niedziela, 10 marca 2013

Jacek Dehnel - Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu

Myślę sobie, że bycie jednocześnie dobrym felietonistą i dobrym powieściopisarzem, to wcale nie jest taka łatwa sprawa. Myślę tak, bo wielu już było takich co próbowali i im się nie udawało. Taka np. Kinga Dunin, bardzo ją lubię i szanuję, to ona była tą co za młodu (za mojego młodu, a nie jej młodu) mnie przekonała do felietonów jako takich. Nic dziwnego więc, że gdy znalazłam w bibliotece jej powieści to bez wahania wypożyczyłam. Przeczytałam obie, może licząc na to, że w drugiej, która była kontynuacją tej pierwszej okaże się, że poprzednia to tylko taki żart. Nie okazało się. Obie części były ze wszechmiar kiepskie, tendencyjne, a bohaterowie płascy jak naleśniki i wszystko to niestety na poważnie. Z drugiej strony mamy Szczepana Twardocha, o którego felietonie kiedyś już pisałam (http://pozapsem.blogspot.com/2012/03/swieta-reka-twardocha.html) i którego byłam już zdecydowana nie lubić, ale pomna doświadczenia duninowego, postanowiłam przeczytać jego najnowszą powieść, aby wyrobić sobie o nim zdanie także jako o pisarzu (bo w sumie tym przede wszystkim jest). No i bach! Szok i niedowierzanie jak napisaliby dziennikarze faktu, gdyby tylko zajmowały ich sprawy literatury. "Morfina" Szczepana Twardocha okazuje się rewelacyjną powieścią. Myślę nawet, że pisząc o niej notkę użyję paru wielkich słów jak monumentalna czy genialna, ale nie uprzedzajmy faktów.

Te dwa przykłady pokazują nam wyraźnie jak bardzo nie możemy być niczego w tym życiu pewni. Dlatego gdy pewnego razu trafiłam na felieton Dehnela na Wirtualnej Polsce, trochę się bałam, że okaże się, że felieton kiepski i że znów będę miała z jakimś pisarzem taką toksyczną relację, że z jednej strony nie lubię, ale z drugiej kocham. Felieton był jednak bardzo dobry. Z chęcią sięgnęłam więc po najnowszą książkę Dehnela, która jest właśnie zbiorem jego felietonów i teraz mogę już oficjalnie powiedzieć, że lubię Dehnela zarówno jako pisarza jak i felietonistę i gdyby nie to, że póki co nie interesuje mnie kariera wariatki to zostałabym jego psychofanką. Chociaż pierwszy w kolejce jest Mariusz Szczygieł i nie wiem czy by mi starczyło sił witalnych na bycie podwójną psychofanką.

Ale wróćmy do Dehnela. "Młodszy księgowy" to zbiór felietonów na tematy różne, wszystkie jakoś z literaturą związane, chociaż często powiązania te nie są oczywiste. Sam o sobie pisze:
[...] nie jestem krytykiem literackim i nigdy nim, jak sądzę, nie będę; uważam jednak, że jedną z czytelniczych frajd jest dzielenie się z innymi tym, co nas zachwyciło.
Jeszcze większą frajdą jest jednak pisanie o tym, co nas nie zachwyciło. Nie ma co udawać, tak właśnie jest. Żadnej notki nie pisałam z takim zapałem jak tej o "Blondynce na Kubie" (a z blogowych statystyk wnioskuję, że i czytelnicy takie właśnie notki najchętniej czytają). Możliwe, że jest to jakaś bardziej kreatywna i subtelna forma naszego narodowego sportu, jakim jest narzekanie. I Dehnel ten sport uprawia, po świetnej formie widać zresztą, że nie od dziś. Wśród tego co mu się nie podoba są politycy występujący w roli ekspertów od wszystkiego, przykładem czego jest posłanka Pawłowska mówiąca o Szymborskiej, nowe nurty literackie, takie jak literatura posmoleńska, czy stare jak literatura obozowa, z której kolejne pokolenia na siłę próbują jeszcze coś wycisnąć i robią to coraz gorzej:

John Ruskin pisal o rozwiązaniach fabularnych Dickensa: "Nie wiesz, co zrobić? Zabij dziecko!";  z punktu widzenia fabuły Holokaust to literacki samograj, który poruszy nawet najbardziej zakamieniałe serce.
[...]
Wtórność tekstów o Holokauście wycina z pola zainteresowania pisarzy nie tylko, to co nie pasuje do utrwalonego schematu, ale też to, co nie pasuje do wersji wyidealizowanej. Ofiary Zagłady są ustawione poza obrębem ludzkości, która ma swoje wady. Straszliwy, nieuchronny los, który czeka wszystkich czy niemal wszystkich bohaterów, sprawia, że wspomnienie o ich wadach wydaje się nietaktem, jak wypominanie dawnych przewin komuś, kto leży na łożu śmierci.
Pojawiają się też literackie ciekawostki jak np. nowy nurt w ltieraturze, który furorę robi w JuKej, czyli misery books*, oraz literackie kurioza jak samowydająca się rodzina Grzeszczyków. Do worka "literatura" trafia tu też amerykański katalog sprzedaży wysyłkowej z roku 1897 czy wydana w 1866 roku książeczka o drobiu (historii i naczelnych cechach wraz z kompletnymi wskazówkami dotyczącymi hodowli i tuczenia).
Ciężko w zasadzie powiedzieć o czym są felietony Dehnela, bo są o wszystkim, co w jakikolwiek sposób wiąże się z literaturą. Dehnel w błyskotliwy i lekki sposób pokazuje nam, że literatura jest wszędzie i że nieprawdą jest to, że ci co czytają książki uciekają przed życiem. Literatura jest życiem. Życie jest literaturą.
I jakoś w tym momencie przypomniał mi się fragment z dzienników Kafki, który porusza najczulszą strunę mojej duszy, więc nim właśnie zakończę tę notkę:
Da ich nichts anderes bin als Literatur und nichts anderes sein kann und will**
Ocena: 3/5
Wydawnictwo: W.A.B
Rok wydania: 2013

* Uważajcie moi drodzy. Ja się nacięłam na jedną z tych książek, w Polsce jeszcze jakoś tyle tego nie mamy, to nie wiedziałam co to (http://www.goodreads.com/book/show/1047113.Ugly). Nie udało mi się skończyć.
** Nie jestem niczym innym jak tylko literaturą, niczym innym być nie mogę i nie chcę.

12 komentarzy:

  1. 1) Moja koleżanka Żydówka często powtarza (cytując za kimś, ale nie pamiętam za kim): Where would all mediocre writers be without Holocaust?

    2) Misery literature to jest faktycznie jakiś fenomen. Z początku stało to na półkach z biografiami, ale ludzie się chyba zaczęli wkurwiać, bo ci co chcieli poczytać jakąś prawdziwą biografię musieli ją wyłuszczyć z całego stosu książek z płączącymi dziećmi na okładkach. Teraz księgarnie wprowadziły nowy gatunek i półkę : Real Life Stories.

    3) Myślałam niedawno, że może ja rzeczywiście uciekam przed rzeczywistością w literaturę. Ale szybko zdałam sobie sprawę, że literatura to moja rzeczywistość właśnie. Od niczego nie uciekam. Jestem w tym samym miejscu od wielu lat.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja zbiór felietonów Dehnela oceniam bardzo wysoko. Najbardziej podobały mi się te, które dotyczyły samozwańczych geniuszy literackich – rodziny Grzeszczyków oraz pana Sobieraja, zwanego lordem Byronem naszych czasów:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja zbiór felietonów Dehnela oceniam bardzo wysoko. Najbardziej podobały mi się te, które dotyczyły samozwańczych geniuszy literackich – rodziny Grzeszczyków oraz pana Sobieraja, zwanego lordem Byronem naszych czasów:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Zawsze jednak dobrze jest się przyjrzeć samemu takim postaciom jak ten Tomasz Sobieraj. Uwielbiam Dehnela, ale Sobieraj jest bardzo interesujący, nieźle pisze no i jak wyczytałam na stronie www.sobieraj-zabramami.pl jest stypendystą Min. Kultury, a chyba byle komu nie dają stypendiów artystycznych. To jakaś prywatna wojna indywidualistów. Gombrowicz też nie cierpiał Witkacego. Iwona

    OdpowiedzUsuń
  5. @ Kinga
    Bardzo podoba mi się cytat w pierwszym punkcie. W samo sedno ;)
    W Polsce w sumie chyba póki co popularne są głównie misery books bliskowschodnie i te jeszcze toleruję, ale jeśli chodzi o to co dzieję się w Anglii to wydaje mi się, że polski rynek tego nie łyknął (na szczęście)
    @ Księgarka, Iwona
    Mnie w felietonach Dehnela rozbawił ten bardzo odważny sposób autopromocji wspomnianych osób. I to jest dosyć ciekawe zjawisko, szczególnie, że teraz księgarnie są zalewane przez poradniki w stylu "Jak osiągnąć sukces? tajniki dobrej autopromocji", "Bądź pewniejszy siebie w trzy dni" itd. i przykłady opisywane przed Dehnela wyglądają jakby właśnie ktoś wziął taki podręcznik i postanowił wszystkie rady wcielić w życie.
    Ale jednocześnie zgadzam się z panią Iwoną, że trzeba bardzo uważać i nie zapominać, że Dehnel też jest pisarzem. Wyobrażamy sobie pisarzy jako takich uduchowionych ludzi i trochę sobie nie wyobrażamy w literackim świecie jakichś wojen prywatnych i grup wzajemnej adoracji, a wystarczy wejść na portal nieszuflada.pl, na który ja weszłam po przeczytaniu tego tekstu http://www.historiamoichniedoli.pl/?p=1433 i mocno mnie to zniesmaczyło i żałowałam bardzo, że weszłam.
    Więc jak najbardziej pani Iwona ma rację, można Dehnela czytać, ale lepiej zawsze sprawdzić samemu, pamiętając, że Dehnel nie jest tylko obiektywnym użytkownikiem kultury (czy w ogóle ktoś tak istnieje?), bo jest też jej twórcą.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  7. "Młodszy księgowy" to typowe odgrzewane kotlety : już to wszystko kiedyś było w internecie. Typowy Dehnel - poza, jintelekt; ach, ta rzutkość... Lektura nieobowiązkowa, nic nadzwyczajnego. Jeśli ktoś nie ma nic innego do czytania, to czemu nie - niech czyta "Młodszego..." Bywają ostatecznie gorsze gnioty.

    OdpowiedzUsuń
  8. Tak, zgadzam się, wszystko już było w internecie. Ba! nawet jeszcze jest, więc można sobie czytać. Ja wolę w formie książkowej, bo mnie męczy czytanie na komputerze. Moim zdaniem ma jednak sens wydawanie takich rzeczy, bo nie każdy czyta w internecie. Są tacy, co nawet nie mają internetu (tak słyszałam).
    Zgodzę się, że nie jest to lektura obowiązkowa. Zgodzę się też, że nie jest to nadzwyczajne. Ale nie zgodzę się z tym, że są to typowe odgrzewane kotlety. Bo nigdy nie jadłam tak dobrych odgrzewanych kotletów. Ale może dlatego, że ja należę do tych, którzy Dehnela szanują i kiedy mówią o jego intelekcie nie wsadzają tego słowa w cudzysłów.

    OdpowiedzUsuń
  9. Pani Barbaro, ja też wcale nie jestem nastawiony dehnelożerczo; to co pisze nie jest ani całkowicie bezwartościowe ani skrajnie nieudolne. Ale żadnej głębi intelektualnej w jego pismach nie dostrzegam, a styl wydaje mi się wręcz irytująco zmanierowany.

    OdpowiedzUsuń
  10. Ha! Z twojej recenzji wynika, że to książka idealna dla mnie. Nie czytałam felietonów Dehnela w necie, więc nie ma mowy o odgrzewaniu. Łapki zacieram...

    OdpowiedzUsuń
  11. Niezła książka, sam czytałem, to trochę taka "dobra" książka

    OdpowiedzUsuń
  12. Czytałem te felietony i musze przyznać, że to bardzo rzeczowa lektura. Czuć tu klimat Dahnela. Z czystym sercem, jest to rzecz warta polecenia.

    OdpowiedzUsuń