czwartek, 13 września 2012

Émile Ajar (Romain Gary) - Życie przed sobą

Głównymi bohaterami powieści Romaina Gary'ego (ukrywającego się pod pseudonimem Émile Ajar*) są pani Roza - stara Żydówka i emerytowana prostytutka oraz jeden z jej wychowanków - muzułmański chłopiec Mohammed, który woli, żeby go nazywać Momo.
Pani Roza czasy świetności ma już za sobą, męczy ją nadmiar kilogramów, wciąż wypadające włosy oraz wspomnienia z czasów wojny. Momo natomiast ma całe życie przed sobą, ale nie wie za to ile życia ma już za sobą, bo nikt nie potrafi powiedzieć ile dokładnie ma lat. Jest jednym z wielu wychowanków pani Rozy, która odchodząc z najstarszego zawodu świata, założyła ochronkę dla dzieci swoich byłych koleżanek po fachu.

Momo większość czasu spędza na ulicach paryskiej dzielnicy imigrantów - Belleville, za najbliższych znajomych mając przedstawicieli imigracyjnych nizin społecznych. Momo nie ma najlepszego zdania o prawach natury, "bo to nieprawda, że w naturze wszystko jest dobrze urządzone. Natura robi byle co i byle komu, czasem nawet sama nie wie, co robi, raz stworzy kwiaty i ptaki, a kiedy indziej starą Żydówkę na szóstym piętrze, która nie może już zejść na dół". Z prawami natury na bakier jest także sąsiadka pani Rozy i Moma - pani Lola, która byłaby najwspanialszą matką na świecie, gdyby nie to, że urodziła się mężczyzną. Ten były senegalski bokser, a obecnie transwestyta, sprzedająca swoje wdzięki w Lasku Bulońskim, nigdy matką nie zostanie i to tylko potwierdza jak źle wszystko jest urządzone.

Gdy poznajemy małego Mohammeda, świat, który dotąd znał powoli się rozpada. Jedyna stała rzecz w jego życiu - pani Roza, z dnia na dzień coraz bardziej podupada na zdrowiu, a dla niego całe życie, które ma przed sobą, wcale nie wygląda jak obietnica czegoś dobrego. Jest dzieckiem ulicy, które życie zdążyło zawieść, zanim tak naprawdę się rozpoczęło. Momo nie zamierza dawać niczego od siebie, ale też niczego już nie oczekuje.
 "Znam facetów w mojej sytuacji, którzy się szarpią siedząc w gównie po uszy, ale ja nie będę życiu dupy lizał, żeby być szczęśliwy. Nie będę go sobie upiększał, mam je gdzieś. Nie jesteśmy sobie nic winni."
Tym bardziej wzruszające jest bezinteresowne oddanie z jakim opiekuje się schorowaną panią Rozą, sprowadzając do niej pana Walumbę, który bębnami próbuje odgonić od niej złe duchy, czy panią Lolę, która próbuje tego samego przy użyciu płyt z muzyką pop.

Nic jednak nie jest w stanie odegnać złego ducha, którym w powieści Gary'ego jest starość. Starość jako stan, kiedy człowiek coraz bardziej traci kontakt ze światem, a świat wcale tego kontaktu nie próbuje odnowić. Ten wątek staje się jeszcze bardziej poruszający, gdy zna się biografię autora, który popełnił samobójstwo w wieku sześćdziesięciu sześciu lat.

"Życie przed sobą" poleciła mi na targach książki pani z wydawnictwa Cyklady mówiąc, że nie można żyć nie przeczytawszy tej książki. Jest to drugie polskie wydanie, któremu wydawnictwo Cyklady zafundowało, poza nową szatą graficzną, także nowe, bardzo dobre tłumaczenie.
Opowieść będąca "hymnem na cześć miłości i człowieczeństwa", dochodzącym prosto z paryskiego rynsztoka, wymagała wielkiej wirtuozerii językowej nie tylko od autora, ale także od tłumacza (w tym przypadku dwóch osób) i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że zadanie zostało spełnione bezbłędnie. Język powieści jest jednocześnie wulgarny i poetycko subtelny, a sama powieść w tym samym czasie śmieszy i wzrusza.

I może da się żyć, nie przeczytawszy tej książki, ale co to za życie?


* Romain Gary pisał pod różnymi pseudonimami, jednym z których był Émile Ajar. W ten sposób chciał przechytrzyć niechętnych mu, od pewnego momentu jego kariery, krytyków. Mówi się, że niechęć krytyków wynikała z przekonań politycznych Gary'ego. Myślę, że udało mu się udowodnić, że polityczne sympatie nie wpływają na warsztat pisarza: jako jedyny otrzymał dwukrotnie literacką Nagrodę Goncourt (którą zgodnie z regulaminem można otrzymać tylko raz). Po raz pierwszy w 1956 za powieść Korzenie nieba (Les racines du ciel), a po raz drugi w 1975 właśnie za Życie przed sobą (La vie devant soi), wydaną już pod pseudonimem.

Ocena: 5/5
Wydawnictwo: Cyklady
Tłumaczenie: Krzysztof i Krystyna Pruscy
Rok wydania: 2005

środa, 18 lipca 2012

O okładkach słów kilka

Jakiś czas temu trafiłam na wpis dotyczący polskich podręczników. Przez polskie szkolnictwo, przeszła fala niezbyt udanych wielkich reform. Co chwila wydawano więc nowe podręczniki, zgodne z nowym programem, dzięki czemu robienie w biznesie wydawniczym w pewnym momencie było pewnie znacznie bardziej opłacalne niż prowadzenie rzeźni. Podejrzewam nawet, że niektórzy rzeźnicy poszli za ciosem i odpowiadają teraz za stronę graficzną wspomnianych podręczników. Walory estetyczne tychże dzieł (o merytorycznych nawet nie wspomnę, bo nie wolno mi się denerwować) są równie nieobecne jak działalność misyjna w drugim programie telewizji polskiej, czy dobre piosenki na płycie zespołu Feel.

Pod wpisem o zeszycie ćwiczeń ktoś napisał: "wiesz, ja jednak nie byłabym aż taką pesymistką – podręczniki to tylko jakiś fragment życia dziecka, jak gdzie indziej ogląda estetyczne rzeczy, to nie musi mieć spaczonego gustu".
Ja jednak jestem pesymistką. Nie wiem, czy korzeni tego naszego narodowego problemu z estetyką należy doszukiwać się w tych nieszczęsnych podręcznikach, czy może znaczenie wcześniej, w poprzednim ustroju. Mi się wydaje, że nasze poczucie estetyki najbardziej zostało skrzywdzone w momencie wyjścia z tego poprzedniego ustroju. Jesteśmy trochę jak taka wiejska dziewczyna, która jadąc do miasta zakłada na siebie najlepsze ubrania, w myśl zasady, że im bardziej kolorowe i błyszczące tym większe zrobi wrażenie.
Widać to w naszej przestrzeni miejskiej, gdzie wszystko jest na bogato, szczególne mamy bogactwo billboardów i galerii handlowych, ale widać to niestety też na okładkach książek.


O ile ta okładka książki Pawlikowskiej mnie bardzo cieszy, bo może będzie swego rodzaju ostrzeżeniem i odwiedzie kogoś od kupna, to gdy coś takiego przydarza się dobrej literaturze, jest mi bardzo przykro.

Ostatnio pisałam o tym jak wydawnictwo Zysk i S-ka skrzywdziło okładką książkę pani Kosmowskiej:


Okazuje się, że wspomniane wydawnictwo ma na swoim koncie więcej takich grzechów. Czego byśmy nie myśleli o Stephenie Kingu, to chyba nie zasłużył on na to, co go ze strony Zysku spotkało:


Są też książki, które jako wyjątkowo dobre zasłużyły na naprawdę dobrą okładkę, a dostały coś co może nie wywołuje odruchu wymiotnego, ale dobre też nie jest. Dla przykładu, świetna książka jaką jest "Tunel" i jej już nie tak świetna okładka:

 A można było tak:

Kolejna świetna książka, "We have always lived in the castle":


Ta powieść utrzymana w konwencji literackiego gotyku, w polskiej wersji otrzymała okładkę przywodzącą na myśl skrzyżowanie powieści detektywistycznych dla młodzieży z "Domkiem na Prerii":


Można by tak bardzo długo, ale, że leżącego się nie kopie, to przejdę już do absolutnego hitu, mojego numeru jeden, czyli ohydnej, psychodelicznej okładki, która mnie skłoniła do napisania tej notki.
Stanisław Barańczak, którego wielbię i podziwiam, tak oto został potraktowany przez Wydawnictwo Poznańskie:


Osobie, która jest za to odpowiedzialna, proponuję odstawienie na jakiś czas substancji psychoaktywnych, a kiedy percepcja wróci już do normy, należy bić się w pierś powtarzając "moja wina".

I tym smutnym akcentem się z wami żegnam, ale obiecuję, że kiedyś będzie też o polskich okładkach, które mi się podobają. Bo przecież nie samą nienawiścią człowiek żyje. Podobno.

sobota, 30 czerwca 2012

Barbara Kosmowska - Niebieski autobus

Co by się stało, gdybyśmy Mikołajka (tego od "Przygód Mikołajka") wyciągnęli z jego francuskiego domu, zmienili mu płeć i pod postacią dziewczynki, ulokowali w lekko patologicznej małomiasteczkowej polskiej rodzinie, w latach sześćdziesiątych?
Pomijając, nieważny w tych czysto hipotetycznych rozważaniach, fakt, że pewnie groziłby nam kryminał za uprowadzenie dziecka oraz przeprowadzanie na nim eksperymentów medycznych, to w efekcie uzyskalibyśmy Miśkę Pietkiewicz, narratorkę powieści "Niebieski autobus".
Miśka w naiwny dziecięcy sposób, który to właśnie tak bardzo przypominał mi "Przygody Mikołajka", przeprowadza nas przez przesiąknięty zapachem samogonu oraz wypełniony kradzionymi sprzętami, świat swojego dzieciństwa. Zapach samogonu unosi się za sprawą pędzącego go tatusia, a kradzione sprzęty trafiają do mieszkania, dzięki wujowi Romanowi. Obaj panowie są tylko kroplą w morzu osobliwości, jakim są ludzie przewijający się przez życie Miśki.

 "Niebieski autobus" nie jest jednak tylko humorystyczną opowiastką o dzieciństwie spędzonym wśród absurdów Polski Ludowej. Miśka dorasta, a Mikołajkowa narracja niepostrzeżenie ustępuje miejsca bardziej dojrzałemu stylowi. Nadal jest jednak lekko i z dużą dawką humoru.
Jak to często bywa, lekki styl wcale nie oznacza, że poruszane są tylko błahe tematy. Kosmowska w bardzo subtelny sposób, unikając patosu, porusza także trudne problemy.

Jest to powieść o ucieczce. Nie tylko od rodziny, która najlepiej zna się na destylacji alkoholu oraz przynoszeniu wstydu, ale także od dusznej atmosfery małego miasteczka, które z każdym rokiem "maleje i kurczy się niczym źle prany sweter. Mechaci od starości tych samych melanżowych splotów zdarzeń, które składają się na bure barwy życia".
Przede wszystkim jednak, jest to powieść o dojrzewaniu i poznawaniu samego siebie. No i o powrotach.

"Niebieski autobus" jest dla mnie zaskoczeniem roku. Książka została bardzo skrzywdzona przez wydawnictwo Zysk i S-ka, okładką, która sugeruje literaturę kobiecą, spod znaku przaśnych romansów z mazurską wsią w tle.


Nic bardziej mylnego, proszę nie dać się zwieść!
Barbara Kosmowska jest świetną pisarką i na szczęście wydawnictwo W.A.B., doceniło ten fakt, decydując się na wznowienie "Niebieskiego autobusu" z, tym razem, zdecydowanie lepszą okładką.


Twórca poprzedniej okładki podobno dostał podwójne dożywocie, na jego dzieła niestety można natknąć się jeszcze w bibliotekach. Jeśli wam się to przydarzy, proszę wypożyczać, okładać w gazetę i czytać, bo warto!

Ocena: 4/5

Wydawnictwo W.A.B
Rok wydania: 2011

A skoro już jesteśmy przy ucieczkach, powrotach i małych miasteczkach to warto posłuchać jednej z moich ulubionych piosenek Pearl Jamu.

niedziela, 3 czerwca 2012

Eginald Schlattner - Czerwone rękawiczki

"Jakież dziwne zawody istnieją: celować w środku nocy karabinem w nagich mężczyzn, podczas gdy inni robią im rewizję osobistą."

Rumuńskie więzienia pod koniec lat pięćdziesiątych zapełniają się wszelkiej maści "wrogami politycznymi i klasowymi". Wśród nich, dużą grupę stanowią siedmiogrodzcy Sasi, czyli ludność pochodzenia niemieckiego, która w XII wieku osiedliła się na terenach Siedmiogrodu (część Rumunii, za sprawą hrabiego Draculi lepiej znana pod nazwą Transylwania).
Jednym z aresztowanych i więzionych przez Securitate (służby specjalne komunistycznej Rumunii) Sasów, jest główny bohater, a jednocześnie narrator powieści "Czerwone rękawiczki".

Znając biografię Eginalda Schlattnera, trudno nie zauważyć, że jego powieść jest mocno autobiograficzna. Schlattner tak samo jak opisywany przez niego bohater, trafił w latach pięćdziesiątych do więzienia "pod zarzutem uczestniczenia w spisku antypaństwowym" i tak samo jak on wyszedł z niego z łatką konfidenta i zdrajcy.
To wszystko, co wydarzyło się pomiędzy aresztowaniem, a zwolnieniem z więzienia, stanowi rdzeń powieści, który w miarę rozwoju akcji oplatany jest coraz grubszą pajęczyną wspomnień i przemyśleń głównego bohatera. Czas jest zapewne jedynym czego w więzieniu jest pod dostatkiem. Z rozważań snutych na więziennej pryczy, powstaje więc, prawie siedemset stron powieści, z których wyłania się postać bardzo inteligentnego, początkującego pisarza, który przez samo swoje "burżuazyjne" pochodzenie staje się wrogiem klasowym, a posiadanie znajomych w kręgach "wywrotowych" jego sytuację tylko pogarsza, co w końcu zwraca uwagę Securitate.

"Czerwone rękawiczki" to proza najwyższych lotów. Wiedziałam to już w trakcie czytania, a trudność jaką sprawia mi napisanie tej recenzji, tylko mnie w tym przekonaniu utwierdza.
Większość życia poświęcam byciu cyniczną, codziennie wylewając z siebie "zdumiewające jak na tak drobną osobę" ilości jadu i żółci. W związku z tym najłatwiej przychodzi mi pisanie recenzji książek, które mi się nie podobały. Muszę powiedzieć, że pan Eginald mnie pokonał. Uwielbiam porównania i piękne opisy, a w tej materii Schlattner jest prawdziwym Saskim królem:

"W tym zbiorniku w dzień pluskała się okoliczna ludność węgierska, by złagodzić rwanie w członkach. Nad parującą wodą unosiły się starcze głowy mężczyzn, nadziane na brązowe od słońca szyje. Po powierzchni pływały ogromne piersi kobiet, białe jak ser, a nad nimi twarze w kolorze czerwonej papryki. Czasami przechodził obok milicjant, przerywał swój służbowy obchód, rozbierał się do naga i wpychał się między wrzeszczące baby, obok plujących mężczyzn."
"Ostrożnie stawiała drobne kroczki, ścieżka była świeżo wysypana żwirem. Na jej głowie kołysał się gąszcz wałków i papilotów, wymachiwała trzymanym w ręce pogrzebaczem. (...)
Ciotka Melania mieszkała na mansardzie, otoczona kotami, z którymi rozmawiała po łacinie. Koty nosiły wprawdzie zakonne imiona, od A do Z, ale mimo to rozmnażały się niepowstrzymanie."
Sposób w jaki Schlattner opisuje Siedmiogród nie jest jednak jedynym co mnie tak urzekło w "Czerwonych rękawiczkach". Ten, w chwili wydania siedemdziesięciodwuletni, pastor zdobył moje serce swoją szczerością (stąd też i moja szczerość oraz chwilowe zrzucenie maski cynizmu).
Temat współpracy ze służbami specjalnymi, jest w postkomunistycznych krajach oczywiście tematem często poruszanym. To co jest wyjątkowe w przypadku prozy Schlattnera, to zupełny brak martyrologii, a także brak jakiejkolwiek próby wybielania swojej postaci. Wydaje się, że Schlattner staje przed nami i mówi: "oto jak było naprawdę, zróbcie z tym co chcecie".

Chciałabym, aby "Czerwone rękawiczki" stały się w naszym kraju lekturą obowiązkową, żeby pokazać, że tak też można mówić o historii. Bo nie wszystko jest albo czarne albo białe, jak śpiewał Kazik: "są różne odcienie szarości, od czerni do białości".

Ocena: 4/5

sobota, 12 maja 2012

Doris Lessing - Pamiętnik przetrwania

Z Doris Lessing wiązałam ogromne nadzieje. W 2007 roku zdobyła ona literacką nagrodę Nobla, a później spotkała ją jeszcze większa nobilitacja, bo jej książka "Mrowisko" bardzo spodobała się mojej siostrze. Wtedy dodałam Lessing do mojej obszernej i mało realnej listy książek do przeczytania.

Najpierw wypożyczyłam "Podróż Bena". Doszłam do dwudziestej strony, co chwila sprawdzając czy to na pewno ta Lessing, ta od Nobla. Nie podobało mi się wszystko: od sposobu narracji, przez tematykę, po makabryczny pomysł tłumaczenia imion bohaterów, co nie tylko wyrywa ich z ich kontekstu kulturowego, bo Matthew staje się naszym polskim Mateuszem, a John Jankiem, ale sprawia też, że Janek może mieć brata o niemającym polskiego odpowiednika imieniu Kenneth, a bardzo popularne imię Jeffrey zamieni się w dosyć mało u nas popularne imię Godfryd.
"Podróż Bena" wypożyczałam w ciemno - była to jedyna książka Lessing aktualnie dostępna w bibliotece, do której chodzę. Po tych, dosyć przerażających, dwudziestu stronach, postanowiłam sprawdzić co takiego właściwie wypożyczyłam. Po krótkim internetowym poszukiwaniu dowiedziałam się, że po pierwsze to "Podróż Bena" jest kontynuacją "Piątego dziecka", a po drugie, większość ludzi, zachwyconych pierwszą częścią, bardzo rozczarował ciąg dalszy.
W obliczu tych nowych informacji, zarzuciłam czytanie "Podróży Bena", ale postanowiłam dać Doris jeszcze jedną szansę w przyszłości, bo przecież nawet Dostojewskiemu zdarzało się popełniać błędy (o tym też kiedyś napiszę, póki co mogę uchylić rąbka tajemnicy ---> rąbek tajemnicy, który po kliknięciu się uchyla).

Druga szansa Doris przyszła tak samo przypadkowo jak pierwsza, za sprawą tej samej biblioteki, w której tym razem znalazłam "Pamiętnik przetrwania". Okładka pełna jest bardzo ogólnikowych cytatów z różnych mądrych gazet, w stylu "rewelacyjna baśń", "bardzo ważna powieść, dowodząca witalności Lessing, jej oryginalności i ważnego miejsca, jakie zajmuje wśród pisarzy" czy "niezwykła i poruszająca refleksja o nieprzemijającej potrzebie lojalności, miłości i odpowiedzialności", co mogłoby pojawić się w recenzji większości książek od Władcy Pierścieni po Chatkę Puchatka. Czyli mój ulubiony rodzaj promowania książek: jest to wielkie dzieło, bardzo ważne, bo pisarka jest wielka i bardzo ważna.
Sama Doris Lessing powiedziała jednak:

Advice to young writers? Always the same advice: learn to trust your own judgment, learn inner independence, learn to trust that time will sort the good from the bad.

A ja do tej rady zamierzam się stosować i ufać mojemu własnemu osądowi.

Początki z "Pamietnikiem..." były bardzo ciężkie. Już po przeczytaniu trzech stron, miałam wrażenie, że coś mi umknęło, zaczęłam czytać jeszcze raz, ale wrażenie pozostało. Pomyślałam, że to pewnie wina zmęczenia, wyśpię się i następnego dnia zacznę jeszcze raz. Nie pomogło.

Kiedyś w podstawówce graliśmy w taką grę: komu dłużej uda się mówić na jednym wdechu. W trakcie tej gry powstawały przedziwne długie zdania, które im bliżej końca tym mniej miały sensu (z braku pomysłów albo z braku tlenu). Właśnie tę grę przypomina mi sposób narracji Lessing - pełen długich, bełkotliwych zdań, z serii tych, których początek umyka zanim dojdzie się do końca (nie próbujcie ich przypadkiem czytać na jednym wdechu!):

Moim zdaniem przez cały ten czas istoty ludzkie były obserwowane przez stworzenia, których postrzeganie i pojmowanie tak dalece wyprzedza wszystko, co z racji swej próżności byliśmy zdolni uznać, że gdybyśmy o tym wiedzieli, bylibyśmy przerażeni, upokorzeni.

Ludzie potrzebują niewolników, ofiar i istot uzależnionych, a wiele z naszych "zwierzątek" było nimi bo naszym zdaniem powinny być, tak jak i ludzie mogą ukształtować się według cudzych oczekiwań.

Poza tym autorka ma okropny zwyczaj nadużywania wielokropków. Nadaje to jej prozie dramatyzmu. Takiego dramatyzmu, spod znaku poezji tworzonej przez smutne czternastolatki przy dźwiękach gotyckiego rocka:
Przez całe życie, dokądkolwiek idziemy, nieustannie towarzyszą nam istoty, które nas osądzają i które zachowują się czasami z godnością... zwaną przez nas ludzką.
Wewnątrz jednak panował chaos... uczucie które człowieka ogarnia [...]
 Uśmiechnęła się... z wyrzutem.

I mogłabym tak w nieskończoność, bo te wielokropki są na prawie każdej stronie, ale myślę, że już wiemy o co chodzi.

Z tego wszystkiego cały czas nie napisałam o czym jest książka. W sumie to odwlekałam ten moment chyba celowo, bo strasznie trudno mi powiedzieć o czym jest ta książka.
Jest to wizja postapokaliptycznego świata - kryzys cywilizacji, rozpad więzi społecznych, władza w rękach młodocianych gangów, te klimaty. Wszystko dzieje się w nieokreślonym czasie, nie wiadomo też co doprowadziło do stanu w którym znalazł się świat. Bo to taka powieść - parabola, wszystko jest symboliczne i alegoryczne. Głównymi bohaterami są bliżej nieokreślona narratorka* oraz dziewczynka i żółty piesokot**, którymi narratorka się opiekuje.
tak mógł wyglądać piesokot
Narratorka co jakiś czas przechodzi przez ściany do świata przeszłości (ale nie swojej tylko dziewczynki), dziewczynka w tym czasie przyłącza się do młodzieżowego gangu, a biedny piesokot stara się uniknąć śmierci z rąk innych gangów młodzieżowych, które koniecznie chcą go zjeść. Swoją drogą, te zapędy kulinarne zostały przez narratorkę nazwane kanibalizmem. Kanibalizm jak wiadomo, jest praktyką zjadania osobników własnego gatunku, więc nie wiem czy jest to niewiedza autorki, czy błąd tłumacza.
A może wszystko zostało dobrze przetłumaczone i sugeruje to nam, że wszyscy inni też byli piesokotami, albo, że piesokot tak naprawdę był człowiekiem?
Raczej nie czuję potrzeby rozwikłania tej zagadki, ani całej reszty zagadek i dwuznaczności, które pojawiły się w "Pamiętniku przetrwania". Od początku odrzuciła mnie forma, do której szybko dołączyła pełna truizmów i wtórna do bólu treść.
Dawno żadna książka mnie tak nie wymęczyła.

Ocena: 1/5


* w wydaniu polskim tłumacz zdecydował, że będzie to kobieta, dlatego dla polskiego czytelnika sprawa płci jest jasna, ale z tego co zauważyłam, nie jest wcale taka jasna dla tych, którzy czytali książkę w oryginale, co jest swoją drogą bardzo ciekawym zagadnieniem translatorskim, ale nie będziemy się tym teraz zajmować
** sprawa gatunku nie zostaje wyjaśniona, z tyłu wygląda jak pies, z przodu jak kot i to na pewno też ma znaczenie symboliczne

wtorek, 1 maja 2012

Rebecca Skloot - Nieśmiertelne życie Henrietty Lacks

Studiując biologię w Polsce (a przynajmniej studiując ją tam gdzie ja ją studiowałam), co jakiś czas pomiędzy różne matematyki, chemie, fizjologie wszystkiego i przedmioty z przymiotnikiem "molekularny" w nazwie, dostaje się jakiś przedmiot humanistyczny, żeby można było łyknąć trochę kultury i nabrać ogłady, zanim na długie lata zamknie się w laboratorium czy zaszyje w lesie, śledząc poczynania mysikrólika (Regulus regulus, tak naprawdę ani mysz ani królik).

Niestety w ciągu tych pięciu lat, nie trafiłam na ani jedne zajęcia z tego humanistycznego pakietu, które by swoje zadanie spełniały. Zazwyczaj były to wykłady w stylu tych z filozofii przyrody, na których wykładowca, wpatrzony w sufit, mówił: "Istnieje dziesięć składowych piękna przyrody. Pierwsza składowa to: wschód słońca. Przykład: byłem na Babiej Górze, wschód słońca był piękny", tu następowało opuszczenie wzroku, celem sprawdzenia czy wszyscy notują, a następnie: "druga składowa piękna przyrody...", której już nie poznałam, bo opuściłam salę.
Stąd pewnie wziął się mój humanistyczny niedosyt, który popycha mnie do grafomańskich popisów tutaj.

Okazuje się, że podobny system przymusowych spotkań studentów kierunków ścisłych, z kulturą, istnieje także w USA. Wydaje się jednak, że tam działa to nieco lepiej, co wnioskuję na podstawie felietonu napisanego przez Rebeccę Skloot, autorkę "Nieśmiertelnego życia Henrietty Lacks". W felietonie "The Science of Storytelling" autorka opowiada o tym, jak od najmłodszych lat chciała zostać weterynarzem, pragnienie to nie opuściło jej także w późniejszych latach, konsekwentnie więc kierowała swoją edukacją tak, aby weterynarzem zostać. Wszystko chyba szło po jej myśli, aż do momentu, gdy w college'u do którego uczęszczała, stanęła przed wymogiem zaliczenia zajęć z języka obcego, które można też było zaliczyć, chodząc na zajęcia z kreatywnego pisania (ach ci Amerykanie). Pani Rebecca uznając, że kreatywne pisanie będzie łatwiejsze, wybrała właśnie ten przedmiot. No i wpadła. Zamiast zostać naukowcem postanowiła pisać o nauce.

We wspomnianym felietonie pojawia się zdanie: "Science happens to people, and is done by people". To chyba najlepiej oddaje styl pisania pani Skloot. Poza wyjaśnieniem naukowych faktów, bardzo ważny jest dla niej też pierwiastek ludzki, ci ludzie którzy naukę tworzą, ale także ci, którym nauka się "przydarzyła". Świetnie widać to w jej pierwszej książce "Nieśmiertelne życie Henrietty Lacks", w której opisuje historie niezwykłych odkryć w dziedzinie medycyny, naukowców stojących za tymi odkryciami, ale także ludzi, którzy w naukę zostali przypadkowo wplątani.
Tytułowa Henrietta Lacks, Afroamerykanka, urodzona w Wirginii w 1920 roku, jako dziewiąte dziecko swoich rodziców, w wieku trzydziestu lat sama ma już piątkę dzieci. Rok później umiera z powodu raka szyjki macicy. Po swojej śmierci przyczynia się do niezliczonej ilości odkryć naukowych, od szczepionki na Polio, przez określenie liczby chromosomów znajdujących się w ludzkich komórkach, po mechanizm infekcji HIV i wiele innych.

Wszystko to dzięki komórkom wywodzącym się z jej raka szyjki macicy (tym samym, które doprowadziły do jej śmierci). Zostały one pobrane, podczas jednej z wizyt w szpitalu w którym się leczyła. Z przyczyn, których jeszcze wtedy nie rozumiano, były to pierwsze komórki, z których udało się założyć nieśmiertelną linię komórkową (hodowlę komórek, które mogą przechodzić nieskończenie wiele podziałów). Szybko komórki te, występujące pod nazwą HeLa (od pierwszych liter imienia i nazwiska kobiety, od której je pobrano) stały się, w świecie naukowym, prawdziwym hitem - niewyczerpanym materiałem do badań wszystkiego: wirusów, związków toksycznych czy mechanizmów regulacji komórkowej.
Komórki HeLa uratowały miliony istnień ludzkich, uratowały pewnie też sporo zwierząt, bo w wielu przypadkach to, co dotąd było badane in vivo na zwierzętach, mogło być teraz zbadane in vitro na komórkach Henrietty.
Rebecca Skloot w bardzo przystępny i ciekawy sposób prowadzi czytelnika przez lata odkryć oraz przedstawia nam niezwykłe postaci naukowców stojących za tymi odkryciami.
Henrietta Lacks z mężem
Równolegle snuta jest druga historia, a w zasadzie to historie. Historie tych, którym "nauka się przydarzyła". Zaczyna się od Henrietty Lacks, której komórki zostały pobrane od niej bez wiedzy jej czy jej rodziny.
W dalszych częściach odkrywane są inne niechlubne karty historii odkryć medycznych. Dowiadujemy się m. in. o badaniu Tuskegee, przeprowadzonym w latach 1932 - 1972, na czterystu czarnoskórych mieszkańcach Alabamy, polegającym na obserwacji przebiegu kiły w przypadku braku jej leczenia (nawet gdy terapia była już dostępna).

Wszystko te historie mają na celu zwrócenie uwagi czytelnika, na rzadko poruszany temat rasizmu oraz braku odpowiednich regulacji dotyczących badań przeprowadzanych na ludziach, co często było tłem ważnych historycznych odkryć naukowych.

Rebecca Skloot stara się być bardzo obiektywna, prezentując punkt widzenia obu ze stron: badających i badanych. Świat badań naukowych to nie tylko wielkie odkrycia ratujące życie i następujące po nich Nagrody Nobla. Jest to często mało wdzięczny świat niełatwych wyborów. Można znaleźć w nim wspaniałych ludzi, poświęcających całe swoje życie dla nauki, można znaleźć też ludzi bezwzględnych poświęcających życie innych ludzi dla nauki. Autorka w swojej książce, stawia bardzo ważne pytania natury moralnej, ale odpowiedź na nie pozostawia nam.

Książkę tę polecam tym, którzy lubią krytycznie wypowiadać się na temat bezdusznych naukowców,  przeprowadzających makabryczne doświadczenia na zwierzętach. Polecam ją jednak także tym (do których, przyznaję, czasami zaliczam się ja), którzy z wyższością patrzą na prostych ludzi, ze strachem broniących się przed naukowymi innowacjami. Wszystkim nam przyda się trochę pokory. No chyba, że ktoś jest bez winy, to wtedy niech pierwszy rzuci kamieniem.

Ocena: 5/5

Wydawnictwo Sonia Draga
Rok wydania: 2011