Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Czarne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Czarne. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 kwietnia 2014

Scott Carney - Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci

Cierpienie zwierząt jest o wiele bardziej medialne niż cierpienie ludzi. Wystarczy spojrzeć na to, jakim zainteresowaniem cieszą się działania organizacji broniących praw zwierząt, a jakim działania organizacji broniących praw człowieka.
Wiadomo, zwierzęta nie mogą same bronić swoich praw, natomiast ludzie już tak. Rodząc się człowiekiem masz takie same szanse jak każdy inny człowiek, twoje życie należy tylko do ciebie, jesteś kowalem własnego losu i możesz być kim chcesz! Jeśli dzieje ci się krzywda, możesz zaprotestować i zostaniesz usłyszany. Jeśli więc mając tę całą gamę możliwości, mimo to wybierasz karierę surogatki w ośrodku matek zastępczych w Indiach albo łamiąc prawo (bo sprzedaż organów jest nielegalna) postanawiasz dorobić się na sprzedaży własnej nerki albo zajmujesz się sprzedażą swoich własnych komórek jajowych to co najwyżej możemy opowiedzieć o twoim przypadku w trakcie wykładu pt. "Strategie zawodowe które doprowadzą cię donikąd".
Właśnie o tych przegrańcach, którzy nie mają żadnego innego pomysłu na wspięcie się na kolejny szczebel drabiny społecznej, jak tylko wysyłanie tam siebie po kawałeczku (a to nerka przeszczepiana bogatemu Amerykaninowi, a to komórka jajowa dla jego żony) jest książka Scotta Carneya.

Historie opisujące kradzieże kości z grobów, handel nerkami czy porywanie ludzi dla krwi, w świadomości większości z nas funkcjonują gdzieś w odległym świecie miejskich legend i historii z dreszczykiem, które opowiadaliśmy sobie wieczorem na koloniach. Dlatego nawet mimo tego, że Scott Carney posługuje się bardzo rzeczowym językiem, nie próbuje grać na naszych emocjach ani nęcić nas tanią sensacją, zajmuje chwilę, aby zrozumieć, że kiedy skończymy czytać nie będziemy mogli zamknąć Czerwonego rynku i z westchnieniem ulgi powiedzieć: dobrze, że takie rzeczy nie dzieją się naprawdę. Nie możemy nawet pocieszać się tym, że historie opisane przez Carneya to jakieś pojedyncze przypadki. To co opisuje autor to ogromny świetnie prosperujący rynek, a popyt na produkty oferowane przez ten rynek będzie cały czas wzrastał. Części ciała to kolejne bogactwo naturalne globalnego Południa, które bez zahamowań eksploatujemy.

Zażarty przeciwnik transplantologii - filozof Bogusław Wolniewicz - nazywa przeszczepianie organów medycznym kanibalizmem. Nie podzielam podejścia prof. Wolniewicza do transplantologii jako takiej (w ogóle między mną a prof. Wolniewiczem jest światopoglądowa przepaść nie do pokonania), ale jeśli w jednym krótkim zdaniu miałabym powiedzieć o czym jest ta książka, to użyłabym właśnie terminu medyczny kanibalizm. Jeśli budzi to nieprzyjemne skojarzenia z wyzyskiem, czerpaniem życiodajnych sił kosztem innych ludzi i barbarzyństwem, to dobrze. Tak właśnie miało być.

Ocena: 5/5
Wydawnictwo: Czarne
Przekład: Janusz Ochab
Rok wydania: 2014

sobota, 22 marca 2014

Pozwolę sobie zacytować, odc. 2

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej
Opowiadano mi o nieprzyjemnościach, na jakie się przybysze narażają, zanim nabiorą nawyku do stosowania się do praw i porządków miejscowych, zwłaszcza we względzie stosunków pomiędzy mężczyzną a kobietą. W Polsce we wszystkich trzech zaborach, przewaga znajduje się po stronie męskiej - przewaga łagodzona zwyczajem w sferach towarzyskich wyższych, prawie nieograniczona w niższych. Bijanie, vulgo "pranie", bab przez mężów uważa się za rzecz zwyczajną. Mężowie nie przypuszczają, ażeby im nie wolno być miało kobiet ich wygrzmocić od czasu do czasu. Z wyobrażeniem tym przybywają do Ameryki i doświadczenie - niekiedy gorzkie - naucza ich, że wolność w Ameryce jest we względzie tym niewolą. Mąż nie tylko ręki na żonę podnieść nie ma prawa, ale żona do odpowiedzialności pociągnąć go może nie tylko za bicie, ale nawet za stosowanie do niej wyrazów obelżywych.

Zygmunt Miłkowski - Opowiadanie z wędrówki po koloniach polskich w Ameryce Północnej (Antologia polskiego reportażu XX wieku, tom 1)

czwartek, 22 sierpnia 2013

Maciej Zaremba Bielawski - Higieniści. Z dziejów eugeniki & Grégoire Chamayou - Podłe ciała. Eksperymenty na ludziach w XVIII i XIX wieku

Jakiś czas temu przeczytałam artykuł o grupie aktywistów, która uwolniła z hodowli psy przeznaczone do badań laboratoryjnych. Następnie postanowiłam na chwilę zatopić się w odmętach absurdu czytając co na ten temat mają do powiedzenia czytelnicy portalu Wirtualna Polska. Większość komentujących zżymała się na bezdusznych "makaroniarzy". Bo niby kraj katolicki, a takie rzeczy wyprawiają (jak wiadomo eksperymentowanie na zwierzętach jest autorskim pomysłem bezdusznych Włochów i poza granicami kraju w kształcie buta, coś takiego nie ma miejsca). Wśród komentujących pojawili się jednak też pragmatycy, którzy zamiast narzekać na nikczemnych Włochów zaproponowali gotowe rozwiązanie problemu. Rozwiązanie ekonomiczne, a nawet ekologiczne, bo noszące pewne znamiona recyclingu, wykorzystującego to co inni wyrzuciliby na śmietnik.

Pierwsza z pomysłem naprawy świata wychodzi użytkowniczka o nicku Ataxia:
Dlaczego nikt nie wpadnie na pomysł żeby testować leki na pedofilach i seryjnych mordercach? Byłyby z tego same korzyści: 1. byłoby wiadomo na 100% czy lek zaszkodzi czy pomoże człowiekowi, bo zwierzęta czasami mogą inaczej reagować na lek niż człowiek 2. nie musielibyśmy męczyć zwierząt 3. te dupki zamiast gnić w więzieniach za nasze podatki przydaliby się w końcu na coś. 4. Mniejsze koszty. 
Kolejnym pomysłowym Dobromirem był użytkownik GrzesiX, który rozszerzył nieco grupę bandziorów, na której należałoby przeprowadzać eksperymenty:
wszelkie kanalie osadzone na 10 i więcej lat. od razu zwolniło by sie ile miejsca w wiezieniach. a i jakby sie zwyrolskie bydleta przysłużyły ludzkości ? (zachowana oryginalna pisownia)
W czym wtórują mu użytkownicy wojt@n i Ania przypominając, że ludzie tacy nie przedstawiają żadnej wartości, są zakałą ludzkości, w przeciwieństwie do tych psów, które mają o niebo większą wartość od nich; niech odpokutuja a nie zarcie za darmo nocleg gratis itp maja lepiej niz bezdomni a sa nic nie warci.
Najbardziej zawiedziony kondycją ludzkości był jednak użytkownik Nikt, który także zasugerował testowanie leków na ludziach, ale rozszerzył grupę, która miałaby być objęta takim programem na połowę ludzkości, ponieważ jest nas za dużo na świecie, a po drugie połowa ludzkości itaknie zasluguje na zycie...

Pomysły rzeczywiście świetne, ale czy innowacyjne...?
Z pomocą jak zwykle przychodzi lektura. Jako pierwszą polecam książkę Higieniści. Z dziejów eugeniki Macieja Zaremby Bielawskiego, która powinna przypaść do gustu szczególnie użytkownikowi o nicku Nikt. Będzie o początkach eugeniki (występującej także pod nazwą higiena rasy), o ludziach, którzy też uważali, że połowa ludzkości nie zasługuje na życie i o tym jak sobie z tym radzono w różnych krajach. Okaże się, że projekt sterylizowania ludzi niewartościowych, wcale nie był autorskim pomysłem smutnych panów z NSDAP. Ci jedynie zainspirowali się ideą, która powstała trochę wcześniej w głowach innych panów, równie smutnych, bo zatroskanych losami naszego gatunku, ale także (jeśli nie przede wszystkim) sytuacją materialną swoich krajów. Oni też zauważyli, że coraz więcej jest ludzi niewartościowych na których pracować musi ta ciągle zmniejszająca się garstka wartościowych.
Higieniści. Z dziejów eugeniki - Maciej Zaremba BielawskiKoniec XIX wieku był czasem ogromnego zainteresowania  teorią Darwina (poza Francuzami, którym cały czas bardziej podobała się teoria ich krajana Lamarcka, mówiąca o dziedziczeniu cech nabytych), w głowach zatroskanych losem swojej ojczyzny, szybko zrodziła się więc myśl, że aby uzdrowić naród trzeba myśleć bardziej przyszłościowo. Resocjalizacja to myślenie krótkowzroczne. Owszem można przywrócić społeczeństwu bandytę albo kobietę lekkich obyczajów (chociaż myślę, że mało kto w to wierzył), ale co z tego jeśli zgnilizna moralna jest cechą dziedziczną (a o tym wielu było przekonanych) i potomstwo takich ludzi nadal będzie ją w sobie nosić? Stąd właśnie pojawił się pomysł eugeniki pozytywnej, obejmującej nakłanianie wartościowych jednostek do kojarzenia się ze sobą i reprodukcji, oraz eugenika negatywna, mająca na celu wybijanie z głów tego samego jednostkom niewartościowym.

No dobrze, powie Ataxia, ale to nadal nie rozwiązuje problemu tych, którzy zdążyli się już urodzić i są społeczeństwu zupełnie nieprzydatni, co z moim pomysłem?
Droga Ataxio, oczywiście nie zapomniałam o tobie i dla ciebie także mam stosowną lekturę. Zastanawiasz się dlaczego nikt jeszcze nie wpadł na pomysł, aby eksperymenty medyczne przeprowadzać na więźniach. Pozwolę sobie zachować się teraz jak Szwejk i zacząć od anegdoty. Moja mama jeżdżąc samochodem zauważyła, że prowadzenie w butach na nawet niewielkim obcasie negatywnie wpływa na tenże obcas. Z początkowej frustracji zrodziło się w końcu (tak jak i u ciebie Ataxio) rozwiązanie problemu. Ochraniacz na obcas! Dlaczego nikt wcześniej na to nie wpadł - wykrzyknęła mama. Przyznam, że przez chwilę wyobrażałyśmy sobie jak zostajemy potentatami na rynku samochodowych ochraniaczy na obcasy. Dlatego też tym większy był nasz zawód, gdy odkryłyśmy, że ktoś już jednak na nasz pomysł wpadł i że ochraniacze na obcasy można spokojnie kupić przez internet.
Nie chcę oczywiście, droga Ataxio, podcinać ci skrzydeł, ale sugeruję jednak, abyś pomna mojego i mamy przypadku, zawsze zanim wykrzykniesz "dlaczego nikt na to jeszcze nie wpadł?" sprawdziła czy rzeczywiście tak jest.
I tak szukając odpowiedzi na swoje pytanie dotyczące eksperymentowania na więźniach łatwo powinnaś trafić na wiele tropów, które zaprowadzą cię w różne strony świata: do USA (więzienie federalne w Terre Haute), do Gwatemali, ale także bliżej nas do Oświęcimia, gdzie poznasz doktora Mengele. A w końcu jeśli będziesz dobrze szukać dotrzesz także do książki, którą chciałabym ci polecić, czyli do Podłych ciał Grégoire'a Chamayou.
Podłe ciała. Eksperymenty na ludziach w XVIII i XIX wieku opowiada o ludziach, którzy przysłużyli się postępowi medycznemu, a o których nadal mówi się zdumiewająco mało, czyli o ludziach na których w XVIII i XIX wieku przeprowadzano eksperymenty medyczne. Ci ludzie to właśnie tytułowe Podłe ciała, margines społeczny, ludzie mniej wartościowi, tacy, którzy w oczach społeczeństwa mogli mieć do spłacenia jakiś dług, a więc: więźniowie, skazani na śmierć, niewolnicy, ale także umysłowo chorzy, pacjenci szpitali, prostytutki czy sieroty. Chamayou z ogromnym poświęceniem przekopuje się przez ogrom książek i dokumentów (sama bibliografia zajmuje w Podłych ciałach 30 stron, kolejne 60 to przypisy), dzięki czemu otrzymujemy bardzo wyczerpujący obraz epoki ogromnego wyzysku w imię badań biomedycznych.
Podłe ciała - Gregoire Chamayou
Autor skupia się na XVIII i XIX wieku tłumacząc we wstępie, że o wieku XX pisano już bardzo dużo w związku z procesami norymberskimi. Sam swoją historię kończy na początku XX wieku, kiedy to w 1905 roku Bongrand wezwał we Francji do oparcia eksperymentów na umowie między eksperymentującym a podmiotem eksperymentu, uznając porozumienie pomiędzy nimi za istotę ich relacji.*
Oczywiście zawsze trzeba się w którymś momencie zatrzymać, ale takie postawienie sprawy przez autora sugeruje (szczególnie czytelnikowi niezaznajomionemu z tą tematyką), że w XX wieku poza sprawą eksperymentów w obozach koncentracyjnych, przypadki podobne do tych opisywanych w książce nie miały już miejsca. To oczywiście nie jest prawda i uważam, że XX wiekowi też należałaby się podobna książka, w której co smutne, doktor Mengele byłby tylko jednym z wielu bohaterów.
Książka Grégoire'a Chamayou jest bardzo dobrą i bardzo ważną pozycją, ale mimo wszystkich swoich zalet wydaje mi się, że przez brak końcowych wniosków, może pozostawić czytelnika lekko zdezorientowanego. Nie wiadomo którędy iść dalej i czy jest coś dalej, czy to może koniec historii podłych ciał. Takie wyrwanie z kontekstu, sprawia, że historia opowiadana przez Chamayou wydaje się jedynie ciekawostką historyczną, czymś co już dawno jest za nami. Dopiero spojrzenie na nią przez pryzmat wydarzeń z XX i XXI wieku nadaje jej odpowiednią wagę.
Dlatego pełna podziwu dla pracy pana Chamayou, postanowiłam dopisać dalszą część tej historii. Oczywiście to co napiszę w żaden sposób nie mogłoby konkurować z tym co napisał Chamayou, bo i nie mam wcale takich ambicji, moim celem jest raczej rozbudzenie waszej ciekawości i wskazanie pewnego tropu przy dalszych poszukiwaniach. Dlatego skupię się głównie na jednej chorobie i jednym kraju. Ale to już w następnej notce.

Higieniści. Z dziejów eugeniki Maciej Zaremba Bielawski
Ocena: 5/5
Wydawnictwo: Czarne
Tłumaczenie: Wojciech Chudoba
Rok wydania: 2011

Podłe ciała. Eksperymenty na ludziach w XVIII i XIX wieku Grégoire Chamayou
Ocena: 4/5
Wydawnictwo: słowo/obraz terytoria
Tłumaczenie: Jadwiga Bodzińska i Katarzyna Thiel-Jańczuk
Rok wydania: 2012

* Grégoire Chamayou, Podłe ciała. Eksperymenty na ludziach w XVIII i XIX wieku, tłum. Jadwiga Bodzińska, Katarzyna Thiel-Jańczuk

niedziela, 9 czerwca 2013

Emma Larkin - Spustoszenie



Pod koniec kwietnia 2008 roku nad Zatoką Bengalską na Oceanie Indyjskim zaczął formować się huragan. Z tworzonej rokrocznie przez zagrożone cyklonem kraje listy imion wybrano pakistańskie Nargis, czyli narcyz. Na przyjęcie niechcianego gościa, który miał być huraganem o średniej sile, szykował się Bangladesz, aż do momentu, gdy 30 kwietnia cyklon nagle dokonał gwałtownego zwrotu na wschód i zaczął zmierzać w kierunku Birmy. Tam też 2 maja wdarł się na ląd, siejąc spustoszenie w gęsto zaludnionej delcie Irawadi.
Okazało się, że nie tylko przewidywania dotyczące kierunku, ale także siły cyklonu były chybione: „huragan o średniej sile” w momencie wejścia na ląd osiągnął już czwartą kategorię (w pięciostopniowej skali Saffira-Simpsona) – prędkość wiatru doszła do 220 kilometrów na godzinę.
Na oferty pomocy nie trzeba było długo czekać, nastąpiła natychmiastowa mobilizacja sił ONZ i organizacji humanitarnych z całego świata. Rządy wielu państw zorganizowały transporty produktów pierwszej potrzeby. Niestety, większość samolotów transportowych pozostała na lotniskach w państwach sąsiadujących z Birmą. Tym, co uniemożliwiło dotarcie pomocy humanitarnej do Birmy był niszczycielski żywioł, ale nie w postaci cyklonu Nargis, a rządzącej krajem od prawie pięćdziesięciu lat junty wojskowej.

W czasie, kiedy większość podań o wizy (szczególnie tych od pracowników organizacji humanitarnych oraz dziennikarzy) zostaje odrzucona, autorce publikującej pod pseudonimem Emma Larkin, udaje się dzięki wizie turystycznej wjechać do pogrążonego w chaosie kraju, już w tydzień po tragedii. Na dotarcie do samej delty, jako rzucająca się w oczy cudzoziemka, nie ma jednak szans. Pozostaje w Rangunie (byłej stolicy kraju), gdzie stara się stworzyć spójny obraz sytuacji, korzystając z tych samych źródeł informacji, które dostępne są mieszkańcom Birmy.
Media w kraju podlegają cenzurze prewencyjnej, rzeczywistość obecna w prasie i telewizji kreowana jest więc przez rząd. Czy można uzyskać wiarygodne informacje czytając The New Light of Myanmar – dziennik będący tubą reżimu? Tak, trzeba tylko wiedzieć jak czytać.

Ko Ye, mój birmański przyjaciel, który jest wydawcą w Rangunie, nauczył mnie kiedyś, że jeśli chcę się dowiedzieć, co naprawdę dzieje się w Birmie, powinnam zwracać uwagę na przemilczenia. Ponieważ prawdziwego obrazu rzeczywistości nie ma ani w gazetach, ani w wieczornych wiadomościach telewizyjnych, łatwiej można go odnaleźć w tym, o czym się nie pisze i czego nie pokazuje – wśród braków i luk.
[...]
Redaktor jednego z tygodników pokazał mi makietę ostatniego numeru, na której cenzorzy powykreślali wszystkie fotografie uznane za „negatywne” (przedstawiające zburzone domy, zatopione łodzie, przerażonych ludzi i tak dalej). Ze stu zdjęć zaakceptowali cztery.

Larkin kolekcjonuje wszelkie możliwe informacje dotyczące cyklonu, poczynając od tych dostępnych w oficjalnych mediach, przez obecne w nielegalnym obiegu filmy nagrywane w delcie, po wszelkie krążące wśród mieszkańców Rangunu plotki i tworzące się na bieżąco miejskie legendy. Z tej na pozór chaotycznej plątaniny, w której „oficjalne doniesienia” mieszają się z mającymi dla autorki nie mniejszą wartość domysłami i powtarzanymi z ust do ust nieprawdopodobnymi historiami, powoli tworzy się spójna relacja, w której bardzo mocno czuć gęstniejącą atmosferę niepewności i strachu, jaka towarzyszyć musiała w tym czasie mieszkańcom Birmy.

W trzy tygodnie po uderzeniu cyklonu kanały informacyjne na całym świecie ogłosiły, że junta wreszcie ustąpiła zezwalając na wpuszczenie do kraju wszystkich organizacji humanitarnych. Wielu mieszkańców Birmy przyjęło tę informację z dużą dozą nieufności, niektórzy stwierdzali zupełnie obojętnie, że jest to kolejne kłamstwo reżimu.
Informacja okazała się prawdziwa, ale tylko częściowo. Pracownicy organizacji humanitarnych rzeczywiście mogli przylecieć do Rangunu, ale tu ich podróż zazwyczaj się kończyła. Zakaz podróżowania do delty Irawadi nadal obowiązywał. Pracownicy organizacji humanitarnych mogli więc snuć się po byłej stolicy kraju próbując jakoś zabić czas (chociaż to też nie było wielkim wyzwaniem, bo zazwyczaj dostawali wizy jedynie na parę dni).

Większość osób, które przeżyły kataklizm, opowiadała o tym jak woda zdarła z nich ubrania: Birmańska wieś jest bardzo konserwatywna, upokorzenia związanego z nagością nie sposób tam zapomnieć. Jednak na równi z ludźmi, huragan obnażył także dyktaturę z całym jej okrucieństwem i hipokryzją. Coś, o czym wiadomo było od lat, nagle stało się zbyt oczywiste, aby móc to dalej ignorować. Nargis zadziałał niczym chłopiec wykrzykujący: król jest nagi!
Na kraj nałożone zostały sankcje gospodarcze, które miały zostać zniesione dopiero, gdy reżim spełni określone wymogi (między innymi uwolni wszystkich więźniów politycznych – w tym najsławniejszą z nich, noblistkę Aung San Suu Kyi).

W 2012 roku, w cztery lata po cyklonie Nargis, partia uwolnionej z aresztu domowego Aung San Suu Kyi zdobyła wszystkie dostępne miejsca w wyborach uzupełniających.
Na naszych oczach zachodzi transformacja. Optymiści mówią o gwałtownych zmianach demokratycznych porównując wydarzenia w Birmie do tych z Polski z 1989 roku. Sceptycy przypominają o tym, że większość miejsc w parlamencie nadal obsadzona jest przez wojskowych, którzy zamienili jedynie mundury na longyi (tradycyjny strój birmański).
Kolejne, tym razem pełne wybory będą miały miejsce w 2015 roku, wtedy też parlament wybierze prezydenta. Obecnie obowiązujące prawo nie pozwala Suu Kyi, jako osobie posiadającej w rodzinie obcokrajowców (jej synowie mają brytyjskie obywatelstwo), kandydować na to stanowisko.
Nie wiadomo jak będą wyglądały dwa najbliższe lata i czy uda się wprowadzić zmiany w konstytucji, ale bez wątpienia kraj uległ już przeobrażeniom. Siejący spustoszenie cyklon okazał się jednocześnie wiatrem odnowy.


Recenzja pierwotnie ukazała się na portalu mandragon.pl 

Ocena: 4/5
Wydawnictwo: Czarne
Tłumaczenie: Agnieszka Nowakowska
Rok wydania: 2013

wtorek, 7 maja 2013

Maciej Wasielewski - Jutro przypłynie królowa

Pan de… prosił biskupa de… o dworek na wsi, gdzie biskup nigdy nie bywał; ów odpowiedział: „Nie wie pan, że człowiek musi mieć jakieś miejsce, gdzie nigdy nie bywa, a gdzie wierzy, że byłby szczęśliwy, gdyby tam był”. Pan de…, po chwili milczenia, odpowiedział: „Słusznie: to właśnie stworzyło reputację Niebu”.*
Czyli wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, albo ładniej ujęte the grass is always greener on the other side, chociaż mi najbardziej się chyba podoba lakoniczne Rimbaudowskie życie jest gdzie indziej.
Dla kolejnych pokoleń hippisów, marzących o życiu w komunie, nie posiadaniu niczego, nie pożądaniu niczego, jedzeniu owoców prosto z drzewa, byciu panem własnego losu i innych rzeczach, o których marzą pokolenia hippisów, miejscem, gdzie trawa jest bardziej zielona była wyspa Pitcairn. Skrawek lądu na Oceanie Spokojnym, znajdujący się mniej więcej po środku niczego, na którym obecnie mieszka 60 osób, prawie do końca XVIII wieku był bezludną wyspą. W 1790 roku postanowili osiedlić się na niej buntownicy z brytyjskiego statku Bounty, wraz z porwanymi po drodze Tahitańczykami. Statek spalili, aby ukryć się przed ewentualnym pościgiem, ale może także, aby zaznaczyć odcięcie się od korony brytyjskiej.

Większość marzących o Pitcairn hippisów oczywiście nigdy tam nie dociera (bo i nie łatwo się tam dostać) i w tym tkwi piękno tej wyspy. Maciejowi Wasielewskiemu jednak udało się tam dotrzeć, a swoją książką Jutro przypłynie królowa niczym Pan de... ze wspomnianej anegdoty, odebrał wielu hippisom i niespełnionym anarchistom to miejsce, w którym nigdy nie bywali, a w którym na pewno byliby szczęśliwi.
Odebrał, bo jak to z takimi miejscami bywa, okazało się, że nigdy nie istniało.

Pitcairn to raj utracony, mocno już gnijąca Arkadia. 
Biblijny Adam zdradził się ze swoim grzechem, starając ukryć się przed Bogiem w rajskim ogrodzie; Pitcairneńczyków zdradza to samo. Im bardziej próbują się ukryć, nie wpuszczając na wyspę dziennikarzy, tym bardziej jasne staje się, że zerwali owoc z drzewa poznania dobra i zła.
Gęstniejąca, duszna i bardzo niepokojąca atmosfera, którą tak dobrze oddaje autor, pozwala nam odczuć, że coś, nie wiemy jeszcze dokładnie co, jest z tym rajem nie tak.
Wiesz, że kiedyś drzewa mandarynkowe były wspólne? - Lu marszczy czoło, jakby zobaczył coś nieprzyjemnego. - Wystarczyło pójść i nazrywać. Kiedyś wszystko było wspólne...
[...]
- ...w soboty organizowaliśmy przyjęcia. Laura piekła chleb, Pennie dusiła kurczaki na mleku kokosowym. Zbieraliśmy się wszyscy, każdy targał krzesło z domu, bo nie było gdzie usiąść. Kiedyś naprawdę byliśmy wspólnotą. W sierpniu obchodziliśmy Święto Melasy. Ścinaliśmy trzcinę cukrową, kruszyliśmy w młynie, a sok przelewaliśmy do donic. Potem gotowaliśmy wywar na otwartym ogniu, w sześciu wannach.
[...] szliśmy na ryby, wracaliśmy z pełną siatką, czterdzieści kilo, starczało dla wszystkich. Smażyliśmy te ryby na wspólnym ogniu, po południu była uczta. Każdy coś przynosił: arbuzy, ciasto chlebowe, mandarynki.
[...] 
- Dziś każdy ma swoje drzewa mandarynkowe. Wiele drzew zostało zatrutych.**
Reportaż Wasielewskiego jest o tym, co wydarzyło się na wyspie Pitcairn, ale jest też o czymś więcej. To kolejny głos w dyskusji nad tym, czy Hobbes miał rację i bez instytucji państwa pogrążylibyśmy się w chaosie? Czy stan natury to wojna każdego z każdym? Czy altruizm leży w naturze ludzkiej? A na koniec, czy wyspa Pitcairn kiedykolwiek rzeczywiście była rajem i czy możliwy jest raj tam, gdzie jest człowiek?
Nie liczcie jednak na jakąkolwiek odpowiedź, Jutro przypłynie królowa to w zasadzie same znaki zapytania, których po przeczytaniu nie da się tak łatwo z siebie strzepnąć, będą was uwierać, obcierać, nie dadzą spokoju. Czytajcie, ale nie mówcie, że nie ostrzegałam.
Każdego dnia słyszę coś nowego, coś, co przeczy wszystkiemu, co do tej pory powiedzieli. Komu wierzyć? Duszno. Pitcairneńczycy są jak wielopokoleniowa rodzina zmuszona żyć w przyciasnym mieszkaniu - knują i zwalczają się po cichu.***
Ocena: 4/5
Wydawnictwo Czarne
Rok wydania: 2013

*Sébastien-Roch Nicolas de Chamfort - "Charaktery i anegdoty"
** Maciej Wasielewski - "Jutro przypłynie królowa"
*** Ibidem

środa, 10 października 2012

Książką po mapie - Bałkany (część pierwsza)

Na Bałkanach zawsze było jak w kotle, a, że lato jest tam wyjątkowo gorące, często też wrzało i po brzegach kotła spływały strumienie wzajemnych uprzedzeń i nienawiści.
Obecnie jest tam względnie spokojnie, ale wystarczy przejść się ulicami Nowego Sadu i poczytać napisy na murach, czy pojechać na festiwal trąbki w serbskiej Gučy, pełnej serbskich nacjonalistów, aby zrozumieć, że w kotle nadal się gotuje.
Oczywiście gotuje się nie tylko w Serbii. Dawne żale dają o sobie znać także w innych krajach, jak np. Grecji. Opowiadając przy Grekach o podróży do Macedonii można być prawie pewnym, że zostanie się natychmiast poprawionym: "nie Macedonia tylko FYROM" (Grecja nie uznała nazwy Macedonia).
Ciężko to wszystko zrozumieć, a im bardziej się próbuje, tym mniej się rozumie. Trochę jak z czytaniem podręcznika do fizyki (przynajmniej w moim przypadku), gdy już ci się wydaje, że wreszcie rozumiesz, kolejna strona wyprowadza Cię z tego przekonania.
Należy jednak pamiętać, że nigdy nie ma tak, żeby jeden naród był do szpiku zły, a drugi krystalicznie czysty. Jedną rzecz z fizyki zrozumiałam nawet ja: jeśli ciało A działa na ciało B siłą F, to ciało B działa na ciało A siłą o takiej samej wartości i kierunku, lecz o przeciwnym zwrocie.

Sierpień spędziłam zwiedzając Serbię, Czarnogórę oraz Bośnię i Hercegowinę. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym wcześniej nie postanowiła przygotować się do podróży merytorycznie.

Zaczęłam od pisarza bośniackiego Nenada Veličkovića i jego książki:

Koczownicy

W badaniu przeprowadzonym przez UNICEF na grupie 1,5 tys. sarajewskich dzieci w 1993 roku, 55% dzieci wyznaje, że przynajmniej raz strzelał do nich snajper, 66% dzieci znalazło się chociaż raz w sytuacji w której spodziewało się śmierci, a 97% dzieci biorących udział w badaniu, znalazło się chociaż raz w okolicy trwającego ostrzału.
W obliczu takich danych, spodziewalibyśmy się, że książka napisana z punktu widzenia dziecka - nastoletniej Mai, której akcja rozgrywa się podczas trwającego cztery lata oblężenia Sarajewa, będzie wyciskającym łzy z oczu, makabrycznym opisem koszmaru. Tak jednak nie jest.
"Koczownicy" to zupełnie pozbawiony patosu, pełen humoru opis życia rodziny Mai, która schroniła się w czasie oblężenia w Muzeum, byłym miejscu pracy ojca Mai - dyrektora placówki. Tak oto rodzina staję się tytułowymi Koczownikami.
"Osiedle zamknięto, nikt nie może wejść, ani wyjść.
I podzielono je. Jedną część zawłaszczyli Serbowie. To właśnie tam został między innymi mój Profesor Literatury. Ostatnim razem, gdy się słyszeliśmy i wyznałam mu, że nie wiem, co robić, poradził mi: pisz."
I tak oto, Maja postanawia pisać. 
Na początku stara się wytłumaczyć dlaczego wokół niej trwa wojna, ale wszystko wydaje się nie mieć większego sensu, tak jak to, że uzbrojonych Muzułmanów, którzy noszą czerwone fezy, Serbowie nazywają Zielonymi Beretami. Dlatego Maja rezygnuje z prób wyjaśnienia sytuacji politycznej i pozostaje przy opisie życia rodzinnego. A to jest bardzo ciekawe. 
W Muzeum poza Mają mieszka jej przyrodni brat Davor, który twierdzi, że wojna wybuchła, bo "Chorwaci mają Chorwację, Serbowie - Serbię, a Muzułmanie nie mają swojej Muzułmanii", ojciec Mai, który uważa, że "Davor jest osłem, a wojna toczy się dlatego, że Serbowie i Chorwaci chcą podzielić Bośnię między siebie, a następnie wybić i przepędzić Muzułmanów", żona Davora - Sonja, która jest w stanie błogosławionym i głównie na tym się skupia, mama Mai - wegetarianka, praktykująca jogę oraz babcia Greta, która słabo widzi, słabo słyszy i nie ma zębów, co nie przeszkadza jej w jedzeniu wszystkiego co uda jej się znaleźć, a udaje jej się zadziwiająco dużo.
Poza rodziną dyrektora, Muzeum udzieliło schronienia także dwóm starszym panom - nocnemu portierowi Muzeum - Brkićowi, który mówi mało i jego przyjacielowi Juliowi, który mówi dużo.
I tak pod postacią zabawnej kroniki rodzinnej, autor opowiada nam o wojnie, prawie o niej nie mówiąc. 

Jak już pisałam, konflikt, który doprowadził do wojny w Bośni trudno zrozumieć i trudno też zająć jednoznaczne stanowisko, ale tylko dziecko z taką naiwnością potrafi się do tego przyznać i powiedzieć, że to wszystko nie ma sensu, a "król jest nagi". Dlatego ta na pozór lekka i zabawna książka, mówi nam więcej o wojnie niż niejedna poważna publikacja.
Warto przeczytać, nawet jeśli do Bośni się nie wybieracie.

Ocena: 4/5

Wydawnictwo Czarne
Tłumaczenie: Dorota Jovanka Ćirlić
Rok wydania: 2005

Następnie przyszedł czas na książkę serbskiego autora Momo Kapora:

Blokada Belgradu

W maju 1992 roku Rada Bezpieczeństwa ONZ nałożyła na Jugosławię embargo, co miało zmusić Belgrad do wstrzymania pomocy udzielanej bośniackim Serbom. Co działo się dalej wszyscy wiemy, a jeśli ktoś nie wie, polecam wpisanie w wyszukiwarce haseł: "Srebrenica" czy "oblężenie Sarajewa".
Wydaje się, że nakładanie takich sankcji przez ONZ (które stało się bardzo popularną metodą pokojowego rozwiązywania konfliktów, poczynając od lat 90 tych), służy głównie temu, aby "zachód" mógł lepiej spać, bo na wschodzie w tym czasie bez zmian.

Nie można jednak powiedzieć, że nałożone przez ONZ sankcje nie przyniosły żadnych efektów, Momo Kapor napisał na przykład, na kanwie przeżyć związanych z embargiem, książkę.
"Blokada Belgradu" opowiada o pierwszych dwudziestu tygodniach blokady.
Jest to opis bardzo subiektywny, nie oczekujcie dziennikarskiej rzetelności.

"Nikt nie wie, skąd, jak i dlaczego w przeddzień Wielkiej Blokady niespodziewanie przybyło do Belgradu około dziesięciu orkiestr dętych ze wszystkich zakątków Serbii [...] Wydawało się, że to nie orkiestry, lecz cała Serbia w pisku lśniących instrumentów wyrzuca z siebie nagromadzone poniżenie, mękę, rozpacz, gniew i przekorę. Prosto do nieba."

Kapor mówi dużo o upokorzeniu, które stało się udziałem Serbów, ale także o tym, jak Serbowie od zawsze żyli w warunkach blokady. O tym jak Serbów zabijano, a oni milczeli, a gdy wreszcie chwycili za broń, cały świat obraca się przeciwko nim.

Bardzo długo zastanawiałam się, co myśleć o tej książce. Czytałam ją w podróży, część w Serbii, a część już w Bośni i Hercegowinie. W Serbii w oczy bardzo rzuca się mocny nacjonalizm - szczególnie widoczny na festiwalu trąbki w Gučy. I nie chodzi mi o powiewające flagi, bardziej o koszulki z napisem "Kosovo jest Serbskie", bo swastyki wymalowane na murach, to jeszcze inna historia. W Bośniackim Sarajewie, zamiast swastyk w murach są dziury, pamiątki po oblężeniu. W stolicy Bośni poszliśmy też na wystawę dotyczącą Srebrenicy. Wszystko to nie stworzyło dobrego środowiska do wydawania obiektywnych osądów. Chodząc po wąskich uliczkach Sarajewa, trudno było myśleć ciepło o Serbach. Dlatego z recenzją moich bałkańskich lektur czekałam tak długo.

Dobrze jednak, że poczekałam. W trakcie podróży mój stosunek do "Blokady Belgradu" był bardzo negatywny, uważałam za szczyt bezczelności rozwodzenie się na temat tego, że z powodu embarga, zamiast francuskiej bagietki trzeba będzie jeść swojską Proję podczas gdy w Sarajewie można było zginąć starając się zdobyć chleb*.

Teraz gdy emocje już trochę opadły, udało mi się spojrzeć na książkę Kapora z innej perspektywy. To nie jest książka o konflikcie serbsko-bośniackim. To książka o odwiecznej walce wschodu z zachodem, o bolesnym zderzaniu się dwóch kultur. A także o nieudolnych próbach zaprowadzenia przez ONZ porządku na Bałkanach.
Myślę, że najlepszym podsumowaniem, będzie cytat, który zobaczyłam na wystawie o Srebrenicy:
"All that is necessary for the triumph of evil is that good men do nothing"

 
Jeden z napisów na ścianie w Srebrenicy, w miejscu gdzie stacjonowały siły holenderskie
To czego zabrakło mi w "Blokadzie Belgradu" to porządna przedmowa i posłowie. Przedmowa, która jest w książce, to głównie pochwała autora (i tak też została zatytułowana), a posłowia w ogóle nie ma. A jest to książka pełna subtelnych metafor, odniesień kulturowych i politycznych, z których duża część, może być dla polskiego czytelnika niezrozumiała. Szkoda, bo wstęp i przypisy były pisane przez Serba - Branko Ćirlića, więc błędem wydawnictwa Dialog było nie danie mu jeszcze kilku stron na posłowie. Ale zauważyłam, że tak jak kiedyś dodawanie posłowia było bardzo popularną praktyką, tak teraz coraz częściej się z tego rezygnuje.
Na koniec jeszcze - jeden z moich ulubionych cytatów z "Blokady Belgradu":


"W filmie "Trzeci człowiek" Carola Reeda jest taka scena, w której na szczycie ogromnej, zatrzymanej karuzeli w wiedeńskim Praterze rozmawiają Orson Welles (powojenny przemytnik podrabianej penicyliny) i Josef Kotn, oskarżający go o śmierć, którą spowodował, bogacąc się na cudzym nieszczęściu. Pod nimi, głęboko w dole pełzająca masa ludzi, nie większych od mrówek...
- Czy wziąłbyś sto tysięcy dolarów, żeby niektóre z tych punktów zniknęły? - pyta Orson Welles.
I faktycznie, to co zrobił tym bezimiennym, czarnym punktom nie przypomina strasznej zbrodni! My nie widzimy ich twarzy. Jesteśmy zbyt wysoko."

Chyba dlatego właśnie warto czytać takie książki. Aby bezimienne, czarne punkty, stały się wreszcie, w naszej świadomości, prawdziwymi ludźmi i aby to co działo się na Bałkanach już nigdy się nie powtórzyło.

Ocena: 4/5

Wydawnictwo Akademickie DIALOG
Tłumaczenie: Elżbieta Ćirlić
Rok wydania: 2001

*27 maja 1992 w wyniku ostrzału 18 osób zginęło, stojąc w kolejce po chleb
"W Sarajewie
wiosną 1992 roku
wszystko jest możliwe;
stajesz w kolejce po chleb
a kończysz na traumatologii
z obciętą nogą.
I mówisz; ale miałem szczęście.
"

— Izet Sarajlić, Szczęście po sarajewsku

niedziela, 3 czerwca 2012

Eginald Schlattner - Czerwone rękawiczki

"Jakież dziwne zawody istnieją: celować w środku nocy karabinem w nagich mężczyzn, podczas gdy inni robią im rewizję osobistą."

Rumuńskie więzienia pod koniec lat pięćdziesiątych zapełniają się wszelkiej maści "wrogami politycznymi i klasowymi". Wśród nich, dużą grupę stanowią siedmiogrodzcy Sasi, czyli ludność pochodzenia niemieckiego, która w XII wieku osiedliła się na terenach Siedmiogrodu (część Rumunii, za sprawą hrabiego Draculi lepiej znana pod nazwą Transylwania).
Jednym z aresztowanych i więzionych przez Securitate (służby specjalne komunistycznej Rumunii) Sasów, jest główny bohater, a jednocześnie narrator powieści "Czerwone rękawiczki".

Znając biografię Eginalda Schlattnera, trudno nie zauważyć, że jego powieść jest mocno autobiograficzna. Schlattner tak samo jak opisywany przez niego bohater, trafił w latach pięćdziesiątych do więzienia "pod zarzutem uczestniczenia w spisku antypaństwowym" i tak samo jak on wyszedł z niego z łatką konfidenta i zdrajcy.
To wszystko, co wydarzyło się pomiędzy aresztowaniem, a zwolnieniem z więzienia, stanowi rdzeń powieści, który w miarę rozwoju akcji oplatany jest coraz grubszą pajęczyną wspomnień i przemyśleń głównego bohatera. Czas jest zapewne jedynym czego w więzieniu jest pod dostatkiem. Z rozważań snutych na więziennej pryczy, powstaje więc, prawie siedemset stron powieści, z których wyłania się postać bardzo inteligentnego, początkującego pisarza, który przez samo swoje "burżuazyjne" pochodzenie staje się wrogiem klasowym, a posiadanie znajomych w kręgach "wywrotowych" jego sytuację tylko pogarsza, co w końcu zwraca uwagę Securitate.

"Czerwone rękawiczki" to proza najwyższych lotów. Wiedziałam to już w trakcie czytania, a trudność jaką sprawia mi napisanie tej recenzji, tylko mnie w tym przekonaniu utwierdza.
Większość życia poświęcam byciu cyniczną, codziennie wylewając z siebie "zdumiewające jak na tak drobną osobę" ilości jadu i żółci. W związku z tym najłatwiej przychodzi mi pisanie recenzji książek, które mi się nie podobały. Muszę powiedzieć, że pan Eginald mnie pokonał. Uwielbiam porównania i piękne opisy, a w tej materii Schlattner jest prawdziwym Saskim królem:

"W tym zbiorniku w dzień pluskała się okoliczna ludność węgierska, by złagodzić rwanie w członkach. Nad parującą wodą unosiły się starcze głowy mężczyzn, nadziane na brązowe od słońca szyje. Po powierzchni pływały ogromne piersi kobiet, białe jak ser, a nad nimi twarze w kolorze czerwonej papryki. Czasami przechodził obok milicjant, przerywał swój służbowy obchód, rozbierał się do naga i wpychał się między wrzeszczące baby, obok plujących mężczyzn."
"Ostrożnie stawiała drobne kroczki, ścieżka była świeżo wysypana żwirem. Na jej głowie kołysał się gąszcz wałków i papilotów, wymachiwała trzymanym w ręce pogrzebaczem. (...)
Ciotka Melania mieszkała na mansardzie, otoczona kotami, z którymi rozmawiała po łacinie. Koty nosiły wprawdzie zakonne imiona, od A do Z, ale mimo to rozmnażały się niepowstrzymanie."
Sposób w jaki Schlattner opisuje Siedmiogród nie jest jednak jedynym co mnie tak urzekło w "Czerwonych rękawiczkach". Ten, w chwili wydania siedemdziesięciodwuletni, pastor zdobył moje serce swoją szczerością (stąd też i moja szczerość oraz chwilowe zrzucenie maski cynizmu).
Temat współpracy ze służbami specjalnymi, jest w postkomunistycznych krajach oczywiście tematem często poruszanym. To co jest wyjątkowe w przypadku prozy Schlattnera, to zupełny brak martyrologii, a także brak jakiejkolwiek próby wybielania swojej postaci. Wydaje się, że Schlattner staje przed nami i mówi: "oto jak było naprawdę, zróbcie z tym co chcecie".

Chciałabym, aby "Czerwone rękawiczki" stały się w naszym kraju lekturą obowiązkową, żeby pokazać, że tak też można mówić o historii. Bo nie wszystko jest albo czarne albo białe, jak śpiewał Kazik: "są różne odcienie szarości, od czerni do białości".

Ocena: 4/5

wtorek, 6 marca 2012

Mariusz Szczygieł - Zrób sobie raj


Mariusz Szczygieł nie próbuje nas zwodzić, nie ukrywa przed nami kim jest, coming outu dokonuje już w pierwszym rozdziale. Właśnie tak. Znany i lubiany dziennikarz, przyznaje się do bycia czechofilem. Co więcej, na fali szczerości, która takim coming outom zwykle towarzyszy, postanawia napisać książkę o swoim ulubionym kraju, "bez napinania się", niekoniecznie obiektywnie, możliwe, że chaotycznie.
Na swoją obronę ma jedynie myśl Oscara Wilda: "najbardziej nie lubimy ludzi, którzy mają takie same wady jak my", dlatego on lubi Czechów. Bo mają inne wady.
W "Zrób sobie raj" znajdziemy próbę analizy wszystkiego tego, co uważamy za czeskie: od sławnego kolektywnego ateizmu po, wydawałoby się, wiecznie Czechom towarzyszące poczucie humoru.
Dla mnie jednak, "Zrób sobie raj", to nie tylko książka o Czechach, ale także książka o nas, Polakach. Nie ma chyba narodu, który by był bardziej do Czechów niepodobny niż Polacy, "którzy na świat patrzą ze swoją wadą wrodzoną, bo w jednym oku siedzi nam etos, a w drugim patos". Polacy są jak negatyw Czechów (albo Czesi jak negatyw Polaków, jak kto woli), co innego nas cieszy, co innego jest dla nas najważniejsze. Ci, którzy mają dość kroczenia przez życie, w wiecznej gotowości oddania go za Boga i Ojczyznę, pociechy szukają u rubasznych Czechów, gdzie na ojczyznę można się spokojnie wysikać*, a papieża nazwać ludobójcą. Należy jednak uważać, bo na miejscu może okazać się, że Czesi też mają swoje wady. Tylko inne niż nasze.
I o tym właśnie jest ta książka. Albo i nie. "Może jest jeszcze o czymś, ale to już zostawiam Państwu".

* patrz http://www.mariuszszczygiel.com.pl/471,o... (David Černy sika na państwo czeskie)
** wszystkie cytaty - "Zrób sobie raj" Mariusz Szczygieł

Ocena: 4/5