Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura francuska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura francuska. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 marca 2014

Victor Hugo - Człowiek śmiechu

Dawno, dawno temu, kiedy trawa była bardziej zielona, a termin działalność misyjna miał zupełnie inne znaczenie niż dziś, w TVP2 ukazał się półgodzinny reportaż o przygotowaniach do spektaklu Kuglarze i wisielcy, opartego na powieści Victora Hugo Człowiek śmiechu. Pomysłodawca i reżyser tego spektaklu - Krzysztof Zaleski, tłumacząc dlaczego wybrał właśnie tę powieść, powiedział:

Być może nawet nie jest to najwybitniejsza powieść Victora Hugo, ale jak ją czytałem wiele lat temu, to bardzo mi się spodobało, że jest w niej zawarta jakaś taka suma wiedzy o świecie: o jego prawdzie, racji, sprawiedliwości. [...] Taki może byłby cel naszego przedsięwzięcia. Nie po to, żeby kimś potrząsać (mówimy ci to, czego nie wiesz, pouczamy cię w imię czegoś), tylko być może w tobie, w nas wszystkich jest taka sfera emocji, myśli, cenzurowana właśnie przez to, że nie wypada się tak zachowywać, nie wypada pytać: a co to jest miłość? a co to jest nieszczęście? Tak jakoś jest. [...] Jesteśmy błaznami, nikt nas nie chce słuchać. Mówimy: prawda, miłość, sprawiedliwość, a inni mówią: przestań gadać te banały.
Victor Hugo
Spodobała mi się ta wypowiedź, bo dotyka sedna sprawy: dlaczego proza Hugo jest dziś nadal aktualna i dlaczego nadal porusza. Ale poza tym wyjaśnia też, dlaczego trochę niezręcznie jest mi o tym wszystkim pisać, a także dlaczego dziennikarce Barbarze Demick trochę niezręcznie było wydawać znów książkę, którą napisała prawie dwadzieścia lat temu, będąc młodą, naiwną reporterką:
Książka zatytułowana "Logavina Street" po raz pierwszy ukazała się w 1996 roku, rok po zakończeniu wojny. Po okresie spędzonym w Bośni opuściłam Europę Wschodnią, żeby pisać korespondencje z Bliskiego Wschodu, a później z Korei i Chin. Dziś jestem bardziej cyniczna i mniej mnie szokuje ludzkie cierpienie. Przygotowując książkę do drugiego wydania pod nowym tytułem "Besieged", wprowadziłam kilka poprawek redakcyjnych, żeby wygładzić styl, oparłam się jednak pokusie dokonania zmian w ustępach, które dzisiaj wydają mi się naiwne. Chciałam zachować niewinność tamtego czasu. W ten sposób opowieść jest bardziej autentyczna - czytelnik może przeżywać opisywane wydarzenia w ten sam sposób, w jaki ja przeżywałam je w latach dziewięćdziesiątych, podzielając oburzenie, które czułam jako początkująca korespondentka wojenna w Bośni.*
Bo cierpienie niewinnych ludzi, bieda i głód to sprawa owszem smutna, ale żeby się oburzać i pytać dlaczego, to już trochę infantylne.
I mimo że Victor Hugo żył w czasach, w których nie wszyscy zdążyli jeszcze podetrzeć sobie tyłek hasłem sprawiedliwości społecznej, to jakby coś przeczuwając stworzył bohatera, który cały czas próbuje swój romantyczny heroizm moralny ukryć pod maską cynizmu. Robi to jednak na tyle nieporadnie, abyśmy już od pierwszych stron nie mieli wątpliwości, że oto mamy do czynienia z podręcznikowym przykładem naiwniaka. Tym bohaterem jest Ursus: 
Ursus żywił nienawiść do rodzaju ludzkiego, nienawiść nieubłaganą. Rozumiał on jasno, że życie ludzkie jest rzeczą straszną, widział, że składa się ono tylko z nawarstwiających się klęsk: królowie są klęską dla ludu, wojna - klęską dla królów, zaraza gorsza jest od wojny, głód od zarazy, a głupota najgorsza jest ze wszystkiego; stwierdził, że kara mieści się w pewnej mierze już w samym fakcie istnienia, śmierć uważał za wyzwolenie od niedoli, kiedyś zaś przyprowadzano mu chorego, leczył go. Znał on tajemnice kordiałów i napoi przedłużających życie starcom. Uzdrawiał paralityków rzucając im na pożegnanie takie oto sarkastyczne słowa: "No, stanąłeś już na nogi. A żebyś jak najdłużej chodził po tym padole łez!" Kiedy napotykał przymierającego głodem biedaka, dawał mu wszystkie grosze, jakie miał, poburkując przy tym: "Żyj, nieszczęsny, jedz. Trwaj długo. Już ja tam nie będę skracał twoich męczarni."
Z tej właśnie nienawiści do ludzi, pewnego dnia przygarnął do swojej budy na kółkach dwie zbłąkane sieroty: niewidomą Deę oraz tytułowego człowieka śmiechu Gwynplaine'a.
Twarz Gwynplaine'a była niczym maska komiczna, na zawsze zastygła w niemym śmiechu. Za ten stan rzeczy odpowiedzialni byli Comprachicos - włóczędzy trudniący się handlem dziećmi i przerabianiem ich na potworki, aby te mogły później dostarczać ludziom radości. Lud żądny jest zabawy i śmiechu; królowie również. Na jarmarku potrzebny jest sztukmistrz; w pałacu potrzebny jest błazen. 

Conrad Veidt odgrywający rolę Gwynplaine'a w niemym filmie The Man Who Laughs z 1928 roku. Najprawdopodobniej to on był inspiracją do stworzenia postaci Jokera.

Akcja tej wielowątkowej powieści rozgrywa się w Anglii pod koniec XVII i na początku XVIII wieku. Fragmenty poświęcone trójce głównych bohaterów (i zupełnie nieciekawemu, jak to często bywa w powieściach romantycznych, wątkowi miłosnemu) przeplatają się z opisami intryg dworskich oraz zawirowań politycznych. Narracja jest niespieszna, przerywana wieloma dygresjami, które pojawiają się zazwyczaj w momencie największego napięcia, gdy wszystko właśnie ma się wyjaśnić. Głównych bohaterów poznajemy gdy są na dnie i jako że jest to powieść Victora Hugo, a nie Dom nad rozlewiskiem, możemy spodziewać się, że będzie tylko gorzej. Z całej gmatwaniny wątków i postaci, na pierwszy plan wychodzi w końcu to o czym Hugo pisał przez większość swojego życia, czyli niesprawiedliwość społeczna: dramat ciemiężonego ludu i dostatek, w który opływa uprzywilejowana klasa wyższa.
I dla takich właśnie banałów czytam Victora Hugo oraz powieści, w których narratorami są dzieci.

Znowu i tak jak zawsze, 
co widać powyżej,
nie ma pytań pilniejszych
od pytań naiwnych.**


Ocena: 5/5
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Rok wydania: 1953
Tłumaczenie: Hanna Szumańska-Grossowa

* Barbara Demick - W oblężeniu, tłum. Hanna Pustuła-Lewicka
** Fragment wiersza Schyłek wieku autorstwa Wisławy Szymborskiej

piątek, 31 stycznia 2014

Śniadanie na Montmartre - Faïza Guène

Bohaterką powieści i zarazem jej narratorką jest 15-letnia muzułmanka mieszkająca we Francji. Doria patrzy z humorem na swoje życie, choć jest ono mało zabawne.*

Będę z wami zupełnie szczera, kupiłam tę książkę z dwóch powodów: po pierwsze kosztowała 5 złotych, po drugie miałam nadzieję, że będzie trochę podobna do Życia przed sobą. Chociaż podświadomie wiedziałam, że jeśli się okaże podobna, to wcale nie będzie dobrze, ale nie o to chodzi w kompulsywnych zakupach w dyskontach książkowych, żeby się po dwa razy zastanawiać nad każdą książką.
Rzeczywiście książka jest dosyć podobna do Życia przed sobą i to wcale nie jest dobrze, bo nie wytrzymuje tego porównania. Wiele wątków nie jest rozbudowanych, książka jest króciutka (co wydawnictwo Videograf II bardzo starało się ukryć, powiększając litery tak, że da się ją czytać przez ramię komuś stojącemu na drugim końcu wagonu, do tego po większości małych podrozdziałów następuje pusta strona - dzięki temu udało się wyciągnąć z tej powieści 163 strony, ale powinno to być znacznie mniej).
Historia przedstawiona w książce jak i sama jej autorka na pewno mają potencjał. Faïza Guène umie pisać i prowadzić narrację, co do tego nie ma wątpliwości, ma lekki styl i poczucie humoru, co prawda styl ten trochę za bardzo przypomina Romaina Gary'ego (ale patrząc na to, że autorka miała 19 lat, kiedy jej książka została wydana, myślę, że można to zrzucić na karb młodości i wybaczyć trochę zbyt mocne inspirowanie się twórczością innego artysty). Ta książka powinna być znacznie dłuższa i bardziej rozbudowana. W takiej formie w jakiej została wydana wygląda raczej jak szkic powieści: od poznania bohaterki i jej problemów do jej przemiany i happy endu mija trochę za mało czasu, wszystko dzieje się jak w streszczeniu wydawnictwa Greg. A wrażenia, że czytamy streszczenie wydawnictwa Greg, dopełnia tłumacz, który traktuje czytelników jak idiotów i na wszelki wypadek wszystko im tłumaczy, jak np. w tym wypadku:
"Podczas festynu natknęłam się na Hamoudiego. Kiedy podeszłam się z nim przywitać, zauważyłam, że jest z dziewczyną. Uśmiechnęłam się do niej uprzejmie, tak jakbym była szczerze zadowolona, że ją spotkałam, podczas gdy w rzeczywistości wręcz przeciwnie.
[...]
- Doria, tego... przedstawiam ci Karine... no więc... Karine, to jest Doria...
[...]
- Cześć Karim...* "

* I tu pojawia się przypis tłumacza: Komizm sytuacji polega na tym, że Karim to arabskie imię męskie. Myślę, że czytelnicy poradziliby sobie bez tego komentarza, ale nawet jeśli ktoś w to wątpił, to można było chociaż ograniczyć się do: arabskie imię męskie
Tłumacz wyjaśniający mi, że oto mamy do czynienia z sytuacją o charakterze komicznym, jest jak irytujące nagrania reakcji widowni w sitcomach, które pokazują średnio rozgarniętym telewidzom, kiedy należy się śmiać. I na tym właśnie polega komizm tego przypisu.

Jeśli jesteśmy już przy tłumaczu, to nie wiem też jak od oryginalnego tytułu Kiffe kiffe demain doszedł do Śniadania na Montmartre, chociaż może był to pomysł wydawnictwa, bo pierwsze wydanie wyszło pod bardziej adekwatnym tytułem Pokochać jutro.   
Za to nie wiem co myśleli sobie ludzie, którzy projektowali do tego pierwszego wydania okładkę. Jest to książka o 15-letniej muzułmance, która żyje na skraju ubóstwa na przedmieściach Paryża, razem ze swoją niepiśmienną matką. Świetnie, dajmy więc na okładce panią pijącą kawkę na balkonie i napiszmy, że to Bridget Jones arabskich przedmieść Paryża.


Wracając jednak do tłumacza, to nie mogę mieć pewności, ponieważ nigdy nie uczyłam się francuskiego i nie mogę porównać tekstu z oryginałem, a jedynie z angielskim tłumaczeniem, ale dosyć często coś  mi nie grało. Tak jak np. tu:

Wytłumaczyła mi też, że okres jest dopiero początkiem procesu, że z powodu rośnięcia sutków będę miała bóle w piersiach i na pewno pryszcze na twarzy. No! A czemu nie tłuste włosy, zupełnie elastyczne ciało i zgaszone oczy jak wszystkie nastolatki? Zanim skoczę z okna mojego komunalnego mieszkania!

Ręka do góry, kto rozumie o co tu chodzi. Tłuste włosy nie są fajne, ale elastyczne ciało już chyba tak. I o co chodzi z tym zanim skoczę z okna mojego komunalnego mieszkania?
W angielskiej wersji to wszystko ma już więcej sensu:

And then she explained how periods are only the beginning, I'm going to get chest pains because of my breasts growing, and I'll definitely get zits on my face too. Nice. Why not greasy hair, a gawky body, and glassy eyes like every other teenager? I'd rather throw myself out the window of my low-income housing.


Podsumowując, myślę że Faïza Guène jest obiecującą autorką i jeśli kiedyś traficie gdzieś na jakąś inną jej książkę, to warto dać jej szansę.

Przekład: Stanisław Rościcki
Wydawnictwo: Videograf II
Rok wydania: 2010

* Opis z okładki

czwartek, 22 sierpnia 2013

Maciej Zaremba Bielawski - Higieniści. Z dziejów eugeniki & Grégoire Chamayou - Podłe ciała. Eksperymenty na ludziach w XVIII i XIX wieku

Jakiś czas temu przeczytałam artykuł o grupie aktywistów, która uwolniła z hodowli psy przeznaczone do badań laboratoryjnych. Następnie postanowiłam na chwilę zatopić się w odmętach absurdu czytając co na ten temat mają do powiedzenia czytelnicy portalu Wirtualna Polska. Większość komentujących zżymała się na bezdusznych "makaroniarzy". Bo niby kraj katolicki, a takie rzeczy wyprawiają (jak wiadomo eksperymentowanie na zwierzętach jest autorskim pomysłem bezdusznych Włochów i poza granicami kraju w kształcie buta, coś takiego nie ma miejsca). Wśród komentujących pojawili się jednak też pragmatycy, którzy zamiast narzekać na nikczemnych Włochów zaproponowali gotowe rozwiązanie problemu. Rozwiązanie ekonomiczne, a nawet ekologiczne, bo noszące pewne znamiona recyclingu, wykorzystującego to co inni wyrzuciliby na śmietnik.

Pierwsza z pomysłem naprawy świata wychodzi użytkowniczka o nicku Ataxia:
Dlaczego nikt nie wpadnie na pomysł żeby testować leki na pedofilach i seryjnych mordercach? Byłyby z tego same korzyści: 1. byłoby wiadomo na 100% czy lek zaszkodzi czy pomoże człowiekowi, bo zwierzęta czasami mogą inaczej reagować na lek niż człowiek 2. nie musielibyśmy męczyć zwierząt 3. te dupki zamiast gnić w więzieniach za nasze podatki przydaliby się w końcu na coś. 4. Mniejsze koszty. 
Kolejnym pomysłowym Dobromirem był użytkownik GrzesiX, który rozszerzył nieco grupę bandziorów, na której należałoby przeprowadzać eksperymenty:
wszelkie kanalie osadzone na 10 i więcej lat. od razu zwolniło by sie ile miejsca w wiezieniach. a i jakby sie zwyrolskie bydleta przysłużyły ludzkości ? (zachowana oryginalna pisownia)
W czym wtórują mu użytkownicy wojt@n i Ania przypominając, że ludzie tacy nie przedstawiają żadnej wartości, są zakałą ludzkości, w przeciwieństwie do tych psów, które mają o niebo większą wartość od nich; niech odpokutuja a nie zarcie za darmo nocleg gratis itp maja lepiej niz bezdomni a sa nic nie warci.
Najbardziej zawiedziony kondycją ludzkości był jednak użytkownik Nikt, który także zasugerował testowanie leków na ludziach, ale rozszerzył grupę, która miałaby być objęta takim programem na połowę ludzkości, ponieważ jest nas za dużo na świecie, a po drugie połowa ludzkości itaknie zasluguje na zycie...

Pomysły rzeczywiście świetne, ale czy innowacyjne...?
Z pomocą jak zwykle przychodzi lektura. Jako pierwszą polecam książkę Higieniści. Z dziejów eugeniki Macieja Zaremby Bielawskiego, która powinna przypaść do gustu szczególnie użytkownikowi o nicku Nikt. Będzie o początkach eugeniki (występującej także pod nazwą higiena rasy), o ludziach, którzy też uważali, że połowa ludzkości nie zasługuje na życie i o tym jak sobie z tym radzono w różnych krajach. Okaże się, że projekt sterylizowania ludzi niewartościowych, wcale nie był autorskim pomysłem smutnych panów z NSDAP. Ci jedynie zainspirowali się ideą, która powstała trochę wcześniej w głowach innych panów, równie smutnych, bo zatroskanych losami naszego gatunku, ale także (jeśli nie przede wszystkim) sytuacją materialną swoich krajów. Oni też zauważyli, że coraz więcej jest ludzi niewartościowych na których pracować musi ta ciągle zmniejszająca się garstka wartościowych.
Higieniści. Z dziejów eugeniki - Maciej Zaremba BielawskiKoniec XIX wieku był czasem ogromnego zainteresowania  teorią Darwina (poza Francuzami, którym cały czas bardziej podobała się teoria ich krajana Lamarcka, mówiąca o dziedziczeniu cech nabytych), w głowach zatroskanych losem swojej ojczyzny, szybko zrodziła się więc myśl, że aby uzdrowić naród trzeba myśleć bardziej przyszłościowo. Resocjalizacja to myślenie krótkowzroczne. Owszem można przywrócić społeczeństwu bandytę albo kobietę lekkich obyczajów (chociaż myślę, że mało kto w to wierzył), ale co z tego jeśli zgnilizna moralna jest cechą dziedziczną (a o tym wielu było przekonanych) i potomstwo takich ludzi nadal będzie ją w sobie nosić? Stąd właśnie pojawił się pomysł eugeniki pozytywnej, obejmującej nakłanianie wartościowych jednostek do kojarzenia się ze sobą i reprodukcji, oraz eugenika negatywna, mająca na celu wybijanie z głów tego samego jednostkom niewartościowym.

No dobrze, powie Ataxia, ale to nadal nie rozwiązuje problemu tych, którzy zdążyli się już urodzić i są społeczeństwu zupełnie nieprzydatni, co z moim pomysłem?
Droga Ataxio, oczywiście nie zapomniałam o tobie i dla ciebie także mam stosowną lekturę. Zastanawiasz się dlaczego nikt jeszcze nie wpadł na pomysł, aby eksperymenty medyczne przeprowadzać na więźniach. Pozwolę sobie zachować się teraz jak Szwejk i zacząć od anegdoty. Moja mama jeżdżąc samochodem zauważyła, że prowadzenie w butach na nawet niewielkim obcasie negatywnie wpływa na tenże obcas. Z początkowej frustracji zrodziło się w końcu (tak jak i u ciebie Ataxio) rozwiązanie problemu. Ochraniacz na obcas! Dlaczego nikt wcześniej na to nie wpadł - wykrzyknęła mama. Przyznam, że przez chwilę wyobrażałyśmy sobie jak zostajemy potentatami na rynku samochodowych ochraniaczy na obcasy. Dlatego też tym większy był nasz zawód, gdy odkryłyśmy, że ktoś już jednak na nasz pomysł wpadł i że ochraniacze na obcasy można spokojnie kupić przez internet.
Nie chcę oczywiście, droga Ataxio, podcinać ci skrzydeł, ale sugeruję jednak, abyś pomna mojego i mamy przypadku, zawsze zanim wykrzykniesz "dlaczego nikt na to jeszcze nie wpadł?" sprawdziła czy rzeczywiście tak jest.
I tak szukając odpowiedzi na swoje pytanie dotyczące eksperymentowania na więźniach łatwo powinnaś trafić na wiele tropów, które zaprowadzą cię w różne strony świata: do USA (więzienie federalne w Terre Haute), do Gwatemali, ale także bliżej nas do Oświęcimia, gdzie poznasz doktora Mengele. A w końcu jeśli będziesz dobrze szukać dotrzesz także do książki, którą chciałabym ci polecić, czyli do Podłych ciał Grégoire'a Chamayou.
Podłe ciała. Eksperymenty na ludziach w XVIII i XIX wieku opowiada o ludziach, którzy przysłużyli się postępowi medycznemu, a o których nadal mówi się zdumiewająco mało, czyli o ludziach na których w XVIII i XIX wieku przeprowadzano eksperymenty medyczne. Ci ludzie to właśnie tytułowe Podłe ciała, margines społeczny, ludzie mniej wartościowi, tacy, którzy w oczach społeczeństwa mogli mieć do spłacenia jakiś dług, a więc: więźniowie, skazani na śmierć, niewolnicy, ale także umysłowo chorzy, pacjenci szpitali, prostytutki czy sieroty. Chamayou z ogromnym poświęceniem przekopuje się przez ogrom książek i dokumentów (sama bibliografia zajmuje w Podłych ciałach 30 stron, kolejne 60 to przypisy), dzięki czemu otrzymujemy bardzo wyczerpujący obraz epoki ogromnego wyzysku w imię badań biomedycznych.
Podłe ciała - Gregoire Chamayou
Autor skupia się na XVIII i XIX wieku tłumacząc we wstępie, że o wieku XX pisano już bardzo dużo w związku z procesami norymberskimi. Sam swoją historię kończy na początku XX wieku, kiedy to w 1905 roku Bongrand wezwał we Francji do oparcia eksperymentów na umowie między eksperymentującym a podmiotem eksperymentu, uznając porozumienie pomiędzy nimi za istotę ich relacji.*
Oczywiście zawsze trzeba się w którymś momencie zatrzymać, ale takie postawienie sprawy przez autora sugeruje (szczególnie czytelnikowi niezaznajomionemu z tą tematyką), że w XX wieku poza sprawą eksperymentów w obozach koncentracyjnych, przypadki podobne do tych opisywanych w książce nie miały już miejsca. To oczywiście nie jest prawda i uważam, że XX wiekowi też należałaby się podobna książka, w której co smutne, doktor Mengele byłby tylko jednym z wielu bohaterów.
Książka Grégoire'a Chamayou jest bardzo dobrą i bardzo ważną pozycją, ale mimo wszystkich swoich zalet wydaje mi się, że przez brak końcowych wniosków, może pozostawić czytelnika lekko zdezorientowanego. Nie wiadomo którędy iść dalej i czy jest coś dalej, czy to może koniec historii podłych ciał. Takie wyrwanie z kontekstu, sprawia, że historia opowiadana przez Chamayou wydaje się jedynie ciekawostką historyczną, czymś co już dawno jest za nami. Dopiero spojrzenie na nią przez pryzmat wydarzeń z XX i XXI wieku nadaje jej odpowiednią wagę.
Dlatego pełna podziwu dla pracy pana Chamayou, postanowiłam dopisać dalszą część tej historii. Oczywiście to co napiszę w żaden sposób nie mogłoby konkurować z tym co napisał Chamayou, bo i nie mam wcale takich ambicji, moim celem jest raczej rozbudzenie waszej ciekawości i wskazanie pewnego tropu przy dalszych poszukiwaniach. Dlatego skupię się głównie na jednej chorobie i jednym kraju. Ale to już w następnej notce.

Higieniści. Z dziejów eugeniki Maciej Zaremba Bielawski
Ocena: 5/5
Wydawnictwo: Czarne
Tłumaczenie: Wojciech Chudoba
Rok wydania: 2011

Podłe ciała. Eksperymenty na ludziach w XVIII i XIX wieku Grégoire Chamayou
Ocena: 4/5
Wydawnictwo: słowo/obraz terytoria
Tłumaczenie: Jadwiga Bodzińska i Katarzyna Thiel-Jańczuk
Rok wydania: 2012

* Grégoire Chamayou, Podłe ciała. Eksperymenty na ludziach w XVIII i XIX wieku, tłum. Jadwiga Bodzińska, Katarzyna Thiel-Jańczuk

piątek, 2 sierpnia 2013

Emmanuel Carrère - Wąsy

Wakacje to okres, kiedy z lubością oddajemy się rozleniwieniu zarówno fizycznemu jak i umysłowemu. Na plażach królują książki niewymagające intelektualnego zaangażowania. Zdarzają się oczywiście tacy, którzy próbują nie dać się tej plażowej degrengoladzie, taszcząc w plecionej torbie opasłe tomy rozważań filozoficznych. Jeśli jednak chwila nieuwagi spowodowała, że wpadliście już w pułapkę sezonu ogórkowego, a wasze mózgi zaczęły delikatnie rozmiękać, jest jeszcze szansa na odwrócenie tej sytuacji, musimy jednak posunąć się do małego podstępu. Do wykonania planu potrzebna będzie nam książka „Wąsy” Emmanuela Carrère.
Układamy się wygodnie na plaży i zaczynamy czytać.

Historia mężczyzny, który pewnego dnia zgolił noszone od lat wąsy i nie dość, że nikt tego nie zauważył, to wszyscy starają się mu wmówić, że wąsów nigdy nie miał. Cóż za absurd! Jeśli w literaturze występowałby sezon ogórkowy to wyglądałby właśnie tak. No, ale trzeba przyznać, że czyta się bardzo przyjemnie, a historia faceta, który zgolił wąsy zaczyna nas wciągać.
Przewracamy się na plecy, opalamy brzuch i czytamy dalej tę zabawną opowiastkę. Ale w pewnym momencie uśmiech schodzi nam z twarzy. To, co przed chwilą wydawało nam się oczywiste już takie nie jest; nie wiemy co jest prawdą i czy w ogóle istnieje coś takiego jak prawda, czujemy, że razem z bohaterem popadamy w paranoję, zanurzamy się w odmętach szaleństwa. A może to nie główny bohater zwariował, może to wszyscy dookoła są obłąkani?
Czujemy się lekko oszukani, bo przecież miało być śmiesznie i przede wszystkim intelektualnie niezobowiązująco, ale nie możemy już przerwać. Nasz mózg powoli wyrywa się z letniego otępienia, czy tego chcemy czy nie. Procesu nie da się zatrzymać.

Efekt pobudzenia intelektualnego utrzymuje się nawet do miesiąca. Może mu towarzyszyć wzmożone łaknienie treści bardziej wymagających. U co wrażliwszych mogą wystąpić: niemożność zaznania spokoju oraz urojenia paranoiczne. W razie gdyby nie ustąpiły po pięciu dniach należy skonsultować się lekarzem lub farmaceutą.
Gratuluję, teraz jesteście już gotowi na opasłe tomy rozważań filozoficznych. Pamiętajcie o kremie z filtrem UV!

Ocena: 5/5
Wydawnictwo Literackie
Tłumacz: Magdalena Kamińska - Maurugeon
Rok wydania: 2013

czwartek, 13 września 2012

Émile Ajar (Romain Gary) - Życie przed sobą

Głównymi bohaterami powieści Romaina Gary'ego (ukrywającego się pod pseudonimem Émile Ajar*) są pani Roza - stara Żydówka i emerytowana prostytutka oraz jeden z jej wychowanków - muzułmański chłopiec Mohammed, który woli, żeby go nazywać Momo.
Pani Roza czasy świetności ma już za sobą, męczy ją nadmiar kilogramów, wciąż wypadające włosy oraz wspomnienia z czasów wojny. Momo natomiast ma całe życie przed sobą, ale nie wie za to ile życia ma już za sobą, bo nikt nie potrafi powiedzieć ile dokładnie ma lat. Jest jednym z wielu wychowanków pani Rozy, która odchodząc z najstarszego zawodu świata, założyła ochronkę dla dzieci swoich byłych koleżanek po fachu.

Momo większość czasu spędza na ulicach paryskiej dzielnicy imigrantów - Belleville, za najbliższych znajomych mając przedstawicieli imigracyjnych nizin społecznych. Momo nie ma najlepszego zdania o prawach natury, "bo to nieprawda, że w naturze wszystko jest dobrze urządzone. Natura robi byle co i byle komu, czasem nawet sama nie wie, co robi, raz stworzy kwiaty i ptaki, a kiedy indziej starą Żydówkę na szóstym piętrze, która nie może już zejść na dół". Z prawami natury na bakier jest także sąsiadka pani Rozy i Moma - pani Lola, która byłaby najwspanialszą matką na świecie, gdyby nie to, że urodziła się mężczyzną. Ten były senegalski bokser, a obecnie transwestyta, sprzedająca swoje wdzięki w Lasku Bulońskim, nigdy matką nie zostanie i to tylko potwierdza jak źle wszystko jest urządzone.

Gdy poznajemy małego Mohammeda, świat, który dotąd znał powoli się rozpada. Jedyna stała rzecz w jego życiu - pani Roza, z dnia na dzień coraz bardziej podupada na zdrowiu, a dla niego całe życie, które ma przed sobą, wcale nie wygląda jak obietnica czegoś dobrego. Jest dzieckiem ulicy, które życie zdążyło zawieść, zanim tak naprawdę się rozpoczęło. Momo nie zamierza dawać niczego od siebie, ale też niczego już nie oczekuje.
 "Znam facetów w mojej sytuacji, którzy się szarpią siedząc w gównie po uszy, ale ja nie będę życiu dupy lizał, żeby być szczęśliwy. Nie będę go sobie upiększał, mam je gdzieś. Nie jesteśmy sobie nic winni."
Tym bardziej wzruszające jest bezinteresowne oddanie z jakim opiekuje się schorowaną panią Rozą, sprowadzając do niej pana Walumbę, który bębnami próbuje odgonić od niej złe duchy, czy panią Lolę, która próbuje tego samego przy użyciu płyt z muzyką pop.

Nic jednak nie jest w stanie odegnać złego ducha, którym w powieści Gary'ego jest starość. Starość jako stan, kiedy człowiek coraz bardziej traci kontakt ze światem, a świat wcale tego kontaktu nie próbuje odnowić. Ten wątek staje się jeszcze bardziej poruszający, gdy zna się biografię autora, który popełnił samobójstwo w wieku sześćdziesięciu sześciu lat.

"Życie przed sobą" poleciła mi na targach książki pani z wydawnictwa Cyklady mówiąc, że nie można żyć nie przeczytawszy tej książki. Jest to drugie polskie wydanie, któremu wydawnictwo Cyklady zafundowało, poza nową szatą graficzną, także nowe, bardzo dobre tłumaczenie.
Opowieść będąca "hymnem na cześć miłości i człowieczeństwa", dochodzącym prosto z paryskiego rynsztoka, wymagała wielkiej wirtuozerii językowej nie tylko od autora, ale także od tłumacza (w tym przypadku dwóch osób) i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że zadanie zostało spełnione bezbłędnie. Język powieści jest jednocześnie wulgarny i poetycko subtelny, a sama powieść w tym samym czasie śmieszy i wzrusza.

I może da się żyć, nie przeczytawszy tej książki, ale co to za życie?


* Romain Gary pisał pod różnymi pseudonimami, jednym z których był Émile Ajar. W ten sposób chciał przechytrzyć niechętnych mu, od pewnego momentu jego kariery, krytyków. Mówi się, że niechęć krytyków wynikała z przekonań politycznych Gary'ego. Myślę, że udało mu się udowodnić, że polityczne sympatie nie wpływają na warsztat pisarza: jako jedyny otrzymał dwukrotnie literacką Nagrodę Goncourt (którą zgodnie z regulaminem można otrzymać tylko raz). Po raz pierwszy w 1956 za powieść Korzenie nieba (Les racines du ciel), a po raz drugi w 1975 właśnie za Życie przed sobą (La vie devant soi), wydaną już pod pseudonimem.

Ocena: 5/5
Wydawnictwo: Cyklady
Tłumaczenie: Krzysztof i Krystyna Pruscy
Rok wydania: 2005