poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Amélie Nothomb - Krasomówca


Gybym miała opisać tę książkę jednym słowem to powiedziałabym: niepokojąca.

Emil jest sześciedziesięciosześcioletnim emerytowanym nauczycielem greki i łaciny. Jedyną ważną osobą w jego życiu, jest jego żona Juliette, z którą od sześćdziesięciu lat tworzą nierozerwalny tandem. Emil i Juliette odkąd się poznali mając po sześć lat, wiedzieli, że spędzą ze sobą resztę życia. Już jako dziesięciolatka Juliette często spędzała noce w domu Emila. Podczas tych spotkań Emil z największą czułością dbał o higienę wybranki, namydlając pod prysznicem jej długie, kasztanowe włosy, które do dziś go zachwycają, mimo iż teraz są koloru błękitnawobiałego "jak romantyczna spódniczka baletnicy". Ale włosy to jedyna rzecz, która się zmieniła w Juliette, poza tym pozostała ona w jego oczach nadal tą małą dziewczynką. Sześćdziesięciopięcioletnią dziewczynką, jak o niej mówi. Para nigdy nie miała dzieci, ponieważ nie potrzebowali nikogo poza sobą. Juliette była zawsze dla Emila żoną i córką. "Anioły nie mają dzieci, Juliette też ich nie miała. Była swoim własnym dzieckiem - i moim."

Jakby ktoś mi coś takiego opowiedział i spytał kto to napisał to celowałabym w Whartona. I nie jest to bynajmniej komplement.
Już same takie historie, mocno mitologizujące miłość, mnie odrzucają. Do tego jeszcze w "Krasomówcy" pojawia się mój ulubiony zabieg literacki, czyli przedstawienie kobiety jako bezkształtnej plamy. Emil jest nauczycielem, intelektualistą. Juliette, natomiast, po prostu jest. No i ma jeszcze te włosy, co to zmieniły kolor. I to tyle z jej zainteresowań. Czyli taki typ kobiety muzy: eterycznej i srającej kwieciem.
Gdyby historia tej miłości była motywem przewodnim książki, to moja wewnętrzna zgorzkniała stara panna nie zostawiłaby na niej suchej nitki.
Na szczęście pani Nothomb opanowała swojego wewnętrznego Whartona, ja więc mogę opanować moją wewnętrzną zołzę. 

Po przejściu Emila na emeryturę para postanawia przenieść się do domu na wsi, gdzie Emil będzie mógł czytać sobie te swoje książki, a Juliette pewnie będzie biegała po łąkach, skąpana w księżycowej poświacie, czy co tam kobiety lubią robić w wolnym czasie. Idea jest taka, że mają w tym wszystkim być sami, tylko ze sobą, odcięci od reszty ludzi. Wszystko bierze w łeb, gdy okazuje się, że mają sąsiada - siedemdziesięcioletniego doktora Bernardina, który już pierwszego dnia składa im sąsiedzką wizytę.
Pan Bernardin okazuje się być dosyć antypatycznym typem, który najwyraźniej nie ma ochoty na żadną rozmowę ze swoimi sąsiadami i na wszystkie pytania odpowiada tylko zdawkowe (zawsze poprzedzone długim milczeniem) tak lub nie. Nie przeszkadza mu to jednak w powtórzeniu swojej wizyty następnego dnia, a potem kolejnego dnia, aż dzwonienie do drzwi sąsiadów, zawsze o godzinie szesnastej, staje się codzienną rutyną. W stosunkach sąsiedzkich nie zachodzi jednak zmiana na lepsze: pan doktor zaraz po przyjściu, zapada się w fotel w salonie swoich gospodarzy, gdzie siedzi i milczy przez następne dwie godziny po czym idzie do domu.

I to właśnie pan Bernardin jest taki niepokojący, a potem niepokojące jest w jaki sposób zmienia życie dwójki głównych bohaterów, a pod koniec to już niepokojące jest wszystko.

Książka zaczyna się słowami: "Człowiek nic o sobie nie wie. Sądzi, że siebie zna - jakże bardzo się  myli. Z biegiem lat coraz mniej rozumie, kim jest osoba, w której imieniu wypowiada się i działa.
Właściwie żaden problem. Co szkodzi żyć życiem kogoś nieznajomego? Może to nawet lepiej: uświadom sobie, kim jesteś, a od razu przestaniesz się lubić." Fragment ten równie dobrze mógłby zamykać książkę i być jej podsumowaniem.

Mogłabym napisać jeszcze dużo, ale po napisaniu tej relatywnie obszernej recenzji (sama książka ma zaledwie 128 stron) wydaje mi się, że to co napisałam we wstępie było wystarczające i mogłam przy tym pozostać.
"Krasomówca" to książka niepokojąca. Jak ktoś nie lubi żeby go niepokoić, to niech nie czyta, ale jeśli ktoś nie ma nic przeciwko, to niech przeczyta.


Ocena: 3/5

piątek, 6 kwietnia 2012

Aldous Huxley - Nowy wspaniały świat

Jakiś czas temu, ktoś w moim instytucie rozesłał informację o konkursie literackim dla młodych naukowców. Konkurs nazywał się FUTURONAUTA, a organizatorzy zachęcali do przesyłania futurystycznych opowiadań. "Włącz turbiny swej wyobraźni, napędzane paliwem wiedzy. Zostań futuronautą i przewiń świat do przodu".
Rzadko czytam science-fiction, więc nie byłam szczególnie zainteresowana, ale, że moja praca w laboratorium daje mi dużo czasu na rozmyślania, koncept opowiadania przyszedł do mnie sam.
Przypomniałam sobie wszystko czego dowiedziałam się na studiach o zapłodnieniu in vitro, możliwości rozdzielania za pomocą cytometrii przepływowej plemników X od Y, co stosowane jest do regulacji płci bydła, klonowaniu, i tym podobnych i pomyślałam, że do pełnego sterowania rozrodem brakuje w zasadzie tylko sztucznych macic, w których taki zarodek mógłby się rozwijać. Włączyłam komputer i zaczęłam szukać. Nie było trudno. Po wpisaniu w google "artificial womb" pojawia się prawie cztery miliony wyszukań. Okazuje się, że tak jak myślałam, poważne kroki w kierunku stworzenia sztucznej macicy zostały już poczynione (http://www.popsci.com/scitech/article/2005-08/artificial-wombs).

Pomyślałam, że w moim opowiadaniu, stworzę świat, w którym ludzie zupełnie zrezygnowali z żyworództwa, dzieci tworzy się w specjalnych ośrodkach, w których obok siebie stoją rzędy sztucznych macic. Narratorką miała być pracownica jednego z takich ośrodków, a akcja miała toczyć się wokół bulwersującego doniesienia o hipisce (oczywiście hipisce na miarę przyszłych czasów), która postanowiła urodzić dziecko naturalnie, czym wywołała burzę i falę dyskusji o tym jak daleko sięga wolność człowieka i czy kobieta ma prawo w takim sposób decydować o swoim ciele, jeśli tym samym pogwałca pewne ustalone normy społeczne.
Opowiadanie w końcu nie doszło do skutku, bo okazało się, że ze względów proceduralnych nie mogę wziąć udziału w konkursie.

Teraz myślę, że bardzo dobrze się stało, bo okazało się, że ktoś już wpadł na taki pomysł jak ja. I to już jakieś osiemdziesiąt lat temu. Tym kimś był Aldous Huxley.
W jego "Nowym wspaniałym świecie", nowi obywatele powstają w ośrodkach rozrodu i warunkowania. Instytucja rodziców zostaje zlikwidowana. Zlikwidowane zostają także związki międzyludzkie. Seks jest traktowany jako normalna forma rekreacji, ale pozostawanie przez dłuższy czas w takiej relacji z jednym partnerem uznawane jest za obrazę moralności, bo każdy należy do każdego. Gorsze od monogamii, jest już chyba tylko zupełne unikanie kontaktów seksualnych bo "fizyczne niezaspokojenie może spowodować rozrost aktywności umysłowej", co jest niepożądane w świecie w którym wszyscy obywatele mają być szczęśliwi.

W Nowym wspaniałym świecie panuje system kastowy, którego celem jest także stabilność i szczęśliwość. Ludzki los jest ustalany już w okresie prenatalnym, a w zasadzie w Huxley'owskim odpowiedniku okresu prenatalnego, czyli w okresie przed wybutlowaniem (bo dzieci rozwijają się w specjalnych butlach - sztucznych macicach). Do butli dostarczane są wszystkie niezbędne do rozwoju składniki odżywcze, ale także składniki, które mogą negatywnie lub pozytywnie na taki rozwój wpłynąć, dzięki czemu świat zapełnia się kastami ludzi o różnym stopniu rozwoju intelektualnego - od alf, czyli osobników najinteligentnieszych, a tym samym najbardziej problematycznych, do epsilonów, pół kretynów, przeznaczonych do najmniej skomplikowanej pracy fizycznej.

"Bo aby rozumnie pracować, jakieś ogólne pojęcie rzecz jasna mieć muszą - choć możliwie najmniejsze, jeśli mają być dobrymi i szczęśliwymi członkami społeczeństwa. Wiedza o szczegółach bowiem, jak każdy wie, przydaje cnót i szczęśliwości, wiedza ogólna zaś to dla umysłu zło konieczne. Nie filozofowie, lecz pracowite mrówki i zbieracze znaczków, tworzą kręgosłup społeczny."

Ogólną szczęśliwość pomaga utrzymywać unikanie silnych emocji, które w razie pojawienia się, zagłusza się narkotykiem - somą. Ludzie w swoich kastach są do siebie podobni (lub nawet identyczni), bo "nietypowość zagraża czemuś więcej niż tylko życiu jednostki; ona godzi w Społeczeństwo samo".

Huxley napisał swoją powieść w 1932 roku jako krytykę społeczeństwa przemysłowego, ale nie straciła ona nic na swojej aktualności, a może nawet zyskała. Jak widać na przykładzie koncepcji sterowania rozrodem i rozwojem, wizja autora była w dużej mierze prorocza. Chociaż ja akurat nie odczytuję jej jako ostrzeżenia przed postępem naukowym. Do stworzenia społeczeństwa złożonego z ludzi myślących i wyglądających tak samo nie trzeba najnowszych osiągnięć biologii. Dla mnie Nowy wspaniały świat jest świetną metaforą tego co dzieje się w korporacjach (prawdopodobnie dlatego, że sama z takiej korporacji uciekłam i połowa książek, które teraz czytam jest dla mnie ich metaforą i ostrzeżeniem przed nimi). Powieść Huxleya można też odczytywać jako ostrzeżenie przed gloryfikacją kultury zachodu. Można też przeczytać i uznać, że to metafora zupełnie niczego. Ale przeczytać trzeba.

"Ja tam wolę być nieszczęśliwy, niż pozostawać w stanie tej fałszywej, kłamliwej szczęśliwości, w jakiej się tu żyje"

Ocena: 5/5

niedziela, 1 kwietnia 2012

Stieg Larsson - Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet


Podobno byłam jedyną osobą w tym kraju, która nie przeczytała żadnej części sagi Millenium, nie obejrzała filmu i , o zgrozo, nawet nie wiedziała o czym to jest. Dlatego na urodziny (nie mówmy które, bo ku mojemu przerażeniu okazało się, że gdybym chciała zdmuchiwać świeczki, to dla uzbierania odpowiedniej liczby, musiałabym kupić trzy opakowania) dostałam od przyjaciółki zestaw wszystkich trzech części, z nakazem jak najszybszego nadrobienia zaległości i nierobienia już więcej wstydu.

Przeczytałam pierwszą część.
Jeśli macie nadzieję, że wśród 60 milionów posiadaczy tej książki, ja będę tym głosem rozsądku, który powie, że fenomen Millenium jest zupełnie niezrozumiały, zagadka kryminalna prosta jak te, które kiedyś ukazywały się w Kaczorze Donaldzie i w ogóle chała, to lepiej od razu się przyznam, że przez cały sobotni poranek (który trwał do godziny czternastej) nie odbierałam telefonu, udając że jeszcze śpię, a tak naprawdę obudziłam się o dziewiątej i nie udało mi się wyjść z łóżka dopóki nie skończyłam czytać.

O tym, że to historia dziennikarza Mikaela oraz genialnej hakerki, a przy okazji socjopatki, Lisbeth, którzy razem starają się rozwiązać zagadkę kryminalną sprzed lat, wie każdy, więc daruję sobie część "o czym traktuje książka".
Stieg Larsson umarł zanim książka została wydana, ale także zanim naniesione mogły zostać jakiekolwiek poprawki. I to niestety widać. W książce pełno jest długich opisów, które niczemu nie służą, jak szczegółowe wymienianie składników, które lądują na kanapkach bohaterów czy opisy zakupów i to, że zakupiony został np. płyn do soczewek. Nie czytam zbyt często kryminałów, ale z Agathy Christie i Arthura Conan Doyle'a pamiętałam, że takie szczegóły mogą być bardzo istotne, więc starałam się wszystko zapamiętywać. Pamięć mam niestety dosyć dobrą. Niestety, bo okazało się oczywiście, że wszystkie te detale nie miały żadnego znaczenia.
Kolejną rzeczą, nad którą nie da się przejść obojętnie jest wszechobecność produktów firmy Apple, z których korzystają bohaterowie. Każdy ma iBooka, a na prezent najlepszy jest iPod. Już po dwudziestu stronach wiadomo, że autor jest absolutnym Apple fanem. W pewnym momencie jednak pojawia się fragment, po którym zastanawiałam się, czy nie ma tu miejsca lokowanie produktu i to takie najniższych lotów:

"Nic dziwnego więc, że zdecydowała się na najlepsze w tej sytuacji wyjście: właśnie lansowany Apple PowerBook G4/1.0 GHz w aluminiowej obudowie, wyposażony w procesor PowerPC 7451 z AltiVec Velocity Engine, z dziewięćsetsześćdziesięciomegabajtową pamięcią RAM [...]"

I w tym stylu, aż do następnej strony, ale tego wam już oszczędzę. Jakby ktoś jednak się zastanawiał nad kupnem, to odsyłam na strony 239 i 240.
Poza Apple'ową indoktrynacją, można też poćwiczyć angielski, bo co chwila pojawiają się pojedyncze słowa po angielsku, a co jakiś czas nawet całe zdania:

"Bjurman był a serious Pain in the Ass i - jak sądziła - urósł do rangi Major Problem"
"Fuck that - zdecydowała"

No zupełnie jakby się czytało pamiętniki Joanny Krupy.

Od strony stylistycznej, jak widać, książka to typowe"sanki po betonie", czyli zgrzyta. Głównym winowajcą jest oczywiście pan Larsson. Całej sprawie nie pomogła też jego nagła śmierć i niemożność naniesienia większych poprawek edytorskich. Do tego wszystkiego w polskiej wersji językowej książkę dobiła jeszcze tłumaczka. Co jakiś czas można natknąć się na takie koszmarki jak: "zaszyli się w chatce Mikaela, gdzie rozpalili ogień w kominku, włączyli muzykę Elvisa i oddali się uprawianiu seksu", bohaterowie nagminnie rozpoczynają zdania od słowa "ta...", natomiast kochankowie w łóżku rozmawiają o "dupie Maryni".

No dobrze. Czyli wszystko źle, a ja mimo to byłam gotowa zerwać na jakiś czas wszelkie kontakty z bliskimi, tylko, żeby jak najszybciej skończyć czytać. No cóż, styl kiepski, ale zagadka kryminalna jest naprawdę świetna i trzyma w napięciu do ostatnich stron.

Nie mam nic na swoją obronę.
Millenium to pure entertainment i niech będzie taką moją guilty pleasure, do której przecież każdy ma prawo, right?

Ocena: 3/5

Wydawnictwo Czarna Owca
Tłumaczenie: Beata Walczak-Larsson
Rok wydania: 2012

piątek, 16 marca 2012

Beata Pawlikowska - Blondynka na Kubie

„Blondynka na Kubie” to przepięknie wydana przez National Geographic książka Beaty Pawlikowskiej. Książka, w której autorka poza swoją podróżą na Kubę opisuje także historię wyspy, skupiając się na okresie rewolucji oraz postaci Ernesta Che Guevary. Jednym z głównych zadań tej książki, jak i samej wyprawy autorki na Kubę, było zmierzenie się z legendą „Che” i odpowiedzenie na pytanie, kim naprawdę był ten człowiek: zimnym mordercą czy wrażliwym lekarzem?
Książkę pani Beaty przeczytałam jakieś trzy lata temu i muszę powiedzieć, że od tego czasu żadna inna książka nie wzbudziła we mnie aż tylu emocji. Negatywnych emocji, warto by dodać.

Ciężko zdecydować od czego zacząć, zacznę więc od początku, czyli od tytułu „Blondynka na Kubie”. Dopiero po skończonej lekturze dotarło do mnie, że tytuł był swego rodzaju ostrzeżeniem: drogi czytelniku, to nie jest książka o Kubie, to jest książka o mnie z Kubą w tle.
O Kubie i jej mieszkańcach dowiadujemy się z tej książki bardzo mało. Aż za dużo dowiadujemy się za to o pani Pawlikowskiej i jej nadprzyrodzonych zdolnościach, czyniących ją tym kim jest czyli Podróżniczką przez duże „P”. Poza biegłą znajomością angielskiego i hiszpańskiego (czym bezustannie wprawia w osłupienie rodowitych Kubańczyków) autorkę cechuje także niezwykłe obycie, które przejawia się w każdej dziedzinie życia: od targowania ceny za pokój po krojenie ananasa na sposób tubylczy (tak drogi czytelniku, ananasy na Kubie je się zupełnie inaczej niż u nas, oto jak robi to pani Beata: „wprawnymi ruchami obrałam go z łupiny, pokroiłam na plastry i zjadłam”, a oto jakie robi to wrażenie: „podziękowałam oszołomionym sprzedawcom, którzy najwyraźniej po raz pierwszy widzieli w swoim miasteczku podróżującego Europejczyka, który mówił i zachowywał się jak tubylec”). Pani Beata posiada także dwa dodatkowe zmysły: szósty i siódmy! Szósty zmysł to „rodzaj instynktu, z którym przychodzimy na świat” i o ile aby włączyć ten szósty zmysł wystarczy oderwać się od miejskiego zgiełku i pojechać do lasu czy w góry, o tyle z siódmym zmysłem sprawa jest bardziej skomplikowana, bo, jak sama autorka wyznaje, jest to „moc, którą zdobyła u Indian”.

Kolejną super mocą, którą wydaje się pani Beacie, że posiada jest talent pisarski. Dzięki temu przekonaniu, książka obfituje w jeżące włos na głowie złote myśli, takie jak: „życie to nieustająca wędrówka po górach codzienności”, czy upiorne opisy w stylu: „po wypiciu trzeciego mojito, zobaczyłam, że do tańca przyłącza się słony wiatr znad morza i chudy koń zaprzężony do dorożki”.

Jak wspomniałam książka jest jednak nie tylko opisem tego co spotkało panią Pawlikowską na Kubie, ale też tego co jej nie spotkało, ale o czym czytała. Znajdujemy tu parę rozdziałów poświęconych historii rewolucji, no i przede wszystkim urywki z biografii Ernesta Che Guevary, bo dla tych co zapomnieli, celem wyprawy jest odkrycie czy Ernesto był zimnym mordercą czy wrażliwym człowiekiem.
Jeśli wydaje ci się, że jest to pytanie retoryczne, mające być tylko przyczynkiem do dyskusji nad rewolucją, utopijnymi ideami, relatywizmem moralnym czy czymkolwiek innym, to nic bardziej mylnego. Autorka przy całej swojej poetycko-mistycznej naturze, okazuje się być też typem wyjątkowo pragmatycznym, tak więc już w połowie książki udaje jej się odpowiedzieć na to wydawałoby się trudne pytanie. Odpowiedź jest taka: Che był sympatycznym gościem, a wszyscy ludzie, którzy uważają go za mordercę, żyją w tym błędnym przekonaniu, bo ktoś, źle przetłumaczył na angielski JEDNO słowo z jego książki. Pani Beata błąd znalazła. No i pozamiatane. Podobno następną książką będzie „Blondynka w Strefie Gazy”, w której autorka odpowie na pytanie: Jaser Arafat – sympatyczny Noblista czy podły terrorysta?

Nie wiem, co najbardziej zniesmaczyło mnie w tej książce. Myślę, że było to wszystko po trochu: absolutnie nonszalanckie podejście do tematów historycznych, połączone z obietnicą wyjaśnienia spraw dotąd niewyjaśnionych, przyprawione samouwielbieniem autorki i oblane pretensjonalnym stylem. Stworzyło to razem mieszankę zupełnie dla mnie niestrawną.

Ocena: 1/5

poniedziałek, 12 marca 2012

Mario Vargas Llosa - Ciotka Julia i skryba

Mniej więcej co tydzień jestem zapraszana przez babcię na obiad. Obiady te, poza przekształcaniem mojej talii z talii osy w talię bąka, wzbogacają mnie także duchowo. Wzbogacenie duchowe następuje w sferze popkultury, reprezentowanej przez polskie seriale, którą to sferę notorycznie i intencjonalnie staram się zaniedbywać.
Kiedyś fanom seriali było łatwiej, był rodzimy Klan i była mniej rodzima Moda na sukces i z tego co wiem, oba seriale nie pożyczają sobie aktorów. Już jakiś czas temu przestało być łatwo, przybyło seriali, najwyraźniej jednak nie przybyło aktorów, tak więc jednego dnia doktor Burski przeprowadza operację przepukliny w szpitalu w Leśnej Górze, tylko po to, by już następnego dnia jeździć w sutannie na rowerze po Sandomierzu. Poza takimi hecami, co chwila (i to już nie tylko w Modzie na sukces) ktoś jest porywany, a kiedy wraca jest już zupełnie innym człowiekiem, co najlepiej widać po tym, że gra go zupełnie inny aktor. Bohaterowie polskich seriali cierpią też na wszystkie możliwe przypadłości: od żółtaczki, przez wszystkie rodzaje nowotworów, a kończąc na schizofrenii. Nic dziwnego, że przy takim natłoku informacji, moja babcia zaczęła się gubić, co zaowocowało tym, że ostatnio, dopiero dziesięć minut po włączeniu "swojego" serialu zorientowała się, że, przez przypadek, włączyła inny kanał i ogląda zupełnie inny serial.

O sytuacji mojej babci opowiadam wam nieprzypadkowo. W pewnym sensie w podobnej sytuacji znalazł się bowiem bohater "Ciotki Julii i skryby" - Pedro Camacho, czyli tytułowy skryba, który wraz z rozwojem akcji książki, coraz bardziej gubi się w pogmatwanych historiach bohaterów oper mydlanych. Tym co odróżnia jego sytuację od sytuacji mojej babci, jest to, że opery mydlane są tu radiowymi słuchowiskami, cała rzecz dzieje się w latach 50. w Limie, a Pedro nie jest zagubionym słuchaczem, tylko twórcą tychże oper. Co jakiś czas w główny wątek wplatana jest więc treść słuchowisk radiowych, które z czasem stają się coraz bardziej chaotyczne, bohaterowie gubią się i trafiają do innego radiowego serialu (pisanego też przez Pedra), umierają, by po dwóch odcinkach ożyć i umrzeć jeszcze raz, matki stają się siostrami, a siostry wujkami.

Pedro i jego opery mydlane są jednak wątkiem pobocznym (a szkoda), głównym wątkiem jest natomiast historia przyjaciela Pedra - osiemnastoletniego Maria, będącego narratorem powieści. Mario na początku ma tylko jedno marzenie - zostać pisarzem. W pewnym momencie poznaje jednak swoją ciotkę Julię, czternaście lat od niego starszą rozwódkę, która właśnie przyjechała z Boliwii do Peru w poszukiwaniu nowego kandydata na męża. Lista marzeń Maria, zostaje szybko rozszerzona o pozycję "ślub z ciocią". Rozwiedziona, trzydziestodwuletnia ciocia nie jest co prawda z Mariem spokrewniona, ale już sam stan cywilny i wiek wybranki wystarczają, aby siać zgorszenie. Pomiędzy dwójką wybucha miłość, a w rodzinie wybucha skandal.

Podobno ten wątek był bardzo romantyczny (tak czytałam w innym recenzjach), mnie jakoś zupełnie nie porwał. Cała historia jest bardzo płaska, miłość pojawia się nie wiadomo skąd, dowiadujemy się tylko, że ciotka Julia okazała się być atrakcyjna. Poza tym, że okazała się być atrakcyjna, o jej wyglądzie nie dowiadujemy się w zasadzie niczego więcej. Wydaje mi się, że w ogóle kobiety w świecie "Ciotki Julii i skryby" istnieją tylko po to, aby mężczyźni się w nich zakochiwali, ale generalnie nie mają jakichś szczególnych cech ani fizycznych (no chyba, że są szczególnie brzydkie, jak jedna z aktorek słuchowiska) ani psychicznych. Mężczyźni za to przedstawiają sobą wszystkie typy charakterów i fizjonomii. Tak więc, ciotka Julia w tej powieści jest dla mnie taką bezkształtną, rozmazaną plamą, która z jakiegoś bliżej nieznanego mi powodu rozkochuje w sobie głównego bohatera i wywraca jego życie do góry nogami.

Problem jest taki, że do Llosy mam słabość. Myślę, że bawiłabym się świetnie nawet czytając sporządzoną przez niego listę zakupów. Tak i teraz, w trakcie czytania bawiłam się świetnie. Dopiero pod koniec poczułam się jakoś taka oszukana, jakby Llosa tym całym świetnie skonstruowanym, komicznym wątkiem skryby odwracał moją uwagę od kiepskiej historii miłosnej, a ja uwagę dałam odwrócić. Zorientowałam się, co się stało, dopiero, gdy doszłam do ostatniej strony i zrozumiałam, że to tyle, "koniec i bomba, a kto czytał ten trąba". No i poczułam się trochę, jak czuć się może ktoś, kto dopiero w domu orientuje się, że wróżka na Centralnym ukradła mu portfel. Z jednej strony nieładnie, a z drugiej to niezła sztuczka i ciekawe jak to zrobiła.

Mimo, że historia miłosna (swoją drogą mocno autobiograficzna) do dupy, to sztuczka niezła. Jak Pan to zrobił, Panie Llosa?

Ocena: 3/5


Jako, że idzie wiosna, to dla wszystkich zakochanych, dział specjalny pt. Pedro Camacho radzi:

"W większości przypadków tak zwane sercowe zmartwienia czy coś w tym rodzaju to niestrawna fasola, która ciąży w żołądku, nieświeża ryba, obstrukcja. Dobry środek przeczyszczający zabija szaleńczą miłość"

piątek, 9 marca 2012

Święta ręka Twardocha

Ci, którym udało się dotrzeć do strony 75, najnowszego wydania Polityki, mogli cieszyć oczy zdjęciem młodzieńca, w pasiastej marynarce założonej na pasiastą koszulę. Młodzieniec patrzy prosto w obiektyw, twarz zamyślona, spojrzenie twarde, jednocześnie jakby zatroskane. Mamy tu do czynienia z tym typem zatroskania, które mówi nam jednoznacznie, że tym co martwi młodzieńca, nie jest, bynajmniej, niezbyt szczęśliwy dobór koszuli do marynarki, co byłoby zrozumiałe, ale jakieś utrapienie, zupełnie nie związane ze światem materii.

Zdjęcie znajduje się w dziale "Kawiarnia Literacka", a zatroskanym młodzieńcem jest Szczepan Twardoch - pisarz. Pan pisarz pojawia się na stronie 75, aby opowiedzieć nam o książce Renaty Lis, zatytułowanej "Ręka Flauberta"*. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo w miarę czytania nabieram wątpliwości, a pod koniec to już jestem prawie pewna, że musiało chodzić o coś zupełnie innego. Na wszelki wypadek więc, czytam jeszcze raz.

No i już wiem. O książce dowiadujemy się, że to taka biografia, ale w zasadzie to nie biografia, o Flaubercie, ale w sumie to nie o Flaubercie, bo równie dobrze mogła być o kimś innym.
Bo takiego pana Twardocha na przykład, Flaubert obchodzi najmniej i szanuje go tylko tak jak szanuje się nobliwą ciotkę (co sprawia, że chcemy dowiedzieć się więcej o rodzinie pana Szczepana, ale tu tematy familijne zostają niestety ucięte). Książki dla samej postaci Flauberta by właściciel pasiastej marynarki raczej nie przeczytał, bo jak już wspomniał Flaubert go nie interesuje. Pan Twardoch jednak miał to szczęście poznać autorkę książki, a w zasadzie to nie poznać, bo to się wszystko działo na spotkaniu publicznym, ale to nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, że na tym spotkaniu zrozumiał, że książka została napisana przez "prawdziwą artystkę", a wiadomo to po tym, że nie wdzięczyła się do publiczności jakby była jakimś akwizytorem czy "nie artystką a sprzedawcą u rzeźnika". Bo najgorsi to są ci co to "zdają się na łaskawy osąd czytelnika". Komunikat natomiast, który autorka, według pana Szczepana, przekazała, to: "daję ci coś wartościowego, chociaż wcale nie musiałam". No tak, a darowanemu koniowi się w zęby nie zagląda, to wie każdy.

Książka została przeczytana przez pana Twardocha "starannie" i wreszcie dowiadujemy się o czym jest. Książka jest o "świętości literackiego powołania" i odpowiada także na nurtujące młodego człowieka, odzianego w paski pytanie: co to znaczy być pisarzem? A znaczy to, że się "nie służy nikomu i niczemu tylko literaturze". Pan Twardoch też jest pisarzem. Tak ma napisane pod zdjęciem.

Czyli, żeby całą sprawę podsumować, to z literaturą jest tak, że jest ona dla literatury, a nie dla czytelników. Bo czytelnicy, to wiadomo, prawdziwego artysty by nie poznali nawet jakby się o niego potknęli. Nie ma co rzucać pereł przed wieprze. Literatura jest dla literatury no i ewentualnie dla panów krytyków takich, jak pan Szczepan, którzy potrafią docenić i wytłumaczyć wieprzom o co chodzi.

Teraz już wiem skąd ta zatroskana mina na zdjęciu.

W internetowym wydaniu polityki (klik) zdjęcie niestety trochę inne, niż to w wydaniu papierowym, ale paski te same.

* Zaznaczam, że notka ta nie jest w żadnym wypadku recenzją książki pani Lis. Książki tej nie czytałam, a od czasów wypracowania o Potopie, które popełniłam na maturze, nie wypowiadam się na temat książek, których nie czytałam.

wtorek, 6 marca 2012

Mariusz Szczygieł - Zrób sobie raj


Mariusz Szczygieł nie próbuje nas zwodzić, nie ukrywa przed nami kim jest, coming outu dokonuje już w pierwszym rozdziale. Właśnie tak. Znany i lubiany dziennikarz, przyznaje się do bycia czechofilem. Co więcej, na fali szczerości, która takim coming outom zwykle towarzyszy, postanawia napisać książkę o swoim ulubionym kraju, "bez napinania się", niekoniecznie obiektywnie, możliwe, że chaotycznie.
Na swoją obronę ma jedynie myśl Oscara Wilda: "najbardziej nie lubimy ludzi, którzy mają takie same wady jak my", dlatego on lubi Czechów. Bo mają inne wady.
W "Zrób sobie raj" znajdziemy próbę analizy wszystkiego tego, co uważamy za czeskie: od sławnego kolektywnego ateizmu po, wydawałoby się, wiecznie Czechom towarzyszące poczucie humoru.
Dla mnie jednak, "Zrób sobie raj", to nie tylko książka o Czechach, ale także książka o nas, Polakach. Nie ma chyba narodu, który by był bardziej do Czechów niepodobny niż Polacy, "którzy na świat patrzą ze swoją wadą wrodzoną, bo w jednym oku siedzi nam etos, a w drugim patos". Polacy są jak negatyw Czechów (albo Czesi jak negatyw Polaków, jak kto woli), co innego nas cieszy, co innego jest dla nas najważniejsze. Ci, którzy mają dość kroczenia przez życie, w wiecznej gotowości oddania go za Boga i Ojczyznę, pociechy szukają u rubasznych Czechów, gdzie na ojczyznę można się spokojnie wysikać*, a papieża nazwać ludobójcą. Należy jednak uważać, bo na miejscu może okazać się, że Czesi też mają swoje wady. Tylko inne niż nasze.
I o tym właśnie jest ta książka. Albo i nie. "Może jest jeszcze o czymś, ale to już zostawiam Państwu".

* patrz http://www.mariuszszczygiel.com.pl/471,o... (David Černy sika na państwo czeskie)
** wszystkie cytaty - "Zrób sobie raj" Mariusz Szczygieł

Ocena: 4/5