmańska wieś jest bardzo konserwatywna, upokorzenia związanego z nagością nie sposób tam zapomnieć. Jednak na równi z ludźmi, huragan obnażył także dyktaturę z całym jej okrucieństwem i hipokryzją. Coś, o czym wiadomo było od lat, nagle stało się zbyt oczywiste, aby móc to dalej ignorować. Nargis zadziałał niczym chłopiec wykrzykujący: król jest nagi!
Na kraj nałożone zostały sankcje gospodarcze, które miały zostać zniesione dopiero, gdy reżim spełni określone wymogi (między innymi uwolni wszystkich więźniów politycznych – w tym najsławniejszą z nich, noblistkę Aung San Suu Kyi).

W 2012 roku, w cztery lata po cyklonie Nargis, partia uwolnionej z aresztu domowego Aung San Suu Kyi zdobyła wszystkie dostępne miejsca w wyborach uzupełniających.
Na naszych oczach zachodzi transformacja. Optymiści mówią o gwałtownych zmianach demokratycznych porównując wydarzenia w Birmie do tych z Polski z 1989 roku. Sceptycy przypominają o tym, że większość miejsc w parlamencie nadal obsadzona jest przez wojskowych, którzy zamienili jedynie mundury na longyi (tradycyjny strój birmański).
Kolejne, tym razem pełne wybory będą miały miejsce w 2015 roku, wtedy też parlament wybierze prezydenta. Obecnie obowiązujące prawo nie pozwala Suu Kyi, jako osobie posiadającej w rodzinie obcokrajowców (jej synowie mają brytyjskie obywatelstwo), kandydować na to stanowisko.
Nie wiadomo jak będą wyglądały dwa najbliższe lata i czy uda się wprowadzić zmiany w konstytucji, ale bez wątpienia kraj uległ już przeobrażeniom. Siejący spustoszenie cyklon okazał się jednocześnie wiatrem odnowy.


Recenzja pierwotnie ukazała się na portalu mandragon.pl 

Ocena: 4/5
Wydawnictwo: Czarne
Tłumaczenie: Agnieszka Nowakowska
Rok wydania: 2013