piątek, 26 kwietnia 2013

Tomasz Stawiszyński - Potyczki z Freudem. Mity, pułapki i pokusy psychoterapii

Zanim przejdę do właściwej recenzji chciałabym, abyśmy wszyscy tu zebrani (a wiem, że nie jestem tu sama, bo podglądam co jakiś czas statystyki) przyjrzeli się wydawnictwu, którego nakładem została wydana książka, o której za chwilę. Wydawnictwem jest carta blanca, a uważam, że przyjrzeć się warto, bo jak się coś dobrego w tym kraju dzieje to trzeba o tym mówić. 
Myślę, że wspomniane wydawnictwo cały czas kojarzy się wielu ludziom głównie z mapami i przewodnikami, a szkoda, bo dużo się zmieniło i carta blanca skupia się teraz na wydawaniu szeroko pojętej literatury faktu, książek podróżniczych i literatury popularnonaukowej. Z tego ostatniego szczególnie się cieszę, bo wydaje mi się, że nie jest to gatunek, który w świecie wydawniczym uważany jest za gwarant sukcesu, prędzej za strzał w kolano. Żeby jeszcze pogorszyć swoją sytuację carta blanca wydaje sporo polskich autorów, często, o zgrozo, debiutujących! Wydawałoby się, że z przestrzelonymi kolanami za daleko zajść nie można, ale jak widać wydawnictwa, o którym piszę, to nie rusza; co więcej taka polityka przynosi efekty. Wystarczy spojrzeć na zeszłoroczne nominacje do nagrody Nike, wśród których znalazła się książka Pauliny Wilk Lalki w ogniu.

Kolejna rzecz, która mnie cieszy to, że po latach smutnych okładek książek popularnonaukowych, do których przyzwyczaił nas Prószyński czy Państwowy Instytut Wydawniczy, pojawiła się kolorowa seria Pytajniki. Wszystkie okładki w serii mają inne kolory, ale każdy jest bardzo jaskrawy, przez co wygląd serii jest spójny, a książki należące do niej łatwo rozpoznać. A przy okazji wydaje mi się, że poza typowym czytelnikiem książek popularnonaukowych może przyciągnąć kogoś jeszcze, kogo dotąd takie tytuły nie interesowały, lub kto się ich bał. 


Książka o której będę dziś pisać ukazała się właśnie we wspomnianej serii Pytajniki. Autor - Tomasz Stawiszyński jest filozofem i publicystą. Jego teksty można czytać w Newseeku, a ostatnio natykam się na nie też coraz częściej w Dzienniku Opinii.
Potyczki z Freudem to zbiór esejów, które wywołały spore kontrowersje. Jedni dziękują panu Stawiszyńskiemu, za otwarcie oczu, inni się obruszają, bo może i książka nie najgorsza, ale co do tego ma Freud, a jest jeszcze grupa czytelników, której psychoterapia bardzo pomogła więc nie zgadzają się z tezami stawianymi przez autora.
Ja należę do tej pierwszej grupy, której książka otworzyła oczy (nie były zupełnie zamknięte, ale trochę przymrużone), chociaż też nie ze wszystkimi tezami stawianymi przez autora się zgadzam. Mam jednak wrażenie, że ambicją autora nie było to, aby wszyscy mu zgodnie od pierwszej strony przyklasnęli i tak klaskali, aż do strony ostatniej, niczym na koncercie Rubika, ale raczej, aby otworzyła się jakaś furtka do dyskusji.

Książka jest podzielona na pięć części, z których każda mówi o wolności; i tak mamy: wolność od dzieciństwa, od doskonałości, od zdrowia, od szczęścia i od... wolności. 
Najwięcej kontrowersji budzi chyba ten pierwszy rozdział. Tu Stawiszyński rozprawia się z mitem mówiącym o tym, że na kształtowanie naszej osobowości największy wpływ mają nasze relacje z rodzicami.
Coraz więcej badań wskazuje, że doświadczenia z dzieciństwa, a zwłaszcza relacje pomiędzy dzieckiem a rodzicami, nie odgrywają istotnej roli w kształtowaniu się osobowości. Nie odgrywają, bo za wszystko - zdaniem takich tuzów, jak Judith Harris albo Steven Pinker - odpowiada mikstura złożona z genów oraz tego, czego uczymy się nie od mamy i taty, ale od rówieśników.*

Tu na pewno zabrakło mi przypisów. Chciałabym dokładnie wiedzieć, które to badania, prześledzić ich metodologię i przeczytać jakie dokładnie wysunięto wnioski. W powyższym cytacie autor stwierdza, że zarówno genetyka jak i środowisko mają znaczenie, ale jeśli chodzi o środowisko, to tylko to rówieśnicze, bo to rodzinne nie ma znaczenia żadnego. A we mnie się coś buntuje, bo z jednej strony zgadzam się, że rola wychowania jest stanowczo przeceniana, ale nie uważam, aby nie miała żadnego znaczenia. Wydaje mi się to bardzo trudne do zbadania, bo ciężko tu o kontrolowane warunki laboratoryjne, w których można by prześledzić takie zmiany. Oczywiście badając rozdzielone tuż po urodzeniu bliźnięta jednojajowe, w jakiś sposób do kontrolowanych warunków się zbliżamy, ale nadal jesteśmy bardzo daleko.
Liczą się geny - to pokazują wspomniane wyżej eksperymenty badające cechy rozdzielonych niedługo po urodzeniu bliźniąt jednojajowych. Oraz kontakty z rówieśnikami. To właśnie do rówieśników - twierdziła Harris - dzieci starają się upodobnić znacznie bardziej niż do rodziców.
No dobrze, mówimy o upodobnieniu. Rzeczywiście nie wiem czy znam kogokolwiek kto by próbował się upodobnić do swoich rodziców. Znam za to dużo ludzi, którzy za wszelką cenę próbują się przed tym uchronić. I moim zdaniem w ten sposób wychowanie paradoksalnie wpływa na naszą osobowość, co prawda zupełnie inaczej niż chcą tego nasi rodzice (dowody anegdotyczne, wiem).

Cieszę się, że autor zwraca uwagę na to, że może zbyt dużą rolę przypisujemy w naszym życiu doświadczeniom z dzieciństwa, ale nie zgadzam się na aż tak radykalne postawienie tezy. O ile w kolejnych rozdziałach miałam, o czym już napisałam, wrażenie, że autor otwiera furtkę dyskusji, o tyle w tej części wydawało mi się, że furtka owszem się otwiera, ale kiedy już jesteśmy po drugiej stronie, z łoskotem za nami zamyka.

Pozostałe rozdziały są bardzo ciekawą polemiką z utrwalonymi w naszej kulturze psychologicznymi przesądami. Myślę, że autor bardziej niż z psychologią akademicką polemizuje z tą domorosłą psychologią spod znaku Paulo Coelho i kolorowych pism dla przebojowych pań, gdzie nasze myśli mają moc sprawczą, pozytywne myślenie może wszystko zmienić, a jeśli umawiamy się ze starszym od nas mężczyzną, to pewnie dlatego, że nie zaznałyśmy wystarczająco miłości od swojego ojca.
Dajemy się etykietować gazetowym testom osobowości albo arbitralnie skonstruowanym ankietom, które - nie na podstawie wiedzy, ale ideologii - stygmatyzują nas lekką ręką jako ofiary "rozbitych rodzin" albo "toksycznych rodziców". W najgorszym zaś razie zaczynamy wierzyć, że jeśli kupimy puszkę jednego z najpopularniejszych napojów świata, będzie to dowodziło naszego radykalnego nonkonformizmu.
Rzadko tak piszę, ale uważam że KAŻDY, absolutnie każdy, powinien przeczytać Potyczki z Freudem. Bo z psychologią jest tak jak z medycyną, dotyczy każdego z nas, więc każdy z nas w jakiś sposób się z nią w codziennym życiu spotyka, czy to chodząc na psychoterapię, czy rozwiązując w Cosmo psychotest Jakim typem flirciary jesteś?. I tak naprawdę książka Stawiszyńskiego niczego nam nie zabrania, pokazuje jedynie, że jest też inna droga i ostrzega przez pułapkami pop-psychologii, którą atakują nas media.
Cały czas wybór jednak należy do nas. Dla mnie ta książka była jak uchylenie okna w dusznym przedziale w pociągu. Niby nadal jadę, nic się nie zmieniło, ale czuć powiew wolności. Okno zawsze można zamknąć, ale dobrze wiedzieć, że klamka działa.

Dla tych którzy jeszcze nie są pewni, kawałek na spróbowanie: KLIK

Ocena: 4/5
Wydawnictwo: carta blanca
Rok wydania: 2013

* Wszystkie cytaty pochodzą z książki Potyczki z Freudem

wtorek, 23 kwietnia 2013

Janion. Transe - traumy - transgresje. 1: Niedobre dziecię - rozmawia Kazimiera Szczuka

Na 80-lecie pani profesor jej dawni uczniowie przygotowują specjalną księgę. Na początku księgi będzie drzewo genealogiczne Marii Janion: z grubego pnia wyrośnie czterdzieści gałęzi nazwanych nazwiskami doktorantów pani profesor. Z gałęzi rozwiną się listki, oznaczające jej czterystu magistrantów, i kolejne odgałęzienia zbierające doktorantów, których dochowali się jej dawni studenci. Koronę wielkiego drzewa tworzyć będzie tysiąc osób.*
Nakładem Krytyki Politycznej wydana została pierwsza część wywiadu rzeki z Marią Janion. Przepytującą jest jeden z tych listków Janionowego drzewa, czyli jej była uczennica Kazimiera Szczuka.
Maria Janion jest bardzo ważną postacią dla polskiej nauki, jedną z najwybitniejszych badaczek romantyzmu, wspaniałym pedagogiem, a jednocześnie naukowcem, który nie zamyka się w akademickim getcie, przez co jest postacią znaną nie tylko literaturoznawcom.

Taką właśnie wielowymiarową Janion możemy znaleźć w książce Janion. Transe - traumy - transgresje. 1: Niedobre dziecię. Kazimiera Szczuka bardzo dba o porządek i chronologię, dlatego pierwszy tom rozpoczyna się wspomnieniami dzieciństwa w Wilnie, które później przechodzą w opowieści o dorastaniu naznaczonym traumą wojny, o trudnych latach powojennych i początkach kariery naukowej. W każdym momencie Janion towarzyszyły książki, od dzieciństwa pochłaniane w ogromnych ilościach.
To moje czytanie miało wyraźnie charakter transu narkotycznego, co może pomagało mi przetrwać okupację, prowadzić jakieś fantazmatyczne, równoległe życie. **
Wydaje się, że to równoległe życie dominowało nad tym codziennym. Już jako nastolatka zaczyna prowadzić dzienniki lektur, w których opisuje refleksje dotyczące przeczytanych książek. W końcu swoje życie zawodowe wiąże z literaturą, która już od dłuższego czasu przestawała być jedynie sposobem na odreagowanie (o ile w ogóle kiedykolwiek była jedynie tym), a stawała się sposobem na życie.
Stąd moje przywiązanie do literatury, do humanistyki. To jedyne dostępne nam laboratorium, w którym egzystencja może wyjść ze stanu niewyrażalności, zostać opisana, również w swoim traumatycznym wymiarze.
 Wywiad skupia się na przeszłości Marii Janion, ale pojawiają się w nim także komentarze i obserwacje dotyczące współczesności:
Jedną z rzeczy, które mnie wyjątkowo już denerwują, jest figura małego powstańca. To jest coś przerażającego. Dziecko przebrane za żołnierza z karabinem. Życie ludzkie, nie w postaci parę razy podzielonej komórki, ale w postaci prawdziwego dziecka, niespełna dziesięcioletniego, przestaje być najwyższą wartością, kiedy indoktrynujemy takie dziecko, nie ma na świecie nic wspanialszego niż udanie się na śmierć w powstaniu czy w ogóle gdziekolwiek na wojnie. Muzeum Powstania Warszawskiego takie rzeczy wyrabia z dziećmi, że śmierć całkowicie się dla nich odrealnia, staje się rodzajem wielkiej przygody. Tu konserwatyści mogą sobie podać ręce z producentami kultury masowej. Dotarcie do młodzieży i dzieci odbywa się właśnie za sprawą zamazania granicy między zabawą a traumatycznym doświadczeniem historycznym.
Trochę obawiałam się tej książki, bo nie lubię Kazimiery Szczuki, a agresywna retoryka jaką się posługuje zupełnie na pasowała mi do spokojnej i wyważonej Janion. Z drugiej strony była we mnie też taka niezdrowa ciekawość, jak to wyjdzie. Nie wyszło źle, ale nadal wolałabym, żeby to kto inny przeprowadzał ten wywiad. Szczuka bardzo sprawnie kieruje rozmową, tak, że układa się ona w spójną historię, ale niektóre jej pytania są mocno tendencyjne, tak jakby to kierowanie rozmową, nie dotyczyło jedynie porządku chronologicznego, ale także ideologicznego. A już mój zupełny sprzeciw budziła próba tabloidyzacji tej rozmowy i powtarzane pytanie o to kto był kochanką pani profesor.

Zamiast zakończenia będzie cytat, a odpowiedź na pytanie, czy warto Niedobre dziecię przeczytać, pozostawiam wam.
- Ta wiedza była przydatna? Tak szczerze, Pani Profesor?

- Jako znajomość historii literatury. Czy to jest przydatne. Niech pani sama sobie na to odpowie. Wiedza to wiedza. Dla mnie przydatna.

Ocena: 4/5
Wydawnictwo: Krytyka Polityczna
Rok wydania: 2012

* Misia Napoleon - Katarzyna Janowska; artykuł ukazał się w Polityce 4 listopada 2009
** Wszystkie pozostałe cytaty pochodzą z "Janion. Transe - traumy - transgresje. 1: Niedobre dziecię"

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Richard Dawkins - Najwspanialsze widowisko świata. Świadectwa ewolucji

Po przeczytaniu Najwspanialszego widowiska świata uznałam, że jest to książka trochę przegadana, a Dawkins niepotrzebnie się powtarza. Może coś takiego potrzebne jest w USA, gdzie co rusz ktoś wpada na pomysł, żeby w szkołach obok (albo lepiej, zamiast) teorii ewolucji, uczyć teorii inteligentnego projektu, ale oświeconego europejskiego czytelnika na pewno to znudzi. Autor trochę jak zrzędliwa babcia, powtarzająca ciągle, żeby myć rączki przed obiadem, powtarza co kilka stron, że ewolucjoniści nie twierdzą, iż przodkiem człowieka jest szympans, nie ma więc co czekać, na szympansicę, która urodzi ludzkie niemowlę. I tak samo jak w przypadku rozmowy z babcią, nie ma co liczyć na to, że jak się powie "wiem, wiem" to nie usłyszy się tego znowu. Babcia następnego dnia znów przypomni nam o zaletach mycia rąk, a Dawkins, za kilka stron znów przypomni, że szympans nie jest naszym przodkiem, jest raczej naszym bliskim kuzynem (jeśli już chcemy używać takich familijnych metafor).

Niestety, dziś trafiłam na krótki felieton, który uświadomił mi, że nie wszyscy myjemy rączki. Felieton, a w zasadzie to chyba bardziej komentarz prasowy, znalazłam w dziale Nauka Gazety Polskiej, w części poświęconej Odkryciom. Już sam tytuł jest bardzo obiecujący: To ja wolę pochodzić od labradora (link do artykułu). Napisany został przez panią Krystynę Grzybowską, która wychodząc od doniesienia o wynikach eksperymentu naukowego na pawianach, starała się napisać coś błyskotliwego i zgryźliwego na temat życia publicznego chyba, ale tego nie jestem pewna, bo moją uwagę przykuły fragmenty naukowe (co nie powinno dziwić, był to przecież dział noszący dumną nazwę Nauka).
Pani Krystyna donosi czytelnikom Gazety Polskiej:

Przeciętny badacz świata za pośrednictwem telewizji i internetu jest bombardowany odkryciami powalającymi z nóg. Ostatnio dowiedzieliśmy się, że małpy o nazwie pawiany są niezwykle inteligentne, bo odróżniają 6 (słownie: sześć) słów, które coś znaczą, od tych, które nic nie znaczą.

Po czym niezwykle błyskotliwie ów eksperyment komentuje, pisząc, że jej pies też rozpoznaje słowa, np. noga czy dostaniesz smakołyczka, a do tego wszystkiego jest śliczny, dużo piękniejszy od pawiana.

Pani Krystyna zapomina dodać, że w eksperymencie chodziło o język pisany, a nie mówiony. No, ale to małe niedopatrzenie, które jest niczym w porównaniu z tym co możemy przeczytać dalej:
Nie wiem, czy w związku z tak wysoką oceną inteligencji pawianów przestaliśmy już pochodzić od szympansów, które różnią się od ludzi tylko jednym genem. Widocznie jest to różnica zbyt wielka jak na małpy.

Kiedy zorientowałam się, że nie wszyscy po wyjściu z toalety myją ręce, miałam pewnie podobną minę jak po przeczytaniu tego zdania. Babcia miała rację i Richard Dawkins też miał rację.

Moi drodzy, myjcie rączki i czytajcie Najwspanialsze widowisko świata. Dla zdrowia!

Moja ocena: 4/5
Wydawnictwo: CiS
Tłumaczenie: Piotr J. Szwajcer
Rok wydania: 2010

wtorek, 2 kwietnia 2013

Sylwia Chutnik - Cwaniary

Ochota, Żoliborz, Bródno
Tak tu nudno, nudno.
Sadyba, Szmulki, Śródmieście
Kiedy to się skończy wreszcie?
Jelonki, Powiśle, Żerań
Chyba umieram, umieram.
Wola, Czerniaków, Okęcie
Jestem na zakręcie.

Warszawa i jej mieszkańcy są w niebezpieczeństwie i ktoś musi stanąć w ich obronie; mirowi społecznemu zagrażają obywatele o faszystowskich poglądach, panowie nie szanujący kobiet oraz chuligani zaśmiecający ulicę; z takimi walczyć najłatwiej, wystarczy dopaść w bramie, przyłożyć nóż do gardła, albo papierek, przed chwilą na ziemię rzucony, we wspomniane gardło wcisnąć.
Warszawie zagrażają jednak także nieuczciwi deweloperzy (ci uczciwi zresztą też). Rozrywają miejską tkankę oszklonymi biurowcami, zmiatają z powierzchni ziemi stare kamienice, a jeśli ich mieszkańcy protestują, to też mogą zostać zmieceni. Walka z takimi typami to już trudniejsza sprawa.
Na szczęście w mieście pojawiają się superbohaterki. Każdej z nich życie dało w kość, ale żadna nie zgodziła się na rolę biernej ofiary. Biorą sprawy w swoje ręce i postanawiają walczyć.

Sylwia Chutnik po raz kolejny udziela głosu ludziom wyrzuconym na margines, ale tym razem udziela im głosu w lekko tarantinowskim stylu. Podobnie jak w Bękartach wojny, role oprawców i ofiar zostają tu odwrócone. Do rąk bitych kobiet trafiają kastety; panowie niegrzecznie odzywający się do pań muszą uważać, bo w mieście pojawiła się feministyczna jednostka do zadań specjalnych. Następuje swoista zamiana ról, ofiary bezwzględnie rozprawiają się ze swoimi katami.

Cwaniary to powieść łotrzykowska pisana na opak. Ogromne wyczucie językowe autorki sprawia, że narracja z wulgarnej dosłowności gładko przechodzi w stylistykę miejskej poezji. Sylwia Chutnik bawiąc się konwencją, tworzy współczesną balladę o Warszawie, gdzie klasycznego warszawskiego cwaniaka zastępuje warszawska cwaniara, dla której jedynym prawem jest prawo ulicy. Pod płaszczykiem błahej opowiastki autorka mówi o tym co nas wkurza i co nas boli, oferując jednocześnie formę odreagowania: daje nam nadzieję, którą od lat w kulturze masowej są superbohaterowie. Przy tym wszystkim jednak, tak jak i w innych opowieściach o losach superbohaterów walczących ze złem i niesprawiedliwością, przebija się smutna myśl, że zła nie da się zwyciężyć. Bo zło zawsze będzie egzystować gdzieś obok dobra. Zło zawsze się odrodzi. A jednak, mimo wszystko Cwaniary przynoszą ulgę, bo skoro powstały, to znaczy, że dobra też nie da się wyeliminować i dobro też zawsze się odrodzi.

Praga, Targówek, Mokotów
Dość mam tych kłopotów!
Włochy, Ursus, Młociny
Pomszczą mnie dziewczyny*

Moja ocena: 4/5
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2012

* Wszystkie cytaty pochodzą z książki Cwaniary autorstwa Sylwii Chutnik

niedziela, 31 marca 2013

Marek Bieńczyk - Tworki

Powoli odchodzą świadkowie Holokaustu. Ci, którzy pamiętają to co wydarzyło się ponad sześćdziesiąt lat temu, już niedługo nie będą mogli do zbiorowej pamięci dodać swojej cegiełki. Zresztą można sobie zadawać pytanie czy pozostało jeszcze coś do dodania.
Na arenę wkracza kolejne pokolenie - Ci którzy pamiętają tych, którzy pamiętali. Styl naturalistyczny, sprawozdawczy, wydaje się być zarezerwowany dla świadków zagłady. A jednak Holokaust jest także traumą kolejnych pokoleń. Myślę więc, że coraz częściej będą podejmowane próby nieszablonowego podejścia do tego tematu, eksperymentujące ze stylem, językiem i samą treścią.

Jednym z eksperymentujących z Holokaustem jest Marek Bieńczyk, zeszłoroczny laureat Nike.
Bohaterami jego powieści są młodzi ludzie zatrudnieni w księgowości w szpitalu psychiatrycznym w Tworkach. Na zewnątrz wojenna zawierucha, a w Tworkach cicho i spokojnie, wręcz idyllicznie. Szpital psychiatryczny, który jest jedynym miejscem, gdzie można jeszcze żyć normalnie, kochać się i śmiać. Pomysł wydaje się świetny, niestety, u Bieńczyka fabuła zeszła na dalszy plan, a na pierwszy wyszły eksperymenty formalne; Bieńczyk bawi się słowem, jego bohaterom zdarza się mówić wierszem, czasami wiersz przechodzi w wierszyk, w dziecięcą wyliczankę. Cały czas miałam nadzieję, że jednak akcja się rozwinie, że autor bardziej zarysuje postaci, no i że skorzysta z ogromnego potencjału jaki moim zdaniem drzemie w tej historii. Tak się jednak nie stało. Gdyby nie to, że od strony formalnej powieść wygląda na skończoną, to napisałabym, że Tworki wydają się być zaledwie szkicem właściwej powieści, ogólnym zarysowaniem akcji.

Tworki to Holocaust w stylu postmodernistycznym. Fabułę można by opowiedzieć w paru zdaniach, bo treść jest tu bardzo zredukowana. Wszystko jest symboliczne: rzeka Utrata, przepływająca przez Tworki czy stereotypowi pensjonariusze szpitala, z których każdemu wydaje się, że jest jakąś wielką postacią. I tak po dziedzińcu przechadzają się w pasiastych piżamach: Goethe, Bismarck, Dürer, Kleopatra. Pasiasty wzór piżam jest raczej nieprzypadkowy, tak samo jak nadreprezentacja Niemców wśród tworkowskich wielkich postaci. Szwajcarski zegarek, który dostaje od narzeczonego Żydówka Sonia, to też pewnie symbol, bo Szwajcaria w powieści jest tą ziemią obiecaną, azylem, którym kuszą Żydów hitlerowcy.

Nie mam nic przeciwko symbolice, grom słownym i stylistycznym, ale w moim odczuciu nie powinny one przesłaniać treści. Tak jak powiedział Twardoch powieść powinna się czytać. A Tworki się nie czytają; jest to jeden wielki kalambur. Jeśli ktoś ma ochotę na znaczeniowe i słowne szarady to proszę czytać. W innych wypadkach nie polecam.

Ocena: 2/5
Wydawnictwo: Wielka Litera
Rok wydania: 2012 (wydanie pierwsze: 1999 r.)

sobota, 23 marca 2013

Szczepan Twardoch - Morfina

Konstanty Willemann budzi się któregoś dnia z ogromnym kacem i próbuje ustalić kim jest. I nie jest to zwykła próba ustalenia własnej tożsamości, jaką co rano podejmują rzesze pijaków. Konstanty nawet będąc już trzeźwym, nadal nie umie odpowiedzieć sobie na to podstawowe pytanie.
Syn niemieckiego arystrokraty i niemieckojęzycznej Ślązaczki, która wybrała polskość, jako sposób na życie, zdaje się biernie przyjmować narzucane mu przez najbliższe otoczenie gombrowiczowskie gęby. I tak żyje sobie bardzo wygodnie, życiem typowego bon vivanta w międzywojennej Warszawie. Nie stroni od narkotyków i alkoholu, lubi piękne samochody i rozpustne kobiety. Pieniądze płyną nieprzerwanym strumieniem od matki. A matka przecież powinna być dumna, bo w końcu Konstanty jest też mężem prawdziwej modelowej Polki, czystej niczym łza, posągowej Heleny i ojcem prawdziwego małego Polaka, który od najmłodszych lat uczony jest recytowania "Kto ty jesteś? Polak mały".
Może nawet byłby w stanie żyć, biernie przyjmując te wszystkie formy, które się mu narzuca, ale nagle przychodzi wojna, która wymaga bardziej zdecydowanego określenia swojej tożsamości. Tu już nie ma miejsca na bierność. Tu trzeba walczyć. A im bardziej Konstanty próbuje odpowiedzieć sobie na pytanie kim jest, tym bardziej czuje, że potrzebna jest mu fiolka morfiny.

Jestem Konstanty Willemann i mam w dupie to, czy jestem Niemcem, czy Polakiem, bo są ważniejsze sprawy na tym świecie.

Pociąg głównego bohatera do wszelkiego rodzaju używek czuć w niespokojnej transowej narracji. Piękne, bogate opisy przeplatają się z fragmentami, gdzie próżno szukać zdań złożonych; co jakiś czas miejsce Konstantego w roli narratora zajmuje tajemnicza wszechwiedząca narratorka drugoosobowa, która sobie przypisuje kierowanie losem głównego bohatera. Słyszymy ją my, ale nie Konstanty. To sprawia, że staje się on w naszych oczach bohaterem tragicznym, miotającym się, podejmującym dramatyczne próby odwrócenia swojego losu, ale jak w tragedii antycznej, nie znajdujący dobrego wyjścia. Bo takiego nie ma. I może dlatego Konstanty Willemann jest antybohaterem, którego mimo jego wszystkich wad, albo właśnie ze względu na nie, po prostu trzeba lubić. Bo w Konstantym, w tym jego rozdarciu i zagubieniu, jest właśnie istota człowieczeństwa.

W wywiadzie dla Polityki na pytanie jaką literaturę chciałby tworzyć, Twardoch odpowiada:

Chcę pisać powieści, prawdziwe powieści. Tylko to mnie interesuje. Nie chcę pisać powieści pękniętych, złamanych, nie wierzę w śmierć powieści jako formy literackiej, którą miałyby zastąpić jakieś postmodernistyczne, rozmyte twory. Powieść musi „się czytać”, tak mi się wydaje. Nie mam nic przeciwko formalnym eksperymentom, trochę ich w „Morfinie” jest, ale powieść musi się czytać. Tak uważam.
I to chyba jest największą zaletą Morfiny, że obok wszystkich tych wspomnianych zabiegów formalnych, jest to po prostu świetnie napisana powieść, którą się czyta. Język powieści jest melodyjny i rytmiczny, a to w połączeniu z ogromną dbałością o szczegóły, rewelacyjnym odwzorowaniem realiów okupowanej Warszawy i świetną historią, tworzy zachwycające dzieło.

Tym samym posypuję głowę popiołem, biję się w pierś i tym razem bez cienia sarkazmu piszę, że Szczepan Twardoch rzeczywiście ma świętą rękę*. Bracia i siostry, jesteście świadkami nawrócenia! Alleluja!

Ocena: 5/5
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2012

* jeśli nie wiesz o co chodzi, odsyłam do mojej notki o felietonie Szczepana Twardocha. Opinii w niej zawartych oczywiście nie odwołuję, ale nie uważam ich już za istotne, bo o wiele ważniejszy dla mnie niż Twardoch felietonista, jest Twardoch powieściopisarz.

środa, 13 marca 2013

Marek Orzechowski - Belgijska melancholia. Belgia dla nieprzekonanych

Gdybym miała zwyczaj niekupowania książek o brzydkich okładkach, to oszczędzone byłoby mi czytanie Belgijskiej melancholii. Niestety, mam tak, że nie oceniam książki po okładce i mimo rozpikselowanych czekoladek i uciętego zdjęcia Fontanny Silviusa, kupiłam wspomnianą książkę. Co prawda kupiłam i podarowałam w prezencie koleżance, która tak jak ja była w Belgii na Erasmusie, ale potem miałam atak belgijskiej melancholii i książkę od niej pożyczyłam.

Już pierwsze zdanie jest dosyć niepokojące: Każdy był, jest lub będzie w Belgii. A przynajmniej każdy prawdziwy Europejczyk. Na początku myślałam, że może to jakaś metafora, ale chyba jednak nie. Potem autor pisze o stereotypach i o tym, że o Belgii albo nic nie wiemy, albo myślimy kliszami. A potem w 14 kolejnych rozdziałach udowadnia, że on należy do tej drugiej grupy.

Orzechowski który przez lata był korespondentem TVP w Brukseli jest pewien, że odkrył o co w tej Belgii chodzi, wniknął w serca i umysły Belgów i ta niezachwiana pewność wylewa się z każdej strony Belgijskiej melancholii:
To wielkie przywiązanie do domu sprawa, że prawie żaden Belg właściwie nigdy się nie przenosi w nowe, obce miejsce.

Belg jest pragmatykiem i hedonistą jednocześnie, i doskonale wie, co i jak zrobić, aby jego życie pozbawione było udręk i trosk, aby upłynęło mu w możliwie największej harmonii i sprawiło przyjemność.
Poza tym w książce, aż roi się od przedziwnych przemyśleń autora:
Na walońskich wiejskich drogach, w przydrożnych oberżach spotkać można nikomu nieznanych chłopów światowców. Ich wiedza o pobliskiej okolicy jest wiedzą o Belgii i o świecie. Każdy z nich ma wielki świat w swoim małym sercu.
Wystarczy zobaczyć współczesną gigantyczną śluzę w Strépy-Thieu albo w Ronquières, by ulec wrażeniu, że ich budowniczym nie chodziło wyłącznie o technikę, że tak samo chcieli wyrazić w nich stan swojego ducha.
 Ale co jest największym problemem tej książki to to, że Marek Orzechowski po prostu nie umie pisać. Książka jest upstrzona okropnymi makaronizmami: ludzie zapraszają się na dinnery, a do Londynu jadą via Francja. Jak już się zdarzy zdanie całe po polsku, to bardzo często nie ma za bardzo sensu:
Już Pieter Bruegel malował swoich rodaków z pełnymi policzkami, co potwierdzają i dzisiaj wypełnione po brzegi restauracje. (potwierdzają, że Bruegel malował?)
W tym wszystkim za najbardziej urzekający uznaję przedostatni rozdział, w którym autor najpierw pisze o flamandzkiej partii N-VA, potem przechodzi do głośnej sprawy belgijskiego pedofila Marca Dutrouxa, który jak podejrzewano nie działał w pojedynkę, tylko we współpracy z rozbudowaną siatką pedofilską i nagle temat Marca Dutroux zostaje urwany i następny akapit poświęcony już jest elitarnym belgijskim klubom, takim jak Cercle Gaulois, w którym intelektualiści dyskutują o sztuce. Może w ten sposób autor chciał pokazać cały szeroki wachlarz klubów do jakich można należeć w Belgii, poczynając od siatki pedofilskiej, a na Cercle Gaulois kończąc?

Oczywiście dowiedziałam się wielu interesujących rzeczy z tej książki, ale myślę, że dowiedziałabym się ich także z przewodnika i nie straciłabym czasu na czytanie takich rzeczy:
Kiedy król przejeżdżał obok nas, odeszliśmy od kamery i z szacunkiem należnym Albertowi wyciągnęliśmy  do niego ręce w geście pozdrowienia. Nasz przyjazny gest król natychmiast z sympatią odwzajemnił. Wówczas mój kamerzysta wykrzyknął: "Vive le Roi!" - Niech żyje król! Na twarzy Alberta pojawił się szeroki uśmiech. Wychylił się z pojazdu, aby uścisnąć nam dłonie, podziękował i zapytał, skąd jesteśmy. Kiedy dowiedział się, że to ekipa Telewizji Polskiej, odkrzyknął "Vive la Pologne!" Skoro tak, to z naszej strony popłynęły w reakcji zwołania na całą ulicę: "Vie la Roi et vive la Belgique!" I król, odwracając się do nas raz jeszcze z pojazdu i machając nam przyjaźnie ręką, powieziony został do swoich monarszych obowiązków.

Moja ocena: 2/5
Wydawnictwo: MUZA SA
Rok wydania: 2011