wtorek, 27 listopada 2012

Relacja z wizyty w domu Kereta

Dom Kereta to instalacja artystyczna. Ma formę insertu pomiędzy dwoma budynkami, reprezentującymi różne epoki w historii Warszawy. Działka, na której stoi Dom, ma w najszerszym miejscu 152 centymetry, a w najwęższym - 92 centymetry. Dom Kereta jest miejscem działań twórczych dla artystów i intelektualistów z całego świata. (więcej)

 W sobotę 24 listopada miał być ostatni dzień otwarty* w domu Kereta. Zerwałyśmy się więc bladym świtem (coś około jedenastej) i pobiegłyśmy razem z moją osobistą panią fotograf ustawić się w kolejce. Warto było już dla samych klimatów kolejkowych i rozmów, które się w kolejkach prowadzi. Obok nas dziewczyna opowiadała swojej koleżance, jak to przez całe życie myślała, że mówi się żAłądek i dopiero, gdy podała przykład żAłądka w jakiejś rozmowie o wyrazach, które inaczej się mówi, a inaczej pisze, okazało się, że cała reszta Polski mówi żOłądek. Za nami z kolei stały starsze panie, które nauczone doświadczeniami z PRLu pilnowały porządku w kolejce, pamiętając kto i kiedy do kolejki doszedł.


Bardzo lubię takie kolejkowe życie, więc półtorej godziny minęło dosyć szybko i oto przyszła nasza kolej. Do domu Kereta, ze względu na jego rozmiary (które bardzo pasują do rozmiarów opowiadań głównego rezydenta) wpuszczane były tylko cztery osoby jednocześnie.
Gdy uporałyśmy się już z wejściem do środka (ta część była chyba najtrudniejsza bo drzwi do domu to klapa w podłodze salonu, tak więc w momencie gdy goście wchodzą do domu, nie można korzystać z "dużego pokoju"), okazało się, że w środku jest więcej miejsca niż mi się wydawało. Bałam się trochę, że będę się czuła jakby zamknięto mnie z czterema innymi osobami w małym metalowym pudle. Nic z tych rzeczy. W środku jest bardzo przytulnie, ale nie klaustrofobicznie.


Najbardziej spodobał mi się pokój z łóżkiem i stanowiskiem do pracy twórczej. Chociaż bliskość jednego i drugiego jest dosyć niebezpieczna. Szczególnie, że łóżko jest bardzo wygodne.


 Od przewodniczki dowiedziałyśmy się, że na lata 2013-2016 zaplanowany jest program rezydencyjny, do którego zapraszani będą twórcy z całego świata, o wyborze których decydować będzie jury z Etgarem Keretem na czele. Uczestnicy będą zapoznawać się z historią i kulturą stolicy, a dzieła tworzone przez nich w domu Kereta, mają być zadedykowane właśnie Warszawie.
Podobno wśród zainteresowanych projektem są Haruki Murakami i Tom Waits.
Ja jestem zachwycona, zarówno samym domem jak i całym projektem.

To tyle o domu Kereta. Notki o jego twórczości proszę spodziewać się w grudniu.

* teraz widzę, że akcja została rozszerzona na 1 i 8 grudnia, więc jest jeszcze szansa dla tych co przespali

środa, 21 listopada 2012

Anna Wojtacha - Kruchy lód. Dziennikarze na wojnie

Wracamy z krótkich listopadowych wakacji. Straszna mgła więc trzeba jechać powoli. Przerzucam stacje radiowe. Na którejś częstotliwości podają właśnie informacje. Izraelskie naloty na Strefę Gazy, Hamas odpowiada wystrzeliwując rakiety w stronę Izraela. A może to Hamas atakuje Izrael, a Izrael odpowiada nalotem na Strefę Gazy. Nie wiadomo. Spikerka przechodzi do kolejnych informacji, a ja znów przerzucam stację, z głośników wydobywa się już wesoły głos Georgea Michaela, proszący aby go obudzić zanim się pójdzie i zabrać na tańce dziś wieczór.

Przypomina mi się cytat, który gdzieś kiedyś przeczytałam:
Ciężko stwierdzić, czy to na świecie dzieje się coraz gorzej, czy po prostu dziennikarze coraz ciężej pracują*
Konflikt izraelsko palestyński, wojna w Iraku, wojna w Afganistanie, wojna w Gruzji, jesteśmy informowani na bieżąco, wiemy o każdym posunięciu wojsk, każdej wystrzelonej rakiecie. Wszystko to śledzę, chcę wiedzieć co się dzieje na świecie, czytam reportaże z krajów ogarniętych konfliktem, ale podświadomie wypieram myśl, że ktoś po te informacje jeździ, że ktoś na pierwsze doniesienia o konflikcie gdzieś na drugim końcu świata, reaguje natychmiastowym spakowaniem kamizelki kuloodpornej i zamawianiem taksówki na lotnisko.
Pierwszy szok poznawczy przeżyłam oglądając film Oczy wojny (Los ojos de la guerra). Nie dość, że okazało się, że tych ludzi, turystów masakry, jak kiedyś nazwał ich Arturo Pérez-Reverte, których w stan najwyższej gotowości stawia każde doniesienie o wojnie, jest więcej. Okazało się, że sama Hiszpania ma ich wystarczająco dużo, aby można było nakręcić z ich udziałem pełnometrażowy film. W filmie pojawia się też Arturo Pérez-Reverte, który, tu kolejny szok, poza pisaniem książek o szachistach, przez lata pracował jako korespondent wojenny.
Odkrycie instytucji korespondenta wojennego wywołało u mnie szok porównywalny z tym jaki wywołało odkrycie zawodu koronera. Niby wiem, że taki zawód istnieje, stykam się nawet z efektami pracy tych osób, ale podświadomie wypieram pytania: dlaczego, jak i kto?
Oczy wojny otworzyły moje oczy i zafascynowana zapragnęłam wiedzieć więcej.
W momencie, gdy miałam już świadomość istnienia tej odrębnej, tajemniczej kasty dziennikarzy wojennych, nagle zaczęłam zwracać uwagę na ślady jej bytności, jednym z nich była książka "Kruchy lód. Dziennikarze na wojnie", która leżała sobie jak gdyby nigdy nic w księgarni w dziale nowości.

Autorką książki jest Anna Wojtacha, korespondentka wojenna, wcześniej związana z TVN24 i Polsat News, obecnie dziennikarka TVP Info. To ona będzie naszym przewodnikiem po wojnie. Usiądźmy wygodnie, ale lepiej zapnijmy też pasy, bo będzie trzęsło i może być nieprzyjemnie. Warto też wcześniej skorzystać z toalety, bo potem może nie być na to czasu, następny przystanek dopiero za 230 stron. Przed nami Gruzja, Indie, Tajlandia, Izrael oraz Afganistan.
Na okładce widzimy dopisek "relacja na żywo". To świetnie oddaje klimat książki. Wszystko opisane jest w sposób bardzo dynamiczny, po raz pierwszy mam ochotę użyć nawet wyświechtanego sformułowania wartka akcja. Z każdej strony wyczuwa się pośpiech towarzyszący pakowaniu, zmienianiu środków transportu, śledzeniu szybko zmieniającej się sytuacji na wojnie. Momentami, co wrażliwszy czytelnik może dostać zadyszki. Czyta się to jak powieść sensacyjną. Kruchy lód powieścią sensacyjną jednak nie jest.
Przede wszystkim, co nie zawsze można powiedzieć o powieściach sensacyjnych, książka jest napisana bardzo ładnym językiem. Trochę obawiałam się tego debiutu literackiego dziennikarki telewizyjnej, okazało się jednak, że nie było czego. Anna Wojtacha bardzo dobrze radzi sobie z językiem polskim, nie popadając jednocześnie w grafomanię, dzięki czemu żadne zgrzyty stylistyczne nie przeszkadzają w odbiorze treści. Autorka bez zbędnego ubarwiania pokazuje nam realia pracy dziennikarza wojennego: zmęczenie, strach, zespół stresu pourazowego, ale także wracanie po dniu spędzonym na linii frontu do luksusowego hotelu, próby pogodzenia wpisanego w tę pracę pościgu za najlepszą historią z zasadami etyki dziennikarskiej, adrenalina, uzależnienie od wojny.
Wiemy, że po każdym wyjeździe jesteśmy trochę inni, niekoniecznie lepsi, a jednak mimo to pchamy się tam, nie patrząc na konsekwencje.**
Powrót do normalnego życia w Polsce, jest za każdym razem coraz trudniejszy, coraz ciężej rozmawia się ze znajomymi spoza wojennego świata. Trudno narzekać wspólnie na pogodę i rząd, gdy jeszcze parę dni temu siedziało się w szpitalu z Afganką podpaloną przez swojego męża. Łatwiej jest rozmawiać z wąskim gronem ludzi, którzy zrozumieją bo też tam byli, a najlepiej jest pojechać znów na wojnę. Wojtacha nazywa siebie i swoich kolegów po fachu wojennymi ćpunami, pokazuje wojnę jako uzależnienie. A każde uzależnienie jest jak stąpanie po tytułowym kruchym lodzie. W końcu lód może nie wytrzymać.

Wydawnictwo: Carta Blanca
Rok wydania: 2012

Moja ocena: 5/5

Jeśli ktoś nie nadal waha czy warto przeczytać polecam wywiady z Anną Wojtachą:

do obejrzenia
do posłuchania

* tłumaczenie moje, w oryginale brzmi tak: We can't quite decide if the world is growing worse, or if the reporters are just working harder
** Anna Wojtacha, Kruchy lód

środa, 31 października 2012

David Eagleman - Mózg incognito. Wojna domowa w Twojej głowie

Charles Whitman
Pierwszego sierpnia 1966 roku Charles Whitman rozpoczął dzień od zabicia swojej matki oraz żony. Przed południem był już na terenie Uniwersytetu Teksańskiego w Austin, gdzie w ciągu następnych godzin strzelając z wieży uniwersyteckiej, zamordował czternaście osób i ranił kolejne trzydzieści osiem. Charles strzelał aż do momentu, w którym sam padł ofiarą kuli z broni policjanta Houstona McCoy'a.

Co skłoniło studenta Uniwersytetu Teksańskiego do zabicia dwóch najbliższych mu osób, a następnie odebrania życia grupie tym razem zupełnie przypadkowych ludzi?
Charles Whitman też się nad tym zastanawiał. Wiemy to z listu, który funkcjonariusze policji znaleźli w jego domu. Napisał w nim, że "zupełnie siebie nie rozumie" oraz (to już po zamordowaniu swojej żony) "nie potrafi racjonalnie podać żadnego konkretnego powodu swojego postępowania". W liście prosi także, aby pieniądze z jego ubezpieczenia zostały przeznaczone na fundację zajmującą się zdrowiem psychicznym oraz aby po jego śmierci przeprowadzono autopsję, mającą na celu sprawdzenie czy coś w jego mózgu nie uległo zmianie.
Pewnie już się domyślacie, że nie pisałabym tego wszystkiego, gdyby nic w głowie Charlesa Whitmana nie uległo zmianie.

W mózgu Whitmana odkryto guz naciskający na ciało migdałowate - strukturę odpowiedzialną za kontrolę uczuć, zwłaszcza strachu i agresji. O tym, że uszkodzenia tego obszaru powodują zaburzenia emocji i zachowań społecznych wiadomo już od końca XIX wieku. 
Przypuszczenia Whitmana były więc słuszne. Coś w jego głowie sprawiało, że nie był sobą.

W tym momencie David Eagleman, autor książki "Mózg Incognito. Wojna domowa w Twojej głowie", zapytałby pewnie: co to znaczy "być sobą"?  
Przypadek Charlesa Whitmana może być wielu z was znany. Jest on bardzo często przytaczany w literaturze, od książek akademickich po pozycje popularnonaukowe. Świetny przykład na to, jak pozornie mała zmiana anatomiczna w mózgu, może diametralnie wpłynąć na zachowanie człowieka.
W swojej książce Eagleman przytacza więcej takich przykładów: pacjenci chorzy na otępienie czołowo-skroniowe, pogwałcający wszelkie normy społeczne czy czterdziestolatek u którego guz w korze okołooczodołowej wywołał nagłe zainteresowanie dziecięcą pornografią, które zupełnie ustąpiło po usunięciu guza.
O tym, że aby obudzić w nas to inne ja, wcale nie trzeba trwałych zmian anatomicznych, wie każda kobieta cierpiąca na zespół napięcia przedmiesiączkowego, a także każdy kto choć raz w życiu musiał wysłuchiwać, z rosnącym zażenowaniem, opowieści znajomych, dotyczących swojego zachowania na ostatniej imprezie.
Na pewno wiedzieli też o tym członkowie Pink Floyd, czego przykładem jest ich piosenka "Brain Damage":


The lunatic is in my head.
The lunatic is in my head
You raise the blade, you make the change
You rearrange me 'til I'm sane
You lock the door
And throw away the key
There's someone in my head but it's not me.
W mojej głowie mieszka wariat
W mojej głowie mieszka wariat
Podnosisz ostrze, wprowadzasz zmianę
Poprawiasz mnie, dopóki nie stanę się normalny
Zamykasz drzwi
Wyrzucasz klucz
W mojej głowie ktoś jest, ale to nie jestem ja*

Wszyscy o tym wiemy, wystarczy mała zmiana w neurochemii mózgu i przestajemy być sobą. A może dopiero wtedy zaczynamy być sobą?
Czy wiemy, które ja jest tym właściwym ja?

Po zastanowieniu, odpowiedź wydaje się prosta: właściwe ja to, to którego jesteśmy świadomi przez większość naszego życia, nad którym mamy pełną kontrolę, a nie to ja, które pojawia się tylko czasem w szczególnych sytuacjach.
Niestety. David Eagleman i tu ma dla nas przykrą wiadomość. Obce ja przejmuje nad nami kontrolę nie tylko w stanach patologicznych lub w stanie upojenia alkoholowego.
Nasz mózg bardzo często nie zadaje sobie trudu informowania naszej "świadomości" o podejmowanej właśnie decyzji.
Nie przeraża nas to gdy myślimy o decyzjach, takich jak naprzemienne pedałowanie podczas jazdy na rowerze, odczuwamy jednak pewien dyskomfort, gdy pomyślimy, że może świadomy wybór kierunku studiów wcale nie był taki świadomy.

Eagleman przytacza badania dotyczące "ukrytego egotyzmu", z których wynika, że za wiele naszych życiowych wyborów odpowiedzialne mogą być litery, od których zaczynają się nasze imiona i nazwiska. Więcej, niż gdyby decydował o tym rachunek prawdopodobieństwa, jest par których imiona zaczynają się na tę samą literę. Poproszeni o wybranie jednej z dwóch herbat uczestnicy eksperymentu wybierać będą herbatę, której nazwa zaczyna się od trzech liter, od których zaczyna się też imię badanej osoby. A na koniec: nasze imiona mogą także wpływać na wybór ścieżki zawodowej. Denise chętniej zostanie dentystką, a Lawrence prawnikiem (ang. lawyer).
Wreszcie pojawiła się pierwsza sensowna odpowiedź na to dlaczego studiowałam biologię (moje inicjały to B.B.).

Przytaczając te i wiele innych przykładów, David Eagleman stara się nam powiedzieć coś co pewnie większości z was się nie spodoba - człowiek jest pozbawiony wolnej woli.
Mi też się to nie podoba i nadal w to nie wierzę, mimo że argumentacja autora do mnie przemawia (to chyba najlepszy przykład tytułowych "wojen domowych" w mojej głowie).

Kimkolwiek by była osoba która pisała tę recenzję, bardzo wam poleca książkę Davida Eaglemana. Nawet jeśli jego imię nie zaczyna się na literę B.

* Nie najpiękniejsze tłumaczenie mojego autorstwa

Ocena: 5/5
Wydawnictwo: Carta Blanca
Tłumaczenie: Julita Mastalerz
Rok wydania: 2012

czwartek, 25 października 2012

Jarosław Stawirej - Masakra profana

Po "Mistyce pustyni" poczułam bardzo silną potrzebę natychmiastowego odreagowania, zabicia nieprzyjemnego smaku jaki mi pozostał po tej książce, czymś równie intensywnym, ale bardziej pasującym do mojej wizji świata. Przejrzałam półkę z książkami w poszukiwaniu czegoś odpowiedniego. Wydawnictwo Krytyki Politycznej wydało mi się w tym wypadku najbardziej adekwatne, a że po ostatniej wyprzedaży w Nowym Wspaniałym Świecie mamy tego w domu sporo, było z czego wybierać. Zdecydowałam się na książkę o jaskrawoczerwonej okładce, przedstawiającej pana z teczką, wpisanego w koronę cierniową.
Chyba wystarczająco obrazoburcze, jak na moje aktualne potrzeby.

Pan z teczką z okładki to "przystojny i błyskotliwy brand menedżer z dużej międzynarodowej korporacji", któremu pewnego dnia ukazuje się Matka Boska, przybywająca oznajmić mu, że został wybrany, aby pójść w świat głosić Słowo Boże. 
To, że na swojego wysłannika Bóg zamiast pastuszka czy małomównego pustelnika wybiera młodego, zdolnego i atrakcyjnego przedstawiciela nowej klasy średniej, wydaje się być znakiem naszych czasów, ale na wszelki wypadek, aby nadać nowemu prorokowi więcej wiarygodności Matka Boska decyduje się na towarzyszące całej akcji zjawiska nadprzyrodzone, takie jak: lewitacja, moc uzdrawiania oraz stygmaty. Te ostatnie szczególnie utrudniają naszemu bohaterowi życie.
Kto pracował w korporacji ten wie, że dążą one raczej do zunifikowania pracowników. Broczenie krwią w trakcie spotkania zarządu wydaje się być zbyt duża ekstrawagancją. Tym samym świeżo upieczony boski wysłannik, zostaje zwolniony z pracy, traci też narzeczoną (słynną pogodynkę, znaną także z programu "Gwiazdy tańczą na szczudłach") oraz mieszkanie.

Nasz bohater oczywiście próbuje wykręcić się z całego tego bycia prorokiem, ale z jakichś tajemniczych powodów Matka Boska upiera się właśnie przy nim, mimo iż "na świecie jest tylu dobrych chrześcijan, którzy daliby sobie sznurem do snopowiązałek zęby wyczyścić, żeby tylko znaleźć się na jego miejscu".
Były brand menedżer próbuje wszystkiego, od wizyty w kościele po przyczynowo-objawowe leczenie depresji poprzez samobójstwo, ale jego sytuacja wydaje się mieć tylko jedno wyjście, czyli zaakceptowanie woli nieba (z nią się zawsze zgadzać trzeba).

Spodziewałam się chyba czegoś innego. Literatury mocno zaangażowanej. Czerwonej księgi herezji. Jakiegoś mocnego, kontrowersyjnego przesłania. Myślę, że zasugerowałam się tym, że wydała to Krytyka Polityczna (zresztą chęć wydania tej książki przez Krytykę Polityczną zdziwiła nawet samego autora - jak dowiedziałam się z wywiadu w Wysokich Obcasach).
W połowie książki, pomyślałam sobie, że trochę takie jałowe to przesłanie (żeby nie powiedzieć, że przesłania w ogóle brak), ale czytało się bardzo dobrze, więc czytałam dalej.

Dopiero gdy porzuciłam wreszcie myśl, że ta książka musi mieć jakieś ważne przesłanie i wyjęłam pana Stawireja z szuflady "walczący o lepsze jutro", zaczęłam się naprawdę świetnie bawić.
Teraz wydaje mi się, że ta książka ma jednak przesłanie. Tylko nie takie jakiego bym się spodziewała. Przesłanie bardziej hedonistyczne. Jarosław Stawirej mówi nam, że śmiech jest wartością samą w sobie i nie musi nic za sobą nieść.
"W tym problem, że w polskiej kulturze śmiech musi być stańczykowski. Musi to być śmiech, za którym się kryje troska o przyszłość ojczyzny, rodziny, czegokolwiek. Natomiast nie ma ugruntowanej tradycji Dyla Sowizdrzała. Śmiech sam dla siebie. Powiem filozoficznie: według mnie każda rzecz, która ma mieć jakąś wartość, powinna być wartościowa sama w sobie. Bum."*
Ja się śmiałam.
Bum.

Ocena: 4/5

Wydawnictwo: Krytyka Polityczna
Rok wydania: 2011

* Fragment wywiadu z Jarosławem Stawirejem, przeprowadzonego przez Jasia Kapelę. Wysokie Obcasy.

wtorek, 23 października 2012

Bogusław Chrabota - Mistyka Pustyni

Ostatnio w Dużym Formacie (nr 39, 4.X.2011) ukazał się tekst Wojciecha Orlińskiego "Ateista kontra katolik". Jest to recenzja książki "Ogień" Łukasza Orbitowskiego, przy okazji której Orliński przytacza prawo Poego (od Nathana Poego, a nie Edgara), które mówi, że "przy pewnym poziomie ekstremizmu nie da się już odróżnić, czy ktoś naprawdę jest taki radykalny, czy tylko z kamienną twarzą robi sobie z radykałów jaja".

A przytacza to prawo, bo zastanawia się czy Orbitowski tak na serio, czy to może jakiś żart. W "Ogniu" chodzi o to, że jest dwóch braci Artur i Piotr, Piotr to katolik, który chce założyć rodzinę, a Artur to ateista, wróg kościoła, który odrzuca "bezrozumną tęsknotę za bejbsem" (sic!). Nie dziwi więc, że gdy w bohaterów wstępują duchy, ciało Piotra bierze we władanie tytułowy Ogień, czyli Józef Kuraś, "bohater" i "patriota", natomiast Artur zostaje opętany przez ubeka - majora Wałacha (domyślam się że dobór nazwiska nieprzypadkowy).
Orliński pisze jeszcze o tym, że dzieło poza groteskową indoktrynacją jest też dosyć mierne pod względem literackim, ale zostawmy już ten temat i przejdźmy do meritum sprawy, czyli dlaczego właściwie o tym piszę i dlaczego w notce, która ma być recenzją książki o pustyni.

Pędzę z wyjaśnieniem, piszę o tym, ponieważ książki Orbitowskiego i Chraboty, łączą dwie rzeczy: wydawnictwo, którego nakładem się ukazały oraz próba indoktrynowania czytelnika.
To drugie zupełnie by mnie nie denerwowało, bo to czy chce się czytać Ziemkiewicza czy Michnika, uważam za sprawę osobistą i bardzo cieszę się, że w obecnym ustroju, każdy może sobie sam takiego wyboru dokonać, zgodnie z tym co podpowiada mu sumienie. Z tego samego powodu zupełnie nie irytowało by mnie to gdyby takie książki postanowiło sobie wydać jakieś wydawnictwo prywatne.
Cała sprawa mnie jednak wkurza, bo obie książki zostały wydane przez Narodowe Centrum Kultury, czyli "państwową instytucję kultury, której statutowym zadaniem jest podejmowanie działań na rzecz rozwoju kultury w Polsce."

Dziwiło mnie dlaczego NCK, w kraju, w którym literatura faktu jest na naprawdę wysokim poziomie i jest z czego wybierać, promuje coś tak lichego jak "Mistyka Pustyni".
Zaczęłam więc czytać o innych książkach wydanych przez wyżej wspomnianą instytucję, jak np. "Małpy Pana Boga. Słowa", w której recenzji czytamy "Parowski entuzjasta nauki, ale także krzewiciel wiary i wartości chrześcijańskich, uczony w piśmie demonstrujący mimochodem swoje polityczne prawicowe sympatie".
No a Narodowe Centrum Kultury mimochodem i zupełnym zbiegiem okoliczności wszystko to wydaje...

Dosyć o Narodowym Centrum Kultury, przejdźmy do samej "Mistyki Pustyni".

Pan Bogusław Chrabota był dyrektorem programowym i redaktorem naczelnym telewizji Polsat, w której aktualnie jest szefem publicystyki. Z obwoluty dowiadujemy się też, że "od końca lat dziewięćdziesiątych XX wieku odbył szereg wypraw w mniej lub bardziej dostępne rejony Bliskiego Wschodu, czego efektem jest tom esejów i płyta Mistyka Pustyni".
Spodziewać by się można, że będzie naprawdę nieźle, albo chociaż przyzwoicie, w końcu to dziennikarz, wydaje to poważna instytucja, no i jeszcze ten dopisek na okładce, że "dla wymagających".
Parę pierwszych stron może nawet nas w tym przekonaniu utwierdzić. Zaczyna się od libijskiej części Sahary, którą autor poznaje w towarzystwie przedstawicieli ludu Tuaregów. Lakoniczne dialogi prowadzone z miejscową ludnością i bardzo obrazowe opisy przypominają największych mistrzów reportażu. Ale to wszystko szybko się kończy i zostaje zastąpione przez pretensjonalne, pełne egzaltacji wywody na tematy wszelakie.
Zaczyna się od "dawania nieśmiertelności" rtęciowym mrówkom (można sobie nawet tego fragmentu tu posłuchać w wykonaniu samego autora).
Tak sobie myślę, że jak już trzeba używać tylko pompatycznego, nadmuchanego słownictwa, to warto mieć otwarty słownik wyrazów bliskoznacznych, żeby uniknąć powtarzania co linijkę słowa "dostrzegłem". Piszę o tym nie tylko dlatego, że lubię się czepiać (chociaż to oczywiście też), ale ponieważ tego typu błędów jest w książce sporo. Jest tu też bardzo dużo pustosłowia i okropnych grafomańskich opisów i porównań: "lepki klej nocy", "zanim zagłębiliśmy spojrzenia naszych oczu" (można zagłębić spojrzenia rąk?), "w jego czarnych tęczówkach nie było ani dnia, ani nocy. Słońca ani księżyca. Ani gwiazd. Nie było nic. Tylko pustynia". Oto przed nami Paulo Coelho reportażu.

Opis książki na stronie Narodowego Centrum Kultury mówi, że "książka, nawiązując do stylistyki reportażu, pozostaje skarbnicą ciekawych spostrzeżeń na temat obyczaju, kultury i religii tego kontynentu. O tym, jak ważnym obszarem dla naszej cywilizacji jest Afryka, pokazały chociażby ostatnie wydarzenia w Egipcie, Libii i Tunezji, a także ich światowe konsekwencje (głównie gospodarcze i polityczne)".
Można by pomyśleć, że będzie to reportaż, który rozjaśni nam trochę sytuację na Bliskim Wschodzie. Zacznijmy jednak od tego, że wycieczki autora na Bliski Wschód nie były wyprawami dziennikarza, to były wycieczki wakacyjne, podczas, których czasami udawało mu się zamienić słowo z miejscową ludnością, co skrzętnie notował. Czasami jednak się nie udawało, jak np. tu:
"Tuaregowie nie lubią przemawiać [...] Próbowałem z nimi rozmawiać o Bogu, którego na pustyni jest pełno. Wydaje się, że można o nim mówić w nieskończoność. Oni jednak nie byli wylewni"
Bardzo dziwne.
No ale za to pan Chrabota jest bardzo wylewny i zdarza mu się w swoich przemyśleniach nieco popłynąć. I tak oto otrzymujemy książkę - zbiór esejów, których wspólnym mianownikiem jest pustynia. Jest całkiem ciekawy rozdział o XVIII i XIX wiecznych odkrywcach, potem jest rozdział o świętych - pustelnikach, jest mocno nużący rozdział o Mojżeszu wyprowadzającym naród wybrany z ziemi egipskiej, domu niewoli, no i co jakiś czas można natknąć się na to obiecane nawiązanie do stylistyki reportażu. Tu jednak też nie jest najlepiej, po bardzo krótkiej rozmowie ze swoim przewodnikiem Ammarem, który uważa, że Hammas i Al-Kaida to bohaterowie, pan Bogusław w oburzeniu zastanawia się czy nie powinien był Ammara "trzasnąć, za to, że nic nie rozumie, za to, że jego piękny mit skłóca świat i pomaga zabijać ludzi". Powstrzymuje się jednak od komentarza, gdy jego rozmówca mówi: "w Libii jest porządek. Muammar Kaddafi zbudował system dla ludzi".

No i ta indoktrynacja o której wspominałam. Jeśli miałabym znów przeprowadzać badanie mające na celu sprawdzenie, jakie słowo najczęściej występuje w tej książce, to słowo "Bóg" miałoby bardzo duże szanse. Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem wojującą ateistką i nie przeszkadza mi gdy ktoś pisze o Bogu. Przeszkadzają mi natomiast stwierdzenia takie jak to:
"Gdzieś łatwiej dotknąć Boga? Gdzie łatwiej usłyszeć jego głos? Pojąć jego naturę? Jeśli ktoś chce ją pojąć. I chce go spotkać. A jeśli ktoś nie chce? Jeśli nie wierzy, to czego tu może szukać? Co znajdzie? Zabije go albo owa przerażająca estetyka, albo poczucie ostatecznej samotności, wyobcowania."
Wiecie może ilu ateistów umarło w tym roku na pustyni?

Zamiast podsumowania napiszę to co pan Bogusław napisał na końcu swojej książki
"To ostatnie słowa tej książki, ale nie ostatnie słowa, bo słowo jest nieśmiertelne." (?)
Ocena: 2/5

Wydawnictwo: Narodowe Centrum Kultury
Rok wydania: 2011

sobota, 20 października 2012

Fiodor Dostojewski - Netochka Nezvanova

"Netochka Nezvanova" to pierwsze podejście Fiodora Dostojewskiego do pisania powieści. 
W życiu bywają gorsze dni, a czasem nawet lata. W 1849 roku, kiedy wydano pierwszą część "Netochki", Dostojewski został też skazany na karę śmierci, a potem gdy stał już przed plutonem egzekucyjnym, karę jednak złagodzono do czterech lat katorżniczej pracy na Syberii. Wydarzenia te nie sprzyjały zapewne pisaniu, w związku z czym "Netochka Nezvanova" pozostała powieścią niedokończoną.
I Bogu dzięki.

Bardzo obiecujący był początek powieści, zdominowany przez świetnie skonstruowaną postać ojczyma Nietoczki. W tej części książki widać Dostojewskiego, którego znamy ze "Zbrodni i kary" - mistrza powieści psychologicznej.
Niestety w dalszej części, autora opętał duch Barbary Cartland, za którego sprawą zmusił on nas do obcowania z całą gamą potwornie irytujących, rozchwianych emocjonalnie postaci kobiecych.
Wszystkie panie cały czas
na zmianę bledną, mdleją i pąsowieją, a wszystko to bez żadnej jasnej przyczyny. Jedyne wyjaśnienie tego fenomenu, jakie przychodziło mi do głowy, to jakaś zaraźliwa choroba objawiająca się problemami sercowo-naczyniowymi, na którą zapadły wszystkie kobiety w powieści.
Jako, że panie nie zajmowały się niczym poza blednięciem, czerwienieniem się, opadaniem na sofę i wpadaniem w rozpacz, postanowiłam nawet przeprowadzić małe badanie
i sprawdzić jak często w powieści występowały słowa: blady, rumienić się i rozpacz w porównaniu do jakiegoś w miarę neutralnego słowa, jak np. dziewczynka
 
Mogłam sobie na coś takiego pozwolić, ponieważ czytałam tę powieść na Kindle'u (moje szaleństwo ma pewne granice i na pewno liczenie tego ręcznie tę granicę by przekraczało).
Powieść nie została przetłumaczona na język polski, dlatego czytałam po angielsku i wyszukiwane słowa były siłą rzeczy też angielskie, ale brak deklinacji działał tylko na korzyść całego przedsięwzięcia.

Oto jak prezentuje się moja statystyka:
Słowo pale (blady) pojawiło się 35 razy, blush (rumienić się) - 26 razy, natomiast despair (rozpacz) - 24 razy, podczas gdy moje "neutralne" słowo girl pojawia sie tylko 23 razy (a jest to książka o dziewczynce, która w pewnym momencie poznaje inną dziewczynkę).
Wnioski z tego takie, że, po pierwsze: Kindle ma różne fajne opcje (ale teraz, gdy piszę tę notkę, leży już popsuty w szufladzie, więc nie jest to żadne lokowanie produktu, bo wcale do kupowania nie zachęcam, szczególnie jak się ma dryg do psucia rzeczy), a po drugie: w powieści Dostojewskiego, wszyscy stanowczo za często popadali w skrajne emocje (biorąc pod uwagę to, że od pewnego momentu nie działo się tam właściwie nic).

Jak już pisałam, postać ojczyma Nietoczki bardzo mi się podobała. Niestety, otwierając, zamyka ona jednocześnie listę postaci, które mi się podobały. W kwestii kobiet, Dostojewski, najwyraźniej, wiedział wtedy bardzo mało, w zasadzie tylko tyle, że są emocjonalnie niestabilne, bledną, mdleją i wpadają w rozpacz bez powodu. A, że powieść kręciła się wokół kobiet (był nawet wątek miłości lesbijskiej), to nie mogło się udać.

Książka mi się nie podobała, ale jej lektura doprowadziła mnie do bardzo optymistycznych wniosków: nawet Dostojewski nie urodził się wirtuozem pióra, wszystko zdobywa się ciężką pracą, więc jeśli piszecie i wam nie wychodzi, to nie popadajcie w rozpacz i nie opadajcie w omdleniu na szezlongi, tylko piszcie dalej!

Ocena: 2/5

Wydawnictwo: Penguin