sobota, 25 maja 2013

"Jak iść śladami autora by nie wpaść na minę?" - spotkanie z tłumaczami

Sobota na Warszawskich Targach Książki była dniem reportażu. Od rana trwały spotkania z finalistami Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego: Wojciechem Jagielskim, Lidią Ostałowską, Edem Vulliamy i Mariuszem Zawadzkim. Ja jednak z niecierpliwością czekałam na niepozorny panel dyskusyjny, w planie specjalnie pewnie umieszczony w porze obiadowej, tak aby miłośnicy reportażu mogli zrobić sobie wtedy przerwę przed spotkaniami z kolejnymi autorami.
Trochę szkoda, bo spotkanie z tłumaczami jest w przypadku tej Nagrody równoznaczne spotkaniu z finalistami. (nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego, jako jedna z niewielu* w Polsce nagradza nie tylko autora, ale także tłumacza).


Na początku spotkania Maciej Zaremba Bielawski, jeden z jurorów Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego bardzo dosadnie przedstawił rolę tłumacza, mówiąc, że kiepski tłumacz może najlepszą nawet książkę całkowicie położyć, tak, że nie zostanie wzięta pod uwagę w zmaganiach konkursowych.
Działa to też oczywiście w drugą stronę, o czym wspomniał Janusz Ochab, tłumacz książki Ameksyka. Wojna wzdłuż granicy, która wygrała tegoroczną edycję konkursu. Autor Ameksyki po ogłoszeniu wyników konkursu powiedział bardzo skromnie, że angielska wersja tej książki nie dostała żadnej nagrody, więc ta dzisiejsza nagroda to zasługa jego tłumacza.

Na szczęście coraz częściej mówi się o tym jak ważną rolę odgrywa tłumacz, ale mało kto wie, że jest to zawód nie tylko bardzo ważny ale także niebezpieczny. Co i rusz można wpaść na tłumaczeniową minę. I te miny właśnie, były tematem przewodnim tegorocznego spotkania.

Pierwsza zabrała głos Dorota Kozińska (tłumaczka Colina Thubrona), której miałam przyjemność słuchać już w zeszłym roku. Pani Dorota tak samo jak rok temu, nawiązywała do swoich nieprzyjemnych przejść z redaktorami i korektorami.
Tłumaczka przyznała, że gdy pierwszy raz wzięła do ręki książkę Colina Thubrona z przerażeniem stwierdziła, że wcale nie zna tak dobrze języka angielskiego, jak jej się dotąd wydawało. Jednak po długich godzinach spędzonych na przeglądaniu słowników idiomów, dotarło do niej, że związki frazeologiczne, którymi posługuje się autor nie istnieją, albo inaczej: dotąd nie istniały. W takim wypadku tłumacz musi znaleźć złoty środek: przetłumaczyć tekst tak, aby nie raził czytelnika, ale też tak, aby nadal wydawał się nieco dziwny jak miało to miejsce w oryginale.
Niestety, ulubionym powiedzeniem redaktorów jest: tak nie może być,bo tak się nie mówi; hotele zataczające się po niebie uznano więc za zwykły bełkot.
Dostało się także korektorom, którzy według pani Kozińskiej często ponownie redagują tekst i tak np. rwąca rzeka staje się po korekcie szarpiącą rzeką. 
Podsumowaniem opowieści było to, że redakcja powinna mieć większe zaufanie do tłumacza, a książka nie powinna w tłumaczeniu tracić swojej językowej unikalności na rzecz lekkostrawności i łatwości odbioru.

W tej materii pewnie dużo do dodania miałby także sam patron konkursu, który w 2005 roku mówił:
[...] z jak bardzo wrażliwą i delikatną materią ma do czynienia tłumacz, jak musi mieć wyostrzony wzrok i słuch językowy, językowy gust i intuicję, językową pamięć. Są to cechy najniezbędniejsze, tym bardziej że języki, z którymi tłumacz ma do czynienia, ulegają ciągłej przemianie, stałym przekształceniom, są w nieustannym ruchu, wzbogacają się, ewoluują, poszczególne słowa nabierają nowych odcieni i znaczeń. Jakiego potrzeba tu doświadczenia, czujności i smaku, aby wychwycić i odczytać sygnały tych zmian napływające do nas z czytanego tekstu, z jego ukrytej warstwy, z jego wnętrza!**
Od lewej: Maciej Zaremba Bielawski (juror), Saba Litwińska, Urszula Poprawska, Janusz Ochab, Jacek Giszczak, Dorota Kozińska oraz prowadzący spotkanie Sławomir Paszkiet

Atmosfera spotkania zaczynała niebezpiecznie zmierzać w kierunku tej znanej z przychodni lekarskich, gdzie każdy czeka na swoją kolej by trochę ponarzekać. Na szczęście uratował ją Jacek Giszczak (tłumacz Strategii antylop) opowiadając o minie na którą wpadła kiedyś Julia Hartwig, tłumacząc wiersz o pewnej paryskiej ulicy (niestety, nie wiem czyj to był wiersz, więc jeśli ktoś wie, to proszę o informacje). Prawdopodobnie ze względu na panującą wówczas cenzurę, ulica, która w wierszu nazwana jest starą szparą Paryża w kształcie waginy, u Julii Hartwig zamienia się w starą ulicę Paryża w kształcie pępka.
Widzicie już jaką władzę ma tłumacz? Niewielka zmiana w zdaniu i można tylko domyślać się ilu Polaków wystarało się o paszport, aby zobaczyć to urbanistyczne kuriozum.

Czy w związku z tymi wszystkimi minami, na które wpaść może tłumacz, warto jest konsultować się z autorami? Tu większość stwierdziła, że nie warto, bo autor zazwyczaj sam nie pamięta, gdzie popodkładał miny i jak je rozbroić. Innego zdania był Maciej Zaremba Bielawski, który powiedział, że jeśli autor nie jest autystą, albo celebrytą, to warto się z nim kontaktować. On sam dzięki temu, że skontaktował się ze Zbigniewem Herbertem, którego wiersze tłumaczył na szwedzki, zaoszczędził sobie bardzo dużo pracy (która najprawdopodobniej i tak byłaby bezowocna). W wierszu Herberta ulicą pełną ryżu idzie jednoręki mężczyzna; przekładając poezję, aby nie wpaść na minę, trzeba wiedzieć co symbolizują poszczególne fragmenty. Czego symbolem może być jednoręki mężczyzna? Okazuje się, że niczego. Jednoręki mężczyzna to po prostu jednoręki mężczyzna, idący ulicą zasypaną odłamkami szkła (pełną ryżu), którego Herbert widział na jakiejś fotografii.

Jak widzicie nie ma żadnych sztywnych zasad dotyczących przekładu, każdy robi to inaczej, a dobra znajomość języka obcego to tylko jeden z wielu czynników wpływających na jakość tłumaczenia.
Bo tłumacz to coś więcej niż google translator.
W tym sensie, przekładając tekst - otwieramy Innym nowy świat, tłumaczymy go, a tłumacząc - przybliżamy, pozwalamy w nim przebywać, uczynić go cząstką naszego osobistego doświadczenia. Jakże więc dzięki wysiłkowi tłumacza rozszerzają się nasze horyzonty myślowe, pogłębia nasze rozumienie, nasza wiedza, ożywa wrażliwość.
Dzisiaj, w XXI wieku, to szczególnie ważne, ponieważ nasz świat tak burzliwie rozwijając się, różnicując się i zmieniając, potrzebuje nieustannego tłumaczenia i objaśniania, w czym pomaga również przekład literacki [...]. Jest to większy wymiar i dodatkowy sens pracy współczesnego tłumacza. To dzięki niej autorzy mogą docierać wszędzie, a czytelnicy stawać się odkrywcami ludów i ziem jeszcze wczoraj im niedostępnym. Zresztą wiemy, w jakim stopniu tłumacz jest współautorem książki, w jakim stopniu, na danym terytorium książka ta może tylko dzięki niemu zaistnieć. Stąd nieustanna dla nich wdzięczność wszystkich czytelników i autorów, stąd gorące dzięki wszystkim Państwu!***
 I ja przyłączam się do podziękowań za rozszerzanie moich horyzontów myślowych!

* Drugą taką nagrodą, o której wiem jest Angelus Silesius
**, *** Fragmenty wykładu Tłumacz - postać XXI wieku wygłoszonego przez Ryszarda Kapuścińskiego podczas I Światowego Kongresu Tłumaczy Literatury Polskiej w Krakowie (całość)

niedziela, 19 maja 2013

Relacja z targów książki w Warszawie


Warszawskie Targi Książki już za mną. Nie piszę, że za nami, bo dziś jest jeszcze ostatni dzień, ale ja po wczorajszych i przedwczorajszych kompulsywnych zakupach uznałam, że lepiej dziś się już tam nie pojawiać.
W tym roku targi były wyjątkowe, bo odbywały się w nowym miejscu - na Stadionie Narodowym. Miało być o wiele luźniej i lepiej, bo to przecież ogromny teren, jednak po sobotnim staniu w ludzkim korku i kilku nieudanych próbach przebicia się do wyjścia obalam ten mit.
Ogromnym plusem było natomiast to, że zmęczeni chodzeniem mieli gdzie usiąść i odpocząć, czego brakowało w Pałacu Kultury, gdzie można było co najwyżej przycupnąć gdzieś na schodach. Na stadionie całe dolne trybuny były nasze.


Kolejną nowością, którą pojawiła się na targach była możliwość zamienienia książek papierowych na e-booki. Książki papierowe powędrują do Biblioteki Narodowej, a e-booki (500 do wyboru) zapewnia publio.pl. Tak też udało mi się pozbyć różnych przedziwnych książek, które miałam w domu, m.in. How Starbucks Saved My Life (miałam do niej pewien sentyment, bo była to pierwsza książka jaką przeczytałam po angielsku, ale to chyba za mało, żeby trzymać ją w domu... ).

Licznik pokazuje ile książek zostało już oddanych.


Oddałam cztery książki, w zamian dostałam cztery kupony z kodami i po powrocie do domu stałam się szczęśliwą posiadaczką czterech nowych e-booków:



Na targach zawsze znajdzie się też coś dziwnego, w tym roku o miano największego kuriozum przez chwilę walczyły stoisko Muzeum Sienkiewicza i stoisko z masującymi fotelami i jacuzzi, ale bezapelacyjnie wygrało jednak stoisko Scjentologów, na którym można było kupić różne książki Rona Hubbarda, ale można było też zbadać stres, wykonując "darmowy stres-test". Towarzyszący mi Krzysztof zdecydował się, a ja mam na to dowód:


Okazało się, że Krzysztof jest zestresowany, a pomóc może mu jedynie książka Dianetyka L. Rona Hubbarda. Dianetyka sprawiła, że zostałem gwiazdą. Zawsze miałem jakiś talent, by wspinać się trochę wyżej, ale to dzięki Dianetyce dotarłem na sam szczyt bez większych przeszkód - mówi gwiazda wspinaczki wysokogórskiej John Travolta.
Jak się pewnie domyślacie nasze całe oszczędności są już na koncie kościoła scjentologicznego, a my wreszcie czujemy się wolni (głównie od pieniędzy).





Kolejnym dziwnym stoiskiem było stoisko Muzeum Henryka Sienkiewicza, na którym bardzo smutny pan, znudzonym głosem zachęcał do kupowania rysunkowej biografii Henryka Sienkiewicza, jako idealnego prezentu na zbliżający się Dzień Dziecka.
Potem pojawił się tam podobno nawet manekin Sienkiewicza, ale tego już nie widziałam.






Oczywiście były też stoiska, która mi się bardzo podobały. W tej kategorii wygrało stoisko Słowackich i Czeskich klimatów. Portale czeskieklimaty.pl i slowackieklimaty.pl dotąd zajmujące się głównie sprzedażą czeskiej i słowackiej literatury, ostatnio stały się także wydawnictwami.
Panie na stoisku były bardzo miłe, chętnie opowiadały o książkach i całym projekcie, a do tego stoisko miało także wydaną specjalnie z okazji targów bardzo ciekawą gazetkę.
Kupiłam pięknie wydaną przez Słowackie klimaty powieść Pavola Rankova i udało mi się nawet zdobyć na niej dedykację od autora.


W części należącej do Czeskich klimatów, znalazłam też książkę Niedoparki, która podbiła moje serce (Niedoparki to domowe stworki żywiące się Twoimi skarpetkami. Zawsze biorą tylko po jednej sztuce, zostawiając Ci drugą, nie do pary – stąd ich nazwa). Niestety Krzysztof nie zgodził się mi jej kupić, mówiąc coś o moim wieku.


Warszawskie Targi Książki to nie tylko stoiska z książkami, ale też bardzo ciekawe spotkania. Ja najbardziej lubię te z tłumaczami. Dlaczego? O tym będzie w następnej notce.

wtorek, 7 maja 2013

Maciej Wasielewski - Jutro przypłynie królowa

Pan de… prosił biskupa de… o dworek na wsi, gdzie biskup nigdy nie bywał; ów odpowiedział: „Nie wie pan, że człowiek musi mieć jakieś miejsce, gdzie nigdy nie bywa, a gdzie wierzy, że byłby szczęśliwy, gdyby tam był”. Pan de…, po chwili milczenia, odpowiedział: „Słusznie: to właśnie stworzyło reputację Niebu”.*
Czyli wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, albo ładniej ujęte the grass is always greener on the other side, chociaż mi najbardziej się chyba podoba lakoniczne Rimbaudowskie życie jest gdzie indziej.
Dla kolejnych pokoleń hippisów, marzących o życiu w komunie, nie posiadaniu niczego, nie pożądaniu niczego, jedzeniu owoców prosto z drzewa, byciu panem własnego losu i innych rzeczach, o których marzą pokolenia hippisów, miejscem, gdzie trawa jest bardziej zielona była wyspa Pitcairn. Skrawek lądu na Oceanie Spokojnym, znajdujący się mniej więcej po środku niczego, na którym obecnie mieszka 60 osób, prawie do końca XVIII wieku był bezludną wyspą. W 1790 roku postanowili osiedlić się na niej buntownicy z brytyjskiego statku Bounty, wraz z porwanymi po drodze Tahitańczykami. Statek spalili, aby ukryć się przed ewentualnym pościgiem, ale może także, aby zaznaczyć odcięcie się od korony brytyjskiej.

Większość marzących o Pitcairn hippisów oczywiście nigdy tam nie dociera (bo i nie łatwo się tam dostać) i w tym tkwi piękno tej wyspy. Maciejowi Wasielewskiemu jednak udało się tam dotrzeć, a swoją książką Jutro przypłynie królowa niczym Pan de... ze wspomnianej anegdoty, odebrał wielu hippisom i niespełnionym anarchistom to miejsce, w którym nigdy nie bywali, a w którym na pewno byliby szczęśliwi.
Odebrał, bo jak to z takimi miejscami bywa, okazało się, że nigdy nie istniało.

Pitcairn to raj utracony, mocno już gnijąca Arkadia. 
Biblijny Adam zdradził się ze swoim grzechem, starając ukryć się przed Bogiem w rajskim ogrodzie; Pitcairneńczyków zdradza to samo. Im bardziej próbują się ukryć, nie wpuszczając na wyspę dziennikarzy, tym bardziej jasne staje się, że zerwali owoc z drzewa poznania dobra i zła.
Gęstniejąca, duszna i bardzo niepokojąca atmosfera, którą tak dobrze oddaje autor, pozwala nam odczuć, że coś, nie wiemy jeszcze dokładnie co, jest z tym rajem nie tak.
Wiesz, że kiedyś drzewa mandarynkowe były wspólne? - Lu marszczy czoło, jakby zobaczył coś nieprzyjemnego. - Wystarczyło pójść i nazrywać. Kiedyś wszystko było wspólne...
[...]
- ...w soboty organizowaliśmy przyjęcia. Laura piekła chleb, Pennie dusiła kurczaki na mleku kokosowym. Zbieraliśmy się wszyscy, każdy targał krzesło z domu, bo nie było gdzie usiąść. Kiedyś naprawdę byliśmy wspólnotą. W sierpniu obchodziliśmy Święto Melasy. Ścinaliśmy trzcinę cukrową, kruszyliśmy w młynie, a sok przelewaliśmy do donic. Potem gotowaliśmy wywar na otwartym ogniu, w sześciu wannach.
[...] szliśmy na ryby, wracaliśmy z pełną siatką, czterdzieści kilo, starczało dla wszystkich. Smażyliśmy te ryby na wspólnym ogniu, po południu była uczta. Każdy coś przynosił: arbuzy, ciasto chlebowe, mandarynki.
[...] 
- Dziś każdy ma swoje drzewa mandarynkowe. Wiele drzew zostało zatrutych.**
Reportaż Wasielewskiego jest o tym, co wydarzyło się na wyspie Pitcairn, ale jest też o czymś więcej. To kolejny głos w dyskusji nad tym, czy Hobbes miał rację i bez instytucji państwa pogrążylibyśmy się w chaosie? Czy stan natury to wojna każdego z każdym? Czy altruizm leży w naturze ludzkiej? A na koniec, czy wyspa Pitcairn kiedykolwiek rzeczywiście była rajem i czy możliwy jest raj tam, gdzie jest człowiek?
Nie liczcie jednak na jakąkolwiek odpowiedź, Jutro przypłynie królowa to w zasadzie same znaki zapytania, których po przeczytaniu nie da się tak łatwo z siebie strzepnąć, będą was uwierać, obcierać, nie dadzą spokoju. Czytajcie, ale nie mówcie, że nie ostrzegałam.
Każdego dnia słyszę coś nowego, coś, co przeczy wszystkiemu, co do tej pory powiedzieli. Komu wierzyć? Duszno. Pitcairneńczycy są jak wielopokoleniowa rodzina zmuszona żyć w przyciasnym mieszkaniu - knują i zwalczają się po cichu.***
Ocena: 4/5
Wydawnictwo Czarne
Rok wydania: 2013

*Sébastien-Roch Nicolas de Chamfort - "Charaktery i anegdoty"
** Maciej Wasielewski - "Jutro przypłynie królowa"
*** ibidem

piątek, 26 kwietnia 2013

Tomasz Stawiszyński - Potyczki z Freudem. Mity, pułapki i pokusy psychoterapii

Zanim przejdę do właściwej recenzji chciałabym, abyśmy wszyscy tu zebrani (a wiem, że nie jestem tu sama, bo podglądam co jakiś czas statystyki) przyjrzeli się wydawnictwu, którego nakładem została wydana książka, o której za chwilę. Wydawnictwem jest carta blanca, a uważam, że przyjrzeć się warto, bo jak się coś dobrego w tym kraju dzieje to trzeba o tym mówić. 
Myślę, że wspomniane wydawnictwo cały czas kojarzy się wielu ludziom głównie z mapami i przewodnikami, a szkoda, bo dużo się zmieniło i carta blanca skupia się teraz na wydawaniu szeroko pojętej literatury faktu, książek podróżniczych i literatury popularnonaukowej. Z tego ostatniego szczególnie się cieszę, bo wydaje mi się, że nie jest to gatunek, który w świecie wydawniczym uważany jest za gwarant sukcesu, prędzej za strzał w kolano. Żeby jeszcze pogorszyć swoją sytuację carta blanca wydaje sporo polskich autorów, często, o zgrozo, debiutujących! Wydawałoby się, że z przestrzelonymi kolanami za daleko zajść nie można, ale jak widać wydawnictwa, o którym piszę, to nie rusza; co więcej taka polityka przynosi efekty. Wystarczy spojrzeć na zeszłoroczne nominacje do nagrody Nike, wśród których znalazła się książka Pauliny Wilk Lalki w ogniu.

Kolejna rzecz, która mnie cieszy to, że po latach smutnych okładek książek popularnonaukowych, do których przyzwyczaił nas Prószyński czy Państwowy Instytut Wydawniczy, pojawiła się kolorowa seria Pytajniki. Wszystkie okładki w serii mają inne kolory, ale każdy jest bardzo jaskrawy, przez co wygląd serii jest spójny, a książki należące do niej łatwo rozpoznać. A przy okazji wydaje mi się, że poza typowym czytelnikiem książek popularnonaukowych może przyciągnąć kogoś jeszcze, kogo dotąd takie tytuły nie interesowały, lub kto się ich bał. 


Książka o której będę dziś pisać ukazała się właśnie we wspomnianej serii Pytajniki. Autor - Tomasz Stawiszyński jest filozofem i publicystą. Jego teksty można czytać w Newseeku, a ostatnio natykam się na nie też coraz częściej w Dzienniku Opinii.
Potyczki z Freudem to zbiór esejów, które wywołały spore kontrowersje. Jedni dziękują panu Stawiszyńskiemu, za otwarcie oczu, inni się obruszają, bo może i książka nie najgorsza, ale co do tego ma Freud, a jest jeszcze grupa czytelników, której psychoterapia bardzo pomogła więc nie zgadzają się z tezami stawianymi przez autora.
Ja należę do tej pierwszej grupy, której książka otworzyła oczy (nie były zupełnie zamknięte, ale trochę przymrużone), chociaż też nie ze wszystkimi tezami stawianymi przez autora się zgadzam. Mam jednak wrażenie, że ambicją autora nie było to, aby wszyscy mu zgodnie od pierwszej strony przyklasnęli i tak klaskali, aż do strony ostatniej, niczym na koncercie Rubika, ale raczej, aby otworzyła się jakaś furtka do dyskusji.

Książka jest podzielona na pięć części, z których każda mówi o wolności; i tak mamy: wolność od dzieciństwa, od doskonałości, od zdrowia, od szczęścia i od... wolności. 
Najwięcej kontrowersji budzi chyba ten pierwszy rozdział. Tu Stawiszyński rozprawia się z mitem mówiącym o tym, że na kształtowanie naszej osobowości największy wpływ mają nasze relacje z rodzicami.
Coraz więcej badań wskazuje, że doświadczenia z dzieciństwa, a zwłaszcza relacje pomiędzy dzieckiem a rodzicami, nie odgrywają istotnej roli w kształtowaniu się osobowości. Nie odgrywają, bo za wszystko - zdaniem takich tuzów, jak Judith Harris albo Steven Pinker - odpowiada mikstura złożona z genów oraz tego, czego uczymy się nie od mamy i taty, ale od rówieśników.*

Tu na pewno zabrakło mi przypisów. Chciałabym dokładnie wiedzieć, które to badania, prześledzić ich metodologię i przeczytać jakie dokładnie wysunięto wnioski. W powyższym cytacie autor stwierdza, że zarówno genetyka jak i środowisko mają znaczenie, ale jeśli chodzi o środowisko, to tylko to rówieśnicze, bo to rodzinne nie ma znaczenia żadnego. A we mnie się coś buntuje, bo z jednej strony zgadzam się, że rola wychowania jest stanowczo przeceniana, ale nie uważam, aby nie miała żadnego znaczenia. Wydaje mi się to bardzo trudne do zbadania, bo ciężko tu o kontrolowane warunki laboratoryjne, w których można by prześledzić takie zmiany. Oczywiście badając rozdzielone tuż po urodzeniu bliźnięta jednojajowe, w jakiś sposób do kontrolowanych warunków się zbliżamy, ale nadal jesteśmy bardzo daleko.
Liczą się geny - to pokazują wspomniane wyżej eksperymenty badające cechy rozdzielonych niedługo po urodzeniu bliźniąt jednojajowych. Oraz kontakty z rówieśnikami. To właśnie do rówieśników - twierdziła Harris - dzieci starają się upodobnić znacznie bardziej niż do rodziców.
No dobrze, mówimy o upodobnieniu. Rzeczywiście nie wiem czy znam kogokolwiek kto by próbował się upodobnić do swoich rodziców. Znam za to dużo ludzi, którzy za wszelką cenę próbują się przed tym uchronić. I moim zdaniem w ten sposób wychowanie paradoksalnie wpływa na naszą osobowość, co prawda zupełnie inaczej niż chcą tego nasi rodzice (dowody anegdotyczne, wiem).

Cieszę się, że autor zwraca uwagę na to, że może zbyt dużą rolę przypisujemy w naszym życiu doświadczeniom z dzieciństwa, ale nie zgadzam się na aż tak radykalne postawienie tezy. O ile w kolejnych rozdziałach miałam, o czym już napisałam, wrażenie, że autor otwiera furtkę dyskusji, o tyle w tej części wydawało mi się, że furtka owszem się otwiera, ale kiedy już jesteśmy po drugiej stronie, z łoskotem za nami zamyka.

Pozostałe rozdziały są bardzo ciekawą polemiką z utrwalonymi w naszej kulturze psychologicznymi przesądami. Myślę, że autor bardziej niż z psychologią akademicką polemizuje z tą domorosłą psychologią spod znaku Paulo Coelho i kolorowych pism dla przebojowych pań, gdzie nasze myśli mają moc sprawczą, pozytywne myślenie może wszystko zmienić, a jeśli umawiamy się ze starszym od nas mężczyzną, to pewnie dlatego, że nie zaznałyśmy wystarczająco miłości od swojego ojca.
Dajemy się etykietować gazetowym testom osobowości albo arbitralnie skonstruowanym ankietom, które - nie na podstawie wiedzy, ale ideologii - stygmatyzują nas lekką ręką jako ofiary "rozbitych rodzin" albo "toksycznych rodziców". W najgorszym zaś razie zaczynamy wierzyć, że jeśli kupimy puszkę jednego z najpopularniejszych napojów świata, będzie to dowodziło naszego radykalnego nonkonformizmu.
Rzadko tak piszę, ale uważam że KAŻDY, absolutnie każdy, powinien przeczytać Potyczki z Freudem. Bo z psychologią jest tak jak z medycyną, dotyczy każdego z nas, więc każdy z nas w jakiś sposób się z nią w codziennym życiu spotyka, czy to chodząc na psychoterapię, czy rozwiązując w Cosmo psychotest Jakim typem flirciary jesteś?. I tak naprawdę książka Stawiszyńskiego niczego nam nie zabrania, pokazuje jedynie, że jest też inna droga i ostrzega przez pułapkami pop-psychologii, którą atakują nas media.
Cały czas wybór jednak należy do nas. Dla mnie ta książka była jak uchylenie okna w dusznym przedziale w pociągu. Niby nadal jadę, nic się nie zmieniło, ale czuć powiew wolności. Okno zawsze można zamknąć, ale dobrze wiedzieć, że klamka działa.

Dla tych którzy jeszcze nie są pewni, kawałek na spróbowanie: KLIK

Ocena: 4/5
Wydawnictwo: carta blanca
Rok wydania: 2013

* Wszystkie cytaty pochodzą z książki Potyczki z Freudem

wtorek, 23 kwietnia 2013

Janion. Transe - traumy - transgresje. 1: Niedobre dziecię - rozmawia Kazimiera Szczuka

Na 80-lecie pani profesor jej dawni uczniowie przygotowują specjalną księgę. Na początku księgi będzie drzewo genealogiczne Marii Janion: z grubego pnia wyrośnie czterdzieści gałęzi nazwanych nazwiskami doktorantów pani profesor. Z gałęzi rozwiną się listki, oznaczające jej czterystu magistrantów, i kolejne odgałęzienia zbierające doktorantów, których dochowali się jej dawni studenci. Koronę wielkiego drzewa tworzyć będzie tysiąc osób.*
Nakładem Krytyki Politycznej wydana została pierwsza część wywiadu rzeki z Marią Janion. Przepytującą jest jeden z tych listków Janionowego drzewa, czyli jej była uczennica Kazimiera Szczuka.
Maria Janion jest bardzo ważną postacią dla polskiej nauki, jedną z najwybitniejszych badaczek romantyzmu, wspaniałym pedagogiem, a jednocześnie naukowcem, który nie zamyka się w akademickim getcie, przez co jest postacią znaną nie tylko literaturoznawcom.

Taką właśnie wielowymiarową Janion możemy znaleźć w książce Janion. Transe - traumy - transgresje. 1: Niedobre dziecię. Kazimiera Szczuka bardzo dba o porządek i chronologię, dlatego pierwszy tom rozpoczyna się wspomnieniami dzieciństwa w Wilnie, które później przechodzą w opowieści o dorastaniu naznaczonym traumą wojny, o trudnych latach powojennych i początkach kariery naukowej. W każdym momencie Janion towarzyszyły książki, od dzieciństwa pochłaniane w ogromnych ilościach.
To moje czytanie miało wyraźnie charakter transu narkotycznego, co może pomagało mi przetrwać okupację, prowadzić jakieś fantazmatyczne, równoległe życie. **
Wydaje się, że to równoległe życie dominowało nad tym codziennym. Już jako nastolatka zaczyna prowadzić dzienniki lektur, w których opisuje refleksje dotyczące przeczytanych książek. W końcu swoje życie zawodowe wiąże z literaturą, która już od dłuższego czasu przestawała być jedynie sposobem na odreagowanie (o ile w ogóle kiedykolwiek była jedynie tym), a stawała się sposobem na życie.
Stąd moje przywiązanie do literatury, do humanistyki. To jedyne dostępne nam laboratorium, w którym egzystencja może wyjść ze stanu niewyrażalności, zostać opisana, również w swoim traumatycznym wymiarze.
 Wywiad skupia się na przeszłości Marii Janion, ale pojawiają się w nim także komentarze i obserwacje dotyczące współczesności:
Jedną z rzeczy, które mnie wyjątkowo już denerwują, jest figura małego powstańca. To jest coś przerażającego. Dziecko przebrane za żołnierza z karabinem. Życie ludzkie, nie w postaci parę razy podzielonej komórki, ale w postaci prawdziwego dziecka, niespełna dziesięcioletniego, przestaje być najwyższą wartością, kiedy indoktrynujemy takie dziecko, nie ma na świecie nic wspanialszego niż udanie się na śmierć w powstaniu czy w ogóle gdziekolwiek na wojnie. Muzeum Powstania Warszawskiego takie rzeczy wyrabia z dziećmi, że śmierć całkowicie się dla nich odrealnia, staje się rodzajem wielkiej przygody. Tu konserwatyści mogą sobie podać ręce z producentami kultury masowej. Dotarcie do młodzieży i dzieci odbywa się właśnie za sprawą zamazania granicy między zabawą a traumatycznym doświadczeniem historycznym.
Trochę obawiałam się tej książki, bo nie lubię Kazimiery Szczuki, a agresywna retoryka jaką się posługuje zupełnie na pasowała mi do spokojnej i wyważonej Janion. Z drugiej strony była we mnie też taka niezdrowa ciekawość, jak to wyjdzie. Nie wyszło źle, ale nadal wolałabym, żeby to kto inny przeprowadzał ten wywiad. Szczuka bardzo sprawnie kieruje rozmową, tak, że układa się ona w spójną historię, ale niektóre jej pytania są mocno tendencyjne, tak jakby to kierowanie rozmową, nie dotyczyło jedynie porządku chronologicznego, ale także ideologicznego. A już mój zupełny sprzeciw budziła próba tabloidyzacji tej rozmowy i powtarzane pytanie o to kto był kochanką pani profesor.

Zamiast zakończenia będzie cytat, a odpowiedź na pytanie, czy warto Niedobre dziecię przeczytać, pozostawiam wam.
- Ta wiedza była przydatna? Tak szczerze, Pani Profesor?

- Jako znajomość historii literatury. Czy to jest przydatne. Niech pani sama sobie na to odpowie. Wiedza to wiedza. Dla mnie przydatna.

Ocena: 4/5
Wydawnictwo: Krytyka Polityczna
Rok wydania: 2012

* Misia Napoleon - Katarzyna Janowska; artykuł ukazał się w Polityce 4 listopada 2009
** Wszystkie pozostałe cytaty pochodzą z "Janion. Transe - traumy - transgresje. 1: Niedobre dziecię"

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Richard Dawkins - Najwspanialsze widowisko świata. Świadectwa ewolucji

Po przeczytaniu Najwspanialszego widowiska świata uznałam, że jest to książka trochę przegadana, a Dawkins niepotrzebnie się powtarza. Może coś takiego potrzebne jest w USA, gdzie co rusz ktoś wpada na pomysł, żeby w szkołach obok (albo lepiej, zamiast) teorii ewolucji, uczyć teorii inteligentnego projektu, ale oświeconego europejskiego czytelnika na pewno to znudzi. Autor trochę jak zrzędliwa babcia, powtarzająca ciągle, żeby myć rączki przed obiadem, powtarza co kilka stron, że ewolucjoniści nie twierdzą, iż przodkiem człowieka jest szympans, nie ma więc co czekać, na szympansicę, która urodzi ludzkie niemowlę. I tak samo jak w przypadku rozmowy z babcią, nie ma co liczyć na to, że jak się powie "wiem, wiem" to nie usłyszy się tego znowu. Babcia następnego dnia znów przypomni nam o zaletach mycia rąk, a Dawkins, za kilka stron znów przypomni, że szympans nie jest naszym przodkiem, jest raczej naszym bliskim kuzynem (jeśli już chcemy używać takich familijnych metafor).

Niestety, dziś trafiłam na krótki felieton, który uświadomił mi, że nie wszyscy myjemy rączki. Felieton, a w zasadzie to chyba bardziej komentarz prasowy, znalazłam w dziale Nauka Gazety Polskiej, w części poświęconej Odkryciom. Już sam tytuł jest bardzo obiecujący: To ja wolę pochodzić od labradora (link do artykułu). Napisany został przez panią Krystynę Grzybowską, która wychodząc od doniesienia o wynikach eksperymentu naukowego na pawianach, starała się napisać coś błyskotliwego i zgryźliwego na temat życia publicznego chyba, ale tego nie jestem pewna, bo moją uwagę przykuły fragmenty naukowe (co nie powinno dziwić, był to przecież dział noszący dumną nazwę Nauka).
Pani Krystyna donosi czytelnikom Gazety Polskiej:

Przeciętny badacz świata za pośrednictwem telewizji i internetu jest bombardowany odkryciami powalającymi z nóg. Ostatnio dowiedzieliśmy się, że małpy o nazwie pawiany są niezwykle inteligentne, bo odróżniają 6 (słownie: sześć) słów, które coś znaczą, od tych, które nic nie znaczą.

Po czym niezwykle błyskotliwie ów eksperyment komentuje, pisząc, że jej pies też rozpoznaje słowa, np. noga czy dostaniesz smakołyczka, a do tego wszystkiego jest śliczny, dużo piękniejszy od pawiana.

Pani Krystyna zapomina dodać, że w eksperymencie chodziło o język pisany, a nie mówiony. No, ale to małe niedopatrzenie, które jest niczym w porównaniu z tym co możemy przeczytać dalej:

Nie wiem, czy w związku z tak wysoką oceną inteligencji pawianów przestaliśmy już pochodzić od szympansów, które różnią się od ludzi tylko jednym genem. Widocznie jest to różnica zbyt wielka jak na małpy.

Kiedy zorientowałam się, że nie wszyscy po wyjściu z toalety myją ręce, miałam pewnie podobną minę jak po przeczytaniu tego zdania. Babcia miała rację i Richard Dawkins też miał rację.

Moi drodzy, myjcie rączki i czytajcie Najwspanialsze widowisko świata. Dla zdrowia!

Moja ocena: 4/5
Wydawnictwo: CiS
Rok wydania: 2010

wtorek, 2 kwietnia 2013

Sylwia Chutnik - Cwaniary

Ochota, Żoliborz, Bródno
Tak tu nudno, nudno.
Sadyba, Szmulki, Śródmieście
Kiedy to się skończy wreszcie?
Jelonki, Powiśle, Żerań
Chyba umieram, umieram.
Wola, Czerniaków, Okęcie
Jestem na zakręcie.

Warszawa i jej mieszkańcy są w niebezpieczeństwie i ktoś musi stanąć w ich obronie; mirowi społecznemu zagrażają obywatele o faszystowskich poglądach, panowie nie szanujący kobiet oraz chuligani zaśmiecający ulicę; z takimi walczyć najłatwiej, wystarczy dopaść w bramie, przyłożyć nóż do gardła, albo papierek, przed chwilą na ziemię rzucony, we wspomniane gardło wcisnąć.
Warszawie zagrażają jednak także nieuczciwi deweloperzy (ci uczciwi zresztą też). Rozrywają miejską tkankę oszklonymi biurowcami, zmiatają z powierzchni ziemi stare kamienice, a jeśli ich mieszkańcy protestują, to też mogą zostać zmieceni. Walka z takimi typami to już trudniejsza sprawa.
Na szczęście w mieście pojawiają się superbohaterki. Każdej z nich życie dało w kość, ale żadna nie zgodziła się na rolę biernej ofiary. Biorą sprawy w swoje ręce i postanawiają walczyć.

Sylwia Chutnik po raz kolejny udziela głosu ludziom wyrzuconym na margines, ale tym razem udziela im głosu w lekko tarantinowskim stylu. Podobnie jak w Bękartach wojny, role oprawców i ofiar zostają tu odwrócone. Do rąk bitych kobiet trafiają kastety; panowie niegrzecznie odzywający się do pań muszą uważać, bo w mieście pojawiła się feministyczna jednostka do zadań specjalnych. Następuje swoista zamiana ról, ofiary bezwzględnie rozprawiają się ze swoimi katami.

Cwaniary to powieść łotrzykowska pisana na opak. Ogromne wyczucie językowe autorki sprawia, że narracja z wulgarnej dosłowności gładko przechodzi w stylistykę miejskej poezji. Sylwia Chutnik bawiąc się konwencją, tworzy współczesną balladę o Warszawie, gdzie klasycznego warszawskiego cwaniaka zastępuje warszawska cwaniara, dla której jedynym prawem jest prawo ulicy. Pod płaszczykiem błahej opowiastki autorka mówi o tym co nas wkurza i co nas boli, oferując jednocześnie formę odreagowania: daje nam nadzieję, którą od lat w kulturze masowej są superbohaterowie. Przy tym wszystkim jednak, tak jak i w innych opowieściach o losach superbohaterów walczących ze złem i niesprawiedliwością, przebija się smutna myśl, że zła nie da się zwyciężyć. Bo zło zawsze będzie egzystować gdzieś obok dobra. Zło zawsze się odrodzi. A jednak, mimo wszystko Cwaniary przynoszą ulgę, bo skoro powstały, to znaczy, że dobra też nie da się wyeliminować i dobro też zawsze się odrodzi.

Praga, Targówek, Mokotów
Dość mam tych kłopotów!
Włochy, Ursus, Młociny
Pomszczą mnie dziewczyny*

Moja ocena: 4/5
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2012

* Wszystkie cytaty pochodzą z książki Cwaniary autorstwa Sylwii Chutnik