piątek, 11 stycznia 2013

Książkowe podsumowanie roku 2012 (część 3. - ostatnia)

To już ostatnia część podsumowania poprzedniego roku. Tym samym zamykam rok 2012 i zaczynam żyć teraźniejszością!

34 - 36. Mikołajek i inne chłopaki (ocena: 4/5), Wakacje Mikołajka (ocena: 3/5)  Rekreacje Mikołajka (ocena: 4/5) - René Goscinny

W roku 2012 wprowadziliśmy w naszym domu akcję "Powroty do lektur z dzieciństwa". Na pierwszy ogień poszły ukochane książki z lat młodości mojego partnera życiowego, czyli seria o przygodach niesfornego Mikołajka.
Dorosła osoba będzie oczywiście zwracać uwagę na zupełnie inne rzeczy niż dziecko. Czytając Mikołajka trudno było mi nie zauważyć, że w jego domu mama cały czas gotuje, tata natomiast zajmuje się chodzeniem do pracy i czytaniem gazety. Wzięłam poprawkę na to, że opowiadania były wydawane w latach 60. i starałam nie skupiać się zbytnio na genderowym aspekcie dzieła. Poza tym różne stereotypy i przerysowania są, czy tego chcemy czy nie, siłą tych opowiadań. Najlepszy uczeń w szkole - Ananiasz, nosi okulary i za dobrą zabawę uważa rozwiązywanie zadań z matematyki, Jadwinia - jedna z niewielu dziewczynek pojawiających się w opowiadaniach, już od najmłodszych lat, świetnie wie jak manipulować płcią brzydką, no i mój ulubiony grubasek Alcest, który w najbardziej niespodziewanych momentach potrafi wyciągnąć z kieszeni drożdżówkę. Bohaterowie Goscinnego są do bólu przewidywalni i w tym właśnie tkwi ich urok.
A na koniec mój ulubiony Mikołajkowy dorosły, czyli Rosół:
To nasz opiekun, nazywamy go tak, bo wciąż mówi: "Spójrzcie mi głęboko w oczy", a na rosole są oka. Starsze chłopaki na to wpadły.

37. Nasi okupanci -



A Cupboard Full of Coats -



Lala -



Bałkańskie upiory. Podróż przez historię -




Gdy w rozpadającej się Jugosławii padały pierwsze strzały, Kaplan wydał "Upiory" - zapis wędrówek po Bałkanach pod koniec lat 80. Innych przystępnych książek o tym rejonie wtedy w USA nie było. Kaplana przeczytali więc wszyscy w Białym Domu, z prezydentem Clintonem włącznie. Pomógł im utwierdzić się w wygodnym przekonaniu, że dzikie plemiona trzeba zostawić samym sobie, bo taką już mają naturę, że muszą się wzajemnie wyrzynać.*
Sama miałam parę zastrzeżeń do Bałkańskich upiorów. Trudno było przeoczyć fakt, że autor jest Amerykaninem i patrzy na "dzikie Bałkany" przez pryzmat "cywilizowanej Ameryki". Wydaje mi się jednak, że twierdzenie, iż brak interwencji Stanów Zjednoczonych w Bośni był podyktowany tym, że Clinton przeczytał książkę Kaplana jest dosyć naiwnym spojrzeniem na politykę zagraniczną Stanów Zjednoczonych.
Myślę, że można znaleźć lepsze książki o Bałkanach niż ta autorstwa Roberta Kaplana, ale też nie demonizowałabym przesadnie tej pozycji.

* fragment recenzji Bałkańskich upiorów, pióra Miłady Jedrysik http://wyborcza.pl/1,76842,7520569,_Balkanskie_upiory__Podroz_przez_historie_.html


Never Let Me Go* (Nie opuszczaj  mnie) -

Akcja powieści umieszczona jest w Anglii  końca XX wieku. Trzydziestojednoletnia Kathy pracuje jako opiekunka dawców.





Dziewczyna, która igrała z ogniem - Larsson Stieg (ocena: 2/5)

Tak. Przeczytałam drugą część. W domu mam jeszcze trzecią, więc pewnie przeczytam ją w tym roku w chwili słabości. Jeśli chodzi o sprawy edytorsko-stylistyczne, to nic się od części pierwszej nie zmieniło, natomiast cała zagadka kryminalna jest trochę słabsza. Chociaż może to moja potrzeba czytania powieści sensacyjno-kryminalnych została zaspokojona pierwszą częścią i czytanie drugiej było jak jedzenie z czystego łakomstwa - nie smakuje już tak dobrze, jak gdy się jadło będąc głodnym, a do tego dochodzi jeszcze poczucie winy.

43. Dzienniki kołymskie -


sprawdzenie jak się żyje w takim miejscu, na takim cmentarzu. Najdłuższym. Można się tu kochać, śmiać, krzyczeć z radości? A jak tu się płacze, płodzi i wychowuje dzieci, zarabia, pije wódkę, umiera?
Autor podczas swojej podróży poznaje różnych ludzi, z jednej strony mamy potomków zeków (więźniów stalinowskich łagrów
Mistyka Pustyni -



Masakra Profana -



Mózg incognito. Wojna domowa w Twojej głowie -





Do tej książki zabierałam się bardzo długo. Yanna Martela znałam za sprawą jego wcześniejszej bardzo słabej i okropnie pretensjonalnej książki pt. Ja. O Życiu Pi słyszałam bardzo dużo dobrego, więc zdecydowałam się dać Martelowi jeszcze jedną szansę, ale bardzo się przy tym ociągałam, bo cały czas miałam jednak spory niesmak po Ja i nie byłam do końca przekonana do leczenia się tym czym się strułam.
Teraz pewnie oczekujecie czegoś w stylu "okazuje się, że nie było się czego bać, żałuję, że tak długo zwlekałam". Otóż tak nie będzie. Życie Pi nie jest moim zdaniem arcydziełem literatury, momentami byłam porządnie znudzona. Prawie do końca książki, uważałam ją za mocno przeciętną i planowałam przyznać jej 3 punkty w mojej książkowej skali ocen. Aż do momentu kiedy przeczytałam zakończenie. Nie jestem do końca przekonana do pomysłu filmowania tej historii (film właśnie wszedł do kin), ale powiem wam, że naprawdę warto ją przeczytać. Właśnie dla tego zakończenia. To się panu Martelowi naprawdę udało.

Bejrut jest gdzieś tam -



Kruchy lód. Dziennikarze na wojnie -



Irańska Historia Miłosna. Ocenzurowano -







Tove Jansson: Mama Muminków -



Tęskniąc za Kissingerem -


Myślę, że próba pisania jak najkrótszych opowiadań może być dobrym ćwiczeniem dla przyszłego pisarza, nie do końca przekonuje mnie to jednak jako skończone dzieło. Czytanie Tęskniąc za Kissingerem było trochę jak przerzucanie kanałów w telewizji. Co jakiś czas coś przyciągnie naszą uwagę na chwilę, potem znów przerzucamy programy, telezakupy, Klan, Big Brother, o!, wreszcie coś dobrego, ale właśnie się kończy, więc lecimy dalej. Po godzinie w końcu się wyłącza telewizor i niby przez tę godzinę się coś oglądało, ale nie jest się w stanie powiedzieć co. I tak samo było z Keretem. Niby przez godzinę czytałam, niektóre opowiadania uznałam nawet za całkiem niezłe, ale zaraz po zamknięciu książki, nie potrafiłam powiedzieć o czym właściwie czytałam. Interesujące doświadczenie, ale raczej nie będę tego powtarzać.
Opowieści chłodnego morza -





Wydawnictwo W.A.B. rozpoczęło edycję dramatów Williama Shakespeare'a w nowych przekładach Piotra Kamińskiego. Jednym z nich jest Burza, którą Kamiński tłumaczył specjalnie na potrzeby Teatru Polskiego przygotowującego nową adaptację tej sztuki.
Na przedstawienie wybrałam się w grudniu, a przed pójściem do teatru postanowiłam przeczytać Burzę, w przekładzie Macieja Słomczyńskiego, bo taki miałam w domu. Nie jest to dobry przekład, ale nad panem Słomczyńskim nie będę się już znęcać, bo o jego niezbyt udanych potyczkach z Shakespearem pisała już Anna Staniewska.
Chciałabym wyjątkowo za to napisać parę słów o spektaklu na którym byłam. Burza w reż. Dana Jemmetta, to już trzecia interpretacja tej sztuki, wystawiana na deskach Teatru Polskiego. Może dlatego zdecydowano się na dosyć nowatorskie podejście do tematu. Wyspa, na której umieszczona jest akcja, zamieniona została na opuszczony, zdezelowany basen miejski. Mieszkający na wyspie/basenie Prospero - zdetronizowany książę Mediolanu, przedstawiony został jako król kloszardów, natomiast jego córka Miranda jako mająca żal do całego świata, ciągle pociągająca z puszki piwo, umorusana nastolatka ubrana w punkowe ciuchy. Mieszkańcy wyspy w pewnym momencie zostają skonfrontowani z trafiającymi tam przypadkiem (oczywiście nie jest to żaden przypadek, bo u Shakespeare'a nic nie dzieje się przypadkowo) rozbitkami, wśród których znajduje się brat Prospera - obecny książę Mediolanu. Rozbitkowie stanowią ogromny kontrast dla mieszkańców wyspy - są czyści, mają pobielone twarze i jaśniutkie, letnie garnitury rodem z lat dwudziestych.
Prospero i Miranda
Uważam, że












czwartek, 3 stycznia 2013

Książkowe postanowienia noworoczne

Bardzo lubię poranki. Kiedy cały nowy dzień jest przede mną, a ja popijając kawę wymyślam sobie czego dziś dokonam. To są te chwile, kiedy wydaje mi się, że wszystko da się zmienić i że wszystko zależy ode mnie. Z tego samego powodu lubię też pierwsze dni stycznia, które są jak poranek nowego roku.
No i uwielbiam postanowienia noworoczne. Lubię to złudne wrażenie, że dodanie jednej cyfry do roku może rzeczywiście zmienić moje życie. Odtąd będę uporządkowana i pracowita, nie będę tracić czasu na głupoty, zacznę czytać Goethego w oryginale, a na kolacje będę jeść tylko zdrowe sałatki. A to wszystko dlatego, że według kalendarza Gregoriańskiego weszliśmy w nowy rok.
Oczywiście zazwyczaj nie udaje mi się spełnić większości postanowiceń noworocznych, cały czas nie czytam Goethego w oryginale i kompulsywnie jem słodycze po osiemnastej. To nie przeszkadza mi jednak wierzyć w moc sprawczą Nowego Roku. Oto moje czytelnicze postanowienia noworoczne:

1) Przeczytać 60 książek (postępy można śledzić na moim profilu na goodreads)
2) Czytać więcej książek z domowej biblioteczki. Żeby to postanowienie dało się "zmierzyć", wybrałam sobie piętnaście książek, które czekają u mnie na półce już od dłuższego czasu i gdyby tylko miały oczy na pewno spoglądałyby na mnie z wyrzutem za każdym razem gdy wracam obładowana z biblioteki.
Oto szczęśliwa piętnastka, którą zobowiązuję się przeczytać w roku 2013:


1. Małe kobietki - Louisa May Alcott
2. Dziwny przypadek psa nocną porą - Mark Haddon
3. Ajatollah śmie wątpić - Hooman Majd
4. Reading Lolita in Tehran: A Memoir in Books - Azar Nafisi
5. Tylko sam siebie możesz ofiarować - Magda Szabó
6. Losy dobrego żołnierza Szwejka czasu wojny światowej - Jaroslav Hašek
7. Colas Breugnon -
Sny Carlosa Ruedy -
Najwspanialsze widowisko świata. Świadectwa ewolucji - Richard Dawkins
10. Wyspa daltonistów i wyspa sagowców -
Każdy umiera w samotności -
Pulphead: Dispatches from the Other Side of America - John Jeremiah Sullivan
13. A Time to Dance, a Time to Die: The Extraordinary Story of the Dancing Plague of 1518 - John Waller
14. Through the Language Glass: Why the World Looks Different in Other Languages - Guy Deutscher
15. Człowiek śmiechu - Wiktor Hugo

Życzcie mi powodzenia i zachęcam do obserwowania moich postępów.


środa, 2 stycznia 2013

Książkowe podsumowanie roku 2012 (cześć 2.)

Ciąg dalszy programu. W tej części spotkamy się z wieloma polskimi autorami, będzie trochę o Niemczech, a na koniec będzie więcej niż trochę o Rumunii i Bałkanach. Ale książkową podróż zaczniemy od Kaukazu.

16. Toast za przodków - Wojciech Górecki (ocena: 3/5)


Toast za przodków to książka o Kaukazie Południowym, czyli Azerbejdżanie, Gruzji i Armenii. Kraje te, leżące na styku dwóch światów - azjatyckiego i europejskiego, ciężko jednoznacznie do któregoś z nich zaklasyfikować. Wojciech Górecki jest jednym z najlepszych specjalistów od Kaukazu, ale nawet on nie potrafi odpowiedzieć na pytanie czy Kaukaz to jeszcze Europa czy już Azja. W zamian oferuje nam opowieść o tym, dlaczego to pytanie jest i najprawdopodobniej pozostanie bez odpowiedzi.
Autor jest świetnym reporterem. Części książki w których opowiadał historie spotkanych na Kaukazie ludzi, czyta się jednym tchem. Górecki jest jednak także historykiem, dlatego na wszystko patrzy przez pryzmat historii. Jest to oczywiście bardzo dobre podejście, jeśli chce się naprawdę jakiś naród zrozumieć. Jednak jak na pierwsze spotkanie z Kaukazem to cały ten natłok nowych nazwisk, dat i zdarzeń może być trochę męczący.

17. Solaris - Stanisław Lem (ocena: 4/5)

Bardzo długo z Lemem kojarzyłam tylko cierpienia z podstawówki, kiedy musiałam czytać Opowieści o pilocie Pirxie. Oczywiście całe przesłanie, które ukrył Lem było dla mnie wtedy zupełnie niedostępne, to co pozostawało to historie o robotach i statkach kosmicznych, które, umówmy się, nie są tym co dziesięcioletnie dziewczynki lubią najbardziej.
Strachu przed Lemem pozbyłam się dopiero na studiach, kiedy przeczytałam Dzienniki gwiazdowe. Okazało się, że dla Lema literatura science fiction była jedynie narzędziem, sprytną metaforą, za pomocą której opowiadał uniwersalne historie. Dzienniki... są pełne humoru (chociaż tematy w nich poruszane wcale nie są błahe).

Solaris
to już Lem na poważnie. Trudno mi powiedzieć, w którym wydaniu go bardziej lubię. W obu konwencjach sprawdza się świetnie.
 Kiedy Kris Kelvin, przybywa na tytułową Solaris,planetę mającą jednego tylko mieszkańca - tajemniczy, złowrogi ocean, na stacji badawczej zastaje kompletny chaos. Kierownik grupy naukowej nie żyje, a reszta jest delikatnie mówiąc psychicznie rozchwiana.
Ta atmosfera tajemnicy i niepokoju, będzie towarzyszyć nam przez całą powieść. Oczywiście konwencja science fiction (chociaż opanowana do perfekcji) była dla Lema tylko środkiem przekazu a nie celem samym w sobie. Solaris pozostawia czytelnika z mnóstwem pytań o to czym tak naprawdę jest szczęście, samotność, miłość. I czy w ogóle można tu mówić o jakiejś prawdzie?

18. Poradnik domowy kilera - Hallgrímur Helgason (ocena: 4/5)

Tomislav Bokšić pochodzi z Chorwacji, ale mieszka w Nowym Jorku. Pracuje jako kelner oraz płatny morderca (bałkańskie zwierzę jakim jest jego dusza, stale domaga się świeżej krwi), ma dziewczynę i wiedzie mu się bardzo dobrze.
Sielanka zostaje jednak przerwana, gdy Tomislav (znany w branży pod pseudonimem Toxic), popełnia błąd w sztuce (i bynajmniej nie chodzi tu o sztukę kelnerską), który zmusza go, ukrytego pod nową rosyjską osobowością, do natychmiastowej ucieczki z kraju. Nie jest mu jednak dane długo cieszyć się swoim nowym "ja". Już na lotnisku zmuszony jest po raz kolejny przejść metamorfozę. Do samolotu dostaje się wreszcie przebrany za zabitego uprzednio amerykańskiego telewizyjnego kaznodzieję. To oczywiście też nie jest koniec jego problemów. Bo samolot jak się okazuje leci do Rejkiawiku (stolicy Islandii), a na lotnisku na księdza czeka ortodoksyjna islandzka rodzina.
Poradnik domowy killera to skrząca się czarnym humorem komedia pomyłek. Dla autora nie ma rzeczy świętych, a jednak pod tą całą kpiarską otoczką udaje mu się też przemycić bardzo dyskretnie poważniejsze problemy.
Jeśli lubicie komedie Quentina Tarantino to ta książka jest czymś dla was.

19.



20. Czerwone rękawiczki -




Pamiętnik przetrwania -

Krew, pot i łzy.

Rumunia. Koniec złotej epoki -

Na okładce książki Rumunia. Koniec złotej epoki widnieje zdjęcie grobu byłego rumuńskiego dyktatora Nicolae Ceauşescu. A sama książka jest o tym jak Ceauşescu przez wszystkie lata swojego panowania systematycznie sobie ten grób kopał. Jak to się skończyło większość z nas wie: w wyniku rewolucji w 1989 roku został obalony, a następnie stracony wraz ze swoją małżonką - Eleną. Film z egzekucji obiegł cały świat.
Historia "Geniusza Karpat" opowiedziana przez Macieja Kuczewskiego, który jako korespondent PAP spędził w Rumunii osiem ostatnich lat jego panowania, snuta jest w sposób lekki i zabawny, przywodzący na myśl książki o absurdach PRLu.
Rumunia. Koniec złotej epoki nie jest wyczerpującym reportażem czy książką historyczną. Są to raczej osobiste wspomnienia, rumuński komunizm z punktu widzenia obcokrajowca. Mimo to, bardzo dużo z tej publikacji można się dowiedzieć i na pewno nie można odmówić jej rzetelności. Świetna książka zarówno dla tych, którzy chcą pojechać do Rumunii jak i dla tych, którzy zamierzają odwiedzić ją tylko literacko.

A na zachętę fragment o tym jak Nicolae Ceauşescu postarzył Rumunię o prawie 2000 lat, a jego żona uczyniła go geniuszem wszech czasów:
Po powrocie z Iranu, gdzie uczestniczył w obchodach 2500-lecia Persji - Ceauşescu nieoczekiwanie zarządził obchody 2050-lecia Rumunii. Miały one udowodnić, że Rumunia powstała nie pod koniec XIX wieku z połączenia Mołdawii i Wołoszczyzny, lecz w czasach starożytnych, z mieszanki najlepszych elementów społeczności autochtonicznych Daków oraz przybyłych na Karpaty Rzymian; pozostałe 2000 lat historii nie były aż tak ważne.
[...]
Wcześniej, gdy pisano o wyjątkowym i niepowtarzalnym geniuszu prezydenta - obowiązkowo podkreślano, że taki geniusz, jakim obdarzony jest Ceauşescu rodzi się raz na 500 lat. Przy okazji obchodów 2050-lecia w jednym z publicznych wystąpień Wybitny Naukowiec, Towarzyszka Doktor Akademik Elena Ceauşescu uroczyście ogłosiła, że mamy do czynienia z czymś o wiele bardziej wyjątkowym, bo z geniuszem, który rodzi się raz na 2050 lat. Oczywiście nie dlatego, że naród rumuński jest tak mało wydajny, lecz dlatego, że owoc jest tak wyjątkowy.


Richard Wagner (ocena: 3/5)

Jednym z pomysłów "Geniusza Karpat" na zasilenie rumuńskiego budżetu było sprzedawanie obywateli. Izrael płacił za "wypuszczanie" z Rumunii Żydów, a rząd niemiecki, za ludzi należących do niemieckojęzycznej mniejszości chcących opuścić komunistyczną Rumunię. Ceauşescu żartował podobno, że Żydzi i Niemcy są najlepszym towarem eksportowym Rumunii. Myślę, że gdyby zdawał sobie sprawę z tego jak dobrym "towarem" byli niektórzy z eksportowanych przez niego ludzi, zażądałby potrójnej stawki. W 1987 r. do Niemiec udało się wyemigrować parze pisarzy: Hercie Müller oraz jej ówczesnemu mężowi Richardowi Wagnerowi. Zarówno noblistce jak i jej byłemu już mężowi, nie udało się do końca uwolnić od Rumunii, a w szczególności od reżimu w którym żyli, co odbija się echem w ich dziełach.
Przykładem może być Miss Bukaresztu Wagnera, w której pod płaszczykiem powieści kryminalnej rozgrywającej się w Niemczech, autor próbuje przemycić historię życia w komunistycznej Rumunii. Jest o wewnętrznym rozdarciu, o Securitate, o zaufaniu, o poszukiwaniu tożsamości i jeszcze o wielu innych rzeczach. 
Mi najbardziej podobał się wątek dotyczący rozliczania się z komunistyczną przeszłością. W prozie rumuńskiej odnajduję to czego tak brakuje mi w prozie polskiej.
"Dzisiaj każdy majstruje sobie własną antykomunistyczną legendę. Wszyscy byli przeciwnikami reżimu. Bez wyjątku. Dlatego nowa władza w Bukareszcie nie chce otworzyć teczek z aktami. Otwarcie teczek jeszcze najlepiej chyba znieśliby dawni pracownicy Securitate. Ale ci tak zwani przeciwnicy systemu?"
Jak napisałam, powieść Wagnera jest o wielu różnych rzeczach i to chyba jest jej zasadniczy problem. Autor chciał za dużo przekazać, do tego zdecydował się na zmianę narracji w połowie książki, która nie wyszła najlepiej. Miss Bukaresztu na pewno nie jest złą lekturą, ale nie jest też książką wybitną. Nazwałabym ją jedynie poprawną.

24.

Philip Roth to jedno z moich najlepszych odkryć literackich 2012 roku.
Muszę was jednak ostrzec, Roth pisze grube książki. Nie są one jednak grube dlatego, że tak strasznie dużo się tam dzieje, tylko dlatego że Roth uwielbia kwieciste opisy i metafory. I tym mnie kupił. Zdaje sobie jednak sprawę, że są i tacy, którzy wolą bardziej konkretny styl narracji i nie chcą czekać dwustu stron na rozwinięcie akcji. Ci mogą być twórczością Rotha nieco rozczarowani. 
Biorąc pod uwagę to, że sama jestem królową dygresji i powolnego dochodzenia do sedna, myślę, że jeżeli regularne czytanie mojego bloga nie jest dla was frustrujące to spokojnie możecie po Rotha sięgać. 
A warto.
Ludzka skaza to historia Colemana Silka, emerytowanego profesora filologii klasycznej, który z powodu oskarżenia go przez jednego ze studentów o rasizm rezygnuje w końcu z funkcji dziekana. A wszystko zaczyna się od wykładu na którym Silk pyta się o dwóch nieobecnych na wykładzie studentów, których nie udało mu się jak dotąd spotkać: Does anyone know these people? Do they exist or are they spooks? (Czy ktokolwiek zna tych ludzi? Czy oni istnieją czy są tylko zjawami?). To niewinne pytanie ma być początkiem końca jego kariery. Niefortunne słowo spook, którego użył oznacza bowiem zjawę, zmorę ale jest także obraźliwym określeniem na Afroamerykanina, a oboje studenci o których pytał wykładowca okazali się być właśnie Afroamerykanami.
Przewrotna i zaskakująca powieść Rotha jest świetnym obrazem obyczajowości Stanów Zjednoczonych lat 90-tych, bohaterowie są rewelacyjnie skonstruowani a powolna, nie omijająca żadnego szczegółu narracja dodatkowo buduje napięcie.

Minotaur -








Thea (bo jakie inne imię mogłaby nosić wybranka głównego bohatera jak nie te, które oznacza boginię), odpisuje tajemniczemu wielbicielowi, ale jako, że nie podaje on w swoich listach żadnego adresu zwrotnego, to ona swoje listy wkłada do pudełka z napisem Listy do nieznajomego. No tak. Naturalna reakcja na wieść o tym, że śledzi cię jakiś obcy facet, twierdzący, że jesteś miłością jego życia. Po trzech latach korespondencji tajemniczy wielbiciel uznaje, że może jego bogini, poza tym że ma najpiękniejszy podbródek świata, ma też coś do powiedzenia i romans wchodzi na nowe tory, bo Thea dostaje adres na który może wysyłać swoje, jak dotąd pisane do pudełka, listy.
Powiem wam tylko, że im dalej tym gorzej. Przy Minotaurze nawet Samotność w sieci wygląda na dobrą książkę.










Bogowie różnych kultur i religii żyją sobie wszyscy razem w różnych niebiańskich dzielnicach, chodzą na clubbing, zakochują się. Potem zstępują na Ziemię, bo tam nie dzieje się najlepiej. Przez pierwsze 200 stron jest może nawet i zabawnie, przez następne 400 stron czytelnik zastanawia się co tak właściwie autor chciał nam przekazać. Miał to być świetnie skonstruowany, ironiczny traktat o współczesności. Musiało mi to gdzieś umknąć. Jedyne co w tej książce jest świetne to okładka.


Ze Stasiukiem mam tak, że go lubię, ale nie lubię go czytać. Lubię go bo pociągają nas podobne klimaty i podobne kraje, które budzą w nas podobne emocje. Lubię go za to, że od lat stara się Polakom przybliżyć Europę Wschodnią. Lubię go i podziwiam za to, że wraz ze swoją żoną stworzył jedno z najlepszych polskich wydawnictw. Ale jeśli chodzi o jego twórczość to po prostu nie jest to.
Dojczland czytałam jadąc po raz kolejny do Niemiec i wiele spostrzeżeń autora uważam za bardzo trafne. Generalnie Niemcy to taki kraj, w którym część ludzi jest taka jak my, a część taka jak oni - ci na zachodzie. Kraj w którym Polak może czuć się albo bardzo obco, albo jak w domu.
Proza Stasiuka to jest mocno impresjonistyczna. Goniąc za uciekającymi chwilami i ulotnymi wrażeniami, autor świadomie rezygnuje z jakiejkolwiek chronologii zdarzeń czy logicznego następstwa. Dla mnie jest zbyt chaotycznie. Może odzywają się tu we mnie moi niemieccy przodkowie żądający Ordnungu. Nie wiem. Póki co rezygnuję, ale może w przyszłości dam jeszcze szansę.





„Pologne, Poland” i kilka polskich nazwisk. W głowie Angeliki Kuźniak pojawia się pomysł na powtórne wykorzystanie nieco zużytego już surowca. Pomysł jest taki: "Marlena Dietrich a sprawa polska". Wychodzi świetnie. Książka nie jest ani biografią artystki (chociaż możemy się dużo o niej dowiedzieć), ani tym bardziej zbiorem średnio ciekawych opowiastek o tym, któremu Polakowi udało się otrzeć o panią Marlenę. Autorka, używając Marleny Dietrich jako swoistego szkła powiększającego pokazuje społeczeństwo powojennej Polski, pragnące chociaż otrzeć się o "wielki świat" i entuzjastycznie przyjmujące lekko już podstarzałą artystkę oraz społeczeństwo niemieckie, uważające ją za zdrajczynię. Jest to więc książka o Marlenie, ale też o czymś więcej.



Książka o oblężeniu Sarajewa, czytana w ramach przygotowania do bałkańskich wakacji.



Całkowicie zdobyła moje serce
Przejdź do recenzji 



Dalszy ciąg przygotowania do bałkańskiej podróży.
Przejdź do recenzji

sobota, 29 grudnia 2012

Shahriar Mandanipour - Irańska historia miłosna. Ocenzurowano

W najnowszych "Książkach" Mariusz Szczygieł stara się wytłumaczyć fenomen polskiego reportażu: dlaczego literacki, dlaczego taki dobry, dlaczego nie ma odpowiednika w świecie. Odpowiedzią, według Szczygła, jest komunizm.

Wyciągam z zanadrza reportaż Barbary Łopieńskiej "Łapa w łapę" z roku 1976, tłumaczę, że jest o tresowaniu tygrysów w cyrku, powstał na podstawie rozmowy z treserką, panią Haliną, i czytam im na głos niektóre fragmenty.
Pierwszy: "Jej rada jest taka: karmić przed numerem. Nie za dużo, żeby nie były leniwe, ale i nie za mało. Bo jeden tygrys - cichy i spokojny - będzie się z głodu podlizywał, znów drugi - nerwowy - może skoczyć".
[...]
Trzeci: "Wszystkie naraz jeszcze nigdy się nie zbuntowały. Zresztą zdaniem pani Haliny to one nawet by miały gorzej na wolności. Czy one w ogóle wiedzą, że siedzą w klatce?".
[...]
Piąty: "Treserem może zostać każdy człowiek z cyrku. Taki, co przeszedł choćby żonglerkę, czy, powiedzmy, człowiek guma". *
Paradoksalnie, to właśnie trwająca długie lata zabawa w kotka i myszkę z cenzorami była najlepszą szkołą reportażu. Chcąc przekazać czytelnikowi treści , które nie były po myśli władzy, reporter musiał cały czas szkolić swój warsztat literacki, umiejętność stosowania coraz bardziej wyszukanych metafor, istną słowną ekwilibrystykę. Zakładając, że cenzorzy też nie próżnowali i byli w swojej pracy coraz lepsi mamy tu do czynienia z tym co w biologii nazywamy koewolucją. Ewolucja drapieżnika i jego ofiary jest ze sobą sprzężona, tak, że oba gatunki wzajemnie się napędzają. Zebry będą biegać coraz szybciej, żeby uciec przed lwami, ale także wśród lwów największy sukces reprodukcyjny osiągną te, które będą biegać szybciej niż inne i tym samym będą w stanie dogonić zebrę. Oba gatunki ewoluują, ale sytuacja między nimi pozostaje bez zmian. Czasami nazywamy to ewolucyjnym wyścigiem zbrojeń, ale ja wolę oczywiście porównanie literackie, które mamy na to zjawisko - Efekt Czerwonej Królowej (od Czerwonej Królowej z Alicji w Krainie Czarów).


Alice looked round her in great surprise. "Why, I do believe we've been under this tree all the time! Everything's just as it was!"

[...]

   "in our country," said Alice, still panting a little, "you'd generally get to somewhere else -- if you ran very fast for a long time, as we've been doing."
  
"A slow sort of country!" said the Queen. "Now, here, you see, it takes all the running you can do, to keep in the same place. If you want to get somewhere else, you must run at least twice as fast as that!"**

Alicja rozejrzała się w koło bardzo zdziwiona.
"Dlaczego wydaje mi się, że cały czas byłyśmy pod tym drzewem! Nic się nie zmieniło!"

[...]

"w naszym kraju", powiedziała Alicja wciąż lekko zadyszana, "powinieneś znaleźć się w innym miejscu, jeśli biegłeś przez dłuższy czas tak szybko jak my."

"Co za powolny kraj!" powiedziała Królowa.
"Tutaj, aby pozostać w tym samym miejscu, musisz biec co sił w nogach. I co najmniej dwa razy szybciej, jeśli chcesz przedostać się w inne miejsce"



Kolejny, poza Polską, przykład Efektu Czerwonej Królowej, jako koewolucji twórcy i cenzora znajdziemy w kraju zadziwiająco do Polski podobnym - w Iranie. Tak, na końcu poprzedniego zdania jest Iran. Możecie przeczytać je jeszcze raz, ale on tam nadal będzie.
W Iranie tak jak kiedyś w Polsce obowiązuje cenzura. Jest ona jednak o wiele bardziej restrykcyjna niż w Rzeczpospolitej Ludowej oraz skierowana nie tylko na krytykę władzy, ale także na obrazę moralności. Obrazą moralności będzie oczywiście scena seksu czy opis nagiej kobiety, ale nie tylko. Będzie nią także scena w której bohater pije alkohol (zakazany w Islamskiej Republice Iranu) lub bohaterowie - kobieta i mężczyzna nie będący swoją najbliższą rodziną, przebywają w jednym pomieszczeniu. Ba, moralnie podejrzana może cenzorowi wydać się nawet scena, w której mężczyzna wyjmuje łyżeczkę ze swojej herbaty i wkłada ją do herbaty kobiety (odnalezienie tu dwuznaczności pozostawiam wam; tak, ma to związek z seksem). Jak widzicie irańscy cenzorzy mają ręce pełne roboty, a prawdziwym kunsztem muszą wykazać się irańscy pisarze chcąc cokolwiek w takich warunkach opublikować.

Wyobraźmy sobie teraz irańskiego literata, któremu marzy się napisanie pięknej historii miłosnej. Powiecie, że to nie takie trudne, że przecież taka historia może obyć się bez nawiązań do miłości fizycznej. Można skupić się na porozumieniu duchowym, rozmowie. Przypomnijmy jednak sobie, że w Iranie kobieta nie może przebywać sam na sam w towarzystwie mężczyzny nie należącego do jej najbliższej rodziny. Jak więc rozpocząć taką historię miłosną, aby nie wzbudziła czujności cenzury?
Shahriar Mandanipour, autor książki Irańska historia miłosna. Ocenzurowano wymyśla sposób, który powinien oczarować każdego bibliofila.

Sara, studiująca literaturę perską, jest częstym gościem biblioteki do której uczęszcza także Dara - były student szkoły filmowej. Sara i Dara nie mają prawa się spotkać, część biblioteki przeznaczona dla mężczyzn oddzielona jest regałami od części przeznaczonej dla kobiet. Dara może jedynie obserwować przez szparę w regałach buty Sary i słuchać jej głosu. Pewnego dnia Sara chce wypożyczyć zakazaną książkę, której oczywiście nie ma w bibliotece. Następnego dnia Dara rozstawia pod domem Sary uliczny stragan z książkami (w imię miłości jest w stanie wyprzedać swoją domową kolekcję). Wśród nich jest naturalnie książka, którą bez powodzenia próbowała wypożyczyć Sara. Po paru dniach dziewczyna w końcu zatrzymuje się przy straganie i dostrzega poszukiwaną przez siebie pozycję. Poprzedni właściciel książki miał irytujący zwyczaj rysowania czerwonych kropek na niektórych stronach książki. Sarze zajmuje trochę czasu dojście do tego, że kropki nie są stawiane w przypadkowych miejscach, a nad konkretnymi literami, które uporządkowane tworzą list miłosny.
Tak to się wszystko zaczyna, w każdym liście znajdują się wskazówki dotyczące następnej książki z biblioteki, w której będzie znajdował się kolejny list.


Nawet gdy dochodzi wreszcie do spotkania zakochanych, czytelnik ani na chwilę nie zapomina w jakim kraju rozgrywa się opisywana historia. Para zamiast usiąść na ławce w parku wybiera się na randkę do szpitala. Izba przyjęć wydaje się najbezpieczniejszym miejscem, w którym mało kto spodziewa się kontroli strażników moralności.
Historia miłosna jest jednak dla autora jedynie pretekstem do napisania książki o życiu artystów w Iranie, o ich wiecznej grze, którą prowadzą z cenzorami, a w efekcie o fenomenie, nacechowanej symboliką, irańskiej literatury: dlaczego taka dobra, dlaczego nie ma odpowiednika w świecie. 

Aby nie być gołosłownym, dla potwierdzenia tej wyjątkowości irańskiej literatury, Shahriar Mandanipour tworzy małe arcydzieło. Irańska historia miłosna to opowieść snuta przez dwóch narratorów. Trzecioosobowa narracja opowiada o losach zakochanej pary, które przeplatają się z przemyśleniami pisarza - narratora pierwszoosobowego - na bieżąco opowiadającego czytelnikowi o tworzeniu tejże miłosnej historii, o próbach wyprzedzenia o krok cenzora, a także o momentach, w których stworzeni bohaterowie zaczynają wymykać się spod kontroli i żyć własnym życiem.
Można dowiedzieć się bardzo dużo o procesie twórczym, o symbolice w literaturze i filmie, o życiu codziennym w Iranie, ale przede wszystkim o tym, że wbrew temu co twierdzą postmoderniści, nie wszystko już było. Cały czas da się napisać coś nowego i oryginalnego. Miejmy nadzieję, że nie tylko pod stymulującym okiem reżimu totalitarnego.

Ocena: 5/5
Wydawnictwo: W. A. B.
Tłumaczenie: Maciej Świerkocki
Rok wydania: 2010

 * Mariusz Szczygieł Już nie trafiam z drugim dnem. Książki. Magazyn do czytania (nr 4 (7) grudzień 2012)
** Lewis Carroll Through the Looking-Glass and What Alice Found There (rodział 2.)
*** tłumaczenie mojego autorstwa

środa, 19 grudnia 2012

Książkowe podsumowanie roku 2012 (cześć 1.)

Grudzień, ostatni miesiąc w roku, to miesiąc podsumowań. Spoglądamy wstecz, na to co udało nam się osiągnąć w tym roku i powoli zaczynamy wymyślać różne nierealne, ale dające nam chwilowe poczucie kontroli nad własnym życiem, postanowienia noworoczne.
Z tych, które wymyśliłam w zeszłym roku udało mi się spełnić tylko jedno, to najprzyjemniejsze. Na goodreads.com ustawiłam sobie "Reading Challenge", obiecując przed sobą i innymi użytkownikami portalu, że w roku 2012 przeczytam przynajmniej 48 książek. Oczywiście w czytaniu nie chodzi o ilość, dlatego też chciałam, aby moje "wyzwanie" było dosyć realne i nie zmuszało mnie do sięgania po coraz cieńsze książki, aby tylko dać radę. Chodziło raczej o dodatkową motywację i wyzwanie czytelnicze rzeczywiście zadziałało bardzo stymulująco. Przyjemnie jest też teraz wrócić do tej listy i przypomnieć sobie co czytałam na początku roku, co w majówkę, a jakie książki towarzyszyły mi podczas wakacji.

Nie wszystkie z przeczytanych w tym roku książek, udało mi się zrecenzować. A szkoda bo było wśród nich bardzo dużo pozycji, które naprawdę warto przeczytać (albo kupić komuś na prezent gwiazdkowy). Zapraszam więc teraz na krótkie podsumowanie. 

1. Buszujący w zbożu - J. D. Salinger (ocena: 3/5)

Buszujący w zbożu to jedna z tych książek, które będąc pacholęciem czytałam, ale jako, że było to bardzo dawno temu, zaliczałam ją mimo wszystko do książek nieprzeczytanych. Porusza ona tematykę, którą bardzo lubię, czyli młodzieńczy idealizm skonfrontowany ze sztucznym, zakłamanym światem dorosłych, no i wynikający z tego bunt. Wulgarna i obrazoburcza (jak na warunki lat 50.) książka wywołała kiedyś ogromne zamieszanie i stała się hymnem młodych buntowników. Dziś jednak wydaje się dosyć naiwna, to co było buntem w połowie XX wieku w Stanach Zjednoczonych nie jest nim w XXI wieku w Polsce. "Buszującego..." warto przeczytać ze względu na znaczenie jakie ta książka miała dla literatury, ale na czytanie z wypiekami na twarzy raczej bym nie liczyła.

2. American Psycho - Bret Easton Ellis (ocena: 4/5)

Jakoś tak się złożyło, że rok rozpoczęłam książkami "obrazoburczymi". American Psycho jest chyba najmocniejszą książką jaką kiedykolwiek czytałam. Wszystko zaczyna się dosyć normalnie. Główny bohater to pracujący na Wall Street Patrick Bateman. Jego dzień to siłownia, praca, spotkania ze znajomymi (tylko tymi z którymi warto być widzianym), wieczór z narzeczoną, którą dosyć regularnie zdradza, wyjście do klubu, narkotyki, powrót do luksusowego mieszkania. Ot zwykły stereotypowy obraz rodzącej się w latach osiemdziesiątych w USA nowej klasy, zwanej yuppie. Po pewnym czasie okazuje się jednak, że Patrick ma także dodatkowe hobby o którym nie wszyscy wiedzą. Bardzo lubi torturować i zabijać ludzi. Teraz kiedy już o tym wiemy, w powieści pojawia się coraz więcej morderstw i coraz mniej spotkań ze znajomymi (no chyba, że w planach jest ich zabicie).
Książka jest ciężka. W pewnym momencie uznałam, że muszę zrobić sobie przerwę i przeczytać jakąś sympatyczną powieść dla młodych panien (o tym za chwilę), bo inaczej mogę zwariować. Ale potem wróciłam i dokończyłam American Psycho i powiem wam, że jest to jedna z najlepszych książek krytykujących współczesny konsumpcyjny styl życia. Warto przeczytać, szczególnie jeśli się pracuje w korporacji (ja jeszcze długo po lekturze zastanawiałam się kto z mojego biura po godzinach biega z piłą łańcuchową po mieście), ale może nie jest to najlepszy wybór jeśli chodzi o prezenty gwiazdkowe.

3. Błękitny zamek - Lucy Maud Montgomery (ocena: 3/5)

Błękitny zamek był właśnie tą powieścią, którą zaserwowałam sobie jako odtrutkę w trakcie American Psycho. Poprosiłam moja siostrę o coś miłego, naiwnego i bez morderstw. Odesłała mnie do Lucy M. Montgomery. Wybór w tej sytuacji bardzo trafny. Książka jest oczywiście bardzo naiwna, bardzo przewidywalna i bardzo w tym wszystkim przyjemna. Na swój sposób jest też krytyką pogoni za pieniądzem, więc nawet w pewnym sensie pasowała do American Psycho (ale to jedyne podobieństwo). Powieść pewnie bardzo ekscytująca gdy ma się lat dziesięć i rozczulająco naiwna gdy czyta się ją już będąc osobą dorosłą. Warto sobie zrobić taki zastrzyk z L. M. Montgomery jako antidotum na chandrę.

4. Serce narodu koło przystanku - Włodzimierz Nowak (ocena: 4/5)

"Serce narodu koło przystanku to opowieść o Polsce B, tej zapomnianej, wypchniętej poza nawias rozwijającego się kapitalizmu". Nie bierzcie mnie teraz za wojującą anarchistkę, to że pozostajemy w klimatach krytyki kapitalizmu wyszło zupełnie przypadkowo.
Reportaże Włodzimierza Nowaka pozwalają zobaczyć własny kraj od strony, od której często nie chcemy go oglądać. Poznajemy panów regularnie uczęszczających do osiedlowej siłowni*, Polaków mieszkających na Greenpoincie (największym po Chicago skupisku Polaków w USA), rodzinę Krzysztofa, który zmarł na skutek wypadku w fabryce cukierków, żony górników i wielu innych "zwykłych" Polaków.
Polecam, bo warto poznawać własny kraj.
*Taki jeden prostopadłościan zapytał mnie przy sztandze (szarpał 120 kg): "Ile masz w kablu?". Udałem, że nie słyszę, i przeniosłem się na drążek. Okazało się, że chodziło o obwód bicepsa. Więc w lewym kablu mam 28 cm, w prawym 29. Głupio się czuję. Oni mają kable po 40.
5. Wilk stepowy - Hermann Hesse (ocena: 4/5)

Wilk stepowy to jedna z tych książek wobec których nie można być obojętnym - albo się kocha, albo nienawidzi. Ja się zakochałam. Bohater książki, Harry Haller, to samotnik i outsider. Nie chce i nie umie żyć wśród ludzi, ciesząc się swoją wolnością i jednocześnie z jej powodu cierpiąc. Jego schizofrenicznie wręcz sprzeczne uczucia przerażają i pociągają jednocześnie. Bo taka sprzeczność leży w naturze ludzkiej. Wydaje mi się, że każdy widzi w tej książce co innego i inaczej rozumie strumień świadomości głównego bohatera. Po latach Hesse mówił, że krytycy mylnie interpretowali jego książkę. Możliwe. Ale czy to ważne skoro zmienia życie?
 
6. Dziewczynka w zielonym sweterku - ,

Tę historię pewnie wszyscy znają dzięki filmowi W ciemności Agnieszki Holland. Ja filmu nie oglądałam i cieszę się, że zaczęłam od książki, bo jest to ogromne wyzwanie dla wyobraźni. Przyznam się, że częściowo poległam. Nie byłam w stanie wyobrazić sobie życia w całkowitych ciemnościach. Jako urodzona Warszawianka zupełnych ciemności w zasadzie nie doświadczam, w dużych miastach nawet w nocy jest jasno. Myślenie o ciemności absolutnej mnie przeraża. Film nakręcony w ciemnościach byłby słuchowiskiem, a nie filmem, więc u Agnieszki Holland jakieś światło musiało się pojawiać. Dlatego uważam, że zanim obejrzy się film warto wystawić swoją wyobraźnię na próbę i przeczytać Dziewczynkę w zielonym sweterku.


7. Tonąca Ruth - Christina Schwarz (ocena: 2/5)
Amanda po tajemniczej śmierci swojej siostry wychowuje jej córkę Ruth. Obie mieszkają nadal niedaleko jeziora w którym utopiła się siostra Amandy. Atmosfera jest bardzo niepokojąca, wszystko osnute jest mgłą. Kolejne wychodzące na jaw fakty zamiast wyjaśniać tajemnicę coraz bardziej wszystko komplikują. W połowie jednak autorka jakby zmęczona budowaniem napięcia i wytwarzaniem dymu tworzącego gęstą mgłę, trochę sobie odpuszcza. Mgła się rozrzedza, atmosfera pada, a rozwiązanie tajemnicy powoduje lekki zawód. 


 8. Netochka Nezvanova - Fiodor Dostojewski (ocena: 2/5)
Książka, która mówi nam o tym, że nikt nie rodzi się pisarzem, nawet Fiodor Dostojewski.
Przejdź do recenzji


9. Nieśmiertelne życie Henrietty Lacks - Rebecca Skloot (ocena: 5/5)
Jedna z najlepszych, moim zdaniem, książek popularnonaukowych ostatnich lat. 
Przejdź do recenzji

10. Zrób sobie raj - Mariusz Szczygieł (ocena: 4/5)
Jeśli wybieracie się do Pragi, zamiast przewodnika proponuję zabrać książkę Szczygła. My tak zrobiłyśmy i nie żałujemy.
Przejdź do recenzji

11. Ciotka Julia i skryba - Mario Vargas Llosa (ocena:3/5)
Llosę kocham, ale nie bezkrytycznie.
Przejdź do recenzji  

12. Izrael - Palestyna. Pokój czy święta wojna? - Mario Vargas Llosa (ocena: 3/5)

Kolejna osoba, która próbuje odpowiedzieć na pytanie, kto jest agresorem w konflikcie Izrael - Palestyna, kto jest bardziej poszkodowany i jak to się skończy. No i kolejna osoba, której się to nie udaje. Llosa razem ze swoją córką Morganą, która towarzyszyła mu z aparatem, spędził w Izraelu, Strefie Gazy i na okupowanych terytoriach Zachodniego Brzegu piętnaście dni w 2005 roku. Llosa stara się być obiektywny, stojąc po stronie tych, którzy dążą do ustanowienia pokoju, bez względu na to czy są Arabami czy Żydami. Jednak publikacja ta nie jest do końca obiektywna. Jak na dłoni widać woltę Llosy, który z proizraelskiego staje się propalestyński. I nie winię go za to. Ja potrafię zmienić swoje stanowisko w tej sprawie kilka razy w ciągu dnia.
Jedyne czego nie czuję to zamiana jednego z najsławniejszych pisarzy (nawet w 2005, kiedy nie był jeszcze Noblistą) w reportera bratającego się z ludem. Nie jest dla mnie w tej roli do końca wiarygodny.
Mimo, że nie uważam tej książki, za najlepszą pozycję dotyczącą konfliktu Izraelsko - Palestyńskiego, to jest ona na pewno godna polecenia. Można się z niej bardzo dużo dowiedzieć o historii konfliktu, a sam okres w którym została napisana (2005 rok - likwidacja żydowskich osiedli w Strefie Gazy, zgodnie z decyzją Ariela Szarona) to moment przełomowy i unikatowy.

13. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet - Stieg Larsson (ocena: 3/5)

Literackie sanki po betonie (czyli straszny zgrzyt), ale niestety potwornie wciąga.
 Przejdź do recenzji

14. Nowy wspaniały świat - Aldous Huxley (ocena: 5/5)

Koniecznie!
 Przejdź do recenzji 

15. We Have Always Lived in the Castle* - Shirley Jackson (ocena: 5/5)

Tu posłużę się Wikipedią:
Powieść gotycka – odmiana powieści uprawiana głównie na przełomie XVIII i XIX wieku. Typowymi jej elementami były: tajemnicza czy wręcz upiorna atmosfera narracji, odczuwane podczas lektury poczucie grozy (stąd również nazwa: powieść grozy), nawiedzone budowle, zamki, pułapki, śmierć, choroba, szaleństwo, klątwa itp., zaś bohaterami zazwyczaj była jakaś antynomiczna para, gdzie jeden biegun reprezentowany był przez osobnika o wyraźnie demonicznych cechach (jak na przykład Manfred w utworze Walpole'a), zaś drugim biegunem była czysta i niewinna osoba (zazwyczaj jakaś dziewica), jak Antonia w Mnichu. Istotnym elementem powieści gotyckiej był fakt zaistnienia jakiejś ciemnej zbrodni, która odciskała piętno na fabule, a także wymowie ideowej powieści.

Powieść Shirley Jackson jest świetnie napisaną i skonstruowaną powieścią gotycką. Niczego jej nie brakuje. Za rekomendację niech posłuży wam moje zapewnienie, że w roku 2013 zamierzam ją znów przeczytać.  

* Podobno ukazała się po polsku, ale z tą wersją nigdy nie miałam styczności, więc nie odpowiadam za tłumaczenie



Tyle chyba wystarczy na początek. Ciąg dalszy nastąpi w bardzo niedalekiej przyszłości. Stay tuned!

wtorek, 18 grudnia 2012

Boel Westin - Tove Jansson. Mama Muminków

Muminków trudno nie kochać. Miłe białe grubaski żyjące wspólnie z grupą swoich przyjaciół w wesołej hipisowskiej komunie. Dom Muminków to istna galeria osobliwości, zasilana co jakiś czas kolejnymi przedziwnymi mieszkańcami, serdecznie i bez zbędnych pytań przyjmowanymi przez gospodarzy. Bo u Muminków jak w piosence: wszystko jest dobre i jasne jak błysk, one kochają, kochasz je Ty. Pozornie nieskomplikowany świat, rządzący się prostymi zasadami kusi zarówno dzieci jak i dorosłych.
Były jednak i takie osoby, które za Muminkami nie przepadały. Jedna z nich cynicznie określiła je mianem szczęśliwych idiotów, którzy przebaczają sobie nawzajem, nigdy nie rozumiejąc, że zostali oszukani.
No cóż, jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził i nawet Muminki nie są tu wyjątkiem. Jedyne co dziwi w tej wypowiedzi to to, że wyszła ona spod pióra Tove Jansson - osoby, która swego czasu powołała do życia tych szczęśliwych idiotów.

Świat Muminków w którym wszystko jest przyjazne i niegroźne, powstał z potrzeby odreagowania wojny. Był dla autorki swoistym schronem w którym mogła złożyć swoją zupełnie nieprzystającą do wczesnych lat powojennych fatalną naiwność i ukryć ją pod bezpiecznym płaszczykiem książki dla dzieci. Jednak to co początkowo miało służyć odreagowaniu i ucieczce od problemów, w końcu stało się więzieniem z którego Jansson nie uwolniła się do końca życia.
Historia Tove Jansson bardzo przypomina mi historię artysty żyjącego czterysta lat wcześniej. Michał Anioł, bo o nim mowa, wyrok na swoją wolność artystyczną podpisał zdobiąc sklepienie Kaplicy Sykstyńskiej. Człowiek, który dotąd zajmował się rzeźbą i to rzeźbie chciał się poświęcić, nagle staje się rozchwytywanym malarzem.
Wszak mówiłem Waszej Świątobliwości, że to nie moja sztuka. Być może jestem rzeźbiarzem, może i poetą, ale nie malarzem*
Tak jak Buonarroti przez zamówienia kolejnych papieży zostaje uwięziony z pędzlem na rusztowaniach, tak Tove Jansson, z wykształcenia malarka, staje się więźniem rozrastającego się Muminkowego biznesu. A jej skargi brzmią podobnie do tych renesansowego mistrza:
To te "przecholerne" czasy wojny zmusiły mnie, malarkę, do pisania baśni
Wojna co prawda się już skończyła, ale malarkę z pisaniem i ilustrowaniem przygód Muminków wiązały kontrakty, a często także lojalność wobec wydawców, którzy pomogli jej na początku kariery. Na malowanie zostawało coraz mniej czasu.

Po śmierci artystki, całe domowe archiwum (w tym listy i dzienniki) zostały przekazane Boel Westin - przyjaciółce domu, a jednocześnie literaturoznawczyni, której doktorat dotyczył twórczości Jansson. Efektem jej pracy z powierzonymi dokumentami jest biografia Tove Jansson, która w Polsce ukazała się pod tytułem Tove Jansson. Mama Muminków.
Tu pojawia się pierwszy zgrzyt. Z książki wyłania się postać wszechstronnej artystki, tytuł oryginału to Tove Jansson. Ord, bild, liv, czyli jak mówi google translator Tove Jansson. Słowo, obraz, życie, natomiast polskie wydanie znów wtłacza biedną Tove w szufladkę pisarki dla dzieci, mamy Muminków, z której przez całe życie próbowała się wydostać.
Tove Jansson była bardzo pracowita, a to, połączone z faktem, że żyła prawie dziewięćdziesiąt lat i do końca życia była czynna zawodowo oznacza, że Boel Westin postawiła przed sobą bardzo trudne zadanie skompresowania tego niecałego stulecia twórczego życia w jednej książce.
Biografia Mamy Muminków jest bardzo dogłębną analizą twórczości artystki, począwszy od jej obrazów oraz satyrycznych obrazków politycznych, które rysowała w czasie wojny, przez historie Muminków, a na jej dorosłych książkach kończąc. Autorka zredukowała jednak do minimum wątki związane z życiem osobistym Tove, skupiając się głównie na jej życiu zawodowym. Często brakowało mi także tła historycznego, co w połączeniu z konsekwentnym unikaniem przez Westin jakiejkolwiek chronologii sprawiło, że książka przypominała bardziej zbiór różnych artykułów o Tove Jansson, niż jedną spójną opowieść.
Ciężko jest oceniać tę książkę jako całość, bo rozdział rozdziałowi nierówny. Było bardzo dużo ciekawych rozdziałów/artykułów skupiających się na analizie twórczości Jansson. Tu styl jest lżejszy, pani profesor literaturoznawstwa jest na swoim boisku, które bardzo dobrze zna i wie jak na nim grać. Części, w których pojawia się życie osobiste Tove, są o wiele słabsze. Zagrania Boel Westin z jej własnego boiska nie działają już tak dobrze na "meczu wyjazdowym". Pojawia się bardzo dużo powtarzanych do znudzenia truizmów, z kolei istotne fakty są często wspominane gdzieś mimochodem, styl jest dosyć ciężki, a zdania często bardzo pokraczne.


Tove Jansson. Mama Muminków to książka, którą z czystym sumieniem mogę polecić, tym, którzy chcą się dowiedzieć czegoś więcej o twórczości tej wszechstronnej artystki, a także twórczość tę zrozumieć. Bogata w liczne ilustracje książka, będąca jedną z najładniej wydanych pozycji jakie posiadam w swojej biblioteczce, na pewno spełnia to zadanie. Ci jednak, którzy bardziej niż na analizę twórczości liczą na dobrą biografię inspirującej osoby, mogą po przeczytaniu czuć spory niedosyt.

Ocena: 3/5
Wydawnictwo: Marginesy
Tłumaczenie: Bogumiła Ratajczak
Rok wydania: 2012

* Bożena Fabiani "Moje gawędy o sztuce. Dzieła, twórcy, mecenasi wiek XV - XVI"


niedziela, 9 grudnia 2012

Günter Grass - Blaszany bębenek

Co zrobić gdy książka powszechnie uważana za arcydzieło literatury zupełnie nam się nie podoba? Peter Stothard, redaktor dodatku literackiego Timesa, który swego czasu ostrzegał, że blogerzy piszący o książkach robią krzywdę literaturze (więcej tu) doradzałby zapewne szlachetne milczenie i pozostawienie oceny krytykom literackim. Bo to właśnie do nich, według Stotharda, należy ocena tego co jest dobre, a co złe i tłumaczenie ludziom dlaczego tak jest. Rozważając dalej tę hipotetyczną sytuację, w której Peter Stothard, niczym anioł stróż siedzący na moim ramieniu, pomaga mi w podejmowaniu trudnych decyzji, na moim drugim ramieniu powinien pojawić się diabełek do złudzenia przypominający Francisa Bacona, który powiedziałby: milczenie jest cnotą głupców. 

Nie będę was dłużej trzymać w niepewności. Ucieleśnienie dobra w postaci Petera Sotharda zupełnie do mnie nie przemawia. Wybrałam drogę ku zatraceniu. Co więcej, marzy mi się pociągnięcie za sobą innych.
Widzę ludzi wykrzykujących wreszcie z ulgą: "Nigdy nie przebrnęłam przez Ulissesa!", "z Mannów czytałem tylko Wojciecha",  "nie uważam Buszującego w zbożu za wybitne dzieło"*. Nie zrozumcie mnie źle, to czego chcę to nie rozprawienie się z całym kanonem lektur. Bardziej chodzi mi o nie wpadanie w "pułapkę się" i nie robienie czegoś tylko dlatego, że tak się robi.

Żeby nie być gołosłowną, zacznę od siebie:
Mam na imię Basia. Czytam od dwudziestu jeden lat. Czytanie Blaszanego bębenka było dla mojego umysłu tym, czym dla ciała jest katorżnicza praca w kamieniołomach.
Ale zacznijmy od początku.
Günter Grass został uhonorowany literacką Nagrodą Nobla w 1999 roku. Blaszany bębenek, wydany czterdzieści lat wcześniej jest jego najbardziej znaną powieścią, przez wielu uważaną za arcydzieło.
Powieść zaczyna się od słów:
Nie będę ukrywał: jestem pensjonariuszem zakładu dla nerwowo chorych [...]
Tym, który zdobywa się na taką szczerość jest Oskar Matzerath. Tłukąc w bębenek, opowiada nam on swoją historię, a żebyśmy mieli pełen obraz sytuacji cofamy się do czasów jeszcze sprzed jego narodzin, gdzie będzie nam dane być świadkami poczęcia jego matki, spłodzonej przez kaszubską "parę z przypadku". Dziadek Oskara pewnego dnia uciekając przed pościgiem chroni się pod spódnicą babki Oskara którą spotyka na kaszubskim kartoflowisku. A w zasadzie to nie jedna, a cztery spódnice dają schronienie uciekinierowi. Bo atrybutem babki Anny są cztery obszerne spódnice, noszone jedna na drugą, których kolejność zmieniana jest każdego dnia. Pierwsze rozdziały to taki realizm magiczny na słowiańską modłę, który bardzo mi się podobał.
Wszystko co dobre jednak szybko się kończy, na świat przychodzi nasz nerwowo chory narrator, akcja powieści zostaje przeniesiona do Wolnego Miasta Gdańska i od tego momentu coś zaczyna się psuć. Oskar wyjaśnia nam od razu, że był jednym z tych przenikliwych niemowląt, których rozwój duchowy jest w chwili narodzin zakończony, stąd też nie powinno nas dziwić, że pamięta dokładnie wszystkie szczegóły związane ze swoim przyjściem na świat, jak to, że poza nieuniknionym pęknięciem krocza poród przebiegł gładko oraz to, że jego matka - Agnieszka, przyrzekła kupić mu na trzecie urodziny blaszany bębenek. Bębenek na którym mały Oskar będzie potem w kółko bębnił doprowadzając wszystkich do szału albo do ekstazy (zależy na jakie trafi audytorium i z jakim repertuarem będzie akurat występował). W przypadku jego rodziny będzie to jednak głównie doprowadzanie do szału.
Dodatkowo, aby ukarać świat dorosłych, a może po prostu przed nim uciec, Oskar w wieku trzech lat celowo spadnie ze schodów i w wyniku tego wypadku przestanie rosnąć. 
Proszę jednak nie mylić tej wyrafinowanej formy eskapizmu z tym reprezentowanym przez Piotrusia Pana (bo i takie widziałam porównania w internecie). Pamiętajmy, że Oskar już w chwili narodzin był w pełni ukształtowany duchowo, wypadek więc, wpłynie jedynie na jego fizyczność. Będzie dorosłym uwięzionym w ciele trzylatka. Ale Oskara nie należy żałować. Wydaje się on być bardzo zadowolony ze swojego położenia, zamknięcie w ciele trzylatka, umożliwia mu manipulowanie dorosłymi, obserwowanie ich oraz nie ponoszenie żadnej odpowiedzialności za swoje czyny. Jedyne co wydaje się czasami trapić małego człowieka, to, że jego nikczemny wzrost powoduje, iż płeć piękna nie traktuje go poważnie, co utrudnia mu korzystanie ze wszystkich uciech życia. Powiedzmy to sobie szczerze: przy najlepszych chęciach Oskara po prostu nie da się lubić. Jest on jednym z najbardziej antypatycznych i odrażających narratorów z jakimi zdarzyło mi się obcować (a trzeba wam wiedzieć, że czytałam w tym roku American Psycho, więc nic co nieludzkie nie jest mi obce), świadomość, że będziemy ze sobą przez następne 500 stron, na pewno nie ułatwiała lektury. 

Tłem historycznym powieści jest dwudziestolecie międzywojenne, druga wojna światowa, oraz wczesne lata powojenne, kiedy akcja przeniesiona zostaje do Niemiec. Ciężko jednak dostrzec ten historyczny drugi plan. Przez większość czasu jest on zasłonięty przez głównego bohatera i jego wewnętrzne rozterki. Mały Oskar jest święcie przekonany o swojej mocy sprawczej, obejmującej dosyć szeroki wachlarz działań: od umiejętności precyzyjnego przecinania głosem szkła, wprowadzania słuchaczy w trans za pomocą blaszanego bębenka, kończąc na bezdotykowym zabijaniu ludzi. Czyta się to jak zwierzenia ludzi z zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi, wierzących na przykład, że nastąpienie przez nich na łączenie płyt chodnikowych może doprowadzić do czyjejś śmierci.
Oczywiście ktoś teraz może powiedzieć, że przecież wszystko to jest metaforą i symbolem, tak samo jak brutalnie dosadną metaforą stosunków polsko-niemiecko-kaszubskich była biedna matka Oskara (Kaszubka) chędożona na zmianę przez swojego męża Niemca i kochanka Polaka, którą oba te związki powoli wyniszczały. Do mnie jednak taki rodzaj przenośni nie trafia, a wszystko wydaje się za bardzo uproszczone.
Cały ten gąszcz metafor, znaków i symboli stworzył bardzo surrealistyczny obraz, wymalowany jednak językiem brutalnego naturalizmu. Tak oto powstała ciężka w odbiorze groteska. 

"Blaszanego bębenka" nie czyta się łatwo. Oczywiście to samo w sobie nie jest jeszcze wadą, bo częstokroć treść może wynagrodzić nam trud czytania. Nie miało to jednak miejsca w przypadku powieści Güntera Grassa. Na początku notki czytanie "Blaszanego bębenka" porównałam do pracy w kamieniołomach. Jedynym co różni obie te czynności jest to, że to co w "Blaszanym bębenku" miało być twardą skałą, pod koniec pracy okazało się być jedynie piaskiem. A piasek jak to piasek - miałki.

Ocena: 2/5

* Przytoczone opinie są jedynie przykładowymi opiniami, wszelkie podobieństwo do zdarzeń rzeczywistych jest przypadkowe.