poniedziałek, 1 lipca 2013

Jonathan Safran Foer - Zjadanie zwierząt

Nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej ukazała się właśnie książka Zjadanie zwierząt, opowiadająca o tym jak okrutnym biznesem są przemysłowe hodowle zwierząt. Temat przykry, więc podejrzewałam, że może to być lektura emocjonalnie obciążająca. Ale to co mnie spotkało przerosło moje oczekiwania. Jestem zupełnie zdruzgotana! Od paru dni mam problemy ze snem i jedzeniem; gdy już zasnę, budzę się zlana potem.

W książce Foera znaleźć możemy wiele opisów tego jak zwierzęta są traktowane podczas uboju, jak personel ubojni się nad nimi znęca, jak jeszcze żywym odcina różne części ciała, a nawet oddaje na nie mocz (tak przynajmniej twierdzą pracownicy PETA), aż w końcu, po całych tych cierpieniach otrzymujemy produkt w najmniejszym stopniu nie przypominający tego czym kiedyś był.
Mniej więcej coś takiego z książką Zjadanie zwierząt zrobiła jej tłumaczka Dominika Dymińska (tak, ta od Mięsa) i to właśnie jest przyczyną mojego obecnego stanu ducha.
Trudno powiedzieć coś o inteligencji świni przyglądając się pudełku z mieloną wieprzowiną, tak samo trudno powiedzieć coś o książce Foera, na podstawie jej polskiego "przekładu". Dlatego w tej recenzji nie będzie nic o tym czy warto czytać Foera czy nie. Będzie tylko o tym, że nie warto czytać tej książki po polsku, bo w zasadzie to uważam, że nie istnieje polskie tłumaczenie książki Eating Animals. Istnieje pełna błędów książka Zjadanie zwierząt, której autorką jest Dominika Dymińska.

Na początku wszystko przebiegało normalnie, aż do 54 strony, gdy trafiłam na dwa zdania, które wprawiły mnie w niejaką konsternację:
W ciągu 70 lat inżynieria genetyczna sprawiła, że osiągają [brojlery] dwa razy większe rozmiary w dwa razy krótszym czasie. Kiedyś kurczaki żyły około 20 lat, a dzisiejsze brojlery zabija się po sześciu tygodniach.
Aby zrozumieć co jest nie tak w pierwszym zdaniu trzeba wiedzieć czym jest inżynieria genetyczna; a jest to, w wielkim skrócie*, dziedzina zajmująca się bezpośrednią ingerencją w materiał genetyczny. To właśnie dzięki inżynierii genetycznej powstają GMO, czyli Organizmy Genetycznie Modyfikowane. No i teraz dochodzimy do sedna sprawy. W tym roku mija 60 lat od odkrycia struktury DNA, czy możliwe jest w takim razie, aby inżynieria genetyczna już od 70 lat była wykorzystywana w hodowli zwierząt? Oczywiście nie. Początki inżynierii genetycznej to lata 70. XX wieku. Skąd więc informacja o 70 latach inżynierii genetycznej? Na początku pomyślałam, że winny jest autor, który inżynierią genetyczną nazywa sztuczną selekcję. Zaczęłam więc poszukiwania. I tak w którymś momencie poszukiwań trafiłam na pdf dostępny on-line z całą książką Eating Animals w oryginale . I wiecie co się okazało? Że autor wcale nie pisał w tym zdaniu o inżynierii genetycznej. Z polskiego przekładu wynika natomiast, że inżynieria genetyczna jest podstawowym narzędziem pracy hodowcy zwierząt. Jest to już nie tylko kiepskie tłumaczenie, co bardzo poważne przekłamanie.
Wydawaniem pozwoleń na sprzedawanie zwierząt genetycznie modyfikowanych (GE animals - genetically engineered animals) jako produktu spożywczego zajmuje się w Stanach FDA (Food and Drug Administration). Jak można dowiedzieć się z ich strony na razie nie wydano, ani jednego takiego pozwolenia (firma AquaBounty, próbuje bezskutecznie od 1995 roku uzyskać zezwolenie dla swojego genetycznie modyfikowanego łososia).
Dobrze, pewnie chcecie już wiedzieć skąd w polskim przekładzie ta inżynieria genetyczna i jak wyglądało to zadanie w oryginale. 
In the same period [since the 1930s], they have been engineered to grow more than twice as large in less than half the time.
Słowem, którego używa autor jest engineer (inżynieria genetyczna to genetic engineering), a więc chodzi tu po prostu o to, że brojlery zostały zaprojektowane, tak, aby osiągać większe rozmiary. Jak przebiega takie projektowanie? Poprzez sztuczną selekcję (hodowca dobiera drób w pary), której przeważnie towarzyszy sztuczne zapłodnienie.

Moją uwagę zwróciło też następne zdanie, o tym, że kiedyś kurczaki żyły około 20 lat. Co mamy w oryginale? 
Chickens once had a life expectancy of fifteen to twenty years. 
A więc okazuje się, że kiedyś przewidywaną długością życia kurczaków było 15 do 20 lat. Co nie oznacza oczywiście, że kurczaki tyle żyły, ale, że ich biologia pozwalałaby im na tak długie życie (a o to czy 70 lat temu ktokolwiek czekał 15 lat, żeby zrobić sobie rosół można spytać babcię, albo dziadka).

Wróćmy jednak do inżynierii genetycznej. Oczywiście możecie powiedzieć, że to ludzka rzecz pomylić engineered z genetically engineered. W takim razie proszę zostańcie ze mną, bo to dopiero początek. Okazuje się, że modern genetic knowlege, czyli współczesna wiedza genetyczna, według tłumaczki też spokojnie może zostać przetłumaczona jako inżynieria genetyczna, i tak ze zdania:  
We have focused the awesome power of modern genetic knowledge to bring into being animals that suffer more.  
otrzymujemy:
Wykorzystując ogromną moc inżynierii genetycznej, skazaliśmy zwierzęta na dodatkowe cierpienie.
Genetyka i inżynieria genetyczna to nie są synonimy i to nie inżynieria genetyczna jest winna cierpieniu zwierząt w przemysłowych hodowlach. 
Pani Dominika Dymińska nie jest tego najwyraźniej świadoma. Wie natomiast, że inżynieria genetyczna to modny termin i brzmi mądrze, dlatego np. na stronie 265 postanawia go użyć aż dwa razy. 
Serious health problems have been bred into their genes in the process of engineering them 
W tym zdaniu chodzi o genetycznie wady, które pojawiają się u zwierząt krzyżowanych przez hodowców, a więc można powiedzieć "projektowanych" (engineered) tak, aby np. osiągały jak największe rozmiary ciała. Problemem, który tu się pojawia jest to, że razem z cechą pożądaną można utrwalić też cechę niepożądaną, bo krzyżowanie nie jest metodą precyzyjną. Precyzyjną metodą jest natomiast inżynieria genetyczna, w której do organizmu wprowadzić można jeden konkretny gen, ten o który nam chodzi. Niestety pani Dominika mimo, że o inżynierii genetycznej pisze dużo, nadal nie wklepała tego terminu w google i nie sprawdziła czym jest. Stąd też powyższe zdanie przetłumaczyła jako:
wskutek inżynierii genetycznej łatwiej zapadają na pewne choroby
A następnie na tej samej stronie control of genetics również stało się inżynierią genetyczną.



Dominika Dymińska informuje nas też, że w 1964 roku przemysł drobiarski zwrócił się w stronę inżynierii genetycznej. Amerykańscy hodowcy korzystali z inżynierii genetycznej, jeszcze zanim ją wynaleziono. To jest właśnie postępowość!
Ale nie, chwila... In 1946, the poultry industry turned its gaze to genetics, czyli jednak nie ta metoda i nawet nie ten rok.

No dobrze, ale ile razy można użyć terminu inżynieria genetyczna, bądźmy kreatywni, modyfikacja genetyczna brzmi równie dobrze i na pewno znaczy to samo co poor genetics, dlatego:
Other studies indicate that poor genetics, lack of movement, and poor nutrition leave 10 to 40 percent of pigs structurally unsound [...]
to:
Inne badania wykazały, że od 10 do 40 procent, źle odżywionych, zmodyfikowanych genetycznie i pozbawionych możliwości ruchu zwierząt rodzi się z wadami [...] 
(A i czytanie ze zrozumieniem pani Dominiko: 10 do 40 procent "zmodyfikowanych genetycznie" zwierząt rodzi się z wadami, czy "modyfikacja genetyczna" sprawia że 10 do 40 procent będzie miało wady?)

Problemem jest nie tylko to, że pani Dymińska najwyraźniej nie interesowała się niedawną awanturą o GMO (albo interesowała się w nią w taki sposób jak Doda, czyli uważa, że nie można dodawać chemii do jedzenia), ale w ogóle była chyba na bakier z biologią w szkole. Stąd też pewnie przekonanie, że climat change (zmiana klimatu) to to samo co dziura ozonowa.
More recent and authoritative studies by the United Nations and the Pew Commission show conclusively that globally, farmed animals contribute more to climate change than transport.
Oznacza według tłumaczki tyle co: 
Bardziej miarodajne badania przeprowadziły ONZ i Pew Research Center. Wynika z nich, że zakłady chowu przemysłowego stanowią dla dziury ozonowej zagrożenie większe niż transport.
Zagrożenie dla dziury ozonowej? To chyba dobrze? (i tu pytanie czym w zasadzie w tej książce zajmowali się redaktor i korektor?).


Z biologicznych ciekawostek, okazuje się też, że inflammatory and autoimmune diseases (czyli choroby zapalne i autoimmunologiczne; poradził sobie z tym nawet google translator) to według tłumaczki stany zapalne układu immunologicznego, nie jestem w stanie wam wytłumaczyć co to takiego, tu moja wiedza biologiczna się kończy, piszcie do pani Dominiki.

Koewolucja jest kolejnym terminem, który nic tłumaczce nie mówi, ale wydaje jej się, że może oznaczać pewien bardzo konkretny moment ewolucji. Intuicji trzeba ufać, słowniki i encyklopedie są dla leszczy. Dlatego zdanie: 
A common trope, ancient and modern, describes domestication as a process of coevolution between humans and other species. 
w którym chodzi o to, że uważa się, iż udomowienie zwierząt zaszło dzięki koewolucji** pomiędzy człowiekiem, a innymi gatunkami, w książce pani Dominiki, spotkać można pod taką postacią:
Według obiegowej teorii udomowienie zwierząt nastąpiło w pewnym bardzo konkretnym momencie ewolucji.


Nie wiadomo o jaki to konkretny moment chodzi, bo w dalej autor opowiada o "umowie" między człowiekiem a zwierzętami (co może być nie do końca dla polskiego czytelnika zrozumiałe, bo pozbawiono nas zdania o koewolucji), ale nie pisze już nic o konkretnym momencie.
Podobno największy problem współczesnej młodzieży sprawia czytanie ze zrozumieniem. Jestem w stanie w to uwierzyć:

H stands for hemagglutinin, a spike-shaped protein found on the surface of influenza viruses and named after its ability to “agglutinate” — that is, to clump together red blood cells.

Czego dowiadujemy się z tego zdania? Tego, że H (w nazwach wirusów, np. H5N1) pochodzi od słowa hemaglutynina, które jest nazwą białka znajdującego się na powierzchni wirusów grypy, mającego zdolność do aglutynacji, czyli zlepiania czerwonych krwinek.
U naszej tłumaczki będzie to: 
“H” to skrót od nazwy hemaglutynina. Hemaglutynina to białko o klinowatym kształcie znajdujące się na powierzchni wirusów grypy. Nazwa pochodzi od zdolności cząsteczek tej substancji do aglutynacji (czyli zlepiania się w sposób podobny jak krwinki).


A uważne czytanie ze zrozumieniem jest w pracy tłumacza bardzo ważne. Czasami jedno słowo, a nawet litera może zmienić sens zdania: 

“Solid food” in this case often includes dried blood plasma, a byproduct from slaughterhouses. 
"Pasza treściwa" to między innymi sproszkowane osocze krwi i odpady z rzeźni.
(zgodnie z oryginałem powinno być: osocze krwi, będące odpadem z rzeźni)
Rozumiem, że Dominika Dymińska sama jest pisarką, więc ciężko jej zaakceptować pisanie nie swoim stylem, ale na tym właśnie polega tłumaczenie. Staramy się oddać jak najwięcej po pierwsze z pierwotnego sensu (tu już wiemy, że tłumaczka poległa), po drugie z oryginalnego stylu autora. Oczywiście nie wszystko da się przetłumaczyć i nie wszystko powinno się tłumaczyć dosłownie. Tu tłumaczka wydaje się, wiedzieć, że tak jest, ale nie za bardzo jeszcze wie kiedy trzeba tłumaczyć wiernie, a kiedy należy kombinować.
Kombinuje więc tam, gdzie powinna przetłumaczyć to co napisał autor, bo jest to jak najbardziej przetłumaczalne: 
I found his manner to be hugely pleasant, especially given all of the silence and misdirection I’d encountered in every other slaughterer I’d spoken (or tried to speak) to.

Jest naprawdę miły w porównaniu z innymi ludźmi z branży mięsnej, z jakimi miałem przyjemność (lub przykrość) rozmawiać
Po pierwsze, wiem, że rzeźnik to brzydkie słowo, ale tym właśnie jest slaughterer, po drugie, w oryginale jest rozmawiałem (lub próbowałem porozmawiać), tłumaczka uznała, że ładniej będzie miałem przyjemność (lub przykrość) rozmawiać. To czy jest ładniej to kwestia gustu, natomiast na pewno nie jest wiernie, a to ma znaczenie. W książce autor opisuje wiele prób skontaktowania się z pracownikami rzeźni, na które przeważnie nie dostawał żadnej odpowiedzi, stąd właśnie rozmawiałem (lub próbowałem rozmawiać), stąd też silence and misderection (w tym przypadku milczenie i zbywanie/wprowadzanie w błąd), czego tłumaczka postanowiła w ogóle nie tłumaczyć.
Zauważyłam, że tłumaczenie tylko niektórych słów ze zdania to w ogóle chyba ulubiona technika pani Dymińskiej (technika pozwalająca na osiągnięcie większej efektywności?). Np. mamy takie zdanie:  jakim cudem żydowski chłopiec stał się jednym z najważniejszych rolników na świecie? Czy to rzeczywiście takie dziwne, czy potrzebny jest do tego cud, aby Żyd został rolnikiem? Jak zwykle fragment oryginału może nam wiele wyjaśnić: How did a first-generation American, a Jewish city boy, become one of the most important ranchers in the world? Czyli jednak nie chodzi o to, że to żydowski chłopiec został rolnikiem, ale że żydowski chłopiec z miasta, należący do pierwszego pokolenia urodzonego w Ameryce, został  jednym z najważniejszych rolników na świecie.
Podobna historia przydarzyła się rozdziałowi, którego polski tytuł brzmi Nie chodzę nocą po farmach. W tym rozdziale autor opowiada o tym jak włamuje się w nocy na farmę. Dziwne prawda? W oryginale już mniej, bo tam tytuł rozdziału brzmi: I’m Not the Kind of Person Who Finds Himself on a Stranger’s Farm in the Middle of the Night, czyli mniej więcej tyle co: Nie jestem typem człowieka, który by się włóczył po nieswojej farmie w środku nocy.


Jeśli jesteście już po lekturze Zjadania zwierząt i właśnie pakujecie walizki, aby pojechać do USA i pracować w Smithfield, gdzie byle menedżer może zarobić 12,6 miliona dolarów, o czym mówi ten fragment: Były menedżer Smithfield Joseph Luter zarobił tyle na opcjach na giełdzie w 2001 roku, to radzę się jednak rozpakować, ten były menedżer to former CEO, czyli (czego pewnie nie muszę mówić nikomu, kto pracował w korporacji, miał biurko w open space, a jego szef nie komentował jego pracy tylko wysyłał mu feedback, po przeczytaniu jego time-sheetu) Chief Executive Officer (dyrektor generalny). A, i nie zarobił a otrzymał te opcje, ale to już kosmetyka.

Mogłabym tak jeszcze przez dłuższy czas, ale nie chcę męczyć siebie i was. Na potrzeby tej notki chyba już wystarczy. Jeśli ktoś ma tę książkę i chciałby dostać erratę to mogę przesłać wszystko to co znalazłam, ale szczerze mówiąc, nawet wtedy obawiam się, że czytanie tego "tłumaczenia" nie ma sensu. Bo tak jak wspomniałam na początku to nie jest tłumaczenie. To jest książka z gatunku science fiction, napisana przez Dominikę Dymińską, inspiracją do której była książka Eating Animals Jonathana Safrana Foera. 
Oczywiście wina nie leży tylko po stronie tłumaczki, bo była też podobno redakcja (Jakub Bożek) i korekta (Magdalena Szroeder), która nie wyłapała tych wszystkich błędów. A w przypadku takich książek powinna też być korekta merytoryczna, której najwyraźniej nie było (a jeśli była to lepiej się do tego nie przyznawać).
Teraz pozostaje nam wszystkim zapłakać jak ta krowa w Zjadaniu zwierząt (Bili je tak strasznie... A one płakały z wywieszonymi językami. - podpowiedź dla tłumaczki, czasownik to cry ma kilka znaczeń).


Ocena: 0/5
Wydawnictwo: Krytyka Polityczna
Tłumaczka: Dominika Dymińska
Rok wydania: 2013

* Kto nie lubi wielkich skrótów tego zapraszam na stronę Encyklopedii Britannica lub Encyklopedii PWN, a jeśli kogoś naprawdę interesuje temat to polecam książkę DNA. Tajemnica życia, tam w rozdziale Zabawa w stwórcę: DNA projektowany na miarę, można przeczytać o tym jak powstała inżynieria genetyczna.
** Koewolucja to przemiany ewolucyjne zachodzące jednocześnie w co najmniej 2 gatunkach wskutek wzajemnego oddziaływania na siebie ich osobników. (źródło: Encyklopedia PWN)

44 komentarze:

  1. Niewiarygodne! Spotyka się przekłady mniej lub bardziej wierne, lepsze lub gorsze.
    Z tego, co piszesz wynika, że trudno to nazwać przekładem. Jak widać umiejętności translatorskie tej Pani są "w pewnym bardzo konkretnym momencie ewolucji"...Specyficznym:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pisałaś może do Krytyki Politycznej w tej sprawie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I co, i co? Dostałaś jakąś odpowiedź? Jestem po lekturze "Zjadania", ale widocznie nie przyłożyłam się i zbyt pobieżnie przeczytałam, bo choć miałam zastrzeżenia, wielu błędów nie zauważyłam. Za to Twoje przyłożenie się do tematu i efekt- WOW :)

      Usuń
  3. Och, tłumoczenie piękne, jego analiza takoż. Czepnę się tylko, że ta "Britannicia" na końcu psuje efekt.

    (Przy okazji - logowanie OpenID w komentarzach nie działa: nie przekierowuje na stronę logowania, tylko wyświetla komunikat "Nie można zweryfikować Twoich danych logowania OpenID.")

    OdpowiedzUsuń
  4. Britannica zmieniona, ale w sprawie komentarzy to chyba nie jestem w stanie nic zrobić... :/

    OdpowiedzUsuń
  5. Współczuję recenzentce problemów ze snem i jedzeniem, ale być może to właśnie one są przyczyną tak druzgocącej opinii na temat książki, a nie na odwrót? Na Wydziale Biologii określenie "inżynieria genetyczna" ma być może powyższe wąskie znaczenie, ale już w internecie możemy przeczytać, że jest to "ogół technik powodujących zmianę materiału genetycznego komórki lub organizmu w celu wyeliminowania niepożądanych cech lub nadania pożądanych, stosowanych w przemyśle, rolnictwie i medycynie. Podstawowymi technikami są: hodowla zwierząt i hodowla roślin, hybrydyzacja oraz rekombinacja DNA", czyli krzyżowanie gatunków jak najbardziej zdaje się tu zaliczać ;) Na przyszłość życzę też autorce więcej luzu i żeby zamiana przecinka na spójnik nie spędzała jej snu z powiek, bo być może nigdy już nie będzie Pani dane zasnąć ;) A sen jest niezbędny do życia, człowiek wypoczywa i mniej się denerwuje. Co zapewne zresztą Pani jako biolożka dobrze wie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Na Wydziale Biologii określenie "inżynieria genetyczna" ma być może powyższe wąskie znaczenie, ale już w internecie możemy przeczytać" No tak. W internecie możemy wszystko przeczytać. Nadal jednak warto podawać źródła. Encyklopedia WIEM... no cóż. Nie jest to najlepsze źródło wiedzy.
      Ale przeanalizujmy podany cytat:
      "ogół technik powodujących zmianę materiału genetycznego komórki lub organizmu w celu wyeliminowania niepożądanych cech lub nadania pożądanych, stosowanych w przemyśle, rolnictwie i medycynie." - czy krzyżowanie zmienia materiał genetyczny komórki lub organizmu? Nie. W wyniku krzyżowania powstaje nowy organizm, ale nie zmienia się tu istniejącego organizmu. Nie rozumiem też dlaczego Pan/Pani nie cytuje dalszej części: "U podstaw współczesnej inżynierii genetycznej leżą odkrycie enzymów restrykcyjnych i ligaz, umożliwiających produkcję zrekombinowanego DNA oraz opracowanie sposobów przenoszenia genów wyższych organizmów do komórek docelowych (zob. wektory)." (podpowiadam, że są to właśnie wydarzenia z lat 70. XX wieku). I końcówka, która rozwiewa wątpliwości: "Inżynieria genetyczna umożliwia wprowadzanie obcych genów do całych organizmów i powstawanie tzw. transgenicznych organizmów lub do wybranych komórek docelowych (zob. terapia genowa)."

      Mimo wszystko uważam, że w tej kwestii "Wydział Biologii" jest lepszym źródłem wiedzy niż portal wiedzy onet.pl

      Usuń
    2. Och, Recenzentko, żebyś ty miała tyle luzu co Pani Dominika Dymińska, co ma tyle luzu, że w ogóle jej wszystko jej jedno co jest w oryginale a co ona tłumaczy. Powinnaś się uczyć od niej jak żyć beztrosko.

      Usuń
    3. A tak abstrahując od luzu, to widzę, że, 'anonimowy', nie umiesz za bardzo czytać ze zrozumieniem (hmm, zupełnie jak pani Dominika...). Nawet na tej nieszczęsnej stronie encyklopedii onetu jest dalej wytłumaczone czym jest współczesna inżynieria genetyczna. I nawet na tym twoim 'internecie' raczej nie udało mi się znaleźć żadnej publikacji, która by używała inżynierii genetycznej w takim kontekście. Nawet gimnazjalistom na ściąga.pl udaje się jakoś prawidłowo zrozumieć pojęcie. Szczególnie, że tyle się mówi teraz o GMO i inżynierii genetycznej, że wystarczy dwie gazety w roku przeczytać, żeby zrozumieć pobieżnie o co chodzi. Zaręczam ci, że biologii do tego studiować nie trzeba. Ja studiowałam filologię, ale nie uważam definicji inżynierii genetycznej za wiedzę ezoteryczną. I rozumiem, że jesteś albo kolegą Dominiki, albo samą Dominiką i trzeba się jakoś bronić, to niestety, prawda jest taka, że nie ma tu jak się bronić. Tłumaczenie jest spartaczone tak dokumentnie, że należy tylko przeprosić i wrócić do nauki i nie brać się za profesjonalne tłumaczenia jeszcze przez jakieś 5 lat.

      Usuń
    4. ja tam się nie znam i nie chcę mi się sprawdzać, bo nie jestem taki czujny jak Panie, ale tak na chłopski rozum to jak się skrzyżuje jedno zwierzę z drugim, to raczej trzecie ma inne geny, niż te dwa wyjściowe. czyli zmienia się materiał genetyczny organizmu? czy nie? ale możemy się kłócić, że to nie inżyniera, tylko projektowanie. ale jakoś wątpię, czy jakby tłumaczka pisała o projektowaniu zwierząt to tekst byłby bardziej zrozumiały.

      Usuń
    5. Jak na razie to się nie kłócimy, tylko ja panu muszę wyjaśniać fragment z encyklopedii WIEM, który pan cytuje, ale niestety go pan nie rozumie (chyba, że Anonimowy od cytatu to inny Anonimowy niż pan). Niestety pana "chłopski rozum" nie działa najlepiej. Spróbujmy inaczej. Czy jeśli pan ma inny genotyp niż pana rodzice, to oznacza, że zmienił się pana materiał genetyczny i jest pan organizmem zmodyfikowanym genetycznie?

      Usuń
    6. Ha ha ha... Czyli wedlug 'chlopskiego rozumu' jezeli potomstwo ma inne geny niz rodzice to jest to inzynieria genetyczna... czyli jakby wszystkie organizmy rozmnazajace sie plciowo?

      No to gratuluje tego rozumu.

      Juz sie nie kompromituj. Tej tezy nie da sie obronic nawet jakbys stanal na swojej chlopskiej glowie. Widze, ze swojej ignorancji zrobiles cnote i teraz jej bronisz jak niepodleglosci.

      Nikt oprocz Dominiki Dyminskiej nie mowi o inzynierii genetycznej majac na mysli krzyzowanie zwierzat. A przede wszystkim, nie mowil tak autor ksiazki. I tu sie ta cala dyskusja konczy.

      Ja wiem, ze nie chce ci sie sprawdzac, ale gdyby jednak cos cie podkusilo to tutaj zrodlo wiarygodne i napisane tak, aby chlopski rozum zrozumial (mam nadzieje) http://www.mos.gov.pl/artykul/2086_gmo/8806_gmo.html

      Usuń
  6. A i jeszcze chciałabym powiedzieć, że wypisanie tego wszystkiego to nie jest czepianie się i brak luzu, bo wypisałam tylko te najpoważniejsze rzeczy, i tak dużo pomijając. Np. że antibiotic resistance to nie jest oDporność na antybiotyki, tylko oporność na antybiotyki (też wystarczyło wpisać w google), albo że Midwest to nie jest nazwa stanu czy miasta, tylko po prostu Środkowy Zachód, dlatego powinno być, że "mieszkał na Środkowym Zachodzie", a nie "w Midweście". Toothless to po angielsku zarówno bezzębny jak i bezsilny, nieskuteczny, ale Słownik języka polskiego PWN podaje tylko jedną definicje słowa bezzębny - nie posiadający zębów. Dlatego "toothless law" to nie "bezzębne prawo" jakby chciała tłumaczka, ale "nieskuteczne prawo".

    Wyluzowanym można być na piwie po pracy, ale nie w pracy. A tłumaczenie książek to praca i w czasie tej pracy, jak ktoś powiedział, powinno się być podejrzliwym i czujnym jak czekista.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. gratuluję zatem rewolucyjnej czujności, jednocześnie mając nadzieję, że nie skończy się ona na strzelaniu w tył głowy.

      Usuń
    2. Też anonimowy4 lipca 2013 19:06

      Ja tam pracuję w metaforach. I przyznam, najbardziej lubię dobre. A z Anonimowym od inżynierii genetycznej zgadzam się w jeszcze jednej kwestii: bezsenność to niedobra rzecz. CzeKa zaś... Życzliwie radzę - wyguglać albo przynajmniej sprawdzić w Encyklopedii WIEM. Bo ludzie różne rzeczy mówią, niekoniecznie warte cytowania/powtarzania, w dodatku w charakterze błyskotliwej pointy. A recenzenci kiepskich tłumaczeń naprawdę powinni być poza wszelkimi podejrzeniami - zwłaszcza, jeśli sami sobie autorami, redaktorami, korektorami...

      Usuń
  7. no, faktycznie. Tłumaczka, a także całe to "Wielkie Grono Korektorów" (jeśli w ogóle takowi byli) dali ciała.

    OdpowiedzUsuń
  8. O Matko Boska, dali temu dziecku książkę do tłumaczenia? Wypada chyba się najpierw co nieco poduczyć (tłumaczenia i nie tylko), żeby się za to zabrać. Ale może ja już jestem jakiejś starej daty anglistką? Teraz jest Google Translate i każdy może tłumaczyć.

    Widzę, że błędy w przekładzie tragiczne (i czepianie się "inżynierii genetycznej" i jej potocznych, czy specyficznych znaczeń niczego tu nie zmienia, bo to tylko jeden z wielu wymienionych tu kwiatków). Podane przez Ciebie przykłady ilustrują również fatalną stylistykę - zdania brzmią, jakby zostały przetłumaczone na kolanie, a potem już nikt do nich nie zajrzał i zostało, jak jest.

    Zgaduję, że ludzi związanych z Krytyką Polityczną jest trochę. I w tym gronie na pewno są angliści, lingwiści, profesjonalni tłumacze. Dlaczego KP pozwoliła na to, żeby podjął się tego ktoś, kto wyraźnie się na przekładzie nie zna? Bo przecież chyba nie oczekują, że imię tłumaczki przyciągnie czytelników do "Zjadania Zwierząt" - w końcu recenzje "Mięsa" były w znacznej większości druzgocące.

    Dzięki za tę recenzję, jest świetna. Rzadko można spotkać się z analizą tłumaczenia, a dla mnie to zawsze fascynująca lektura. Pozdrowienia dla biologa-pandy.

    OdpowiedzUsuń
  9. Coś strasznego! Czytałam tę książkę po niemiecku i odebrałam ją bardzo pozytywnie - prosze nie mieszac z tematyką, bo ta mną wstrząsnęła. Bardzo jestem ciekawa czy wydawnictwo zareaguje!

    OdpowiedzUsuń
  10. A co na to wydawca i autor? Wiedzą już?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do wydawnictwa pisałam. Nie dostałam odpowiedzi.

      Usuń
  11. Świetny tekst i ogromne poświęcenie. Dziękuję za ten artykuł

    OdpowiedzUsuń
  12. Świetna praca, nigdy nie miałam ambicji zagłębiać się w zawiłości translatorskie, a jak widać, czasem jest to niezbędne, żeby wyrobić sobie zdanie na temat obcojęzycznego tytułu. Dziękuję za wskazanie tropu!

    OdpowiedzUsuń
  13. Witam. Pani wpis skomentuję słowami Osipa Mandelsztama, w przekładzie Anny Wasilewskiej:
    „Jeżeli chcemy otrzymać książkę wysokiej jakości, należy wykorzenić owo rosnące z roku na rok absurdalne żądanie wydajności, które jest źródłem byle jakich efektów. Powieść Flauberta i powieść wagonowa są opłacane prawie tak samo. Debiutant, dyletant i uznany tłumacz otrzymują niemal identyczne wynagrodzenie. Jednocześnie cena zadrukowanej kartki papieru waha się między kwotą 150 a 500 rubli. Przy takim systemie nietrudno zrozumieć, że wydawcy odpędzili od przekładów nie tylko literatów, ale nawet zwykłych wykształconych ludzi”
    Polecam cały artykuł: http://www.dwutygodnik.com/artykul/3752-raport-o-kondycji-tlumacza.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za link do artykułu - bardzo ciekawy. Przerażające jest to, że cytowany powyżej fragment pochodzi z listu z 1929 roku i nadal jest boleśnie aktualny...
      Ja jednak mam nadzieję, że przy coraz częściej pojawiających się nagrodach nie tylko dla autorów ale też tłumaczy i coraz większej świadomości czytelników wydawnictwa zaczną zwracać uwagę na to jak ważną rolę odgrywa tłumacz.
      Myślę teraz, że za mało trochę napiętnowałam wydawnictwo, które wydało tę książkę, szczególnie, że właśnie przeczytałam (http://molokmun.blogspot.com/2013/04/pazdzierz-przewodnik-krytyki-politycznej.html), że to nie jest ich pierwszy raz (i nie pierwszy raz tej tłumaczki).
      Dotąd czytałam tylko polskie książki KP więc myślałam, że to tłumaczenie to wypadek przy pracy, ale chyba jednak tak po prostu wyglądają ich standardy...

      Usuń
    2. Powiedzmy, że jestem Anonimowy 3. Problem pseudotłumaczki, pseudoredaktorów i pseudokorektorów to nie jest problem li tylko Krytyki Politycznej, niestety. Chciwe i pazerne wydawnictwa (zupełnie jak managerowie farm przemysłowych) przestali wydawać książki dobre 20 lat temu. Teraz tak samo liczy sie maksymalny zysk przy minimalnych kosztach. Książki się PRODUKUJE! Nigdy nie byłem dobry z języka polskiego, ale coraz cześciej sam wyłapuję takie brednie w ksiązkach, że strach się bać. I to u jakby szanujących się wydawców. Co bardziej porażające, dotyczy to nawet ksiązek nie tłumaczonych z obcych języków. Powiem brutalnie - książki coraz częsciej tłumaczą i redaguja idioci, którzy ledwo maturę zdali a o fachowej (choćby przyzwoitej redakcji) nie maja pojęcia. Ale co tu się dziwić, kiedy na studia polonistyczne (fakt autentyczny) dostaja się matoły nie znający nazw przypadków. Niedawno miałem okazję zobaczyć, jak redaktor pewnej książki (całe szczęście, że tylko czytadła) był zmuszony prawie napisać nowe tłumaczenie, bo pierwotnego nie dało się czytać w ogóle i nie wiadomo bylo o co chodzi. Niestety teraz tłumaczem może byc kazdy idiota, który zaopatrzy się w Translatikę.

      Usuń
  14. Przypominają się koszmarne przykłady tłumaczeń ze starej książki Andrzeja Voellnagla z 1980 roku, która mam na półce: "Jak nie tłumaczyć tekstów technicznych".
    Widzę, że nic nie straciła na aktualności... :(

    OdpowiedzUsuń
  15. Przeczytałem z uwagą Twoje komentarze do przekładu i dobrze zrobiłem, bo chciałem kupić kilka egzemplarzy Foera znajomym i rodzinie. Może Krypol wyda poprawione tłumaczenie, wtedy to zrobię. Cenna notka.

    Muszę jednak przyznać, że nie do końca podoba mi się styl, w jaki jedziesz po tłumaczce. To jasne, że jest odpowiedzialna za większość błędów, i na pewno trzeba ją wymienić z nazwiska (podobnie jak redaktorów), ale sądzę, że wystarczy tylko raz. Teraz zrobiła się z tego jakaś nieelegancka, nieprofesjonalna napaść, która wygląda jak regulowanie osobistych porachunków (nawet jeśli tak nie jest).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za opinię. Pani Dymińskiej nie znam więc notka regulowaniem osobistych porachunków absolutnie nie jest. Gdyby ta notka była recenzją książki Foera, jego nazwisko pojawiałoby się zapewne równie często jak nazwisko tłumaczki w tej notce. Jak napisałam jednak na początku, uważam, że książka została w takim stopniu zmieniona, iż jedyne co mogę zrecenzować to jej przekład, którego autorką jest pani Dymińska. Stąd też w tym przypadku to jej nazwisko, a nie nazwisko autora oryginału pojawia się z taką częstotliwością z jaką się pojawia, bo to ona występuje tu jako "autor".
      Oczywiście notkę i mój styl można uznać za złośliwe i z tym nie będę się spierać. Taki stan rzeczy wynika głównie z mojego głębokiego poruszenia jakością tego "produktu"(nie pracuję na co dzień z książkami, więc nadal mnie poruszają i wywołują we mnie silne emocje). Przy całej swojej zjadliwości nie posuwam się jednak do żadnych wycieczek osobistych, opierając się jedynie na argumentach merytorycznych, stąd też nie uważam, aby notka nosiła znamiona "regulowania osobistych porachunków".
      Wiele osób pisało o tej notce, że "Krytyka polityczna znów...", "Krytyka polityczna wydała..." itd., o ile oczywiście należy zwrócić uwagę na to jakie wydawnictwo wydało tę książkę (i czy może np. krótki termin na tłumaczenie nie przyczynił się do jego jakości - ale to już przypuszczenia), o tyle za to jak wygląda ta książka odpowiadają konkretne osoby i uważam, że nie ma nic złego w zwróceniu uwagi na to kim te osoby są.

      Usuń
  16. Napdawde robi wrazenie, az chce się zastanowić czy to ignorancja tej kobiety, czy wręcz świadome ingerowanie do tekstu, bo nie chce się wierzyć, że można robić takie gafy będąc tylko głupim. Mi to wygląda wrecz na świadomą manipulacja, która moglaby byc miła niektorym srodowiskom zwiazanym z KP...Eh, poza tym pracując swego czasu jako tłumacz naukowy wiem, że nie da się tego robić nie znając danego tematu, bo wtedy daje się upust swojej ćwierć-wiedzy i fałszywym wierzeniom. Dla mnie to totalna porażka wydawnictwa, ktore jest widocznie nieswiadome swej ogromnej roli jaką pełni w społeczenstwie, edukowania spoleczenstwa. A to jest tylko tumanienie.
    Sam nie czytałem tej ksiazki i z pewnoscią nie przeczytam, ale az chce mi sie wyslac list do nich, ze sa kompletnymi amatorami i powinni skonczyc z wydawaniem ksiązek.
    Na marginesie SEO to najwieksza choroba wspolczesnego dziennikarstwa, ktora zamienia wydawnictwa w młynki tagów, dostarczajac ludziom niby "tylko to czego chcą". Jak ktoś chche poznać efekty SEO, niech wejdzie na strone jednej z jej ofiar, czyli Przegladu Sportowego.
    Basiu, wspaniała robota

    OdpowiedzUsuń
  17. Wygląda na to, że pani D. ma na sumieniu jeszcze co najmniej jedną książkę http://molokmun.blogspot.com/2013/04/pazdzierz-przewodnik-krytyki-politycznej.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem coraz bardziej zasmucona i zawiedziona Krytyką Polityczną...
      Dziękuję za cynk, bardzo ciekawy blog.

      Usuń
  18. Kurczę, to się trzeba będzie przebijać przez angielską wersję, a więc i terminologię. Dziękuję za ostrzeżenie.

    Miałam podobną przygodę z książką Jeremiego Stangrooma "Co myślą naukowcy" wydaną przez PIW! Kto jak kto, ale oni zwykle śmigają w tych tematach. Cytat dotyczący tłumaczenia z mojej recenzji tej książki:

    "Do tego książka jest zaskakująco źle przetłumaczona. Zaskakująco, jak na tak wspaniałą serię z tradycjami, Bibliotekę Myśli Współczesnej. Czytając, miałam wrażenie, że tłumaczka tworzy słownictwo, zamiast używać tego, które obowiązuje w pracach popularnonaukowych, np. określenie misteryjny [str. 59] zamiast duchowy. Cancer Genome Project tłumaczony jest jako Projekt Ludzkiego Genomu! Poprawność językowa też poszła się kochać, więc tekst zgrzyta co kawałek. "Wróciwszy do roku 2000, [...], Jeremy Paxman powiedział..."[str. 81] - rozumiem, że pan Paxman potrafi podróżować w czasie. "[...] nie spodziewamy się, by udało się w pełni opracować ludzki genom na 10 czy 20 lat naprzód"[str. 122] - czyli nie będziemy mieć żadnych zapasów ludzkiego genomu? Co za pech."

    Tłumaczka szczęśliwie zajęła się już inną tematyką, choć może szkoda, że całkiem nie zmieniła zawodu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już wiem, bo spędziłam na twoim blogu ostatnią godzinę ;) ale już się ogarniam i zostawiam sobie resztę recenzji na później

      Usuń
    2. Dopiero się rozkręcam z blogiem, więc bardzo mi miło, że wyjęłam ci z życiorysu całą godzinę.

      Usuń
  19. Ostatnie zdanie Twojej recenzji jest po prostu piękne :)

    OdpowiedzUsuń
  20. Naprawdę szkoda, że tak ważne książki powierza się tak kiepskim tłumaczom. Książka Foera zrobiła na mnie duże wrażenie, nie wgłębiałem się w kwestie terminologiczne, bo też nie sądziłem, że coś może być z nimi nie w porządku.

    Mimo wszystko książka Foera robi spore wrażenie. Dziękuję za wnikliwą recenzję. I nie zgadzam się z którymś z przedmówców, że to napaść na tłumaczkę. Widzę w tym tylko merytoryczne argumenty.

    Pozdrawiam
    Michał

    OdpowiedzUsuń
  21. To zaskakujące, bo Foer włożył ogromna pracę w tę książkę, sam będąc pisarzem, przekopał masę literatury, podał obszerną bibliografię, a w ten sposób jego praca została zepsuta. Ja wyciągnęłam z książki wniosek, że brojlery to genetyczne mutanty, no więc, czy tak jest? W zasadzie nie zmienia to faktu jak te istoty strasznie cierpią, tak czy inaczej, cały tzw. "przemysł mięsny" jest okropny, ale prawda tez ma znaczenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. Brojlery to kurczaki hodowane na mięso. Tak jak są krowy mleczne i mięsne - po prostu inny kierunek użytkowania zwierząt.

      Usuń
  22. Ale mam też jedną uwagę, jednak inżynieria genetyczna przyczynia się do cierpienia zwierząt, faktycznie, nie w wielkich hodowlach, ale transgeniczne zwierzęta są badane i hodowane i pewnie strasznie cierpią, poddawane rozlicznym eksperymentom. Artykuł, który znalazłam dobrze tez oddaje to co pisał Foer (o ile się zorientowałam, bo czytałam tylko to fatalne tłumaczenie) - mianowicie uprzedmiotowienie zwierząt i traktowanie ich jako produktu (to jest druga rzecz jaka zapamiętałam, poza nieszczęsnymi "kurczakami mutantami", z książki). Także wydaje się, że jeśli to tłumaczenie jest SF (a w jakimś sensie jest) to za jakiś czas może się niestety ono ziścić, jak wiele książek SF, jeśli ludzkość się nie opanuje. A tutaj link http://www.ur.edu.pl/pliki/Zeszyt16/09.pdf

    OdpowiedzUsuń
  23. Dzięki za świetną analizę. Swoją drogą Twój styl i poprawność językowa są godne pozazdroszczenia :). Szkoda, że nie Ty przetłumaczyłaś "Zjadanie zwierząt". Dla mnie jako weganki, aktywistki broniącej praw zwierząt i tłumaczki j. angielskiego to spartaczone tłumaczenie jednej z wciąż niewielu dobrych książek na ten temat to niemal osobista porażka :(
    Dzięki raz jeszcze. Pozostaje mieć nadzieję, że ktoś zainwestuje w korektę tego "tłumaczenia".

    OdpowiedzUsuń
  24. Świetna, solidna robota, gratuluję.
    Akurat z tym tematem (zjadania zwierząt) mam sporo wspólnego i widzę, jak wiele jest przekłamań po obu stronach barykady. "Tłumaczka" zapewne liczyła na to, że wywoła sensację.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. (sporo wspólnego przez to, że uczę się na technika weterynarii i interesuję się hodowlą trzody chlewnej i bydła mięsnego - gwoli ścisłości.)

      Usuń