poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Pozwolę sobie zacytować, odc. 3

Kiedyś jeszcze jako dziecko zapytałem ją, jak jest w piekle. Matka odpowiedziała mi wtedy zadziwiająco pewnie, jakby już tam była, jakby to była autopsja, a nie wyobrażenie:
- Synku, w piekle na powitanie pokazują ci wszystkie twoje niewykorzystane szanse, pokazują, jak wyglądałoby twoje życie, gdybyś we właściwym czasie wybrał właściwe wyjście. A potem pokazują ci wszystkie te chwile szczęścia, które straciłeś śpiąc, wiesz, synuś, że my przesypiamy połowę życia? I tym wszystkim śpiochom takim jak ty pokazuje się w piekle, co mogli w życiu osiągnąć, gdyby budzili się w porę.
- A potem? Mamusiu, co się dzieje potem, kiedy już to wszystko pokażą?
- Potem, synku, zostawiają cię samego z twoimi wyrzutami sumienia. Na całą wieczność. Nie ma już nic ani nikogo. Tylko ty i twoje wyrzuty sumienia...

Wojciech Kuczok - Gnój (Wydawnictwo W.A.B., 2003)

Stary człowiek w smutku (źródło)

środa, 2 kwietnia 2014

Scott Carney - Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci

Cierpienie zwierząt jest o wiele bardziej medialne niż cierpienie ludzi. Wystarczy spojrzeć na to, jakim zainteresowaniem cieszą się działania organizacji broniących praw zwierząt, a jakim działania organizacji broniących praw człowieka.
Wiadomo, zwierzęta nie mogą same bronić swoich praw, natomiast ludzie już tak. Rodząc się człowiekiem masz takie same szanse jak każdy inny człowiek, twoje życie należy tylko do ciebie, jesteś kowalem własnego losu i możesz być kim chcesz! Jeśli dzieje ci się krzywda, możesz zaprotestować i zostaniesz usłyszany. Jeśli więc mając tę całą gamę możliwości, mimo to wybierasz karierę surogatki w ośrodku matek zastępczych w Indiach albo łamiąc prawo (bo sprzedaż organów jest nielegalna) postanawiasz dorobić się na sprzedaży własnej nerki albo zajmujesz się sprzedażą swoich własnych komórek jajowych to co najwyżej możemy opowiedzieć o twoim przypadku w trakcie wykładu pt. "Strategie zawodowe które doprowadzą cię donikąd".
Właśnie o tych przegrańcach, którzy nie mają żadnego innego pomysłu na wspięcie się na kolejny szczebel drabiny społecznej, jak tylko wysyłanie tam siebie po kawałeczku (a to nerka przeszczepiana bogatemu Amerykaninowi, a to komórka jajowa dla jego żony) jest książka Scotta Carneya.

Historie opisujące kradzieże kości z grobów, handel nerkami czy porywanie ludzi dla krwi, w świadomości większości z nas funkcjonują gdzieś w odległym świecie miejskich legend i historii z dreszczykiem, które opowiadaliśmy sobie wieczorem na koloniach. Dlatego nawet mimo tego, że Scott Carney posługuje się bardzo rzeczowym językiem, nie próbuje grać na naszych emocjach ani nęcić nas tanią sensacją, zajmuje chwilę, aby zrozumieć, że kiedy skończymy czytać nie będziemy mogli zamknąć Czerwonego rynku i z westchnieniem ulgi powiedzieć: dobrze, że takie rzeczy nie dzieją się naprawdę. Nie możemy nawet pocieszać się tym, że historie opisane przez Carneya to jakieś pojedyncze przypadki. To co opisuje autor to ogromny świetnie prosperujący rynek, a popyt na produkty oferowane przez ten rynek będzie cały czas wzrastał. Części ciała to kolejne bogactwo naturalne globalnego Południa, które bez zahamowań eksploatujemy.

Zażarty przeciwnik transplantologii - filozof Bogusław Wolniewicz - nazywa przeszczepianie organów medycznym kanibalizmem. Nie podzielam podejścia prof. Wolniewicza do transplantologii jako takiej (w ogóle między mną a prof. Wolniewiczem jest światopoglądowa przepaść nie do pokonania), ale jeśli w jednym krótkim zdaniu miałabym powiedzieć o czym jest ta książka, to użyłabym właśnie terminu medyczny kanibalizm. Jeśli budzi to nieprzyjemne skojarzenia z wyzyskiem, czerpaniem życiodajnych sił kosztem innych ludzi i barbarzyństwem, to dobrze. Tak właśnie miało być.

Ocena: 5/5
Wydawnictwo: Czarne
Przekład: Janusz Ochab
Rok wydania: 2014

sobota, 22 marca 2014

Pozwolę sobie zacytować, odc. 2

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej
Opowiadano mi o nieprzyjemnościach, na jakie się przybysze narażają, zanim nabiorą nawyku do stosowania się do praw i porządków miejscowych, zwłaszcza we względzie stosunków pomiędzy mężczyzną a kobietą. W Polsce we wszystkich trzech zaborach, przewaga znajduje się po stronie męskiej - przewaga łagodzona zwyczajem w sferach towarzyskich wyższych, prawie nieograniczona w niższych. Bijanie, vulgo "pranie", bab przez mężów uważa się za rzecz zwyczajną. Mężowie nie przypuszczają, ażeby im nie wolno być miało kobiet ich wygrzmocić od czasu do czasu. Z wyobrażeniem tym przybywają do Ameryki i doświadczenie - niekiedy gorzkie - naucza ich, że wolność w Ameryce jest we względzie tym niewolą. Mąż nie tylko ręki na żonę podnieść nie ma prawa, ale żona do odpowiedzialności pociągnąć go może nie tylko za bicie, ale nawet za stosowanie do niej wyrazów obelżywych.

Zygmunt Miłkowski - Opowiadanie z wędrówki po koloniach polskich w Ameryce Północnej (Antologia polskiego reportażu XX wieku, tom 1)

czwartek, 13 marca 2014

Pozwolę sobie zacytować, odc. 1

Myślałem: kiedy to się dzieje, dlaczego tego nie można przyłapać, dlaczego dopiero z czasem się sobie uświadamia, że się dorosło? Domyśliłem się, że ta granica musi tkwić tam, gdzie nagle przestaje się tęsknie wyczekiwać przyszłości. Tej, w której już się będzie mężczyzną z wąsami, żoną i samochodem. Tej, w której będzie się mogło w uroczystości rodzinnej uczestniczyć z prawem do kieliszka. Tej, w której się w ogóle będzie już takim starszym, imponującym. Takim, co to już nie ma wągrów i łojotoku, i niepewności ruchów. Takim, co to już wytrzymuje wzrok żeński na sobie, nie spuszcza oczu po sobie, się nie pąsowi. Takim do którego już się mówi "proszę pana"; któremu się nie każe wstawać w klasie przed chóralnym "dzieeń-doo-bry"; któremu się w tramwaju nie zwraca uwagi "gówniarzu, może byś ustąpił". Słowem: gdy nagle się przestaje wyczekiwać przyszłości, bo już się dojrzeje do tego, żeby "im wszystkim pokazać". Ni stąd, ni zowąd za przeszłością tęsknić się zaczyna; a im odleglejsza, tym tęskni się bardziej, choćby i najgorsze to były wspomnienia, choćby i udokumentowane w młodzieńczym dzienniku jako czas udręki. Bo się już wie, że przeszłość to jedyne, czego nigdy nie będzie można dostąpić, kupić, przekupić, ubłagać, przeżyć ponownie. Bo się wie, że już się jest w tym wieku, do którego się tęskniło w młodości, ale nikomu niczego się nie pokazało.
[...]
Domyśliłem się, że chodzi o obecność. Że tak się człowiek przyzwyczaja od przedszkolnych lat, przez szkolne, licealne i studenckie, że codziennie ktoś sprawdza jego obecność. Wywołuje z listy i domaga się potwierdzenia: "Jestem". Przez te wszystkie lata ktoś jest zawsze zainteresowany tym, byśmy byli. Najpierw być musimy, potem powinniśmy - niezmiennie figurujemy jednak na listach obecności. Aż wreszcie z ostatnim dniem studiów ten przywilej się kończy: odtąd nikt już naszej obecności sprawdzać nigdy nie będzie, odtąd jesteśmy światu obojętni, możemy sobie być lub nie być. Pracodawcy nie interesuje nasza obecność, tylko efektywność - idealnym dla niego układem byłoby przecież zatrudnienie efektywnych duchów.
Wojciech Kuczok - Gnój
Wydawnictwo W.A.B., 2003


środa, 5 marca 2014

Victor Hugo - Człowiek śmiechu

Dawno, dawno temu, kiedy trawa była bardziej zielona, a termin działalność misyjna miał zupełnie inne znaczenie niż dziś, w TVP2 ukazał się półgodzinny reportaż o przygotowaniach do spektaklu Kuglarze i wisielcy, opartego na powieści Victora Hugo Człowiek śmiechu. Pomysłodawca i reżyser tego spektaklu - Krzysztof Zaleski, tłumacząc dlaczego wybrał właśnie tę powieść, powiedział:

Być może nawet nie jest to najwybitniejsza powieść Victora Hugo, ale jak ją czytałem wiele lat temu, to bardzo mi się spodobało, że jest w niej zawarta jakaś taka suma wiedzy o świecie: o jego prawdzie, racji, sprawiedliwości. [...] Taki może byłby cel naszego przedsięwzięcia. Nie po to, żeby kimś potrząsać (mówimy ci to, czego nie wiesz, pouczamy cię w imię czegoś), tylko być może w tobie, w nas wszystkich jest taka sfera emocji, myśli, cenzurowana właśnie przez to, że nie wypada się tak zachowywać, nie wypada pytać: a co to jest miłość? a co to jest nieszczęście? Tak jakoś jest. [...] Jesteśmy błaznami, nikt nas nie chce słuchać. Mówimy: prawda, miłość, sprawiedliwość, a inni mówią: przestań gadać te banały.
Victor Hugo
Spodobała mi się ta wypowiedź, bo dotyka sedna sprawy: dlaczego proza Hugo jest dziś nadal aktualna i dlaczego nadal porusza. Ale poza tym wyjaśnia też, dlaczego trochę niezręcznie jest mi o tym wszystkim pisać, a także dlaczego dziennikarce Barbarze Demick trochę niezręcznie było wydawać znów książkę, którą napisała prawie dwadzieścia lat temu, będąc młodą, naiwną reporterką:
Książka zatytułowana "Logavina Street" po raz pierwszy ukazała się w 1996 roku, rok po zakończeniu wojny. Po okresie spędzonym w Bośni opuściłam Europę Wschodnią, żeby pisać korespondencje z Bliskiego Wschodu, a później z Korei i Chin. Dziś jestem bardziej cyniczna i mniej mnie szokuje ludzkie cierpienie. Przygotowując książkę do drugiego wydania pod nowym tytułem "Besieged", wprowadziłam kilka poprawek redakcyjnych, żeby wygładzić styl, oparłam się jednak pokusie dokonania zmian w ustępach, które dzisiaj wydają mi się naiwne. Chciałam zachować niewinność tamtego czasu. W ten sposób opowieść jest bardziej autentyczna - czytelnik może przeżywać opisywane wydarzenia w ten sam sposób, w jaki ja przeżywałam je w latach dziewięćdziesiątych, podzielając oburzenie, które czułam jako początkująca korespondentka wojenna w Bośni.*
Bo cierpienie niewinnych ludzi, bieda i głód to sprawa owszem smutna, ale żeby się oburzać i pytać dlaczego, to już trochę infantylne.
I mimo że Victor Hugo żył w czasach, w których nie wszyscy zdążyli jeszcze podetrzeć sobie tyłek hasłem sprawiedliwości społecznej, to jakby coś przeczuwając stworzył bohatera, który cały czas próbuje swój romantyczny heroizm moralny ukryć pod maską cynizmu. Robi to jednak na tyle nieporadnie, abyśmy już od pierwszych stron nie mieli wątpliwości, że oto mamy do czynienia z podręcznikowym przykładem naiwniaka. Tym bohaterem jest Ursus: 
Ursus żywił nienawiść do rodzaju ludzkiego, nienawiść nieubłaganą. Rozumiał on jasno, że życie ludzkie jest rzeczą straszną, widział, że składa się ono tylko z nawarstwiających się klęsk: królowie są klęską dla ludu, wojna - klęską dla królów, zaraza gorsza jest od wojny, głód od zarazy, a głupota najgorsza jest ze wszystkiego; stwierdził, że kara mieści się w pewnej mierze już w samym fakcie istnienia, śmierć uważał za wyzwolenie od niedoli, kiedyś zaś przyprowadzano mu chorego, leczył go. Znał on tajemnice kordiałów i napoi przedłużających życie starcom. Uzdrawiał paralityków rzucając im na pożegnanie takie oto sarkastyczne słowa: "No, stanąłeś już na nogi. A żebyś jak najdłużej chodził po tym padole łez!" Kiedy napotykał przymierającego głodem biedaka, dawał mu wszystkie grosze, jakie miał, poburkując przy tym: "Żyj, nieszczęsny, jedz. Trwaj długo. Już ja tam nie będę skracał twoich męczarni."
Z tej właśnie nienawiści do ludzi, pewnego dnia przygarnął do swojej budy na kółkach dwie zbłąkane sieroty: niewidomą Deę oraz tytułowego człowieka śmiechu Gwynplaine'a.
Twarz Gwynplaine'a była niczym maska komiczna, na zawsze zastygła w niemym śmiechu. Za ten stan rzeczy odpowiedzialni byli Comprachicos - włóczędzy trudniący się handlem dziećmi i przerabianiem ich na potworki, aby te mogły później dostarczać ludziom radości. Lud żądny jest zabawy i śmiechu; królowie również. Na jarmarku potrzebny jest sztukmistrz; w pałacu potrzebny jest błazen. 

Conrad Veidt odgrywający rolę Gwynplaine'a w niemym filmie The Man Who Laughs z 1928 roku. Najprawdopodobniej to on był inspiracją do stworzenia postaci Jokera.

Akcja tej wielowątkowej powieści rozgrywa się w Anglii pod koniec XVII i na początku XVIII wieku. Fragmenty poświęcone trójce głównych bohaterów (i zupełnie nieciekawemu, jak to często bywa w powieściach romantycznych, wątkowi miłosnemu) przeplatają się z opisami intryg dworskich oraz zawirowań politycznych. Narracja jest niespieszna, przerywana wieloma dygresjami, które pojawiają się zazwyczaj w momencie największego napięcia, gdy wszystko właśnie ma się wyjaśnić. Głównych bohaterów poznajemy gdy są na dnie i jako że jest to powieść Victora Hugo, a nie Dom nad rozlewiskiem, możemy spodziewać się, że będzie tylko gorzej. Z całej gmatwaniny wątków i postaci, na pierwszy plan wychodzi w końcu to o czym Hugo pisał przez większość swojego życia, czyli niesprawiedliwość społeczna: dramat ciemiężonego ludu i dostatek, w który opływa uprzywilejowana klasa wyższa.
I dla takich właśnie banałów czytam Victora Hugo oraz powieści, w których narratorami są dzieci.

Znowu i tak jak zawsze, 
co widać powyżej,
nie ma pytań pilniejszych
od pytań naiwnych.**


Ocena: 5/5
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Rok wydania: 1953
Tłumaczenie: Hanna Szumańska-Grossowa

* Barbara Demick - W oblężeniu, tłum. Hanna Pustuła-Lewicka
** Fragment wiersza Schyłek wieku autorstwa Wisławy Szymborskiej

piątek, 31 stycznia 2014

Śniadanie na Montmartre - Faïza Guène

Bohaterką powieści i zarazem jej narratorką jest 15-letnia muzułmanka mieszkająca we Francji. Doria patrzy z humorem na swoje życie, choć jest ono mało zabawne.*

Będę z wami zupełnie szczera, kupiłam tę książkę z dwóch powodów: po pierwsze kosztowała 5 złotych, po drugie miałam nadzieję, że będzie trochę podobna do Życia przed sobą. Chociaż podświadomie wiedziałam, że jeśli się okaże podobna, to wcale nie będzie dobrze, ale nie o to chodzi w kompulsywnych zakupach w dyskontach książkowych, żeby się po dwa razy zastanawiać nad każdą książką.
Rzeczywiście książka jest dosyć podobna do Życia przed sobą i to wcale nie jest dobrze, bo nie wytrzymuje tego porównania. Wiele wątków nie jest rozbudowanych, książka jest króciutka (co wydawnictwo Videograf II bardzo starało się ukryć, powiększając litery tak, że da się ją czytać przez ramię komuś stojącemu na drugim końcu wagonu, do tego po większości małych podrozdziałów następuje pusta strona - dzięki temu udało się wyciągnąć z tej powieści 163 strony, ale powinno to być znacznie mniej).
Historia przedstawiona w książce jak i sama jej autorka na pewno mają potencjał. Faïza Guène umie pisać i prowadzić narrację, co do tego nie ma wątpliwości, ma lekki styl i poczucie humoru, co prawda styl ten trochę za bardzo przypomina Romaina Gary'ego (ale patrząc na to, że autorka miała 19 lat, kiedy jej książka została wydana, myślę, że można to zrzucić na karb młodości i wybaczyć trochę zbyt mocne inspirowanie się twórczością innego artysty). Ta książka powinna być znacznie dłuższa i bardziej rozbudowana. W takiej formie w jakiej została wydana wygląda raczej jak szkic powieści: od poznania bohaterki i jej problemów do jej przemiany i happy endu mija trochę za mało czasu, wszystko dzieje się jak w streszczeniu wydawnictwa Greg. A wrażenia, że czytamy streszczenie wydawnictwa Greg, dopełnia tłumacz, który traktuje czytelników jak idiotów i na wszelki wypadek wszystko im tłumaczy, jak np. w tym wypadku:
"Podczas festynu natknęłam się na Hamoudiego. Kiedy podeszłam się z nim przywitać, zauważyłam, że jest z dziewczyną. Uśmiechnęłam się do niej uprzejmie, tak jakbym była szczerze zadowolona, że ją spotkałam, podczas gdy w rzeczywistości wręcz przeciwnie.
[...]
- Doria, tego... przedstawiam ci Karine... no więc... Karine, to jest Doria...
[...]
- Cześć Karim...* "

* I tu pojawia się przypis tłumacza: Komizm sytuacji polega na tym, że Karim to arabskie imię męskie. Myślę, że czytelnicy poradziliby sobie bez tego komentarza, ale nawet jeśli ktoś w to wątpił, to można było chociaż ograniczyć się do: arabskie imię męskie
Tłumacz wyjaśniający mi, że oto mamy do czynienia z sytuacją o charakterze komicznym, jest jak irytujące nagrania reakcji widowni w sitcomach, które pokazują średnio rozgarniętym telewidzom, kiedy należy się śmiać. I na tym właśnie polega komizm tego przypisu.

Jeśli jesteśmy już przy tłumaczu, to nie wiem też jak od oryginalnego tytułu Kiffe kiffe demain doszedł do Śniadania na Montmartre, chociaż może był to pomysł wydawnictwa, bo pierwsze wydanie wyszło pod bardziej adekwatnym tytułem Pokochać jutro.   
Za to nie wiem co myśleli sobie ludzie, którzy projektowali do tego pierwszego wydania okładkę. Jest to książka o 15-letniej muzułmance, która żyje na skraju ubóstwa na przedmieściach Paryża, razem ze swoją niepiśmienną matką. Świetnie, dajmy więc na okładce panią pijącą kawkę na balkonie i napiszmy, że to Bridget Jones arabskich przedmieść Paryża.


Wracając jednak do tłumacza, to nie mogę mieć pewności, ponieważ nigdy nie uczyłam się francuskiego i nie mogę porównać tekstu z oryginałem, a jedynie z angielskim tłumaczeniem, ale dosyć często coś  mi nie grało. Tak jak np. tu:

Wytłumaczyła mi też, że okres jest dopiero początkiem procesu, że z powodu rośnięcia sutków będę miała bóle w piersiach i na pewno pryszcze na twarzy. No! A czemu nie tłuste włosy, zupełnie elastyczne ciało i zgaszone oczy jak wszystkie nastolatki? Zanim skoczę z okna mojego komunalnego mieszkania!

Ręka do góry, kto rozumie o co tu chodzi. Tłuste włosy nie są fajne, ale elastyczne ciało już chyba tak. I o co chodzi z tym zanim skoczę z okna mojego komunalnego mieszkania?
W angielskiej wersji to wszystko ma już więcej sensu:

And then she explained how periods are only the beginning, I'm going to get chest pains because of my breasts growing, and I'll definitely get zits on my face too. Nice. Why not greasy hair, a gawky body, and glassy eyes like every other teenager? I'd rather throw myself out the window of my low-income housing.


Podsumowując, myślę że Faïza Guène jest obiecującą autorką i jeśli kiedyś traficie gdzieś na jakąś inną jej książkę, to warto dać jej szansę.

Przekład: Stanisław Rościcki
Wydawnictwo: Videograf II
Rok wydania: 2010

* Opis z okładki

sobota, 25 stycznia 2014

Historie kobiet są kobiece, a historie mężczyzn są uniwersalne

Dawno nie byłam w kinie, czytam sobie więc recenzje filmów, żeby sprawdzić na co warto iść, a co sobie darować. Czytam i czytam, a moje oczy rozszerzają się coraz bardziej.
W Polityce (Polityka Nr 4 (2942)) pan Janusz Wróblewski proponuje nam film Sierpień w hrabstwie Osage, recenzja zaczyna się tak: Rodzina jako wielopokoleniowy tygiel nieszczęść, straconych złudzeń i pretensji, a kończy tak: z czystym sumieniem można polecić nie tylko kobietom.
A dlaczego w ogóle ktokolwiek miałby to polecać tylko kobietom? Ach no tak, bo głównymi bohaterkami w tym filmie są kobiety. A więc film dla kobiet. Ale w tym wypadku ewentualnie mężowie mogą paniom potowarzyszyć. Niech panie mają.

Czytam kolejną recenzję tego filmu, tym razem w Dwutygodniku:
Amerykański plakat filmu, ukazujący Meryl Streep sczepioną w bójce z Julią Roberts, obiecuje coś na kształt babskiego kina lat 80., definiowanego przez takie klasyki, jak „Stalowe magnolie” (1989) czy „Wariatki” (1988).
Bo kiedy kobiety zachowują się wbrew ustalonym społecznie normom, kiedy puszczają im nerwy, kiedy posuwają się do przemocy, to jest to babskie kino, o wariatkach, którym hormony mieszają w głowie.
Film o miłości, chorobie, śmierci, macierzyństwie (Stalowe magnolie) to też babski film, bo po co panowie mieliby oglądać jak baby umierają i chorują, panowie takich rzeczy nie chcą oglądać.

Film Wellsa częściowo spełnia tę obietnicę, wpuszczając nas do ekskluzywnego kurnika, w którym plejada hollywoodzkich aktorek dostaje wymarzony materiał do prezentacji całej gamy emocji i poruszenia tematów, o których faceci zazwyczaj nie chcą słuchać (nieczęsto widzimy Julię Roberts dywagującą o najlepszej możliwej nazwie dla matczynej waginy). (to dalej Dwutygodnik)

Kobiece genitalia to kobiece sprawy, na Boga, nie każmy tego biednym panom oglądać. I do tego jeszcze te kobiece emocje, ten kurnik (wiecie kury gdaczą, kobiety gdaczą).

Inaczej sprawa się ma jeśli chodzi o nieobyczajne zachowanie mężczyzn i jeśli to mężczyzna sobie z życiem nie radzi. O, wtedy to jest temat wielki. Tak jak wielkim tematem jest męskie chlanie, przejdźmy więc do recenzji filmu Pod mocnym aniołem pióra Krzysztofa Vargi (Duży Format nr 3/1061):

Picie to, jak wiadomo, jest wielki temat, apokaliptyczne chlanie zaś to jest może temat jeden z największych, to, że napisano już tomy wielkiej prozy o chlaniu, że o chlaniu nakręcono już epokowe filmy, nijak przecież doniosłości tematu chlania nie osłabia [...]

Chlanie to temat doniosły, metafizyczny i filozoficzny, bo się chlaniem zagłusza ból istnienia, a ból istnienia jest bardzo doniosły. Tylko niestety drogie panie, zanim sięgniecie po butelkę, muszę was ostrzec, że chlanie jest tematem wielkim i doniosłym, tylko gdy dotyczy mężczyzn. Gdy kobieta swą prozę życia - dzieci, dom i stracone marzenia, postanawia zapić, to jest to zwykła patologia bez żadnej doniosłości (spójrzmy na Alice z Kiedy mężczyzna kocha kobietę - żadne tam doniosłe chlanie, a zwykła pijana baba, co dziećmi się nie opiekuje). Więc te wszystkie wielkie dzieła, są oczywiście o chlejących mężczyznach, ale nas to wszystkich powinno interesować, bo (teraz dochodzimy do sedna sprawy) sprawy męskie są uniwersalne, totalne i ogarniają całość naszego doświadczenia, a sprawy kobiece są sprawami kobiecymi, marginalnymi i całości doświadczenia nie mają prawa objąć. Dlatego też temat choroby i śmierci, jeśli dotyczy kobiet, nadaje się co najwyżej na babskie kino, ale temat męskiego chlania, to już temat na kino wielkie i uniwersalne.

Pod mocnym aniołem

Z literaturą nie jest inaczej, jeśli o kobietach to dla kobiet. Czytać należy o tym, co się zna, dlatego też prozę Munro powinny czytać kobiety (głównie mamy) bo one to wszystko znają, mamy dobrze to zrozumieją (jak doradzali nam przed świętami recenzenci portalu xiegarnia.pl). W myśl tej zasady, stworzyłam parę rekomendacji, mam nadzieję, że ułatwią wam wybór odpowiedniej dla was lektury!

Lolita - książka, którą z czystym sumieniem mogę polecić wszystkim pedofilom.

Morfina - świetna lektura dla narkomanów i zdrajców ojczyzny!

Stary człowiek i morze - starszy gość łowi rybę i gada sam do siebie; lektura obowiązkowa każdego wędkarza!

Ostatnie rozdanie świetnie sprawdzi się jako prezent dla starszych panów z depresją, oni to wszystko znają, oni to dobrze zrozumieją.

Nędznicy - ubodzy znajomi na pewno ucieszą się z takiego prezentu, niektórzy z przyjemnością odnajdą fragmenty swoich własnych przeżyć w losach zmuszonej do prostytucji Fantyny, czy wyłudzającej jałmużnę, umorusanej i głodnej Eponiny. Świetny prezent na święta.

My dzieci z dworca zoo - nie tylko dla dzieci, ale dla każdego kto lubi od czasu do czasu dać sobie w kanał.

Jeśli ktoś z was zapragnie jednak, w przypływie szaleństwa, poszerzyć horyzonty i dowiedzieć się np. czegoś o tej tajemniczej grupie zwanej kobietami, niech was Bóg broni przed sięganiem po prozę pisaną przez kobiety! Po co to robić kiedy jest tylu znawców kobiet! Tak moi drodzy, kobiety są jak samochody i można się na nich po prostu znać. I np. jeśli zajrzycie do opisu książki Łóżko Janusza Leona Wiśniewskiego, to się dowiecie, że Wiśniewski jest świetnym znawcą kobiet. Więc gdybyście nie mogli zrozumieć swojej dziewczyny/konkubiny/żony/matki/córki/koleżanki to nie próbujcie przypadkiem z nią rozmawiać, tylko pędem po Wiśniewskiego.

Ale wróćmy do profesjonalnych recenzentów (którzy nie mogą dojść do głosu, bo ich zagłuszają internetowe entuzjastki, nad czym ostatnio w Dużym Formacie ubolewał pan Varga) i ich profesjonalnych recenzji.
Na liście bestsellerów wykwitają nagle Munro i Bator. I zupełnie nie wiadomo jak ten fakt skomentować, bo pojawienie się Myśliwskiego na liście bestsellerów nikogo nie dziwi: opowieść totalna, dotykanie tajemnicy bytu i takie takie, ale co na liście bestsellerów robią Alice Munro i Joanna Bator??
Ufff już wiem! Zastępują autorkę romansów - Annę Fincer - Ogonowską! No tak, bo to też kobiety.

W październikowym zestawieniu literatury pięknej nie ma - po raz pierwszy od miesięcy - powieści królowej szczęścia Anny Ficner-Ogonowskiej. Pojawiły się za to - ramię w ramię (5. i 6. miejsce) - dwie inne autorki o zgoła odmiennym nastawieniu do świata.
Otóż książki Bator i Munro - na zupełnie innym poziomie - udzielają odpowiedzi na te same pytania, które zadaje popularna literatura kobieca. Na czym polega spełnienie? Co jest ważniejsze - kariera czy miłość? I czy można mieć wszystko?


Niewiarygodne! No proszę, lauretka Nobla i laureatka Nike piszą na innym poziomie, niż autorka romansów. A przecież wszystkie są kobietami!
Artykuł nazywał się Girl power. Munro! Brawo dziewczyno, oby tak dalej! A... zapomniałam, że nie będzie żadnego dalej, bo ostatnio ogłosiłaś, że nie będziesz już pisać, bo w sumie to masz 83 lata, pisałaś przez ostatnie 45 lat i w tym czasie zdobyłaś najważniejsze światowe nagrody literackie. No to trudno dziewczyno, ale i tak nieźle jak na laskę!


Ale nazywanie nagradzanych autorek dziewczynami czy babkami, to oczywiście nie tylko nasz pomysł:

W zeszłym roku Eleanor Catton zdobyła nagrodę Bookera, tym samym została najmłodszą jak dotąd laureatką tej nagrody (miała wtedy 28 lat), a jej książka jest najgrubszą dotąd nagrodzoną książką.
W The Times ukazał się z tej okazji wywiad z Catton, zatytułowany "Does Eleanor Catton's Booker mean the death of chick lit*?" (Czy Booker dla Eleanor Catton oznacza koniec "babskich czytadeł"?)

Eleanor Catton
Jaki związek może mieć The Luminaries, wielowątkowa powieść historyczna o małej nowozelandzkiej społeczności, z tzw. babskimi czytadłami?
Już wam wyjaśniam: Catton jest babeczką, stąd też logicznym jest, że będzie tworzyć babskie czytadła. Ale ku zaskoczeniu wszystkich tak nie jest!

she’s a chick, but nobody could mistake her work for any kind of chick-lit 

Po tej szokującej informacji, możemy jeszcze dowiedzieć się trochę o wyglądzie laureatki, która reprezentuje sobą styl kujonki, ale taki fajny, wiecie jak w Glee, taki co to się lubują w nim trochę ambitniejsze nastolatki, co nie chcą być następną Katie Price:

“She’s an unashamed nerd … with a pretty, user-friendly Glee-like nerdiness; just the sort that’s fashionable among clever teenage girls who don’t aspire to be Katie Price.”

Spróbujmy przenieść tę sytuację na innego młodego laureata poważnej nagrody literackiej: Wojciech Kuczok (32 l.) Wyobraźmy sobie, że po przyznaniu mu nagrody, w Gazecie Wyborczej ukazuje się wywiad zatytułowany: Czy Nike dla Kuczoka oznacza koniec powieści sensacyjnych?, w którym moglibyśmy przeczytać:

Mimo, że jest chłopakiem, nie pisze powieści sensacyjnych.

Zarost i okulary, czyli styl "na inteligenta" popularny wśród ambitnych nastolatków, którzy nie chcą być kolejnym Justinem Bieberem.

Albo Booker dla Kazuo Ishiguro i pytanie: czy to koniec książek o samurajach?

Trochę się tu podśmiewam i ironizuję, ale tak naprawdę wcale nie jest mi do śmiechu, jest to taki śmiech przez łzy, ale powoli ta druga składowa bierze górę, więc zakończę ten wpis cytatem z Wielkiego Gatsby'ego i pójdę się rozpłakać na dobre (wiecie - hormony).

Wybudziłam się z narkozy z poczuciem całkowitego opuszczenia i od razu zapytałam pielęgniarkę, czy to chłopiec, czy dziewczynka. Odpowiedziała, że dziewczynka, a ja odwróciłam głowę i się rozpłakałam. "Dobrze - powiedziałam - cieszę się, że to dziewczynka. I mam nadzieję, że będzie idiotką; to najlepsze czym może zostać dziewczyna w życiu: śliczną małą idiotką".**
feminism is the radical notion that women are people

*chick - to kurczątko, pisklę, ale też określenie potoczne na młodą kobietę - laska, cizia, babeczka; chick lit to literatura, którą cizie i laski czytają, czyli literatura do torebki, literatura na obcasach, czy jak jeszcze się to nazywa
** F. Scott Fitzgerald - Wielki Gatsby (tłum. Jacek Dehnel) 

wtorek, 21 stycznia 2014

Podsumowanie roku 2013 (część 3.)

Wszyscy możemy odetchnąć z ulgą, bo to już ostatnia część podsumowania roku 2013.

 

Trochę historii


W domu. Krótka historia rzeczy codziennego użytku - Bill Bryson (ocena: 4/5)

Na wstępie warto napisać, że W domu nie jest żadną poważną metaanalizą zagadnienia "przedmioty codziennego użytku". Mimo, że Bryson stara się zaprowadzić w swojej książce jakiś porządek, kolejnym rozdziałom nadając nazwy pomieszczeń, to i tak do jego opowieści wkradł się chaos. Nie poznamy historii powstania wszystkich przedmiotów codziennego użytku, ani nawet większości z nich, co więcej czasami będą one schodzić na drugi plan, ustępując miejsca opowieściom o budowaniu wieży Eiffla, o związkach Thomasa Edisona z tatuażem czy o ludziach, którzy dorobili się na ptasich odchodach. Oczywiście o domach też dowiemy się paru ciekawostek: dlaczego dawniej niektórzy Anglicy wymontowywali okna z domu przed dłuższym wyjazdem, czy skąd wzięło się słowo hall i jak przez lata zmieniało się jego znaczenie.
W domu była bez wątpienia najprzyjemniejszą lekturą 2013 roku i bardzo rozbudziła moją historyczną ciekawość. 

Przekład: Tomasz Bieroń
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2013 

It finally happened, I'm slightly mad



Staram się czytać więcej polskich autorów

 

Korytarz to zbiór opowiadań dla których spoiwem jest temat śmierci
Wydawnictwo: W.A.B
Rok wydania: 2006




Weiser Dawidek - Paweł Huelle (ocena: 4/5)

Koniec 2012 roku był dla mnie niezwykły ponieważ, dzięki mojej siostrze, która zrobiła ogromne zakupy w Znaku, odkryłam Pawła Huelle. Najpierw przeczytałam Opowieści chłodnego morza, a potem szybko, aby zdążyć jeszcze przed jej wyjazdem, przeczytałam Weisera Dawidka, którego lektura przypadła już na rok 2013.
Ta powieść to powrót do czasów dzieciństwa, próba odpowiedzenia sobie na różne pytania, co oczywiście nie jest możliwe, bo czasy te dawno uległy już automatycznej mitologizacji. Tajemnicza postać Weisera Dawidka, który pewnego dnia równie tajemniczo znika i Gdańsk, który także już zniknął.

Wydawnictwo: Znak
Pierwsze wydanie: 1987 rok (nie pamiętam, które ja czytałam)

Noc żywych żydów - Igor Ostachowicz (ocena: 2/5)

Pfff... Chyba miało być śmiesznie - nie było. Chyba miało być prowokacyjnie - nie sądzę. Były momenty lepsze, ale więcej było tych gorszych. No i tak koniec końców żadnego sensu w tym wszystkim nie dostrzegłam.
Czytanie tego nie było ani jakąś wielką traumą, ani nie było też wielką frajdą (nie było nawet małą frajdą).
Po prostu jedna z tych rzeczy, które mi się w życiu przytrafiają, tak jak się przytrafia, że nie ma wolnego miejsca w tramwaju. Trochę głupio, ale wychodzi się z tramwaju i dłużej się tego nie rozpamiętuje. 

 

Wreszcie przeczytałam coś słowackiego

 

Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej) -

Jána Bahýľa (wynalazca czołgu parowego).

Péter i Gábor, ponieważ ubiegłej jesieni Levice stały się częścią Węgier.
Nie jest to dzieło wybitne, ale jest to bardzo przyzwoita powieść o ludziach uwikłanych w politykę i o braku możliwości wyboru. Historia podobna trochę do polskiej, ale też zupełnie inna, dlatego z jednej strony można się zdystansować, bo to nie nasze, a z drugiej strony, właśnie dlatego, że trochę podobne, ale jednak nie nasze, można się spokojnie powzruszać losami wszystkich bohaterów i nie trzeba wybierać, którzy stali po właściwej stronie i których losy mogą nas wzruszyć, a których nie powinny. 
Przy okazji chciałam jeszcze napisać, że jest to jedna z najładniej wydanych książek jakie ostatnio trafiły w moje ręce. Za projekt okładki odpowiada Justyna Boguś z Mile widziane.

W tym zdjęciu nie chodzi tylko o to, że zdobyłam podpis autora (bo nie zbieram autografów, ale jeśli się trafi, to jest to oczywiście miła pamiątka), ale o te klapki na górze strony - powtórzony motyw z okładki, bardzo lubię takie rzeczy.

Przekład: Tomasz Grabiński
Wydawnictwo: Słowackie Klimaty
Rok wydania: 2013

Mini

 

Badania terenowe nad polskim seksem -

Gazeta Wyborcza jakiś czas temu zaczęła wydawać coś co nazwano minibookami. "Badania terenowe..." można było sobie wypróbować za darmo (już nie można), więc ściągnęłam i sprawdziłam.
Są to mini e-booki, zawierające kilka reportaży, które zazwyczaj spaja jakiś temat przewodni, albo nazwisko reportera, albo i to i to. W tym przypadku tematem przewodnim miał być seks Polaków. Trochę rzeczywiście można się było dowiedzieć np. o tym z jakimi problemami przychodzą Polacy do seksuologa, czy jak to jest żyć w celibacie, ale mi najbardziej podobał się tekst, który znalazł się w tym zbiorze chyba na doczepkę, czyli rozmowa z dyrektorem warszawskiego zoo - Andrzejem Kruszewiczem. I dla tej jednej rozmowy warto kupić cały ten minibook.

Wydawnictwo: Agora SA
Rok wydania: 2013




Colas Breugnon -
Wino, radość życia, wino, jedzenie, jeszcze więcej wina.
Ze wstępu:
Nie mam śmiałości przypuszczać, by mój Colas przyniósł tyleż radości czytelnikom co autorowi. Niechże przynajmniej przyjmą tę książkę, jaka jest, z całą tchnącą z niej szczerością, prostotą, bez pretensji do ulepszania świata ni wyjaśniania go, wolną od polityki, metafizyki, książkę "w dobrym francuskim guście", która śmieje się życiu w twarz, bowiem uważa je za dobre, a zdrowie posiada jak należy.
Już nie ze wstępu, o przyjemności bycia sam na sam ze sobą:
Jakże miło przechadzać się po swoim własnym wszechświecie powtarzając sobie po sto razy: to moje, to wszystko moje, jestem tu panem i władcą.
Wino, wino, więcej wina:
Popić przed pracą, popić po pracy - piękne życie. Widzę wkoło siebie ludzi gniewnych i słyszę wyrzekania. Wypominają mi, żem się nie w porę wybrał ze śpiewaniem w tak smutny czas. Nie ma żadnego smutnego czasu, są tylko smutni ludzie.

Urywają sobie wzajem głowy? Grabią? Oczywiście, tak było zawsze i zawsze będzie! Dam sobie uciąć rękę, jeśli się mylę, ale twierdzę, że za jakieś czterysta lat wnuki i prawnuki nasze, z takim samym upodobaniem co my dziś, będą sobie zdzierać skórę z grzbietu i obcinać nosy. Myślę nawet, że dojdą do większej doskonałości i wynajdą co najmniej czterdzieści nowych sposobów przenoszenia się wzajem na tamten świat. Ale wiem i twierdzę stanowczo, że nikt nie wynajdzie nowej, lepszej metody picia, i nie wierzę, by ci następcy nasi umieli to czynić lepiej ode mnie.
Przekład: Franciszek Mirandola
Wydawnictwo: PIW
Rok wydania: 1972

Losy dobrego żołnierza Szwejka czasu wojny światowej -

To co bardzo podoba mi się w serii 50 na 50 wydawnictwa Znak, to że klasyce literatury nie dano jedynie nowej szaty graficznej, ale także nowy przekład.
W przypadku dzieła Jaroslava Haška zmiany były bardzo duże i mocno kontrowersyjne, bo dotyczyły także tytułu, który w przekładzie Pawła Hulki-Laskowskiego z lat 30. brzmiał: Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej i na dobre wszedł do naszej kultury (w wersji filmowej Szwejk też jest dobrym wojakiem). Antoni Kroh, który podjął się ponownego przetłumaczenia Szwejka, oczywiście nie ma złudzeń: dobrego wojaka Szwejka usunąć się już nie da. Ale mimo wszystko po latach Szwejkowi należy zwrócić godność, tak więc w nowym tłumaczeniu są to nie przygody, a losy i nie dobrego wojaka Szwejka, a dobrego żołnierza Szwejka, co według Kroha lepiej oddaje to, co Hašek starał się przekazać w oryginale.
Dzięki temu opowieść o Szwejku przestaje być jedynie krotochwilą o przygodach niezbyt lotnego wojaka, a tłumaczowi udaje się zwrócić uwagę czytelnika na głębsze przesłanie, które ukrywa się za wesołym żartem.
Proszę księdza dobrodzieja - odparł Katz, klepiąc go poufale po plecach - póki państwo uznaje za słuszne, że żołnierze, nim pójdą na śmierć w bitwie, potrzebują do tego błogosławieństwa bożego, kapelaństwo jest nieźle płatnym zajęciem, przy którym człowiek się nie przepracuje. Wolę to, niż bieganie po poligonach, chodzenie na manewry. Wówczas dostawałem rozkazy od przełożonych, a teraz robię, co chcę. Zastępuję kogoś, kto nie istnieje, i sam odgrywam rolę Boga. Jeśli nie chcę komuś odpuścić grzechów, to mu ich nie odpuszczam, nawet gdyby mnie prosił na kolanach. Zresztą tych ostatnich znalazłoby się sakramencko mało.

Przekład: Antoni Kroh
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2009

Małe kobietki - Louisa May Alcott (ocena: 2/5)

Bardzo pouczająca lektura jeśli się traktuje ją jako lekcję historii, ale przeraża mnie, że ktoś może taką ramotkę w dzisiejszych czasach brać na poważnie.

 



Młot na czarownice - Jacek Piekara (ocena: 3/5)

Przeczytane w ramach poszerzania horyzontów i czytania rzeczy, których pewnie sama bym nie wybrała. Wybrali dla mnie znajomi, przeczytałam i była to całkiem przyzwoita lektura, bawiłam się nawet całkiem nieźle, ale myślę, że jeden raz w świecie inkwizytora Mordimera Madderdina mi wystarczy, jest jeszcze bardzo dużo innych książek, a nawet całych gatunków literackich, które powinnam przetestować (np. Dinosaur Erotica)


Wydawnictwo: Fabryka słów
Rok wydania: 2012 



Przez pierwszą połowę tej książki cały czas zaznaczałam sobie jakieś fragmenty; żadne sentencje, czy mądre myśli, ot zwykłe fragmenty narracji. Zaznaczałam, bo nie mogłam uwierzyć, że można tak pięknie pisać. Nie dopuszczałam więc też myśli, że na koniec nie będę z tej książki w pełni zadowolona. Niestety, w pewnym momencie zorientowałam się, że cały czas nie ma tu żadnej akcji i nic nie zapowiada, aby ta miała się pojawić. I rzeczywiście, na końcu okazuje się, że na rozwiązanie wszystkich zagadek trzeba poczekać do następnego tomu (nieładne zagranie).
Wydawnictwo: MG
Rok wydania: 2011

 

Moje gawędy o sztuce, Dzieła, twórcy, mecenasi - wiek XV-XVI - 

Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2012


Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu- Jacek Dehnel (ocena: 3/5)


środa, 15 stycznia 2014

John Waller - A time to dance, a time to die. The extraordinary story of the dancing plague of 1518

plaga tańca

14 lipca 1518 roku pewna mieszkanka Strasburga - pani Torffea, wyszła ze swojego domu i zaczęła tańczyć. Jeśli właśnie zaczęliście sobie wyobrażać jakąś scenę musicalową, w której pani Troffea, w radosnych podskokach przemierza miasto pozdrawiając przechodniów, sklepikarzy i okoliczną zwierzynę, to musimy się tu zatrzymać i wrócić do początku, a wy musicie obiecać, że postaracie się okiełznać swoją fantazję.
14 lipca 1518 roku pewna mieszkanka Strasburga - pani Torffea, wyszła ze swojego domu i zaczęła tańczyć. Nie był to jednak radosny taniec, nigdzie nie było słychać muzyki, pani Troffea tańczyła przymuszana jakby jakąś wewnętrzną siłą. Taniec trwał cały dzień, do momentu gdy padła ze zmęczenia. Po kilkugodzinnej drzemce wstała, a wszystko zaczęło się od początku. Dzień zakończył się tak samo jako dzień poprzedni. Trzeciego dnia, z krwawiącymi już stopami dalej tańczyła. Po kilku dniach około 30 osób także poczuło nieodpartą potrzebę tańca, po miesiącu tańczyło już 400 mieszkańców Strasburga. Dla niektórych z nich szalony taniec w upalnym słońcu skończył się śmiercią. Plaga tańca zaczęła ustępować dopiero pod koniec sierpnia.

Nie była to pierwsza tego rodzaju "epidemia" w historii. Podobne wydarzenia miały już miejsce wcześniej, ale ze względu na rozpowszechnienie druku oraz początki biurokracji w miastach, ta plaga została najlepiej opisana, dlatego jako jedyną można było dosyć szczegółowo ją odtworzyć.

Gdy do tańca zaczęło przyłączać się coraz więcej ludzi, władze miasta zwróciły się o pomoc do lekarzy. Ci wykluczyli nadnaturalne przyczyny plagi, powodem choroby miała być "gorąca krew", a jedynym lekarstwem... jeszcze więcej tańca! Tak oto chorym przydzielono specjalne miejsca w których mogli przez taniec wypacać chorobę. Aby wspomóc proces leczenia, zatrudniono nawet muzyków.
Jak się pewnie domyślacie, ta terapia wcale nie przyniosła pożądanego skutku, a gdy ludzie zaczęli umierać z wyczerpania, postanowiono ją zakończyć i dla odmiany zakazać wszelkiej muzyki w mieście.
Wśród ludzi zwyciężyło przekonanie, że plaga tańca jest wiadomością od Boga, a dokładniej od jego pośrednika - św. Wita, który właśnie w ten oryginalny sposób postanowił ukarać ludność Strasburga, za prowadzenie grzesznego życia.
Za podobną wersją wydarzeń obstawał także Paracelsus, który w Strasburgu pojawił się prawie dziesięć lat po pladze tańca. Paracelsus jak się okazuje był, nawet jak na tamte czasy, niebywałym okazem mizogina, więc od siebie dodał także, że cała epidemia rozpoczęła się przez zepsutą panią Troffeę, która zaczęła tańczyć, aby upokorzyć swojego biednego męża, aż w końcu straciła kontrolę nad swoim ciałem i umysłem i pociągnęła za sobą całą resztę sprośnych lubieżników.

Jedną ze współczesnych teorii wyjaśniających plagę tańca jest zatrucie sporyszem (przetrwalnik grzyba atakującego zboża). Wielu (w tym autor książki A time to dance, a time to die - John Waller) odrzuca jednak tę możliwość: zatrucie prowadzi do spazmów, ale te raczej nie przypominają tańca, w dokumentach natomiast wyraźnie mowa jest o regularnym, skoordynowanym tańcu; poza tym alkaloidy sporyszu powodują niedokrwienie kończyn, co mogłoby utrudniać chorym pląsanie całymi dniami po mieście.
Wyjaśnienie, które proponuje nam John Waller, to... zbiorowa histeria. Jak wiadomo przedłużający się stres może doprowadzić do objawów fizjologicznych. Znane są przypadki drgawek, zaburzeń mowy a nawet paraliżu, wywołanych czynnikami psychicznymi. Waller uważa, że taniec, któremu poddało się tylu ludzi, był przykładem transu, który z kolei był manifestacją przedłużającego się stresu.

A time to dance, a timie to die - John WallerW Strasburgu nie działo się najlepiej: od lat z powodu słabych plonów duża część ludności była niedożywiona, co z kolei sprawiało, że stawali się łatwym łupem dla różnego rodzaju chorób. W tym wszystkim upatrywano oczywiście (dzięki dyskretnym podpowiedziom duchowieństwa) kary za grzechy, a że był to także czas coraz mniejszego zaufania do nadużywających swoich przywilejów przedstawicieli kleru, ludzie mogli czuć, że ich sytuacja jest beznadziejna, a Bóg ma prawo się gniewać. Dlatego tak łatwo było im uwierzyć w to, że święty Wit postanowił ich ukarać.
Waller zwraca uwagę na to, że objawy chorób psychosomatycznych często są uwarunkowane kulturowo. Po 1518 roku Strasburg nie było już nawiedzany epidemią tańca, co może mieć związek z pojawieniem się protestantyzmu i odrzuceniem kultu świętych.

Czy jednak był to ostatni przypadek zbiorowego szaleństwa? Oczywiście nie. Autor podaje kilka przykładów, które pokazują, że chwilowe szaleństwo rozprzestrzeniające się dzięki sile sugestii, nie dotyczyło tylko plagi tańca. Na Dalekim Wschodzie znane jest zaburzenie psychiczne - koro, w którym chorzy przekonani są o tym, że ich penisy wciągane są wgłąb brzucha, a całkowite ich zniknięcie doprowadzi do zgonu. W Tanganice (dziś Tanzania) odnotowano przypadek epidemii śmiechu, która dotknęła 1000 osób.

Wnioski są takie, że nie można nie doceniać siły sugestii i tego jak łatwo rozprzestrzenia się panika.
Warto też pamiętać, że stres i depresja są poważnymi problemami i jeśli ktoś wam powie, że to wymysł znudzonych ludzi bogatego zachodu i że ludzie kiedyś (albo ludzie w biednych krajach) nie mają czasu na takie głupoty, to przypomnijcie im, że 500 lat temu, całkiem spora grupa mieszkańców Strasburga znalazła wystarczająco dużo czasu, aby tygodniami tańczyć z rozpaczy.

PS. Ci, którzy chcieliby poczuć klimat średniowiecza, koniecznie powinni udać się do odnowionej Galerii Sztuki Średniowiecznej w Muzeum Narodowym w Warszawie (wtorki za darmo). Pracownia architektoniczna WWAA stanęła na wysokości zadania.

Ocena: 3/5
Wydawnictwo: Icon Books
Rok wydania: 2008