niedziela, 31 marca 2013

Marek Bieńczyk - Tworki

Powoli odchodzą świadkowie Holokaustu. Ci, którzy pamiętają to co wydarzyło się ponad sześćdziesiąt lat temu, już niedługo nie będą mogli do zbiorowej pamięci dodać swojej cegiełki. Zresztą można sobie zadawać pytanie czy pozostało jeszcze coś do dodania.
Na arenę wkracza kolejne pokolenie - Ci którzy pamiętają tych, którzy pamiętali. Styl naturalistyczny, sprawozdawczy, wydaje się być zarezerwowany dla świadków zagłady. A jednak Holokaust jest także traumą kolejnych pokoleń. Myślę więc, że coraz częściej będą podejmowane próby nieszablonowego podejścia do tego tematu, eksperymentujące ze stylem, językiem i samą treścią.

Jednym z eksperymentujących z Holokaustem jest Marek Bieńczyk, zeszłoroczny laureat Nike.
Bohaterami jego powieści są młodzi ludzie zatrudnieni w księgowości w szpitalu psychiatrycznym w Tworkach. Na zewnątrz wojenna zawierucha, a w Tworkach cicho i spokojnie, wręcz idyllicznie. Szpital psychiatryczny, który jest jedynym miejscem, gdzie można jeszcze żyć normalnie, kochać się i śmiać. Pomysł wydaje się świetny, niestety, u Bieńczyka fabuła zeszła na dalszy plan, a na pierwszy wyszły eksperymenty formalne; Bieńczyk bawi się słowem, jego bohaterom zdarza się mówić wierszem, czasami wiersz przechodzi w wierszyk, w dziecięcą wyliczankę. Cały czas miałam nadzieję, że jednak akcja się rozwinie, że autor bardziej zarysuje postaci, no i że skorzysta z ogromnego potencjału jaki moim zdaniem drzemie w tej historii. Tak się jednak nie stało. Gdyby nie to, że od strony formalnej powieść wygląda na skończoną, to napisałabym, że Tworki wydają się być zaledwie szkicem właściwej powieści, ogólnym zarysowaniem akcji.

Tworki to Holocaust w stylu postmodernistycznym. Fabułę można by opowiedzieć w paru zdaniach, bo treść jest tu bardzo zredukowana. Wszystko jest symboliczne: rzeka Utrata, przepływająca przez Tworki czy stereotypowi pensjonariusze szpitala, z których każdemu wydaje się, że jest jakąś wielką postacią. I tak po dziedzińcu przechadzają się w pasiastych piżamach: Goethe, Bismarck, Dürer, Kleopatra. Pasiasty wzór piżam jest raczej nieprzypadkowy, tak samo jak nadreprezentacja Niemców wśród tworkowskich wielkich postaci. Szwajcarski zegarek, który dostaje od narzeczonego Żydówka Sonia, to też pewnie symbol, bo Szwajcaria w powieści jest tą ziemią obiecaną, azylem, którym kuszą Żydów hitlerowcy.

Nie mam nic przeciwko symbolice, grom słownym i stylistycznym, ale w moim odczuciu nie powinny one przesłaniać treści. Tak jak powiedział Twardoch powieść powinna się czytać. A Tworki się nie czytają; jest to jeden wielki kalambur. Jeśli ktoś ma ochotę na znaczeniowe i słowne szarady to proszę czytać. W innych wypadkach nie polecam.

Ocena: 2/5
Wydawnictwo: Wielka Litera
Rok wydania: 2012 (wydanie pierwsze: 1999 r.)

sobota, 23 marca 2013

Szczepan Twardoch - Morfina

Konstanty Willemann budzi się któregoś dnia z ogromnym kacem i próbuje ustalić kim jest. I nie jest to zwykła próba ustalenia własnej tożsamości, jaką co rano podejmują rzesze pijaków. Konstanty nawet będąc już trzeźwym, nadal nie umie odpowiedzieć sobie na to podstawowe pytanie.
Syn niemieckiego arystrokraty i niemieckojęzycznej Ślązaczki, która wybrała polskość, jako sposób na życie, zdaje się biernie przyjmować narzucane mu przez najbliższe otoczenie gombrowiczowskie gęby. I tak żyje sobie bardzo wygodnie, życiem typowego bon vivanta w międzywojennej Warszawie. Nie stroni od narkotyków i alkoholu, lubi piękne samochody i rozpustne kobiety. Pieniądze płyną nieprzerwanym strumieniem od matki. A matka przecież powinna być dumna, bo w końcu Konstanty jest też mężem prawdziwej modelowej Polki, czystej niczym łza, posągowej Heleny i ojcem prawdziwego małego Polaka, który od najmłodszych lat uczony jest recytowania "Kto ty jesteś? Polak mały".
Może nawet byłby w stanie żyć, biernie przyjmując te wszystkie formy, które się mu narzuca, ale nagle przychodzi wojna, która wymaga bardziej zdecydowanego określenia swojej tożsamości. Tu już nie ma miejsca na bierność. Tu trzeba walczyć. A im bardziej Konstanty próbuje odpowiedzieć sobie na pytanie kim jest, tym bardziej czuje, że potrzebna jest mu fiolka morfiny.

Jestem Konstanty Willemann i mam w dupie to, czy jestem Niemcem, czy Polakiem, bo są ważniejsze sprawy na tym świecie.

Pociąg głównego bohatera do wszelkiego rodzaju używek czuć w niespokojnej transowej narracji. Piękne, bogate opisy przeplatają się z fragmentami, gdzie próżno szukać zdań złożonych; co jakiś czas miejsce Konstantego w roli narratora zajmuje tajemnicza wszechwiedząca narratorka drugoosobowa, która sobie przypisuje kierowanie losem głównego bohatera. Słyszymy ją my, ale nie Konstanty. To sprawia, że staje się on w naszych oczach bohaterem tragicznym, miotającym się, podejmującym dramatyczne próby odwrócenia swojego losu, ale jak w tragedii antycznej, nie znajdujący dobrego wyjścia. Bo takiego nie ma. I może dlatego Konstanty Willemann jest antybohaterem, którego mimo jego wszystkich wad, albo właśnie ze względu na nie, po prostu trzeba lubić. Bo w Konstantym, w tym jego rozdarciu i zagubieniu, jest właśnie istota człowieczeństwa.

W wywiadzie dla Polityki na pytanie jaką literaturę chciałby tworzyć, Twardoch odpowiada:

Chcę pisać powieści, prawdziwe powieści. Tylko to mnie interesuje. Nie chcę pisać powieści pękniętych, złamanych, nie wierzę w śmierć powieści jako formy literackiej, którą miałyby zastąpić jakieś postmodernistyczne, rozmyte twory. Powieść musi „się czytać”, tak mi się wydaje. Nie mam nic przeciwko formalnym eksperymentom, trochę ich w „Morfinie” jest, ale powieść musi się czytać. Tak uważam.
I to chyba jest największą zaletą Morfiny, że obok wszystkich tych wspomnianych zabiegów formalnych, jest to po prostu świetnie napisana powieść, którą się czyta. Język powieści jest melodyjny i rytmiczny, a to w połączeniu z ogromną dbałością o szczegóły, rewelacyjnym odwzorowaniem realiów okupowanej Warszawy i świetną historią, tworzy zachwycające dzieło.

Tym samym posypuję głowę popiołem, biję się w pierś i tym razem bez cienia sarkazmu piszę, że Szczepan Twardoch rzeczywiście ma świętą rękę*. Bracia i siostry, jesteście świadkami nawrócenia! Alleluja!

Ocena: 5/5
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2012

* jeśli nie wiesz o co chodzi, odsyłam do mojej notki o felietonie Szczepana Twardocha. Opinii w niej zawartych oczywiście nie odwołuję, ale nie uważam ich już za istotne, bo o wiele ważniejszy dla mnie niż Twardoch felietonista, jest Twardoch powieściopisarz.

środa, 13 marca 2013

Marek Orzechowski - Belgijska melancholia. Belgia dla nieprzekonanych

Gdybym miała zwyczaj niekupowania książek o brzydkich okładkach, to oszczędzone byłoby mi czytanie Belgijskiej melancholii. Niestety, mam tak, że nie oceniam książki po okładce i mimo rozpikselowanych czekoladek i uciętego zdjęcia Fontanny Silviusa, kupiłam wspomnianą książkę. Co prawda kupiłam i podarowałam w prezencie koleżance, która tak jak ja była w Belgii na Erasmusie, ale potem miałam atak belgijskiej melancholii i książkę od niej pożyczyłam.

Już pierwsze zdanie jest dosyć niepokojące: Każdy był, jest lub będzie w Belgii. A przynajmniej każdy prawdziwy Europejczyk. Na początku myślałam, że może to jakaś metafora, ale chyba jednak nie. Potem autor pisze o stereotypach i o tym, że o Belgii albo nic nie wiemy, albo myślimy kliszami. A potem w 14 kolejnych rozdziałach udowadnia, że on należy do tej drugiej grupy.

Orzechowski który przez lata był korespondentem TVP w Brukseli jest pewien, że odkrył o co w tej Belgii chodzi, wniknął w serca i umysły Belgów i ta niezachwiana pewność wylewa się z każdej strony Belgijskiej melancholii:
To wielkie przywiązanie do domu sprawa, że prawie żaden Belg właściwie nigdy się nie przenosi w nowe, obce miejsce.

Belg jest pragmatykiem i hedonistą jednocześnie, i doskonale wie, co i jak zrobić, aby jego życie pozbawione było udręk i trosk, aby upłynęło mu w możliwie największej harmonii i sprawiło przyjemność.
Poza tym w książce, aż roi się od przedziwnych przemyśleń autora:
Na walońskich wiejskich drogach, w przydrożnych oberżach spotkać można nikomu nieznanych chłopów światowców. Ich wiedza o pobliskiej okolicy jest wiedzą o Belgii i o świecie. Każdy z nich ma wielki świat w swoim małym sercu.
Wystarczy zobaczyć współczesną gigantyczną śluzę w Strépy-Thieu albo w Ronquières, by ulec wrażeniu, że ich budowniczym nie chodziło wyłącznie o technikę, że tak samo chcieli wyrazić w nich stan swojego ducha.
 Ale co jest największym problemem tej książki to to, że Marek Orzechowski po prostu nie umie pisać. Książka jest upstrzona okropnymi makaronizmami: ludzie zapraszają się na dinnery, a do Londynu jadą via Francja. Jak już się zdarzy zdanie całe po polsku, to bardzo często nie ma za bardzo sensu:
Już Pieter Bruegel malował swoich rodaków z pełnymi policzkami, co potwierdzają i dzisiaj wypełnione po brzegi restauracje. (potwierdzają, że Bruegel malował?)
W tym wszystkim za najbardziej urzekający uznaję przedostatni rozdział, w którym autor najpierw pisze o flamandzkiej partii N-VA, potem przechodzi do głośnej sprawy belgijskiego pedofila Marca Dutrouxa, który jak podejrzewano nie działał w pojedynkę, tylko we współpracy z rozbudowaną siatką pedofilską i nagle temat Marca Dutroux zostaje urwany i następny akapit poświęcony już jest elitarnym belgijskim klubom, takim jak Cercle Gaulois, w którym intelektualiści dyskutują o sztuce. Może w ten sposób autor chciał pokazać cały szeroki wachlarz klubów do jakich można należeć w Belgii, poczynając od siatki pedofilskiej, a na Cercle Gaulois kończąc?

Oczywiście dowiedziałam się wielu interesujących rzeczy z tej książki, ale myślę, że dowiedziałabym się ich także z przewodnika i nie straciłabym czasu na czytanie takich rzeczy:
Kiedy król przejeżdżał obok nas, odeszliśmy od kamery i z szacunkiem należnym Albertowi wyciągnęliśmy  do niego ręce w geście pozdrowienia. Nasz przyjazny gest król natychmiast z sympatią odwzajemnił. Wówczas mój kamerzysta wykrzyknął: "Vive le Roi!" - Niech żyje król! Na twarzy Alberta pojawił się szeroki uśmiech. Wychylił się z pojazdu, aby uścisnąć nam dłonie, podziękował i zapytał, skąd jesteśmy. Kiedy dowiedział się, że to ekipa Telewizji Polskiej, odkrzyknął "Vive la Pologne!" Skoro tak, to z naszej strony popłynęły w reakcji zwołania na całą ulicę: "Vie la Roi et vive la Belgique!" I król, odwracając się do nas raz jeszcze z pojazdu i machając nam przyjaźnie ręką, powieziony został do swoich monarszych obowiązków.

Moja ocena: 2/5
Wydawnictwo: MUZA SA
Rok wydania: 2011

niedziela, 10 marca 2013

Jacek Dehnel - Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu

Myślę sobie, że bycie jednocześnie dobrym felietonistą i dobrym powieściopisarzem, to wcale nie jest taka łatwa sprawa. Myślę tak, bo wielu już było takich co próbowali i im się nie udawało. Taka np. Kinga Dunin, bardzo ją lubię i szanuję, to ona była tą co za młodu (za mojego młodu, a nie jej młodu) mnie przekonała do felietonów jako takich. Nic dziwnego więc, że gdy znalazłam w bibliotece jej powieści to bez wahania wypożyczyłam. Przeczytałam obie, może licząc na to, że w drugiej, która była kontynuacją tej pierwszej okaże się, że poprzednia to tylko taki żart. Nie okazało się. Obie części były ze wszechmiar kiepskie, tendencyjne, a bohaterowie płascy jak naleśniki i wszystko to niestety na poważnie. Z drugiej strony mamy Szczepana Twardocha, o którego felietonie kiedyś już pisałam (http://pozapsem.blogspot.com/2012/03/swieta-reka-twardocha.html) i którego byłam już zdecydowana nie lubić, ale pomna doświadczenia duninowego, postanowiłam przeczytać jego najnowszą powieść, aby wyrobić sobie o nim zdanie także jako o pisarzu (bo w sumie tym przede wszystkim jest). No i bach! Szok i niedowierzanie jak napisaliby dziennikarze faktu, gdyby tylko zajmowały ich sprawy literatury. "Morfina" Szczepana Twardocha okazuje się rewelacyjną powieścią. Myślę nawet, że pisząc o niej notkę użyję paru wielkich słów jak monumentalna czy genialna, ale nie uprzedzajmy faktów.

Te dwa przykłady pokazują nam wyraźnie jak bardzo nie możemy być niczego w tym życiu pewni. Dlatego gdy pewnego razu trafiłam na felieton Dehnela na Wirtualnej Polsce, trochę się bałam, że okaże się, że felieton kiepski i że znów będę miała z jakimś pisarzem taką toksyczną relację, że z jednej strony nie lubię, ale z drugiej kocham. Felieton był jednak bardzo dobry. Z chęcią sięgnęłam więc po najnowszą książkę Dehnela, która jest właśnie zbiorem jego felietonów i teraz mogę już oficjalnie powiedzieć, że lubię Dehnela zarówno jako pisarza jak i felietonistę i gdyby nie to, że póki co nie interesuje mnie kariera wariatki to zostałabym jego psychofanką. Chociaż pierwszy w kolejce jest Mariusz Szczygieł i nie wiem czy by mi starczyło sił witalnych na bycie podwójną psychofanką.

Ale wróćmy do Dehnela. "Młodszy księgowy" to zbiór felietonów na tematy różne, wszystkie jakoś z literaturą związane, chociaż często powiązania te nie są oczywiste. Sam o sobie pisze:
[...] nie jestem krytykiem literackim i nigdy nim, jak sądzę, nie będę; uważam jednak, że jedną z czytelniczych frajd jest dzielenie się z innymi tym, co nas zachwyciło.
Jeszcze większą frajdą jest jednak pisanie o tym, co nas nie zachwyciło. Nie ma co udawać, tak właśnie jest. Żadnej notki nie pisałam z takim zapałem jak tej o "Blondynce na Kubie" (a z blogowych statystyk wnioskuję, że i czytelnicy takie właśnie notki najchętniej czytają). Możliwe, że jest to jakaś bardziej kreatywna i subtelna forma naszego narodowego sportu, jakim jest narzekanie. I Dehnel ten sport uprawia, po świetnej formie widać zresztą, że nie od dziś. Wśród tego co mu się nie podoba są politycy występujący w roli ekspertów od wszystkiego, przykładem czego jest posłanka Pawłowska mówiąca o Szymborskiej, nowe nurty literackie, takie jak literatura posmoleńska, czy stare jak literatura obozowa, z której kolejne pokolenia na siłę próbują jeszcze coś wycisnąć i robią to coraz gorzej:

John Ruskin pisal o rozwiązaniach fabularnych Dickensa: "Nie wiesz, co zrobić? Zabij dziecko!";  z punktu widzenia fabuły Holokaust to literacki samograj, który poruszy nawet najbardziej zakamieniałe serce.
[...]
Wtórność tekstów o Holokauście wycina z pola zainteresowania pisarzy nie tylko, to co nie pasuje do utrwalonego schematu, ale też to, co nie pasuje do wersji wyidealizowanej. Ofiary Zagłady są ustawione poza obrębem ludzkości, która ma swoje wady. Straszliwy, nieuchronny los, który czeka wszystkich czy niemal wszystkich bohaterów, sprawia, że wspomnienie o ich wadach wydaje się nietaktem, jak wypominanie dawnych przewin komuś, kto leży na łożu śmierci.
Pojawiają się też literackie ciekawostki jak np. nowy nurt w ltieraturze, który furorę robi w JuKej, czyli misery books*, oraz literackie kurioza jak samowydająca się rodzina Grzeszczyków. Do worka "literatura" trafia tu też amerykański katalog sprzedaży wysyłkowej z roku 1897 czy wydana w 1866 roku książeczka o drobiu (historii i naczelnych cechach wraz z kompletnymi wskazówkami dotyczącymi hodowli i tuczenia).
Ciężko w zasadzie powiedzieć o czym są felietony Dehnela, bo są o wszystkim, co w jakikolwiek sposób wiąże się z literaturą. Dehnel w błyskotliwy i lekki sposób pokazuje nam, że literatura jest wszędzie i że nieprawdą jest to, że ci co czytają książki uciekają przed życiem. Literatura jest życiem. Życie jest literaturą.
I jakoś w tym momencie przypomniał mi się fragment z dzienników Kafki, który porusza najczulszą strunę mojej duszy, więc nim właśnie zakończę tę notkę:
Da ich nichts anderes bin als Literatur und nichts anderes sein kann und will**
Ocena: 3/5
Wydawnictwo: W.A.B
Rok wydania: 2013

* Uważajcie moi drodzy. Ja się nacięłam na jedną z tych książek, w Polsce jeszcze jakoś tyle tego nie mamy, to nie wiedziałam co to (http://www.goodreads.com/book/show/1047113.Ugly). Nie udało mi się skończyć.
** Nie jestem niczym innym jak tylko literaturą, niczym innym być nie mogę i nie chcę.

środa, 27 lutego 2013

Wolf Kielich - Podróżniczki. W gorsecie i krynolinie przez dzikie ostępy


Wczoraj obejrzeliśmy z Partnerem Życiowym film Histeria. Romantyczna historia wibratora. O czym jest film, można wywnioskować z tytułu. Po pierwsze jest o histerii, czyli tajemniczej jednostce chorobowej, której symptomy rozciągały się od migren, przez płaczliwość, po chęć edukacji czy posiadanie własnego zdania. Choroba znana już od dawna, w XIX wieku stała się prawdziwą plagą. Oczywiście chorowały tylko kobiety. Nic zresztą dziwnego, bo była to choroba spowodowana najprawdopodobniej przez wędrującą macicę, która uciskała inne organy. Z histerii leczono na różne sposoby, w zależności od nasilenia objawów zalecano między innymi jazdę konną czy huśtanie się na huśtawce, ale świetne wyniki osiągano także dzięki masażowi genitaliów. Pamiętajmy jednak, że był to wiek XIX, w którym od homoseksualistów bardziej bano się już tylko onanistów, więc oczywiście w żadnym wypadku nie zalecano paniom przeprowadzania tej ostatniej terapii na własną rękę. Ten czysto medyczny zabieg nie miał żadnego związku z seksem i wykonywali go lekarze.

Wiek XIX to jednak nie tylko czas wielkiej histerii, ale i wielkich wynalazków. I tak podczas gdy wędrująca macica uniemożliwiała kobietom jakiekolwiek sensowne działania, mężczyźni pozbawieni tego problemu mogli spokojnie się kształcić i wymyślać różne urządzenia ułatwiające życie. Faraday, któremu pewnie żaden zbuntowany organ nie uciskał wątroby, korzystając z tego niedostępnego kobietom fizjologicznego spokoju, odkrył zjawisko indukcji elektromagnetycznej. Potem stworzył pierwszą prądnicę, co zapoczątkowało powolną elektryfikację.
Masaż genitaliów to sprawa dosyć wyczerpująca*, zarówno dla masowanej jak i masującego, dlatego lekarze szybko zaadaptowali nowe odkrycie do swoich potrzeb. I tak, w wielkim skrócie, powstał pierwszy wibrator. I o tym też jest ten film.
Film utrzymany jest w konwencji komedii romantycznej, a takich filmów z zasady nie powinno traktować się zbyt serio. Partner Życiowy był więc raczej sceptyczny wobec tego co wyświetlało się na ekranie naszego telewizora. I trudno mu się dziwić, bo cała historia jest mocno absurdalna. Jest jednak przy tym niestety prawdziwa (przynajmniej ta część o histerii i wibratorze, co do wątku romantycznego, to nie wiem). Podczas gdy Partner Życiowy nie dowierzał, ja od razu uznałam opowieść o powstaniu pierwszego wibratora za bardzo prawdopodobną. Taki stan rzeczy jest spowodowany nie moją wrodzoną naiwnością, a uprzednią lekturą książki Podróżniczki. W gorsecie i krynolinie przez dzikie ostępy. Książki, która równie dobrze mogłaby nosić tytuł Histeryczki. W gorsecie i krynolinie przez dzikie ostępy.

Wolf Kielich opisuje historie XIX-wiecznych podróżniczek. Kobiet, które nie zgadzały się na oferowaną im przez epokę wiktoriańską rolę anioła domowego ogniska i chciały od życia czegoś więcej. Jak widzicie typowy objaw histerii. Może w obawie przed skierowaniem na zabieg wycinania macicy, tym czymś więcej był dla nich wyjazd z kraju. Był to czas kiedy coraz więcej podróżowano, złota era kolonializmu, fascynacja orientem, ale podróżowanie było raczej domeną mężczyzn. O ile mężczyźni mogli oczekiwać, że ktoś zapłaci za ich podróż, o tyle kobiety nie były traktowane jako poważne podróżniczki. Jeśli pragnęły udać się w podróż, musiały przeważnie posiadać fundusze na ten cel. Dlatego podróżowały głównie panie, którym udało się odziedziczyć jakiś majątek. Jednak nie było to regułą. W książce opisane są także historie kobiet, którym udało się wybrać w podróż, mimo braku środków finansowych. Taką kobietą była angielska pielęgniarka Kate Marsden, która swoje życie poświęciła pomocy chorym na trąd mieszkającym na Syberii, a także, moja ulubiona Mary Slessor, wywodząca się z nizin społecznych misjonarka, która bardziej niż na chrystianizacji ludności afrykańskiej, skupiała się no doraźnej pomocy: uczyła kobiety mieszkające w dżungli jak wyzwolić się spod terroru mężczyzn, rozwiązywała spory, leczyła.
W Old Town Mary zaczęła się "afrykanizować", czego wszyscy biali w koloniach unikali za wszelką cenę. Oczywiście opowiadała miejscowym o Bogu białego człowieka, ale sama też chciała wiedzieć wszystko o ich bogach i duchach. Uczyła się o ifot - uprawianiu czarów, i o ziołach mbiadiong, które stosowali czarownicy, aby wypędzać złe duchy i uzdrawiać ludzi.**
Nie każda opisana w książce kobieta budzi sympatię. Bo chyba nie taki był cel tej książki. Myślę, że autor z premedytacją wybrał historie kobiet pochodzących z różnych środowisk i prezentujących różne style podróżowania: od tych podróżujących w warunkach ekstremalnych, bez żadnych wygód, do typowych XIX-wiecznych panienek, takich jak Nina Mazuchelli, znudzona żona duszpasterza wojskowego, pełniącego posługę w Indiach, która zapragnęła wybrać się w Himalaje, nie rezygnując przy tym z bycia damą:
Nawiasem mówiąc, nie miała zamiaru zbytnio się przemęczać. Będąc damą z towarzystwa, zamierzała ubierać się stylowo także w górach. A więc pod szeroką spódnicę wkładała co najmniej dwie halki i gorset zapewniający talię osy, nosiła też kapelusz i buciki na obcasie. Oczywiście wykluczone, żeby w takim stroju godzinami maszerować po skalistym podłożu, postanowiła zatem odbyć drogę w lektyce.
Z bycia gentlemanem nie zamierzał rezygnować także jej mąż:
Zażądał, aby dla Europejczyków zabrano żelazne łóżka, nalegał też, żeby codziennie serwowano obiad elegancko, na porcelanowej zastawie, ze "wszystkimi nieodzownymi atrybutami dobrze wychowanego Europejczyka, gdziekolwiek by przebywał".

Autorowi udało się poprzez historie zupełnie różnych od siebie kobiet, przedstawić obraz epoki wiktoriańskiej z całym jej przepychem, ogromnymi nierównościami społecznymi i przytłaczającą hipokryzją. Nie każdą z opisywanych kobiet nazwałabym podróżniczką, były wśród nich prawdziwe XIX-wieczne gorszycielki, ale także kobiety delikatnie tylko naginające panujące normy obyczajowe. Każda jednak poluzowała choć trochę mocno ściskający je gorset konwenansów, aby wreszcie móc wziąć głębszy oddech.
Nigdy nie rozumiałam, co to za szczęście dożyć późnej starości. Zawsze - nawet w najszczęśliwszych okolicznościach - uważałam, że to smutne i nie widzę nic strasznego w myśli, że pogodnie i odważnie przyjmę swój koniec od kulki lub pchnięcia nożem, zamiast wieść nudną egzystencję, którą tak często widzę wokół siebie. [...] Nie spieszno mi umierać, ale jeśli tak się zdarzy, trudno. Lepiej żyć krótko, ale wesoło!

Ocena: 4/5
Wydawnictwo: W.A.B.
Tłumaczenie: Małgorzata Diederen-Woźniak
Rok wydania: 2013
 
* Już się cieszę na myśl, że teraz po wpisaniu w wyszukiwarce masaż genitaliów, można będzie trafić na mojego bloga
** Wszystkie cytaty pochodzą z książki Podróżniczki. W gorsecie i krynolinie przez dzikie ostępy. Wolfa Kielicha

niedziela, 17 lutego 2013

Marek Miller - Reporterów sposób na życie

"Na początku był chaos trzeciego roku socjologii na Uniwersytecie Łódzkim. Jak wszyscy moi koledzy musiałem napisać pracę magisterską. Terminy nagliły, a ja ciągle zanurzony byłem w świecie całkiem nierealnych pomysłów i koncepcji. Cały czas kombinowałem przy tym, co by tu zrobić, aby obronić dyplom i nie zanudzić się przy tym na śmierć. Na którymś z kolejnych seminariów zaproponowałem temat: Styl życia reporterów. Ku mojemu zdumieniu i dzięki tolerancji promotora doc. Zbigniewa Bokszańskiego propozycja została zaakceptowana."*

W 1975 roku dwudziestoczteroletni student socjologii stworzył listę dziesięciu ulubionych reporterów, z którymi chciałby przeprowadzić wywiad do swojej pracy magisterskiej. Listę, trzeba powiedzieć bardzo odważną, znalazły się na niej takie nazwiska jak m.in.: Kapuściński, Krall, Szejnert. Miller nie znał osobiście żadnego reportera ze swojej listy, nie wiedział też w jaki sposób się z nimi skontaktować, ani czy zgodzą się z nim rozmawiać. Nie był wtedy jeszcze dziennikarzem, a pierwsze zadanie reporterskie jakie sobie wyznaczył było bardzo ambitne i wymagające. Po pierwsze, będąc zwykłym studentem musiał nawiązać kontakt z już wtedy sławnymi i uznanymi reporterami, a następnie skłonić ich do rozmowy. Po drugie wyobrażam sobie, że pisanie pierwszego w życiu reportażu, pod czujnym i krytycznym okiem mistrzów tego gatunku, mogło być bardzo stresującym doświadczeniem.
Niektórych stres paraliżuje, a innych mobilizuje. Domyślam się, że Marek Miller należy do tych drugich. Obecnie sam już jest uznanym reporterem, a jego praca magisterska przerodziła się w wydaną w 1983 roku książkę Reporterów sposób na życie.

Reportaż jest wyjątkową odmianą dziennikarstwa, jest także wyjątkowym gatunkiem literackim. Mówi się, że reportaż to bękart literatury pięknej i brukowej popołudniówki. Czasami przeważa ten pierwszy czynnik, innym razem drugi. Bywa, że obecność reportera czuje się w jego dziele, często jednak usuwa się on na bok, oddając scenę na wyłączność swoim bohaterom. Jednak nawet jeśli nie wyczuwamy w reportażu obecności jego autora, to on tam zawsze będzie. To on wybiera osoby z którymi przeprowadza wywiad, to jego subiektywny osąd decyduje o tym, które szczegóły są istotne dla całej historii, a które można pominąć. Hemingway pisał, że:
"Żadna historia (w sensie nauki) nie jest pisana uczciwie. Trzeba mieć z nią styczność w danej chwili i można opierać się tylko na tym, co się samemu widziało i śledziło [...] Później wszystko należy już do was, i dobro, i zło, ekstaza, wyrzuty sumienia i smutek, ludzie i miejsca, i jaka była pogoda"
Mimo wszystko reporter często pozostaje w cieniu swoich bohaterów. A książka Marka Millera jest swoistą zabawą w zamianę ról: teraz ja będę pytać, a wy będziecie odpowiadać i to ja wyciągnę wnioski, z którymi możecie się nie zgadzać. Ale to mój reportaż, a wy jesteście jego bohaterami. I mimo wszystko, cała wielka dziesiątka zgodziła się na udział w zabawie.
Myślę, że za wyjaśnienie mogą posłużyć znów słowa Hemingwaya:
"Wasz korespondent jest starym dziennikarzem. To czyni nas wszystkich jedną wielką rodziną. Ale pech klientów polega na tym, że wasz korespondent był czynnym reporterem i jako taki zazdrościł felietonistom, że wolno im było pisać o sobie. Kiedy przychodziły gazety, wasz korespondent czytał ple-ple pióra swojego naówczas ulubionego felietonisty na temat jego samego, jego dziecka, tego, co myślał i jak to myślał..."
Chociaż może lepiej pasuje tu wypowiedź Ryszarda Wójcika:
"[...] u nas istnieje taka zawodowa kategoria samotności, tzn. pozorność bycia razem z innymi, samotność w tłumie. Oto żyję życiem innych ludzi. [...] to ja jestem im potrzebny. Nigdy odwrotnie. Oni mnie w pewnym momencie przestają być potrzebni. Po prostu nagle widzę, że dla nich nie istnieję. Usiłuję się do nich przebić ze swoimi problemami, ale to trafia w próżnię."
I tak Marek Miller jest jak pacjent, który przychodzi do lekarza, aby spytać go jak się czuje. A rozmówcy Millera może z wdzięczności, a może z ciekawości, co z tego wyjdzie, opowiadają o tym co ich gryzie, co im przeszkadza, co ich cieszy, jakie cechy charakteru ich zdaniem tworzą dobrego reportera i czy da się rozpoznać reportera po ubraniu. Tak tworzy się całościowy obraz ludzi wykonujących ten zawód, nie jest to jednak obraz spójny. Jedni uważają, że reporter powinien notować, ale nie powinien nagrywać, inni nie mają nic przeciwko magnetofonom (przypominam, że były to lata 80.), Ryszard Kapuściński z kolei reprezentuje najbardziej radykalną szkołę - nienotujących i nienagrywających:
"Ryszard Kapuściński nie notuje programowo twierdząc, że to, czego nie zapamiętał, najwidoczniej nie zasługuje na wzmiankę w reportażu"
Reporter kojarzy się często z osobą odważną i przebojową, ale okazuje się, że równie dobrze może sprawdzać się w tym zawodzie ktoś cichy i nieśmiały:
"Mnie pomaga chyba to, że jestem z natury nieśmiały i wyglądam na - jak to określają koledzy - poczciwego imbecyla, że z zasady nigdy nie przeczę swoim rozmówcom, daje mi to duże fory, głównie przy kontaktach z osobami oficjalnymi. Rzecz w tym, że mój rozmówca dochodzi do wniosku po pewnym czasie, że ma do czynienia z absolutnym kretynem, przestaje uważać na to, co mówi , przestaje być taktykiem, zwierza się ze swoich prawdziwych planów i myśli - a my tymczasem, jak w dowcipie garnizonowym z kresów, już tam na niego czekamy [...]"**
We wszystkich jednak wypowiedziach można znaleźć wspólny mianownik, coś co łączy wszystkich reporterów - ciekawość świata i ludzi. Dopóki człowiek ma w sobie tę ciekawość i niemalże dziecięcą umiejętność dziwienia się, ma szansę być dobrym reporterem. A jak ciekawość reportera jest do tego jeszcze spójna z ciekawością czytelnika, wtedy mówimy już o sukcesie.

Ocena: 5/5
Wydawnictwo: Czytelnik
Rok wydania: 1983

* Wszystkie cytaty pochodzą z książki Marka Millera "Reporterów sposób na życie".
** Wypowiedź Stefana Kozickiego

czwartek, 7 lutego 2013

Stieg Larsson - Zamek z piasku, który runął

Podsumowując rok 2012 ostrzegałam, że w chwili słabości zamierzam przeczytać ostatnią część trylogii Millenium. Okazało się, że na ową chwilę słabości nie trzeba było długo czekać. Lekturę Zamku z piasku, który runął mam już za sobą. Razem z tytułowym zamkiem runęły też moje resztki nadziei na to, że Larsson się wyrobi i zacznie lepiej pisać. Nic z tego. Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy otwieracie tę książkę, jest chyba nawet gorzej. Książka ma prawie 800 stron, z czego 400 to szczegółowe opisy ubrań bohaterów oraz tego co jedli. Dowiadujemy się, że wszystkie Szwedki, nie wiem czy za sprawą jakiegoś odgórnego zarządzenia czy zwykłej kobiecej solidarności, ubierają się w ciemne spodnie, jasne bluzki i ciemne żakiety, natomiast jedynym dostępnym napojem w kraju Strindberga jest kawa. Pije się ją na śniadanie, obiad i kolacje, czyli do kanapek (zapomnijcie o łososiu i klopsikach z IKEI).
O ile postać drobniutkiej hakerki Lisbeth Salander, od początku była mało realna, o tyle w trzeciej części wzbija się już na wyżyny absurdu. Postrzelona w głowę i parę innych miejsc, a następnie pogrzebana, wykopuje się po jakimś czasie z grobu i jest żądna krwi (przepraszam za spoiler... ale to było zbyt oczywiste, żeby zadawać sobie trud i próbować ten fakt przed wami ukryć). Tak więc Lisbeth Salander staje się terminatorem. Z kolei James Bond dziennikarstwa - Mikael Blomkvist, jest jeszcze bardziej przebiegły niż dotychczas, a kobiety (te w ciemnych żakietach) tak jak i w poprzednich częściach nie mogą się opanować i nie bacząc na konsekwencje wskakują mu do łóżka.

Przy tym wszystkim uważam jednak, że Stieg Larsson zwraca uwagę na bardzo ważny problem. I nie chodzi mi tu o męską dominację w stosunkach społecznych, chociaż wyobrażam sobie, że ten problem uważał autor za spoiwo łączące wszystkie części jego sagi, które zapewni mu w historii literatury miejsce wśród pisarzy społecznie zaangażowanych. To jednak się nie udało. Przykłady, które mają zwrócić uwagę na szerszy problem, są raczej dowodami anegdotycznymi i wyciąganie na ich podstawie wniosków nie ma sensu.
Tym co moim zdaniem spaja trzy części Millenium, będąc jednocześnie ważnym przesłaniem, jest zwrócenie uwagi na możliwości jakie daje zawód dziennikarza, a co za tym idzie na odpowiedzialność ciążącą na ludziach go wykonujących. Z prozy Larssona przebija się wiara w dziennikarstwo zaangażowane i odpowiedzialne. Oczywiście pojęcie dziennikarz jest bardzo szerokie, ale to nie ma akurat żadnego znaczenia. Nieważne czy jest się dziennikarzem interwencyjnym w Gazecie Wyborczej, naukowym na portalu internetowym, czy też po prostu prowadzi się bloga. Każdy kto decyduje się w ten czy inny sposób informować o czymś ludzi powinien brać odpowiedzialność za swoje słowa. Bo słowa mają ogromną moc.

Piszę o tym, bo od dłuższego czasu obserwuję bardzo niepokojące zmiany jakie zachodzą w naszym społeczeństwie. Dziennikarstwo za sprawą nowych technologii oczywiście musiało się przeobrazić. Informacje są o wiele szybciej i łatwiej dostępne, dzięki czemu i my jesteśmy na bieżąco o wszystkim informowani. Szybszy i łatwiejszy dostęp do informacji skutkuje jednak też tym, że dziennikarze jak nigdy muszą się spieszyć, aby być pierwszymi, którzy nam o czymś doniosą. A to stanowi wspaniały klimat do rozmnażania się najpopularniejszego gatunku kaczki: kaczki dziennikarskiej. Odbiorcy z kolei coraz gorzej odnajdują się w informacyjnym chaosie, dlatego poszukują źródeł, które w szybszy i łatwiejszy sposób pozwolą im przyswoić tę całą wiedzę.
Z pomocą przychodzą YouTube, Demotywatory i Kwejk. Dzięki nim można stać się specjalistą w każdej dziedzinie w zaledwie jeden dzień! A jak to wygląda w praktyce można prześledzić, chociażby na przykładzie sprawy egipskiej nekrofilii:

1. Egipska gazeta Al-Ahram publikuje tekst Amr Abdul Samea (niegdyś zagorzałego zwolennika obalonego dyktatora Hosniego Mubaraka). Tekst jest o tym, że w komisjach nowego egipskiego parlamentu, zdominowanego przez partie islamskie, trwają prace nad ustawą dotyczącą praw kobiet. Chodziło o prawo do pośmiertnego stosunku z żoną oraz obniżenie progu wiekowego wymaganego, w przypadku kobiet, do zamążpójścia (miało to być 14 lat). Poza tym parlamentarzyści mieli chcieć zabronić kobietom uczyć się oraz pracować.

2. Zagraniczne media zupełnie bezkrytycznie i bezrefleksyjnie podchwytują temat.

3. Polscy "dziennikarze" z ogromną beztroską przepisują to co napisali ci zagraniczni (szczególne brawa dla Gazety Polskiej)

4. Cała sprawa okazuje się być oczywiście zwykłą dziennikarską kaczką. Zagraniczne media piszą sprostowania i wycofują się z artykułów o egipskiej nekrofilii. Niestety sprostowania nie są już tak interesujące, dlatego próżno ich szukać na polskich stronach.
Poza tym i tak informacja o tym, że w Egipcie można będzie uprawiać seks z martwą żoną, żyje już własnym memowym życiem:



Podsumowując: jeśli w chwili słabości kusi was, żeby wejść na demotywatory, lepiej już czytajcie Larssona.

Ocena: 2/5
Wydawnictwo: Czarna Owca
Tłumaczenie: Alicja Rosenau
Rok wydania: 2011